VAMPIRE WEEKEND
“Vampire Weekend”
Vampire Weekend / XL Recordings 2008

>>3<<<
www


Aż zacząłem się niepokoić z powodu braku następców Clap Your Hands Say Yeah. Ale jeśli Vampire Weekend - kolejni modni i eleganccy nowojorczycy nawiązujący do lat 80. - będą się wypalać tak szybko, to nie starczy nawet na półtorej płyty. Ktoś to nieźle skomentował na RYM: “Po kolejnym przesłuchaniu doszedłem do wniosku, że nie są tak dobrzy jak Vampire Weekend”. Nie ulega wątpliwości: szyte jest to-to bardzo grubymi nićmi. Lepiej kupić “Graceland” Paula Simona, lepiej kupić “Remain in Light” Talking Heads. Ucho mają chłopaki niezłe i pamięć niezgorszą, gorzej z wyobraźnią i tak zwanym “wkładem własnym”. W dodatku nic nie poradzę na to, że po piątym przesłuchaniu niektóre fragmenty tej króciutkiej (o, czy już mówiłem, że to jedna z zalet?) płyty stają się po prostu nieznośne. Najlepsze numery: “One (Blake’s Got a New Face)” i “Oxford Comma” - bo lubię jak ich wokalista robi to coś, co w Tyrolu nazwaliby jodłowaniem. Niektórzy próbują ten album analizować. Ale po co analizować, gdy się nie chce słuchać? Ciekawe, lecz głupawe.

.

CHAUCHAT
“Upon Thousands”
Yer Bird 2008
>>>>5<
Yer Bird


Też lata 80., ale jakie inne… Sonic Youth, Dinosaur jr., nawet trochę Red House Painters. Nie ma tej lekkości i egzotyki co VW, za to o ileż większy ciężar gatunkowy. No i solidność, nienachalna melodyjność w dobrym amerykańskim stylu. Teraz już mnie nie dziwi, że grają tyle lat - bo Chauchat to wcale nie atrakcja jednego sezonu, o nie. Charakterystyczny głos jęczącego wokalisty może trochę przeszkadzać co wrażliwszym (emocjonalny jest po prostu niejaki Tyler Whitney - trochę casus Band of Horses), a płyta nastręczać problemów z zakupem (nie ma nawet na Amazonie), ale proponuję słuchać wielokrotnie, bo apetyt rośnie w miarę. Chyba że ktoś od razu posłucha “I Grew Up in the Shadow of Your Death Drive” - znam reakcje natychmiastowego olśnienia po przesłuchaniu tego numeru, wciąż jednym z najlepszych, jakie słyszałem w tym roku. Przy rozsądnym przeliczniku dolarowym zakup tej płyty wraz z przesyłką to jakieś 35 złotych, więc nie zastanawiałbym się długo. I bez żadnych złudzeń - gdy piszę te słowa, w EMPiK-u za identyczne pieniądze proponują “Karaoke z Bebe Lilly”.

.

NEW YORK CRASNALS
“Faces and Noises We Can Make”
Kuka Records 2008
>2<<<<
www


Grudniowa płyta, która dotarła do mnie późno - długo po kompilacji w hołdzie Joy Division, która pokazywała możliwości New York Crasnals w ograniczonym zakresie. Wiemy z niej, że grają równo i mrocznie. To już coś. Recenzje krzyczą, że post-rock. Post-rock to może i jest, ale grany ciężko, na modłę grunge’u i ponuro na modłę właśnie Joy Division. Czyli polska specjalność. Każdy miał w życiu zespół licealny, przynajmniej każdy, kto zaliczył liceum. Jedne były lepsze, inne gorsze, ale żeby z najlepszego nawet zespołu licealnego wyszedł świetny zespół rockowy tak po prostu trzeba tego czegoś: determinacji, siły, własnego języka i ewolucji. Po prostu niektóre licealne zespoły nigdy nie ewoluują. Krasnalom życzę jak najlepiej, ale w przeciwieństwie do Vampire Weekend powinni słuchać znacznie więcej niż w tej chwili słuchają. I od dziś nie dotykać płyt zespołu Coma.

.

KRONOS QUARTET and WU-MAN
“Terry Riley: The Cusp of Magic”
Nonesuch 2008
>>>4<<
Kronos Quartet


Najlepiej wypromowany kwartet klasyczny wśród fanów rocka i najważniejszy kompozytor minimalistyczny dla fanów rocka. Do tego grająca na pipie (to taki, hm, instrument - gdyby ktoś nie wiedział) Chinka Wu Man, czyli odrobina egzotyki. W sumie gładkie wejście w świat muzyki współczesnej, gdyby ktoś miał na to ochotę. I wejście zwodnicze, bo to niemalże płyta dziecięca: egzotyczne melodie, pozytywkowe motywy, stosunkowo łatwe harmonie, nawet bęben basowy uderza tu (napędzany nogą jednego z członków kwartetu, jak widać na zdjęciu we wkładce), całkiem zresztą miarowo. Nie jest to wprawdzie house’owe 4/4, a sam podkład to dużo wyżej niż “Buddha-Bar” (jest za to utwór “Buddha’s Bedroom”, zresztą najciekawszy w zestawieniu), nie wystraszy znajomych zaproszonych na kolację, ale ciągle intrygujące. Może się podobać - to w tym wypadku chyba najlepsze określenie dla tej sympatycznej płyty. Tyle że słyszałem już lepsze utwory Rileya. I lepsze płyty Kronos Quartet.

Ale nie dlatego, żeby się niemiło wracało do raz przerwanej czynności. Nawet do pracy czasem miło by było wrócić po urlopie, gdyby nie jeden drobny mankament: zaległości. Setki nieodebranych maili, korespondencja na biurku, gazety z paru tygodni, nagrania na sekretarce itepe itede.
Na szczęście nie wracam do pracy - wracam z pracy, wreszcie zrobiłem, co miałem do zrobienia (z grubsza), przy czym doczekałem się postępującego opóźnienia, najpierw paru dni, potem kilku tygodni, a w końcu wyszło jak wyszło. I zaległości są w tej chwili moją największą bolączką. Postaram się z nimi uporać z pomocą serii krótkich piłek - w końcu w roku 2008 wszystko się musi z piłką kojarzyć. I jak dobrze pójdzie, to do końca maja będę na czysto z nowościami. Ale najpierw muszę wypluć z siebie trochę notek o płytach, bo bardzo się za tym sposobem krystalizowania własnych poglądów stęskniłem. Nie pytajcie proszę, co robiłem przez te tygodnie - na razie i tak nie odpowiem. Wszystko w swoim czasie ;-)
Dzięki za cierpliwość dla tych, którzy tu jeszcze zaglądają.

Biurko

Nie będzie żadnych punktów dzisiaj. Tak w ogóle to w ogóle wpisu nie będzie. Proszę to traktować jako ogłoszenie, bo kolejny wpis sensu stricto pojawi się tu pewnie dopiero w okolicach końca marca, a właściwie wtedy, gdy blat tego biurka na zdjęciu wyżej będzie w końcu widać. Wpadłem w wir prac wykończeniowych nad pewną historią, którą zapewne będę chciał się pochwalić i tutaj, tym bardziej, że - mam nadzieję - przynajmniej dla części osób odwiedzających stale ten blog będzie to rzecz przydatna.

Mogę tylko w wielkim skrócie rzucić sprawozdanie z ostatnich dni w odtwarzaczu.

Najlepsza płyta ostatnich tygodni: Thee Silver Mt. Zion Memorial Orchestra & Tra-La-La Band “13 Blues for Thirteen Moons”. No dobra, nie jest to GY!BE, ale utwór tytułowy to na razie jeden z najlepszych muzycznych momentów w tym roku IMHO.

Radzę sprawdzić: Chauchat, bo Atlas Sound pewnie już wszyscy sprawdzili i każdy ma swoje zdanie w tej sprawie.

Największe rozczarowanie ostatnich tygodni (bo to przeokrutnie chwalona rzecz): Erykah Badu “Amerykah, Part One”. Porządny album, ale nie czytajcie tych wszystkich recenzji przed przesłuchaniem, lepiej odwrotnie.

Najbardziej niezrozumiana płyta ostatnich tygodni: Baby Dee. Przyzwoity zestaw, ale po prostu nie dla wszystkich.

Nadrabiam właśnie Mariee Sioux, Alelę Dianę i zdam relację, gdy przyjdzie czas. Choć siłą rzeczy chwilowo muszę słuchać dużo, dużo starszych płyt. Nie bez przyjemności, zapewniam ;-)

U A K T U A L N I E N I E

(czyli jednak się nie lenię)

Dzięki za wszystkie komentarze. Blog nie umarł, za chwilę odżyje, zgodnie z przewidywaniami mam kilkutygodniową obsuwę w pracach, ale wszystko wskazuje na to, że koło 20.04 pojawi się tu wreszcie coś nowego. Sam na to czekam. Przepraszam wszystkich rozczarowanych, ale gdybym sobie nie postawił szlabanu, to siedziałbym na blogu w czasie wolnym i byłbym zajęty.

Autechre - Quaristice
AUTECHRE
„Quaristice”
Warp 2008
>>>4<<

Znowu będę pisał o dziecku. Proszę mi wybaczyć, ale taka sytuacja. Każdy próbuje porównywać, zestawiać z sytuacją, którą ma na co dzień. A moja sytuacja jest taka: za trzy dni koncert Autechre w Katowicach, na którym niestety, nie będę mógł się znaleźć. A wszystko to…

No dobra, dość żalu. Dziecko to organizm żywy, który trudno na początku zrozumieć, rozgryźć, a w dodatku który – gdy już nam się wydaje, że zrozumieliśmy, o co mu chodzi – wymyka się dalej. W miarę upływu czasu staje się coraz bardziej nieprzewidywalny. Taka (dokładnie!) jest ewolucja duetu Autechre, co potwierdza „Quaristice”, album kontynuujący serię bardziej abstrakcyjnych, a zarazem spójnych albumowych opowieści, czy raczej podróży (trudno o opowieść w świecie abstrakcji) dźwiękowych. Prawie każdy utwór Autechre przechodzi też taką ewolucję wewnętrzną, w wyniku której początek i koniec zestawione obok siebie – bez tego wszystkiego, co pomiędzy – wydadzą nam się częściami zupełnie innej układanki.

Porównywałem już muzykę Autechre z organizmem żywym na łamach „Przekroju”, ale nie pozwoliłem tam sobie na taką wycieczkę osobistą. Nie chcę jej ciągnąć dalej, pisząc, że dziecko to idealny syntezator (analogowy, oj, nawet do szpiku kości analogowy), który jest skłonny co rusz reprodukować i generować wszelkiego typu dziwne dźwięki, zanim wprowadzi do pamięci te najważniejsze i najpotrzebniejsze. No ale już pociągnąłem, przynajmniej na to wygląda. Autechre też są nieźli w zaskakiwaniu brzmieniem. I pozostali aż do dziś w stanie dziecięcej świeżości i elastyczności. Rzucając ostatnio (też na łamach „P”) zdanie o tym, że nawet stara muzyka Autechre brzmi, jakby nagrano ją w przyszłości, przypomniałem sobie starsze nagrania Anglików. I porównałem je z “Draft 7.30”, „Untitled” czy nową płytą. O ile brzmieniowo zawsze wypadali świetnie, to ich nowe płyty, skupione na płynnej obróbce dźwięków czasie rzeczywistym wydają się być do przodu o lata świetlne w stosunku do pierwszych nagrań, przywiązanych do idei powtarzalnych pętli i sekwencji. Owszem, to w latach 90. Autechre zmieniali historię muzyki w sposób bardziej zauważalny, ale i w XXI wieku są w awangardzie. Proponuję posłuchać feerii połamanych rytmów w „fwzE”, barw syntezatora w „Perlence”, czy organicznego zgiełku w „Simmm”. I tylko w paru miejscach (jak ziejący pustką utwór „Rale” i mroczny „90101-51-1”) zbliża się do własnych prawnuków z dubstepowego podwórka. Ale i tu nie na tyle, żeby uznać to za koniunkturalizm.

Jeśli przeczytaliście ten tekst, słuchając jednocześnie „Quaristice” – moje gratulacje. Ogólnie słuchanie tej płyty to zajęcie na długie tygodnie, które skutecznie utrudnia lub uniemożliwia wręcz czytanie czegokolwiek. Zaraz, zaraz. Czy już mówiłem, że podobnie są w stanie zaabsorbować tylko dzieci?

Atlas Sound

ATLAS SOUND
“Let the Blind Lead Those Who Can See, but Cannot Feel”
Kranky 2008
>>>>5<
Powściągliwie porażający album. Po poprzedniej opisywanej przeze mnie płycie (patrz niżej) właściwie powinienem to stwierdzić z zaskoczeniem. Ale w istocie już pisząc o niej wiedziałem, że ukazało się w tym roku coś więcej niż przyzwoity album Magnetic Fields. Pora poznać debiut solowy Bradforda Coxa, lidera formacji Deerhunter (patrz moje ulubione albumy roku 2007), który w pojedynkę robi, jak się okazało, rzeczy jeszcze bardziej niezwykłe nż w grupie. Ja w granym na 6/8 utworze “Recent Bedroom” i kolejnych słyszę echa najlepszych produkcji spod znaku 4AD i, owszem, także My Bloody Valentine, choć to nieco nadużywane porównanie. Nie chcę iść tak daleko, by od razu zestawiać Bradforda z Kevinem Shieldsem, ale jest coś marzycielskiego i delikatnego, a zarazem sugestywnego w jego wizji. Jest też podobne brzmienie - “rozmazane” i ciepła. No i miło by było dostać tej klasy propozycję od Shieldsa. Ale słyszę też repetytywny folk rodem z Charalambides, a wreszcie odrobinę wczesnego Stereolab.
Jeśli chodzi o operowanie nastrojem, Cox robi ze słuchaczem, co chce. I właściwie można by się zapędzić i wysoką notę wystawić płycie już po krótkim wstępie z głosem chłopca opowiadającego o duchu imieniem Charlie. Zresztą to nastrój trzyma w kupie wszystkie środki wyrazu, po jakie sięga frontman Deerhuntera - włącznie ze wspomnianymi rytmami trójdzielnymi, partiami perkusyjnymi rodem z IDM, egzotycznym instrumentarium i odrealnionymi wokalizami. Podobnie jak w wypadku jego macierzystej formacji, jest to klimat niezwykle oryginalny i niejednoznaczna stylistyka. Na ile może być za to odpowiedzialny zespół Marfana, genetyczne schorzenie, na które cierpi Cox? Trudno powiedzieć, ale skoro na tę samą chorobę cierpieli także Robert Johnson i Niccolo Paganini (tutaj więcej informacji), to może rzecz ma coś wspólnego z talentem/wrażliwością muzyczną? Choć z punktu widzenia słuchacza oczywiście nie powody się liczą, ale skutki. A płyta z długim tytułem Amerykanina z Atlanty zaskakuje na każdym kroku i prowadzi nas stopniowo coraz głębiej w osobny świat, zatapiając się w ostatnich minutach w ambiencie i pokazując, jak wątła jest granica między hałasem a ciszą po tej drugiej - kontemplacyjnej, medytacyjnej, ambientowej stronie muzyki.
Xiu Xiu
XIU XIU
“Women as Lovers”
Kill Rock Stars 2008
>>3<<<
Po tygodniu studiowania hawajskich legend odpuszczam i przyznaję: trudno mi się pożegnać z tymi wszystkimi nikomu niepotrzebnymi wykonawcami muzycznymi. Wybrałem więc grupę najmniej potrzebną komukolwiek (poza inspiracją do nauki chińskiego - patrz nazwa) i wracam do roboty.
Wracam po to między innymi, by stwierdzić, że ludzie po prostu nie są w stanie ocenić, czy coś jest dobre. Nawet David Toop, ba, nawet jurorzy “Tańca z gwiazdami” są tylko ludźmi (choć Tyszkiewicz ma tak wystudiowaną mimikę, że mogłaby grać androida w “Łowcy androidów”). No dobra, tak naprawdę to mogę tylko stwierdzić fakt, że to ja nie jestem w stanie ocenić. Problem polega na tym, że ocenia się tylko przez odniesienie do innych rzeczy, które wychodzą, przez odniesienie do dźwięków obok, mówiąc ogólnie: do otoczenia. A Xiu Xiu żeruje na tym fenomenie jak mało kto. To taki Depeche Mode albo The Cure świata współczesnej awangardy. Grają piosenki pełne rezygnacji, nieco rozpaczliwe i zatopione w dźwiękach przedziwnych sampli, elementach muzyki gamelanowej, najróżniejszych wpływach, wreszcie - w kakofonii. A gdy takiemu twórcy trafi się jakaś “właściwa” nuta, to w natłoku tych krzywych brzmi wyjątkowo pięknie.
Oto paskudne uproszczenie. Przepraszam, ale po raz kolejny wysłuchałem właśnie “Women as Lovers” i ocknąłem się po kilku minutach od ostatnich dźwięków “Gayle Lynn”. Nie jest to ani udany album pop, ani porażająca awangarda. Można to sformułować dosadniej: ten album to trwające pięć utworów oczekiwanie na kapitalną (choć bardzo wierną oryginałowi) wersję “Under Pressure” śpiewaną tu przez Jamiego Stewarta w duecie z Michaelem Girą, którego znawcom legend hawajskich nie muszę specjalnie przedstawiać, a potem osiem utworów, które pozwalają zejść z tego wyśrubowanego poziomu (przez siódemkę, całkiem miłe “Black Keyboard”) do znacznie mniej udanych kompozycji. I chociaż zdaję sobie sprawę, że Xiu Xiu dawno nie byli tak blisko mainstreamu, co w kompozycji Queen, to jednak trudno mi nie pomarzyć o tym, by do swoich inteligentnych eksperymentów z brzmieniem dodawali bardziej intrygujące melodie.
I tu wracamy raz jeszcze do problemu kontrastu. Oczywiście na tle dyskografii Xiu Xiu - tu pewnie nawet fani, którzy już postawili na mnie przed chwilą krzyżyk, będą się skłonni zgodzić - wypada to mizernie. Problem polega na tym, że na tle rozkręcającego się roku nie ma wstydu. Chętnie bym napisał, że reszta dużo lepsza (i pewnie niebawem napiszę), tylko gdzie ta reszta?

Blog Roku

Uff. No to po nagrodach. Obrady jury w poniedziałek nie należały do najłatwiejszych. Wygrał Precel, no i z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że to dobry werdykt. Sam miałem swojego cichego faworyta w postaci Skafandra-i-Hieny, ale ten dostał na szczęście nagrodę publiczności w swojej kategorii, więc wszystko jest ok. Ogólny poziom blogów z roku na rok coraz lepszy, chociaż trzeba przyznać, że blogi z różnych kategoriach odlatują od siebie tak daleko, że przyznawać jedną nagrodę będzie zapewne coraz ciężej.
Czwartkowa gala też na poziomie, chociaż trochę mnie wymęczył podzielony na trzy części koncert, a Proces, laureat, któremu miałem wręczać statuetkę, nie przyjechał (jako jedyny zresztą) po odbiór nagrody. Brawa za uhonorowanie nagrodą specjalną blogu komiksowego Endo i Belle’a. Jeszcze jakaś honorowa nagroda dla PVEK-a i uznam, że już niewiele trzeba zmieniać w całej imprezie, która wreszcie (ku mojej satysfakcji) uwzględniła blogi spoza Onet.pl, a więc okazała się z grubsza przekrojowa.
Co do moich wyborów - tłumaczyłem dość obszernie kryteria tutaj, więc nie będę się powtarzał. Każdy z trzech blogów: Polygamia, Art Bazaar i 7Kettles spełnia założenia miejsca, wokół którego toczy się jakaś dyskusja na temat premier i wydarzeń kulturalnych w swojej branży. Nominowałem też blogi nowoczesne, o ładnym i klarownym layoucie. Fakt, można się zastanawiać, czy to nie są już bardziej serwisy informacyjne niż blogi, ale w tej kategorii większość idzie w tę stronę, więc nie widzę w tym problemu.
Dziękuję za wyrozumiałość pozostałym autorom, których nie wyróżniłem nominacją. Kiepskiego bloga wśród nich nie było. W szczególności nie było źle pisanych - pod tym względem jestem dumny, bo miałem chyba najlepszą kategorię spośród wszystkich jurorów. Okultura tylko o włos pod kreską za pierwszą trójką - świetna rzecz, choć niezwykle specyficzna, bo nie dzieląca kultury na dziedziny/nisze, a raczej szukająca starych wzorców subkulturowych. Też tak można. Zadecydowały jednak względy subiektywne - pierwsza trójka po prostu spodobała mi się nieco bardziej. Miło, że Okulturę docenili internauci (drugie miejsce w głosowaniu). Jeśli nienominowanych przeze mnie to pocieszy - nie sądzę bym odebrał im szanse na Bloga Roku, bo sądzę, że jeszcze długo trudno będzie zdobyć to wyróżnienie blogowi o kulturze. To kwestia podejścia i części wspólnej zainteresowań jury. Możecie mi wierzyć, mam w tym pewne doświadczenie. Na swój sposób jest to kategoria elitarna, ale też na swój sposób wyklucza (właśnie przez specjalizację, którą ja doceniałem) z wyścigu z historiami życia, komentarzami politycznymi, zabawnymi blogami zdjęciowymi itd.

Czemu nie przyznałem nominacji zwycięzcy kategorii w głosowaniu publiczności, Procesowi? Nie dlatego, by jego blog mi się nie podobał. Przeciwnie, to pewnie ścisła dziesiątka całego konkursu, bez względu na kategorie. Moim skromnym zdaniem został jednak przypisany do złej przegródki - owszem, łatwiejszej do wygrania drogą esemesową, bo kultura nie budzi takich emocji jak blogi o życiu, ale zarazem wymagającej koncentracji na pewnego typu tematyce z danej dziedziny kultury, wnoszącym coś w sensie informacyjnym/opiniotwórczym do dyskusji o danej dziedzinie. Blog Procesa bardziej już momentami pasowałby do kategorii “ja i moje życie” albo “zainteresowania i pasje”, a najbardziej zapewne do nieobecnej w konkursie kategorii autotematycznej - “blogi o blogach”.
To w zasadzie drugi powód mojego wyboru - przesadna koncentracja Procesa na tematyce konkursu na Blog Roku. Starałem się doceniać przede wszystkim te blogi, które funkcjonują w czasie konkursu normalnie, a nie zamieniają się w forum polemik i dyskusji dotyczących samych zawodów.
A ponieważ sam Proces był łaskaw kilkakrotnie wspominać na blogu moje nazwisko w, mówiąc delikatnie, niezbyt miłych kontekstach (już po ogłoszeniu mojego werdyktu), ja pozwolę sobie, już po ciszy, do jakiej się sam zmusiłem na czas trwania głosowania, odpowiedzieć na dwie uwagi, które były (najogólniej mówiąc) nie fair:

1. Proces insynuuje, jakobym w kategorii Kultura nominował mojego kumpla. Ktoś tak bywały w blogosferze jak on pewnie rozumie, że wzajemne linkowanie na blogach nie oznacza jeszcze prywatnego kumpelstwa. Problem polega na tym, że linkowałem - od dość dawna - również do bloga Procesa na WordPressie, a więc - idąc za słowami Procesa - byłem również jego kumplem. Co w związku z tym? Zarazem Proces był jedynym - z tego, co zdołałem wypatrzyć - autorem bloga z mojej kategorii, który w sposób dość otwarty zabiegał o głosy jurorów. Oczywiście po mnie przejechał się dopiero wtedy, gdy już opublikowałem moje typy…
Prywatnie z autorem 7Kettles się nie znamy, czego żałuję, tym bardziej, że pewnie miałbym okazję go poznać w Fabryce Trzciny - nie starczyło czasu, by się odnaleźć po ceremonii (przy okazji - pozdrawiam Polygamistów, których poznałem na miejscu!). Owszem, 7Kettles to blog, który bardziej mnie osobiście interesuje i w sensie miejsca grupującego osoby zainteresowane muzyką ma on dużą przyszłość. Nic na to nie poradzę. Chciałbym jednak w tym miejscu zaznaczyć, że w końcowym głosowaniu w czasie wyboru Bloga Roku wstrzymywałem się od głosu przy rozpatrywaniu blogów z ocenianej przeze mnie kategorii. Podobnie uczyniła zresztą z własnej inicjatywy większość jury. Rzecz jest do sprawdzenia u organizatorów konkursu, gdyby Proces, który lubi sensacyjne zagadki, dalej chciał się bawić w blogowego Herculesa Poirot.

2. Proces zapytuje, dlaczego nie nominowałem bloga Doroty Szwarcman i czy uznałem go za gorszy niż inne. Otóż tu są zasady konkursu. I stoi tam dość wyraźnie, że każdy z członków kapituły dostaje do oceny 10 blogów. Nie było wśród nich bloga pani Szwarcman. Gdyby był, z całą pewnością starałbym się go docenić. W tej kategorii (co jeszcze raz podkreślę) jest zresztą ciekawszy - w mojej opinii - niż blog Procesa.

Uwagę Procesa o tym, że “legendy hawajskie zna więcej osób niż płyty opisywane przeze mnie na tym blogu” uznaję za efekt krańcowego wyczerpania konkursową atmosferą i zapisuję sobie do zabawnych złotych myśli.
Tyle. Do sprawy nie zamierzam wracać ani wdawać się w dalsze polemiki. Gratuluję Procesowi zasłużonej - w sensie ogólnym, bo jego wywody na temat blogów to naprawdę górna półka - wygranej, cieszę się, że postanowił przeznaczyć nagrodę na cel charytatywny i jest mi tylko przykro, że nie mogłem uścisnąć mu ręki osobiście i wyjaśnić tych paru nieścisłości w miłej rozmowie przy winie.
W sumie po to była ta cała impreza. Przecież nie pojechałem do Fabryki Trzciny obejrzeć koncert Maleńczuka. ;-)

Prawdę mówiąc, czekałem cierpliwie, aż Jarek Szubrycht podejmie temat. No i podjął. Bardzo się z tego powodu cieszę i w zasadzie chcę tylko przekierować w tym miejscu do jego bloga. Tam więcej o działaniach Agory, która produkuje książki (no wiecie, namnożyło się tych pisarzy ostatnio: Wojciech Waglewski, Ewa Bem, Shakin’ Dudi…), sprzedaje je w salonikach prasowych jak gazety, a potem wręcza złote płyty za ich sprzedaż. A na koniec roku nominuje artystów do Fryderyków, bo fakt, że coś jest książką, nie przeszkadza Akademii Fonograficznej w uznaniu tego za fonogram (to smutny powód do tego, żeby wypisać się z zaszczytnego grona AF, jak dla mnie). Po co to wszystko, przeczytacie sobie u Jarka. Ale można się domyślić, o co idzie, jeśli nie wiadomo, o co chodzi.

Jedno, co mogę dodać w tej sprawie: po raz kolejny nie mogę się nadziwić artystom. Zacnym, lubianym przeze mnie postaciom z górnej półki. Już trzykrotnie w ciągu ostatniej dekady zadziałali z żelazną konsekwencją na swoją własną niekorzyść, powodując kryzys na rynku muzycznym (tylko proszę mi tu nie proponować starej śpiewki o tym, że to Kasia Kanclerz wywołała kryzys do spółki z Wojciechowskim et consortes, proszę doczytać):

Po pierwsze, w latach 1998-99 cała branża konsekwentnie poparła pomysł koncernów płytowych, żeby nie kupować reklam w prasie branżowej, bo - jak wyszło z badań - bardziej przy sprzedaży płyt opłacają się radia, telewizja, a nawet (sic!) plakaty na mieście. Finał? Śmierć prasy muzycznej w Polsce. Szybka i bezbolesna. Po dwóch latach okazało się, że nie ma gdzie publikować wywiadów, wysyłać płyt do recenzji itp. Zostały pisma o ogólnym profilu i prasa kobieca. I czasem tylko, dzwoniąc do “Przekroju”, ktoś załkał w słuchawkę, że przecież nikt o tych wszystkich płytach nie pisze, a artyści tak bardzo chcieliby poczytać, co o nich sądzą dziennikarze. Odpowiadałem zawsze tak samo: “Przykro mi, ale nie mamy tyle miejsca na recenzje płyt, nie jesteśmy w końcu pismem muzycznym”.

Po drugie, mniej więcej w tym samym czasie, polska branża poszła na totalną ugodę ze stacjami radiowymi. Zgodziła się na to, żeby zaufać wynikom badań telefonicznych potencjalnych przebojów (w sensie: puszczają wam parę sekund refrenu przez trzeszczące łącza TP S.A., a wy macie powiedzieć, czy wam się podoba, a na tej podstawie ktoś inwestuje pieniądze w muzykę; pewnie znacie całą sprawę dobrze, ale jej debilizm cały czas robi wrażenie, czyż nie?). I dziś znajomy Maryli Rodowicz mówi mi: “Stary, przecież ona nie może nagrać takiej płyty, jaką by chciała, bo nie graliby tego w Radiu Zet, to wszystko przez rozgłośnie, one nam zepsuły rynek!”. Otóż nieprawda, radio ma prawo wymyślać głupie triki, a artyści są po to, żeby się na nie nie nabierać. Na dodatek artyści podzielili się na tych, którzy reklamują RMF i na tych, którzy wspierają Zetkę - tylko po to, żeby załapać mniej lub bardziej świadomego “bana” u konkurencji i ograniczyć sobie pole rażenia o połowę. Słabo? Tak, a to działania, które trwają do dziś. Aż trudno uwierzyć.

Po trzecie, dziś sprzedają swoją muzykę nie wydawcom płyt, albo chociaż producentom empetrójek czy dzwonków do komórek, tylko wydawnictwu prasowemu, które proponuje im dobry układ w ramach pewnej luki prawnej. Nagrywają więc płyty i sprzedają je, w zamian za doraźny zysk rujnując możliwość rozwoju własnej branży, o słabości której często wspominają. Jeżeli to nie jest nieodpowiedzialność, to podajcie mi właściwszą definicję. ;-)

No proszę, a chciałem tylko przekierować do Jarka…

PS. Aha, ja tam cały czas czekam na nagrody Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek dla Waglewskiego i Bem. Byłoby przynajmniej zabawnie. A kiedyś może Nike? Czekam na nominacje i trzymam kciuki za konsekwencję w obozie Agory S.A.

Godspeed

Przerywam zwyczajowe nadawanie opinii i recenzji, żeby przekazać bardzo smutne wieści z obozu zacnego (i lubianego przez wielu czytelników niniejszego bloga) kanadyjskiego zespołu. Otóż - jak donosi CMU Daily w swoim codziennym biuletynie - grupa postanowiła nie wznawiać już działalności i nie pracować nad kolejną płytą. Mówią, że to wszystko przez… wojnę z Irakiem. Charakterystyczny sposób patrzenia na rzeczywistość wskazuje na to, że to się może dziać naprawdę. Więcej szczegółów w wywiadzie Efrima Menucka dla “Drowned in Sound”.

Fakt, że mogą zmienić zdanie, gdy wojna się skończy, nie pociesza mnie jakoś bardzo, bo ciągle nie widać końca tej wojny. W każdym razie nawet jeśli to ostateczny koniec GYBE!, to trzeba powiedzieć: moment jest idealny, a zespół skończy działalność, nie mając na koncie nieudanej płyty. Ale smutek pozostaje…

UPDATE 12/02 Kiedy huknęła wiadomość o rozpadzie, Efrim postanowił ją zdementować. O tu. (dzięki, sivi!). Co nie zmienia to faktu, że grupa wciąż nie działa, a więc smutek pozostaje mimo wszystko…

Sons and Daughters Q

Tak wygląda po zgrafizowaniu - początek najnowszego albumu Sons and Daughters. To zresztą charakterystyczna dynamika dla zespołów nowej fali rocka. Dynamika, a w zasadzie jej brak. Bo dźwiękowo produkcja ostatnich nagrań to jedna wielka kaszana. Bardzo ciekawie pisał o tym niedawno “Rolling Stone”. Nazwali to “śmiercią hi-fi”. I rzeczywiście, coś w tym jest. Dzieją się z grubsza dwie rzeczy, które zauważyć można gołym uchem:

1. Producenci coraz mocniej kompresują dynamikę nagrania. Robią to mniej więcej z tych samych powodów i z tym samym skutkiem, co realizatorzy reklam telewizyjnych. Jeśli nie zauważyliście jeszcze, że reklamy wydają się głośniejsze niż cała reszta emisji TV, mimo że nie kręcicie gałką, to zwróćcie na to uwagę. To dzieło kompresji, która - upraszczając sprawę - powoduje, że cichsze partie zostają “dociągnięte” do poziomu tych głośniejszych, a całość brzmi pełniej, głośniej i zdecydowanie bardziej natarczywie. Łatwiej rzecz zauważyć w radiu, lepiej brzmi na kiepskim sprzęcie, ale zarazem szybciej męczy. Silna kompresja zawsze odróżniała nagrania pop od muzyki klasycznej czy jazzu, ale teraz tendencja poszła w absurdalnym kierunku. Posłuchajcie więc Sons and Daughters, albo nawet Franza Ferdinanda czy innej nu-rockowej kapeli na naprawdę dobrym sprzęcie, a odniesiecie wrażenie, że czegoś tu za wiele. No i brak emocji. Zamiast cicho-głośno jest wciąż głośno-głośno. Dotyka to nawet zespołów dbających o dźwięk, bo choć jeszcze jako takie zróżnicowanie dynamiczne u nich zauważymy, to jednak ogólny poziom jest bardzo wyśrubowany. Za przykład niech posłuży najnowsze Magnetic Fields. Strona pierwsza, utwór pierwszy:

Magnetic Fields

2. Nagrania produkowane są pod kątem odtwarzaczy mp3 i głośników komputerowych. To, że nie robi się w muzyce rozrywkowej produkcji pod sprzęt hi-fi, wiadomo nie od dziś. Ale dawno nie było sytuacji, by najpopularniejszy sprzęt był aż tak słabej jakości. Najbardziej popularne źródła to komputer (albo i laptop) z plastikowymi pierdziawkami, ewentualnie sprzęt przenośny. W obu wypadkach format zapisu to mp3, wprowadzający dodatkową kompresję niejako z natury. Do tego dochodzi często kiepski bitrate, a co najgorsze - kilkukrotne kompresowanie i rozkompresowywanie (w wypadku muzyki nielegalnie ciągniętej z sieci). Skutki są opłakane - po co nagrywać wysokie, skoro zetnie je mp3, a po co basy, skoro pierdziawki i tak nie odtworzą (jeśli chodzi o radio, to 90 procent stacji gra z formatów poddanych kompresji stratnej, z komputera). Logiczne pole do oszczędności czasu, energii i pieniędzy, nieprawdaż? Nawet zremasterowane stare nagrania brzmią więc karygodnie i są - co dziwi w dzisiejszych czasach, kiedy takich rzeczy da się uniknąć defaultowo, nagrywając na przyzwoitym sprzęcie - prze-ste-ro-wa-ne! Proszę spojrzeć na “Anyway, Anyhow, Anywhere” The Who z remastera. Przestery (a co za tym idzie - zniekształcenia) to te miejsca, gdzie fala zamienia się w prostokątną - u góry wykresu. To tylko kawałek kawałka - w powiększeniu (aha, żeby nie było - wszystko zgrywane z oryginalnych CD do formatu wav, więc bez dodatkowych strat jakości!):

The Who

Proszę tylko nie sugerować, że kiedyś na pewno było tak samo. Zrobiłem kilka testów. Najpierw zgarnąłem z półki stare Van Halen, masterowane na CD na początku lat 90., albo i wcześniej. Rezultat jest dość porażający, zważywszy, że to zespół pop-metalowy, ale jednak - grający głośno. Proszę tylko popatrzeć. Przykład pochodzi z kawałka “Good Enough” z płyty “5150″, więc zapewniam - to naprawdę mocne uderzenie:

Van Halen Q

I jeszcze jeden przykład z lat 80., wtedy również masterowany. Ściana przesterowanych gitar grupy The Jesus and Mary Chain, zacne “Just Like Honey”. Dla mnie to chyba najbardziej szokujący przykład (bo też w latach 80. The Jesus byli kapelą, która bardzo mnie poruszyła). Dzisiaj, puszczony między Sons and Daughters a Bloc Party, nie zrobiłby na nikim takiego wrażenia jak kiedyś. A żeby usłyszeć go w radiu, musielibyście podkręcić gałkę:

Jesus and Mary Chain Q

Proszę nie regulować przeglądarki. Skala jest taka sama! Swoją drogą to wszystko również rozsądne wytłumaczenie faktu, że gdy słuchamy z CD nagrań, to jedna płyta wydaje się dużo głośniej nagrana od innej. W większości wypadków (pomijam nowe remastery, rzecz jasna) subiektywnie głośniejsze będzie nagranie nowe. W “Rolling Stonie” porwónywali “Smells Like Teen Spirit” z jakimś kawałkiem Franza Ferdinanda właśnie. I chyba nie muszę dodawać, z jakim efektem. W każdym razie postaram się w najbliższych wpisach z recenzjami zwracać uwagę także na ten aspekt nagrań. Sam jestem ciekaw, kto stosuje tanie chwyty w studiu, a kto nagrywa muzykę z szacunkiem dla muzyki.

Next Page »