Single Speed 1

Nie ma co, winyl próbuje zabić przemysł mp3 (zgodnie z koszulkowym hasłem) – między innymi przypominając co młodszym, że pomysł na kupowanie pojedynczych nagrań nie przyszedł z iTunesem. Słowem: coraz więcej na rynku klasycznych “siódemek”, sporo też pojawia się ich w Polsce. Część siedmiocalowych płyt wchodzi na rynek wraz z dorocznym Record Store Day, o którym pisywałem już i tu, i w “Polityce”. Ale wiele z nich ukazuje się regularnie i zupełnie niezależnie. O ile nigdy do końca nie chwyciły single CD, to winylowe 7″ trzymają się dobrze. Oto pięć dowodów.

NIWEA “Wszystko”
Bocian Records 2012
8/10
25 PLN z wysyłką na stronie wydawcy

Żaden tam dodatek do dyskografii polskiego duetu, tylko żelazny punkt – dwa świetne utwory, jeszcze bardziej minimalistyczne w aranżacjach niż to ostatnio bywało. Po drugiej stronie singla utwór “Tło” z tekstem, który robi z niego nie tło, tylko równorzędne towarzystwo dla tytułowego “Wszystko”. Jedna z lepszych przenośni Bąkowskiego w ostatnim czasie: “Ja mam pokój z taką ciemną wnęką, że mi tam rośnie echo”. Płyta świetnie wytłoczona przez specjalizującą się w małych płytkach na 45 rpm krajową firmę Bocian. Okładka zaprojektowana przez wokalistę, co w tym wypadku dziwnym nie jest.

THE STUBS “Kill Yourself”
Instant Classic 2012
7/10
20 + 7 PLN za wysyłkę w sklepiku wydawcy

Mam słabość do garażowych rockandrollowców z Warszawy, o których długogrającym debiucie pisałem tutaj. Kojarzą się wprawdzie z milionem kapel, ale brzmienie mają rasowe i ich energia w skondensowanej dawce 4 utworów z “Kill Yourself” działa w pewnym sensie jeszcze mocniej. Jest tu tylko jedna powtórka z dużej płyty – “Time Machine”, w dodatku w nowej wersji. Kapitalne wrażenie robią przede wszystkim “Highway Demon” i utwór tytułowy, czyli strona A króciutkiej EP-ki, pięknie wydanej przez przykładającą się do edytorskiej strony Instant Classic. Biały winyl plus drukowana w środku okładka.

MIND OVER MIRRORS “Near Your Dwelling”
Dirty Knobby 2012
7/10
4 USD + przesyłka z US na stronie producenta

O zgrzytliwej i transowej muzyce Jaime’a Fennelly’ego z bardzo prostym, ale zaskakującym patentem przetwarzania brzmień fisharmonii, pisałem już kilkanaście notek niżej, wspominając też o jego bardzo dobrej grupie jazzowej Acid Birds. Tutaj mamy krótki wyciąg z techniki Fennelly’ego solo na małej czarnej płytce wytłoczonej w 500 egzemplarzach, która ani chybi będzie białym krukiem za kilka lat.

FUCKED UP “Police”
Deranged 2003
7/10
4,50 USD + przesyłka z Kanady tutaj

Klasyk kanadyjskich hardcore’owców, czyli ich pierwsza EP-ka, wydana – podobnie jak pierwszy LP – przez wytwórnię Deranged. Okładka imitująca DIY, antypolicyjny, rebeliancki przekaz i świetny utwór tytułowy – dwa pozostałe (strona B) już raczej dla twardych miłośników HC.  Nawet nie wiem, czy to wznowienie, mam wrażenie, że podobnie jak inne winyle w tym sektorze rynku nigdy po prostu nie wyszło z produkcji. Jeśli ktoś ma zestaw singli “Couple Tracks”, to “Police” będzie dobrym uzupełnieniem – tego materiału tam nie ma.

JACK WHITE “Love Interruption”
Third Man 2012
7/10
6 USD + przesyłka na stronie Third Man

Klasycznie wydany singiel z dużą dziurą (czyli pasuje do szaf grających) od lubiącego czarne płyty Jacka White’a. Niezłe uzupełnienie zestawu “Blunderbuss”, który może do najlepszych płyt White’a nie należy, ale na winylu prezentuje się świetnie. Bardzo dobra strona A, jeden z najlepszych utworów na nowym LP, plus niezła strona B z country’ową partią skrzypiec.

Przy tej okazji przepraszam za długie milczenie – zawsze jest ono efektem przeciążenia pracą w innych sektorach mojej działalności. W kolejnych tygodniach powinno być pod tym względem trochę lepiej, może uda się nadrobić przynajmniej część zaległości winylowych. Ta notka otwiera nowy cykl, który z racji zupełnie innego typu zainteresowań postanowiłem zatytułować “single speed”. Przy okazji: nie tylko płyt na 45 rpm na rynku przybywa. Wielkim newsem tegorocznego Record Store Day było pojawienie się wydanych przez Tompkins Square płyt na 78 rpm! Tutaj szczegóły. Czas zdjąć stare graty ze strychu, chyba że macie sprzęt najnowszej generacji, który rozwija także tę piękną archaiczną prędkość.

CLOUD NOTHINGS: Czarne jest białe

Krótko, bo na drugim blogu też co nieco na ten temat publikuję. Muzyka z kręgu dla mnie nie najbliższego, ale porywająco zagrana i świetnie wyprodukowana. Trudno powiedzieć, jak dużo do brzmienia Cloud Nothings wniósł Steve Albini, a jak dużo wypracowali sami po dwóch średnio przyjmowanych płytach. Na “Attack on Memory” też słychać narzekania, ale po prawdzie nie za bardzo widzę, na co można tu narzekać – tak równego, z zaangażowaniem stworzonego albumu czasem nie słychać miesiącami.

Może nie cała oferta Carpark Records – i współpracującej z nią Wichita Recordings – do mnie przemawia, ale mają świetną politykę, jeśli chodzi o albumy analogowe – sprzedają je w niemal takiej samej cenie co CD. Wytłoczony na grubym (180g) białym winylu i wyposażony w kody do ściągnięcia mp3 krążek Cloud Nothings ma wszystko, co każe inwestować w czarne. No dobra, jakość tłoczenia mogłaby być ciut lepsza, choć nie porównywałem tego z wersją CD i prawdę mówiąc nie pali mi się.

CLOUD NOTHINGS “Attack on Memory”
Carpark/Wichita 2012
8/10
Trzeba posłuchać:
“Wasted Days”

https://player.soundcloud.com/player.swf?url=http%3A%2F%2Fapi.soundcloud.com%2Ftracks%2F33713390 Cloud Nothings – Wasted Days by Tiago.Cristóvão.

X-NAVI:ET: Śmierć i narodziny

W Wyżu Nisz zrobił mi się polski miesiąc. Ale to nie wynik jakichś kalkulacji – to polski winylowy rynek rozwija się fantastycznie, w wielu ciekawych kierunkach naraz. Kolejny przykład to X-NaVI:et, czyli człowiek o skomplikowanym pseudonimie, ale dość klarownej wizji muzycznej – Rafałowi Iwańskiemu (znanemu też z duetu Hati) chodzi o pracę z możliwie różnorodnymi źródłami dźwięku. Analogowymi i w większości bardzo tradycyjnymi, choć poddanymi obróbce. Od dzwonków i gongów w “Go Forward into the Light” po nagrania terenowe w niezwykłym “You Dusty Rust” (trudno mi to określić na pewno – charakter niektórych barw jest mylący, na całym albumie jest też sporo instrumentów egzotycznych). Czysto syntetyczne dźwięki pojawiają się tu w postaci tonów generowanych na podobieństwo starych soundtracków do filmów SF (jak w “Autoscopy”), ale klimat całości pozostaje bardzo humanistyczny – można na to patrzeć przez pryzmat takiej, na przykład, “Strefy mroku”, cyklu opowieści niby fantastycznych, ale mających zawsze ludzką historię w centrum.

Mroku nie brakuje zresztą na albumie – choćby w kulminacyjnym, dronowym nagraniu “Eternal Pulse of Death”. Ale tytułowa śmierć to w tym wypadku raczej jakiś rodzaj transformacji, album nie jest w żadnym razie przygnębiający, choć z całą pewnością ma charakter tripu, podróży, choćby i w głąb siebie. Pod tym względem wsysa coraz mocniej, im bliżej do finału.

Rafał Iwański mówi o tym, że zależało mu na ułożeniu tych instrumentalnych nagrań w jedną dźwiękową opowieść. Mnie z kolei ujęło to, że stworzył album niezwykle różnorodny – że każdy element tej opowieści, każdy rozdział, to zupełnie inny nastrój i inne barwy. Szacunek budzi tu nie tyle sama lista źródeł dźwięku, co sposób ich rozplanowania na całej płycie – nie przeszkadzają tu sobie i nigdy nie tworzą bezstylowej magmy.

Pisałem już o Iwańskim tutaj i gdybym miał dziś wrócić do tamtej notki, poszukałbym raczej skojarzeń z muzyką industrialną i jej okolicami niż z poszczególnymi szkołami elektroniki. Ale bliskość Spectrum Spools podtrzymuję – gdyby nowy label Instant Classic zamierzał przy tym wydawnictwie szukać zagranicznego partnera, John Elliott byłby naprawdę ciekawym typem. I w katalogu SS (do którego będę wracał w najbliższych tygodniach) nagrania X-NaVI:et obroniłyby się nie gorzej niż w krakowskim labelu.

Porcja przydatnych informacji o publikującym ten album debiutującym wydawnictwie tutaj, a więcej o X-NaVI:et znajdziecie pod tym linkiem. Album “Soundtrack for the Dying Moments” wydany został w limitowanym nakładzie 250 numerowanych egzemplarzy, a wytłoczony na winylu 140 g (dla zainteresowanych – w angielskim Curved Pressings). Do tego – dla pełni DIY – ręcznie robiona okładka, gatefold w oryginalnym kształcie. Informuję o tym wszystkim z pewnym niepokojem, bo nie chciałbym, żeby ten trip kogokolwiek ominął.

X-NAVI:ET “Soundtracks for the Dying Moments”
Instant Classic 2012
7/10
Trzeba posłuchać:
“Go Forward into the Light”, “Eternal Pulse of Death”.
.

TEIELTE: Kładzie na deski

O nowej EP-ce Teielte zdążyłem już napisać parę ciepłych słów w “Polityce” (o albumie “Homeworkz” było za to na Polifonii). A dziś późnym wieczorem w telewizyjnym WOK-u emisja rozmowy, którą przy okazji tej płyty przeprowadziliśmy z Grohem (U Know Me Records) i samym Teielte. Dlaczego tyle tego? Prawdę mówiąc, to jeszcze wcale nie dość. “Homeworkz” zapowiedziało niezwykle zdolnego producenta z dziedziny nowych, rozklekotanych rytmów (wonky, -stepy różnego rodzaju i okolice), “Wooden Love” jego talent potwierdza.

Czy w “Polityce” przeholowałem, pisząc, że poziom nie gorszy niż u Rustiego? Otóż, prawdę mówiąc, pisałem to może i zbyt ostrożnie. W takich kompozycjach jak zbudowana na jazzowej harmonii wokalnej “Eazy” i znakomite “Selcouth” (numer 2 i 3 ze strony A) owszem, dorównuje Rustiemu z EP-ek, ale jest lepszy od tego z niedawnego albumu. W ogóle: zero kompleksów w stosunku do kogokolwiek z Zachodu. Mnie ujmuje u płocko-warszawskiego producenta przede wszystkim pewność, z jaką układa swoje utwory. Gdy wykręcony, ale dość stały rytm przestaje zaskakiwać, zawsze mamy partię, która podtrzymuje zainteresowanie, a jednocześnie nigdy nie dzieje się zbyt dużo.

Wśród sześciu utworów mamy alternatywną wersję “Selcouth” – którą na upartego można by traktować jako zupełnie niezależną kompozycję – a w jednym z utworów gościnnie pojawia się Daniel Drumz. Winyl został wytłoczony we Francji (co wiemy z rozmowy z Grohem dla WOK-u), ale w tym wypadku liczy się przede wszystkim to, jak wygląda. Bo ma formę picture discu, zaprojektowanego od początku do końca (okładki i pełnokolorowe grafiki na obu stronach płyty) przez Swanskiego. Grzybiarsko-rybne motywy w drzeworytniczym ujęciu to dzieło sztuki. Wydane – dodajmy – w trzystu sztukach, które szybko rozejdą się po świecie. Pamiętajcie, że ostrzegałem.

TEIELTE “Wooden Love” EP (33 rpm)
U Know Me Records 2012
8/10
Trzeba posłuchać:
“Eazy”, “Selcouth”.

ZARADNY/STANGL: Bocian split

Niech ta 12-calowa EP-ka na 45 obrotów będzie pierwszą na tym blogu reprezentacją wytwórni Bocian Records, która zmaterializowała się w osobie Grzegorza Tyszkiewicza w ostatnim wydaniu radiowego Nokturnu w Dwójce. Pierwszą, choć od dawna już kilka słów na temat Bociana powinno tu wisieć. Pierwszą, choć pewnie nieostatnią. Pierwszą, choć od razu w dwóch osobach.

Ten klasyczny “split” to dwa utwory po mniej więcej 10 minut (A – Anna Zaradny, B – Burkhard Stangl), dość stonowane jak na twórczość obojga kompozytorów. I dla obojga będące niezłym podsumowaniem długiej, wieloletniej współpracy. Austriak proponuje utwór zaskakująco liryczny, z partiami gitary utopionymi w zaszumionych, dusznych plamach dźwiękowych, a na koniec – elegancką, zwyczajnie ładną partią fortepianu. Polska artystka – ostatnio częściej obecna w prestiżowych galeriach niż w salach koncertowych – powraca do działalności nagraniowej utworem czysto elektronicznym, też w bardzo eleganckim, minimalistycznym stylu, poszukując rytmiki w brzmieniach prostych fal sinusoidalnych. Jej “Octopus” można nie tylko usłyszeć, ale i zobaczyć – jak to bywa przy niektórych albumach z eksperymentalną elektroniką, te przebiegi falowe wręcz widać na winylu.

Sama płyta jest dobrze wytłoczona, wydana też bardzo ładnie (liternictwo!), nawet jeśli okładka nie do końca współgra z resztą kształtującej się powoli Bocianowej serii, której estetyczny mainstream lepiej pewnie reprezentuje duetowa płyta z muzyką konkretną australijskiej spółki Joe Talia i James Rushford. Warto jednak zacząć od płyty Zaradny i Stangla. Wszystko można znaleźć tutaj. A biorąc od uwagę fakt, że oba wydawnictwa to edycje opublikowane w 300 egzemplarzach – warto się pospieszyć.

ANNA ZARADNY / BURKHARD STANGL – split 12″
Bocian Records 2012
7/10
Trzeba posłuchać:
Z każdej strony.

ISENGRIND: Cichy horror

Trzy miesiące bez wpisu to szmat czasu. Zostawiam więc ze trzy czy cztery szkice wpisów w poczekalni i przechodzę z marszu do tego, co na tym blogu musiało wywołać jakąś reakcję, czyli do nowej płyty Isengrind, pobocznego projektu Solange Gularte z Natural Snow Buildings. Na Polifonii jednocześnie publikuję wywiad, który z członkami tego duetu przeprowadziłem przy okazji ich koncertu w Krakowie.

Imponująca okładka (o której NSB wspominali w rozmowie) jest twórczym rozwinięciem motywów z “Chants of Niflheim”. Takie średniowieczne gore: turpizm, plagi i trupia czaszka strasząca na labelu. I zaskakująco wycofana zawartość muzyczna, która zresztą ze dwa czy trzy razy zahacza o jakieś wyśnione, naiwne, ludowe średniowiecze. Większość materiału balansuje na krawędzi ciszy w sposób podobny, co nagrania z ECM, tyle że w dziedzinie dronowego folku. Na pierwszej stronie wyróżnia się “Nadirs of the Sun” z przeświecającym ledwie wokalem (motyw pojawiający się tu parę razy) i podprowadzeniem w postaci “Valeria Underground”. Lepsze wrażenie robi jednak cała strona B (ta z czaszką). Szczególnie nagranie “Ascending”, które pokazuje, że delikatny urok nagrań Isengrind zbliża je do dyskutowanej w wywiadzie Grouper najbardziej z całego obozu NSB.

Data wydania krążka to teoretycznie grudzień 2011. W praktyce dostępny był już w styczniu br. Całość wytłoczona w nakładzie 500 egzemplarzy, 100 na pomarańczowym winylu (nakład, o ile wiem, wyczerpany) i 400 na czarnym. Szczegóły tutaj.

ISENGRIND “Night of Raining Fire”
Blackest Rainbow 2011
7/10
Trzeba posłuchać: “Ascending”, “Spine of the Night”, “Nadirs of the Sun”.

.

JIM O’ROURKE: +1

Było “Old News #5″, po paru miesiącach jest numer 6. Jim O’Rourke konsekwentnie opróżnia archiwa i po zestawie nagrań studyjnych i koncertowych dostajemy jeden czteroczęściowy utwór zarejestrowany przez niego w tokijskim studiu na zamówienie słynnej francuskiej instytucji INA/GRM, zasłużonej dla muzyki elektronicznej. Nie mógł, a raczej nie chciał (ale w ogóle nie chce się ruszać poza Japonię) przyjechać na jej festiwal Présences Electronique 2011, więc tylko przysłał nagranie, na płycie zatytułowane “All That’s Cold Is New Again”.

Rewolucja to nie jest, rzecz rozpoczyna się zresztą niemrawo, trochę po akademicku. Ale to, co się dzieje w części trzeciej, a szczególnie w mocnym, długim dronowym finale, całkowicie wystarczy, żeby zainteresować się albumem, wydanym ponownie na dwóch płytach przez Editions Mego, w sposób skrajnie minimalistyczny, ale na stałym dla tej firmy poziomie, jeśli chodzi o sam nośnik i opakowanie.

JIM O’ROURKE “Old News #6″
Editions Mego 2011
7/10
Trzeba posłuchać:
stron C i D.