CHACIŃSKI

Michael Jackson wpadł pod prasę

8 02 2010 · 2 komentarzy

O filmie „This Is It” o trasie Michaela Jacksona pisałem w październiku na łamach „Przekroju” – że cały zabieg z tworzeniem aury ekskluzywności to oczywista marketingowa ściema i że w ciągu pół roku rynkowa wartość filmu, podobnie jak z większością koncertów na DVD, dramatycznie spadnie. Pełny tekst można znaleźć tutaj.

Piszę o tym, bo historia znalazła właśnie swój epilog w doniesieniu „Pressu” – i to szybciej niż się spodziewałem. Cytuję:

Tygodnik ”Newsweek Polska” (Axel Springer Polska) dołączy 15 lutego br. płytę DVD z filmem pt. ”Michael Jackson’s This is it”. Większość materiału została nakręcona w czerwcu ub.r. w Staples Center w Los Angeles i w Forum w Inglewood podczas przygotowań Jacksona do serii 50 koncertów ”This is it”, które planował zagrać w O2 Arena w Londynie. (…)

Kto chciał ekskluzywnie, musiał się wyjątkowo spieszyć. I wyjątkowo krótko się tą ekskluzywnością nacieszył.

Komentarzy: → 2Kategorie: informacje · ogłoszenia · opinie · przegląd prasy
Otagowane: ,

10 nowości stycznia: Owen Pallett, Mitch & Mitch, Vampire Weekend i inni

31 01 2010 · 8 komentarzy

Zaniedbałem się ostatnio, co dziwne, bo czasu miałem trochę więcej. Ale z reguły im więcej czasu, tym gorsza organizacja. Poza tym zwlekałem długo z publikacją tego wpisu, bo chciałem pokazać możliwie szeroki przegląd styczniowych premier, których udało mi się posłuchać i nad którymi warto się zatrzymać. Kilka rzeczy (Beach House, Charlotte Gainsbourg) dopiero do mnie jedzie, więc do nowości stycznia na pewno będę jeszcze wracał.

Ceephax Acid Crew „United Acid Emirates”
Planet Mu
premiera: 25.01, źródło: Boomkat.com (mp3)
6/10

Spodobał mi się wniosek recenzenta “The Wire”, który uznał, że płyta Andy’ego Jenkinsona (brat Toma, zwanego Squarepusherem) jest jednym z dowodów pojawiającej się w brytyjskim światku elektronicznym nostalgii za acid house’em. Coś w tym jest, zważywszy na to, że jego starszy brat  przeszedł przez podobny okres nostalgii kilka lat temu, w okolicy albumu “Hello Everything”. U Ceephaxa mamy przegląd stylistyk w obrębie nurtów późnych lat 80. “Cedric’s Sonet” to pięknie funkujące electro (na całą płytę w tym stylu bym się nie obraził). “Castilian” to jakaś wariacka impreza w Manchesterze. “Topaz” to italo-disco. “Life Funk” przypomina z kolei szaloną prywatkę z programem ReBirth, jakie w latach 90. wyprawiali sobie ludzie stęsknieni za dźwiękami syntezatora Roland TB-303. Choć paradoksalnie tu akurat Jenkinson łapie ślady struktury kompozycyjnej. Za to w kilku innych miejscach wyraźnie brakuje mu pomysłu, co zrobić z gałkami syntezatorów do końca nagrania.

dÉbruit „Spatio-temporel” EP
Civil Music
premiera: 11.01, źródło: Boomkat.com (mp3)
8/10

Francuska alternatywa dla całej fali nowych twarzy z przecięcia IDM-u, dubstepu i hip-hopu. Podobnie jak francuski hip-hop niesie w sobie wyjątkową wrażliwość na korzenną muzykę afrykańską. Dlatego perkusyjne podkłady mają w sobie funkową moc afrobeatu i charakter muzyki ludowej z Afryki Zachodniej. Wszystko to podane jest jednak w nowoczesnej oprawie. “Spatio-temporel” wróży bardzo dobrze nowej płycie. Jeśli jeszcze album będzie tak równy jak ta EP-ka, to może rośnie coś na miarę nowego French Touch, gatunek, którym Francuzi będą w stanie rywalizować z producentami zza kanału La Manche?

HiM
Hip Hip Hip
premiera: 4.01, źródło: pożyczone od dobrego kolegi (CD)
6/10

Najbardziej mnie ciekawi, z czego żyje taki Doug Scharin, bądź co bądź dość wyjątkowy perkusista, skoro stać go na granie w małych klubach gdzieś w Polsce dla skromnej publiczności i wydawanie w Japonii płyt, które cała reszta świata musi kupować po horrendalnych importowych stawkach, więc pewnie w większości ściąga sobie z Internetu lub przegrywa od znajomych. Obstawiam, że udziela lekcji gry na perkusji dzieciakom obrzydliwie kalifornijskich rodziców z Beverly Hills, żeby potem mogli zdobywać achievementy, bębniąc w “Rock Band” na Xboksie. Japończycy z Ultra Living, którzy towarzyszą mu na koncertach i na płycie, brzmią przy nim jak uczniowie przy profesorze. Na żywo dość łatwo z jazz-rocka przechodzą do hard rocka, uderzając chwilami w zdarty banał. Na płycie jest pod tym względem lepiej – za dziwnym tytułem kryją się liczne nawiązania do rozbuchanej rytmicznie muzyki wysp Ameryki Środkowej, momentami trochę zbyt eklektyczne dla mnie (dużo bardziej niż te polirytmiczne wycieczki do Afryki, które mieliśmy kiedyś u HiM), ale na pewno warto posłuchać, zaczynając od czwartego na liście “Those Who Say”. Warto też wziąć poprawkę na nieco rozjechane, ale za to miło i naiwnie brzmiące wokale. Zespół wokalnie wspiera tu (podobnie jak na żywo) intrygująca Ikuko Harada, której płyty solowej nie zdążyłem odszukać przed warszawskim koncertem, a teraz to mogę co najwyżej sprowadzić z Japonii via USA, więc chyba wykonam telefon do jakiegoś dobrego kolegi.

Jaga Jazzist „One-Armed Bandit”
Ninja Tune
premiera: 25.01, źródło: Ninja/Insound (promo CD)
7/10

Rewelacyjny utwór tytułowy trochę zmylił moją czujność. Spodziewałem się czegoś na miarę debiutanckiego “A Livingroom Hush”, a dostałem płytę, na której akcent z “jazz” został przesunięty już nie na post-rock (jak poprzednio), tylko na “rock progresywny”,  z dość oczywistymi wycieczkami w inne rejony (minimal music w “Toccacie”), zaś napięcie stopniowo spada – owszem, podobnie jak na świetnym “What We Must”, ale jednak nieco szybciej. W związku z czym moje zainteresowanie nią też spadło przez ostatnie tygodnie i gdy przyszło wybrać do radia coś kolejnego do zagrania, wybrałem po raz kolejny “One-Armed Bandit”. Czy już mówiłem, że to rewelacyjny utwór tytułowy? Więcej o tym albumie piszę na łamach „Przekroju”, gdyby ktoś czuł się nieusatysfakcjonowany.

Minamo „Duree”
12k
premiera: 11.01, źródło: Boomkat.com (CD)
7/10

Tu z kolei nie spodziewałem się wiele, bo nie znałem poprzednich produkcji tego japońskiego zespołu dla Tzadika i 12k. Podobno ten materiał jest “lżejszy” niż poprzednie. W każdym razie na pewno ma coś z przyjemnego gitarowego grania na pograniczu ambientu, jakie prezentują Mountains i z zamyślenia nad pojedynczymi,  celebrowanymi  w nieskończoność akordami fortepianu, jakie słychać czasem u Ryuichiego Sakamoto. Do tego drżące tło z delikatnych dronów i cyfrowych dźwiękowych nieczystości. Nie zauważyłem w tym albumie niczego, czego bym gdzieś już wcześniej nie słyszał, ale brzmi niezwykle przyjemnie. To idealna muzyka do zasypiania. Wolę słuchać niż o niej pisać.

Mitch & Mitch with Their Incredible Combo „XXII Century Sound Pioneers”
Lado ABC
premiera: 25.01, źródło: Lado ABC (promo CD)
8/10

Skrzyżowanie poważnego szlaku Johna Zorna, który praktykuje easy listening z wibrafonem i gitarą na pierwszym planie w projekcie The Dreamers i nie tylko, także na swoich soundtrackach filmowych, oraz zawadiackiej wizji latynoskiego big-bandu Senora Coconuta. Do tego exotica czerpana prosto ze źródła (Martin Denny i Les Baxter – myślę, że to wykonawcy Mitchom nieobcy). I wreszcie muzyka ze ścieżek dźwiękowych – końcowe “Greek Wedding” spokojnie mogłoby przecież wyjść z manufaktury Ennia Morricone.  “Dinomatendo” w szaleńczym rytmie merengue mnie poraziło, a reszta przynajmniej mocno dała do myślenia. Tym albumem Mitch & Mitch właśnie katapultują się nie tylko do XXII wieku, ale też na światową stronę mocy. Niech stracę, jeśli się pomylę. Ale dla M&M, którzy odfiltrowali nieco wariackiego, sztubackiego dowcipu ze swoich działań, a dodali jeszcze kilku zdolnych muzyków do składu, to na pewno moment przełomowy. Pamiętliwych zapraszam do rewizji na koniec roku. ;-)

Scout Niblett „The Calcination Of Scout Niblett”
Drag City
premiera: 18.01, źródło: Boomkat.com (CD)
5/10

Dół. Smętny i głęboki. Wykopany przy pomocy gitar, perkusji i głosu, według wytycznych produkcyjnych Steve’a Albiniego (po raz kolejny). Jest więc stylowo, kilka razy nawet ciekawie (“Kings” to numer jeden jak dla mnie), ale to kiepska płyta w porównaniu z “This Fool Can Die Now” i żeby polubić niektóre z ciągnących się niemiłosiernie dołujących kompozycji, zwyczajnie trzeba mieć nastrój samobójczy. A apelowanie do takiej publiczności to strategia dość krótkowzroczna.

Owen Pallett „Heartland”
Domino
premiera: 11.01, źródło: Boomkat.com (CD)
8/10

Według mojej wiedzy jeszcze nic równie dobrego nie wyszło z połączenia kultury gejowskiej z fascynacją „Dungeons & Dragons”. Historia tego concept-albumu jest wprawdzie kompletnie porąbana, z jakimś rolnikiem Lewisem mieszkającym w krainie Spectrum (od tego komputera, gdyby ktoś chciał zapytać) jako bohaterem, ale za to w misternych aranżach smyczkowych Pallett wspina się na szczyty swoich umiejętności i przebija oba albumy Final Fantasy. Przebija je także pod każdym innym względem – wokalnym (zapatrzenie w Beach Boysów/Van Dyke Parksa  to już masowe zjawisko na alternatywnej scenie USA w XXI wieku, ale jemu to wychodzi na dobre), kompozytorskim i instrumentalnym. Różnorodność instrumentów i urządzeń, na jakich gra, stawia go w jednym rzędzie z Sufjanem Stevensem, a sama płyta z kolei mogłaby konkurować z najlepszymi, które ten ostatni ma na koncie. A biorąc pod uwagę liczbę zamówień, które Pallett obsługuje mimochodem w czasie wolnym od pracy nad własnymi albumami, koncerty i całą resztę, dochodzę do wniosku, że ten facet i tak dopiero się rozgrzewa. Jest na końcowym etapie czegoś, co w “Dungeons and Dragons” nazwalibyśmy kreowaniem postaci.

Pangaea „Pangaea” EP
Hessle Audio
premiera: 25.01, źródło: Boomkat.com (mp3)
7/10

Jeszcze jedna udana EP-ka, sześć utworów, tym razem dubstep czystego sortu i dość wysokiej próby, z okazjonalnie pojawiającymi się wokalami, poszatkowanymi resamplingiem i przepuszczonymi przez echo, oraz z mocną, taneczną bazą rytmiczną. Wybija się “Yellow Sunset”, choć kilka zaskakujących momentów w „Neurons” czy „5-HTP” sprawiło, że kompletnie mi ta płyta nie pasowała do dubstepowej sztancy (chociaż na „Neurons” płyta mogłaby się skończyć), a Kevina McAuleya wpisałem na listę poszukiwanych.

Vampire Weekend „Contra”
XL
premiera: 11.01, źródło: kopia z kopii z kopii (ale muzyka mało oryginalna, więc i kopię da się znieść)
6/10

Zanotowali pewien progres w stosunku do “jedynki”, trochę więcej wyrafi… no, powiedzmy: urozmaicenia, sporo pomysłów, choć wciąż za mało własnych, miłe naiwne zabawy syntezatorem, 2-3 nagrania przykuwają uwagę: “White Sky”, “Cousins”, może jeszcze “Diplomat’s Son”, ale nie sądzę, by chciało mi się tego słuchać za dwa tygodnie. Niewykluczone też, że do mojego bardziej przychylnego sądu na temat tej płyty przyczyniły się wyraźnie mniejsze niż dwa lata temu oczekiwania.

Komentarzy: → 8Kategorie: krótkie piłki · opinie · recenzje
Otagowane: , , , , , , , , , ,

Najlepsze… gatunki dekady

6 01 2010 · 16 komentarzy

Uogólnić można to tak: lata 80. były erą kultu wykonawców, lata 90. erą kultu wytwórni płytowych, a lata 00. – erą kultu gatunków. Testowanie tak zwanej prawilności zioma (koniecznie zajrzyjcie na popjukebox, skąd podebrałem to miłe określenie) odbywało się w latach 80. na podstawie pytania “Znasz nowe U2?” (wiem, że młodszym słuchaczom trudno w to uwierzyć, ale ten zespół był kiedyś otoczony hajpem), w latach 90. wystarczyło “Masz coś z Warpa?”, a ostatnio jest raczej “Masz coś z freak-folk-drone-core’u?”. Nie piszę tego jako dziennikarz zawstydzony własną nieznajomością terminu chillwave (więcej o tym w komentarzach pod poprzednią notką), choć to oczywiście też jakiś dowód w sprawie. Piszę to jako czytelnik artykułu o przecudnym tytule “When Indie-Rock Genres Outnumber the Bands” Bena Sisario z “New York Timesa”.

Sisario pisze o plusach całego tego zjawiska przeokrutnego rozdrobnienia terminów muzycznych, powstawania kolejnych waveów, core’ów i gaze’ów, czyli o uwolnieniu niezależnej sceny muzycznej z klisz myślenia narzuconego przez media i majorsów. Ale też o jego olbrzymim minusie: terminy skutecznie zakopują wykonawców, ukrywają ich przed naprawdę masową publicznością, chociaż mają odpowiedni potencjał, by zdobyć popularność.

Terminy są więc w pewnym sensie narzędziem utrzymywania hajpu, narzędziem samoobrony prawilnych ziomów przed nieprawilną masową publicznością. I sposobem na obronę nowych, małych i niemainstreamowych mediów integrujących swoją publikę specyficznym odpowiednikiem hack mowy. Ciekaw jestem, co z tego wyniknie, bo rzecz jest ciekawa jako odbicie sympatycznej sytuacji, w której każdy jest krytykiem, więc liczba “odkrywanych” nowych nurtów rośnie. Ale zarazem chwilami spycha nas na pogranicze krytyczno-muzycznego bełkotu.

Poniżej koszulka, o której pisze Sisario w swoim tekście z linkiem do sklepu, w którym można ją kupić za 25 dolarów. I jeszcze więcej gatunków, których nie znam (z całym szacunkiem dla chillwave’u):

I Am Carles

Komentarzy: → 16Kategorie: informacje · podsumowanie roku 2009 · polecam · przegląd prasy
Otagowane: , , , ,

35 najlepszych płyt roku 2009

2 01 2010 · 40 komentarzy

Pora przywitać się na nowo, a jednocześnie domknąć rok zestawieniem 35 (tym razem – kto śledził moje zapiski wcześniej, ten wie, dlaczego właśnie tyle). Jak zwykle pozwoliłem sobie uwzględnić w nim reedycje, pod warunkiem, że są to płyty po raz pierwszy dostępne na płycie CD albo pokazują jakieś nagrania w ogóle dotąd nieznane. Warto zwrócić uwagę na to, że do tegorocznej listy – bezwzględnie nieczułej na podziały Polska/świat, bo nie będę tu robił oddzielnego narodowego zestawienia – wskoczyły aż dwie krajowe płyty. Kto chce porównać tę bieżącą listę z poprzednimi, znajdzie archiwalne tutaj: rok 2007, rok 2008. Długie milczenie postaram się nadrobić w najbliższym czasie. Zresztą pewne szczegóły na tej stronie – poza tym jednym wpisem – już sygnalizują mój powrót do pisania bloga. Dzięki za miłe sygnały w trakcie mojego milczenia. Poniżej już po prostu lista. Jak zwykle posortowana ALFABETYCZNIE.

Akron/Family – Set ‘Em Wild, Set ‘Em Free (Dead Oceans)
Skopana przez krytykę za to, że jest nie-tak-dobra-jak-poprzedni-album, podczas gdy jest wciąż lepsza-niż-większość-tegorocznych-albumów. Do folku i psychodelii dorzucili trochę rocka progresywnego i odjechali może nie tak daleko jak poprzednio, ale i tak słuchana po wielu miesiącach, ta płyta z lekkością potwierdza wielką klasę. A ja potwierdzam to, co o niej napisałem tutaj, jeszcze w lipcu. Ale jeszcze raz podkreślam – Akron/Family otwierają to zestawienie dzięki pierwszeństwu w alfabecie.

Alarm Will Sound – a/rhythmia (Nonesuch)
Świetny koncept związany z poszukiwaniami w zakresie współczesnej rytmiki, pozwalający skojarzyć na jednej płycie Conlona Nancarrowa, Autechre i György Ligetiego. Rewelacyjne wykonania orkiestry z Rochester (znanej z “Acoustiki” z ich wersjami utworów Aphex Twina), która na polu minimalizmu i transkrypcji utworów elektronicznych na akustyczne instrumentarium nie ma sobie równych. Specem od tak zwanej poważki nie jestem, ale to jest album, który tego rodzaju specjalizacji nie wymaga. Więcej było tutaj (i może ktoś w końcu skomentuje, bo się z tym dość samotnie czuję).

Alva Noto – Xerrox, vol. 2 (Raster-Noton)
Nie gorsza niż “jedynka” z tej samej serii. Wprawdzie Carsten Nicolai w swoim podsumowaniu roku na Boomkacie lansuje chyba wszystkie tegoroczne wydawnictwa Raster-Noton z wyjątkiem swojego, to jego płyta była znów najmocniejszym punktem katalogu R-N w tym nie najmocniejszym dla tej firmy roku. Nieco więcej było tutaj.

Animal Collective – Merriweather Post Pavilion (Domino)
Trochę się odcinałem od powszechnej egzaltacji na początku roku (ślad tego pozostał tutaj). Pod koniec roku za to dziwiłem się, że w naszym “Przekrojowym” podsumowaniu nie wygrał AC, bo to jednak płyta, która pogodziła różne gusta muzyczne. Powinienem dopisać + “Fall Be Kind”, w końcu EP-ka, która wyszła w listopadzie przypomniała o tym, kto zdominował (może to prawdziwe znaczenie nazwy wytwórni?) ten rok.

The Antlers – Hospice (Frenchkiss)
Jedna z licznych w tym roku płyt, które dopiero jako album właśnie, a nie zbiór luźno poukładanych piosenek, mają sens. Mojej sympatii dałem już wyraz tutaj, więc pozostanę przy tym, że to dla mnie jedno z największych odkryć roku.

Black To Comm – Alphabet 1968 (Type)
Powyższą uwagę mógłbym powtórzyć i tutaj – mało było w 2009 roku albumów tak bogatych, jeśli chodzi o różne środki wyrazu, które zarazem tak dobrze kleiłyby się jako całość. Marc Richter nagrał świetny album.

The Bran Flakes – I Have Hands (Illegal Art)
Jeszcze raz pokłonię się złodziejom z Illegal Artu, których jestem stałym klientem i jeszcze innym wciskam to, co ukradną (to się już chyba nazywa paserstwo, co?). Ten rok nie był dla nich tak wielki jak poprzedni, ale The Bran Flakes słuchałem przez całą wiosnę. Pisałem o nich w kwietniu.

Bill Callahan – Sometimes I Wish We Were An Eagle (Drag City)
Nikogo pewnie nie zdziwi fakt, że to była najczęściej przeze mnie słuchana płyta roku 2009. I chyba najczęściej na tym blogu wspominana. Znam większych fanów artysty niż ja, ale z drugiej strony dla mnie to jest właśnie szczytowy moment Callahana. Dojrzała, piosenkowa, elegancka płyta. Na koncercie czegoś mi zabrakło, ale płyta jest od pierwszej do ostatniej nuty arcydziełem.

Camera Obscura – My Maudlin Career (4AD)
Nie wiem, jak ta dobra popowa płyta wytrzyma próbę czasu. Staroświeckie zacięcie C.O. może za parę lat brzmieć śmiesznie, ale zdarłem  ten album w roku 2009. Dialogowałem też wewnętrznie na jego temat tutaj, więc wszystko powinno być w miarę jasne. Z naciskiem na “w miarę”, bo grają tu też rolę jakieś prywatne emocje, których sam do końca nie zrozumiem.

Jamie Cullum – The Pursuit (Decca)
Dopiero co Camera Obscura, a teraz jeszcze to? Może Was dziwić obecność tej płyty w zestawieniu. Chociaż nie powinna. W porządku, uznajcie to za jedną z moich tegorocznych “guilty pleasures”, jeśli to uprości sprawę. Problem w tym, że wcale nie czuję się “guilty”. Recenzja tego albumu była na stronach “Przekroju”.

Dan Deacon – Bromst (Carpark)
Bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre. Inne, mniej rytmiczne refleksje tutaj.

Death …For The Whole World To See (Drag City)
To nie death metal rzecz jasna, tylko zagubiona płyta protopunkowej grupy z połowy lat 70.  W tym wypadku odnoszę się do legendy, a zatem krótko: album nie jest tak pionierski muzycznie, jak mówią, ale z całą pewnością jest tak dobry jak mówią. Przy okazji: Drag City znów rządzi!

The Flaming Lips – Embryonic (Warner)
Kiedy już wiem, że wzięli się za coverowanie “Dark Side Of The Moon”, łatwiej przychodzi mi zrozumieć “Embryonic”. Majstersztyk brzmieniowy, płyta świetna jako całość, chociaż możecie mi nie ufać: każda płyta Wayne’a Coyne’a z ostatnich lat trafiłaby do mojego rocznego zestawienia. ;-) W “Przekroju” napisałem nieco więcej.

Fuck Buttons – Tarot Sport (ATP Records)
Kolejny z kategorii zagęszczonych rytmicznie i transowych albumów, w jakie obfitował ten rok. Bardzo dobra kontynuacja “Street Horrrsing”, dalej cudownie prymitywna,  jak gdyby F.B. wychowywali się w dżungli ostatnim hajpem, na jaki się załapali, byłby Tarzan. Ale jednocześnie nie powtarzająca wprost patentów z pierwszej płyty.

Iron & Wine – Around The Well (Sub Pop)
Wiadomo, że Sam Beam nie nagrał złej płyty. Wszystko wskazywało zatem na to, że archiwa też ma niekiepskie. Skuteczność jak zwykle stuprocentowa. I kolejny powód, by uwzględniać w zestawieniach także kompilacje i archiwa, jeśli mają taką wartość jak ta. Trzy słowa więcej tutaj.

Junior Boys – Begon Dull Care (Domino)
Że zacytuję jednego z tutejszych blogowych bywalców: jak nic wróci w zestawieniach rocznych. I wraca. Choć po intensywnym okresie słuchania wiosną zapomniałem o tej płycie na jesieni. Trzy powody, dla których warto wrócić – tutaj.

King Midas Sound – Waiting For You (Hyperdub)
Jedna z ostatnich wielkich płyt roku. I powrót  Kevina Martina, który przed rokiem dominował w zestawieniach jako The Bug. Tutaj nazwa wytwórni mówi wszystko – atmosfera jak z nagrań Buriala czy Kode9, a do tego znakomite wokale. Ciekawe jest to, że “Waiting For You” pachnie już trochę ślepą uliczką dubstepu jako gatunku, w którym już wszystko powiedziano, jeśli chodzi o brzmienie, a zarazem wyprowadza ten gatunek na zupełnie inne wody – potencjał “Waiting For You” w dotarciu z tego typu muzyką do szerokiej publiczności jest moim zdaniem olbrzymi.

Leyland Kirby – Sadly, The Future Is Not Longer What It Was (History Always Favours The Winners)
Ścieżka dźwiękowa do tegorocznej jesieni. Rozkłada na łopatki nowy album Basinskiego, tegoroczne płyty ambientowe i nowych kameralistów z Arnaldsem i Richterem na czele. I to za jednym zamachem – w końcu trzy płyty to kilka godzin słuchania, a zbierany przez długie miesiące zestaw kompozycji Kirby’ego, to rzecz ogromnie charakterystyczna i wciągająca emocjonalnie. Mam nadzieję uzupełnić braki i dopisać kilka słów na temat tego artysty, którym w gorszym dla bloga czasie zająłem się bardzo obszernie na antenie Dwójki.

Loop – The World In Your Eyes (Revolver) 3CD
Olbrzymią przyjemność sprawiły mi wszystkie reedycje Loop, ale nie wiedziałem, że utwory spoza zasadniczych albumów (bo ta trzypłytowa wersja wydawnictwa to o wiele więcej niż oryginalne “The World In Your Eyes”) sprawią mi największą i najmilszą niespodziankę. Więcej dywagacji na temat Loop było tutaj.

Mordant Music – SyMptoMs (Mordant Music)
Jedyny pozytywny wpływ tegorocznego (wyjątkowo kiepskiego, moim zdaniem) podsumowania roku w “The Wire”. Wróciłem do Mordant Music i zasłuchałem w tej płycie. Bo niby zasłużona w ostatnich latach brytyjska wytwórnia, ale dotąd nie miałem do niej osobistego stosunku. “SyMptoMs” ten stosunek mi dały. Baaardzo pozytywny.

Mount Eerie – Wind’s Poem (P.W.Elverum & Sun)
Jeszcze jeden album, którego nie zdążyłem opisać na blogu tej pracowitej jesieni. Bardzo mroczna, ponura, a jednocześnie niezwykle plastyczna płyta Phila Elveruma.  Folk, który połknął black metal.

Mountains – Choral (Thrill Jockey)
Ocieplony partiami gitary elektroniczny ambient, który próbowałem lansować zim ą jako antidotum na plotki na temat Jacksona. Nie wiedziałem, że dużo łatwiej by to było wylansować przez hasło Michael Jackson w lecie. Tutaj można przeczytać tamtą notkę. Mętny ma trochę (notka oczywiście) charakter, ale płyty warto posłuchać.

Natural Snow Buildings – Shadow Kingdom (Blackest Rainbow)
Olśnienie tego roku. Zupełnie inny świat dźwięków. Folk, psychodelia, Indianie, horror, przestery i przeszkadzajki. Zabrało mi to czas, który zwykle poświęcam na przesłuchanie jakichś dziesięciu lub więcej nowych płyt. Więc jeśli to zestawienie ma Waszym zdaniem niepełny charakter – wiecie, że ta dwójka Francuzów jest wszystkiemu winna. Podtrzymuję to, co pisałem tutaj.

Paristetris – Paristetris (Lado ABC)
To był świetny rok w polskiej muzyce. Zacząłem nabierać nadziei na kilka naprawdę eksportowych (ech, te nasze kompleksy) zespołów. Idealnym pomysłem na początek jest Paristetris, w zasadzie w jednej trzeciej z importu. Sam się na moment w tych zawiłościach pogubiłem (dowody tutaj), ale – jak to mówią – lepiej z Paristetris zgubić niż z Paris Hilton znaleźć.

Rob Mazurek Quintet – Sound Is (Delmark)
Lider w świetnej formie, do tego John Herndon z Tortoise w formie lepszej niż u siebie, Matthew Lux z Isotope 217 i nie tylko. Zaskakująco dobra płyta jazzowa,  swobodna, ale jednocześnie dość przystępna, konkretna, precyzyjna. Rzecz nieco retro w klimacie, żyje duchem cool jazzu. Słychać, że Mazurkowi dobrze zrobił epizod współpracy z Billem Dixonem (patrz moje zestawienie sprzed roku).

Alasdair Roberts – Spoils (Drag City)
Dostało mi się za ocenę tej płyty. I przyznaję, że niesłusznie aż tak chłodno o niej napisałem. Ale w kontekście całego roku i dość rozczarowujących premier ze światka nowego folku i alt-country (a przypomnę, że w tym samym roku płyty wydali Oldham, Antony i Devendra Banhart), “Spoils” wyrasta na faworyta. Szczególnie, gdy doliczyć do tej płyty jeszcze minialbum “The Wyrd Meme”.

Różni wykonawcy – Dark Was The Night (4AD) 2CD
Składanka – jak to składanka – zawsze nieco zbyt obszerna, ale materiał złożony z piosenek (covery klasyków albo własne kompozycje) momentami może imponować, a zestaw wykonawców, cała śmietanka sceny folkowej i alternatywno-rockowej – imponuje już z całą pewnością. Przy okazji potwierdzając szczęście 4AD do składanek. Pisałem o tym wcześniej tu.

Różni wykonawcy – Mary Anne Hobbs: Wild Angels (Planet Mu)
Didżejka radiowa publicznego radia brytyjskiego? I czymże taka się różni od Marcina Kydryńskiego? Zaryzykuję: wszystkim, oprócz jednego: oboje wydają swoje kompilacje. Problem w tym, że Hobbs, pierwsza dama dubstepu i pilna obserwatorka brytyjskiej sceny elektronicznej wydaje albumy wypełnione wyjątkowymi nagraniami wyprzedzającymi duże wydawnictwa i dopiero zwiastującymi nowe postacie sceny. Jedne z najlepiej wydanych pieniędzy w roku 2009.

Sonic Youth – The Eternal (Matador)
Słyszałem już mnóstwo teorii na temat ostatnich kilku płyt Sonic Youth. W moim przekonaniu najbardziej prawidłowa jest wersja mówiąca, że od lat ta grupa nie nagrała złej płyty. “The Eternal” to hołd pamięci nieodżałowanego Rona Ashetona. Skromne posunięcie ze strony zespołu, który w tej chwili jest już dla alternatywnego świata legendą nie mniejszą niż The Stooges. Kilka zdań więcej tutaj.

Speech Debelle – Speech Therapy (Big Dada)
Lekko, miło i przyjemnie, o czym zresztą już pisałem. W tym roku ta artystka rekompensowała mi brak The Streets. Cieszyłem się, gdy dostała Mercury Music Prize, ale jeszcze bardziej cieszyłem się z tytułu “płyty dekady” w zestawieniu “Guardiana” dla Mike’a Skinnera. ;-)

Sunn O))) – Monoliths & Dimensions (Southern Lord)
Nieco gorszą w tym roku formę dronowego metalu jako całości wynagradza jego główny przedstawiciel. Jeśli ktoś pamięta słowa (bodajże) Chruszczowa o tym, że rock progresywny to “wyziewy z latryny”, uzupełniam tę przenośnię: Sunn O))) to wyziewy z piekielnej latryny.

Terror Danjah – Gremlinz (The Instrumentals: 2003-2009) (Planet Mu)
Po raz kolejny brytyjski hip-hop mi wystarczał. Tego producenta – z ręką na sercu – nie rozpoznawałem, zanim trafił do mnie zbiór jego podkładów, z którego wyciąłbym co najwyżej wkurzające na dalszą metę (ale to znak rozpoznawczy artysty) dźwięki gremlinów. Reszta to kompletna rewelacja. Do tego też chętnie wrócę przy okazji, bo rzecz jest warta wsparcia.

Tomasz Stańko Quintet – Dark Eyes (ECM)
Cienki jak barszcz tytuł płyty, w dodatku zdrada narodowego składu muzyków… Eeee… Rzecz w tym, że Stańko znów jest w jakiejś kosmicznej formie i świetną płytę wydał w rocznicę ECM-u. Pisałem o niej w “Przekroju”.

White Rainbow – New Clouds (Kranky)
Dobrze znany syndrom: album jest gorszy od poprzedniego, “Prism Of Eternal Now”, ale czy to coś zmienia, jeśli wciąż pozostaje lepszy niż większość innych? Poza tym, o ile dobrze pamiętam, to jedyna premiera z Kranky, która mnie w tym roku naprawdę nie zawiodła, a to już coś, bo tę wytwórnię uwielbiam.

John Zorn – Alhambra Love Songs (Tzadik)
Poza Callahanem i Natural Snow Buildings najczęściej słuchany przeze mnie album tego roku. Ścieżka dźwiękowa do życia, która pozwala zachować dobry nastrój w każdej sytuacji. Fanom Zorna wydać się może przesłodzona, ale to, co się tu dzieje w warstwie rytmicznej, to zgranie – fenomen! Więcej tutaj (notabene z całej trójki opisywanych tam płyt tylko dla Sweet Billy Pilgrim straciłem nieco serca przez wiele miesięcy).

Komentarzy: → 40Kategorie: krótkie piłki · opinie · podsumowanie roku 2009 · polecam · recenzje
Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Najlepszego…

24 12 2009 · 6 komentarzy

…dla wszystkich czytelników tego bloga. Dla jego sympatyków i oponentów. Dla zlinkowanych i nielinkujących. Dla tych, których zdarzyło mi się pochwalić i wesprzeć, ale także – a może nawet przede wszystkim – dla wszystkich tych, których przez cały rok krytykuję.
Jednych, drugich i trzecich mogę zapewnić, że ciąg dalszy nastąpi.

Komentarzy: → 6Kategorie: krótkie piłki · ogłoszenia
Otagowane:

Posłuchajcie “Embryonic” i do usłyszenia

11 11 2009 · 25 komentarzy

Embryonic

To bardzo miłe, że ktoś jeszcze czyta ten blog, a jeszcze milsze, że ktoś jeszcze chce wiedzieć, co sądzę o nowej płycie The Flaming Lips, chociaż wiadomo, że jestem kompletnie wypaczony w mojej sympatii dla tego zespołu. Wiadomo, jak to było: rozdawali ostatnie miejsca dla hardkorowych fanów, a Sonic Youth, R.E.M. i Dinosaur Jr. były już zajęte, podczas gdy w obozie TFL mieli jeszcze parę wolnych.

To, co sądzę o najnowszej płycie The Flaming Lips, opisałem z grubsza tutaj. Dałem im 5/6 (o czym wiedzą doskonale czytelnicy “Przekroju” papierowego), z tym, że w Internecie pojawiło się 6/6. W sumie mogłoby i tak być, bo album ten niesie w sobie tak bezceremonialnie niekomercyjny i nieznający stanów średnich ładunek, że powinienem się wstydzić za tę wstrzemięźliwość. No ale fakt, że szóstka zawisła na pare dni w sieci i przyciągała uwagę. A w tym czasie czytelnicy tego bloga nagabywali mnie, bym zajął stanowisko. W sukurs wszystkim czytelnikom i nieczytelnikom przyszedł jak zwykle niezastąpiony serwis Porcys, który zamieścił zamiast recenzji “Embryonic” omówienie czterech innych recenzji w jednym miejscu – żaden  pomysł, gdyby nie to, że jeszcze wystawili własną ocenę…

Sprawdziłem, czy chłopaki coś tam lubią (trudno znaleźć, co generalnie świadczy o wstrzemięźliwości itp. zaletach)  i pierwsza rzecz, którą wyłapałem, to był zespół Muchy, wyceniony na “dwa razy lepiej” (pod warunkiem, że skalę ocen płyt traktować jako liniową – może należałoby tak jak skalę hałasu traktować ją jako logarytmiczną??) od grupy The Flaming Lips oraz Papa Dance – z podobną przewagą nad zespołem Wayne’a Coyne’a. Z całym szacunkiem dla Much, oczywiście. I jeszcze większym dla Papa Dance. To tylko przykłady rzucone dla pełni informacji. W dodatku The Flaming Lips nagrali album dwupłytowy, więc należałoby uznać, że w konfrontacji z jedną płytą Much nagrali coś – uwaga! – cztery razy gorszego. Na ich miejscu wstydziłbym się bardzo. Ale sam nie wstydzę się oczywiście ani trochę, słuchanie The Flaming Lips to przyjemność kompletnie bezwstydna w moim wypadku.

Na razie na kilka tygodni zamrażam te zapiski w tym punkcie. Będę zaglądał sprawdzić komentarze, ale na jakiś czas daruję sobie regularną aktualizację. Znów mam dość duże zagęszczenie spraw pozamuzycznych, które każą mi wyhamować z działaniami hobbystycznymi, do których ta strona się zalicza. Ostatnio z takiego wyhamowania nic konkretnego nie wyszło (mam na myśli ten przestój w zeszłym roku – opiszę sprawę przy najbliższej okazji, bo jest dość skomplikowana), więc życzcie mi, żeby było lepiej. A na stronach “Przekroju” cały czas sobie poczytacie coś mojego co i rusz, bo do pracy muszę uczęszczać nawet w tym trudnym dla mnie okresie. Polecam też Plateaux Festival z koncertem coraz lepszego The Sight Below oraz fragmenty Ars Cameralis. Do tego koniecznie “New Clouds” White Rainbow.

Ale nie zostawiam Was samych. Na szczęście The Flaming Lips nagrali świetny album. Długi, dwupłytowy. Żadna recenzja Wam go nie przybliży w dostatecznym stopniu.

PS Polskie Radio zaczęło na swoich stronach internetowych korzystać z naszych prezentowanych w HCH (wspólnie z Jackiem Hawrylukiem) typów płytowych – robione jest to bardzo dobrze, więc warto sprawdzić.

Komentarzy: → 25Kategorie: opinie · recenzje · także na przekroj.pl
Otagowane:

Tych płyt trzeba posłuchać (choć inni już to napisali)

31 10 2009 · 23 komentarzy

david_sylvian_manafonDavid Sylvian „Manafon”, Samadhisound
premiera: 14.09, źródło: Amazon.com (CD)
7/10

Najlepszą (i najkrótszą!) recenzję tego albumu napisał bliżej mi nieznany gość z serwisu Rate Your Music: „Obserwujemy właśnie pierwsze symptomy syndromu Scotta Walkera”. Powinienem teraz dodać coś od siebie, żeby to nie był plagiat, tylko cytat, a zatem powiem tyle: Sylvian jest lepszy od Walkera, bo stworzył płytę świadomie osobną i dziwaczną, ale taką, że ludzie i tak będą jej musieli posłuchać –  bo jeszcze nigdy wokalista nie zatrudnił takiego sztabu gwiazd muzyki improwizowanej z całego świata i z różnych półek. Czyli Księga Rekordów Guinnessa w pewnym sensie. Ładna płyta, co tu kryć. I rozwojowa, jeśli chodzi o kierunek – “The Greatest Living Englishman” powinien być tu wzorem na przyszłość. Zdecydowanie najlepszy fragment.  Ale jeśli już koniecznie miałbym się czegoś czepiać, to Sylvian we wkładce też z płyty na płytę coraz młodszy i piękniejszy.
Zajrzyjcie do Ziemi Niczyjej po parę wypowiedzi maestro Sylviana, a na stronę “Przekroju” po recenzję autora Ziemi Niczyjej.

theantlers_hospiceThe Antlers „Hospice”, Frenchkiss

premiera: 3.03, reedycja: 18.08, źródło: Amazon.com (CD)
8/10

Przeciwieństwo The Big Pink. Żadnej krzykliwości ani trzęsienia ziemi na samym wstępie. Jeśli nie dotrwacie do trzeciej minuty drugiego utworu, to nawet nie zorientujecie się, że cokolwiek się zaczęło. To płyta rewelacyjnie dozująca mocne momenty, a zaskakująco dobrze maskująca dłużyzny, nie nudzi się w dającym się określić czasie i zawiera to, co najlepsze, z nowej amerykańskiej psychodelii i kanadyjskiego rocka. To jeden z albumów, które długo i konsekwentnie wdrukowują się w głowę, by potem – zakładam, bo na szczęście mnie to nie spotkało ostatnio – wysadzić w niej wszystkie podłożone wcześniej emocjonalne ładunki, gdy okaże się, że przytrafi wam się sytuacja podobna do tej, która była udziałem Petera Silbermana, czyli pobyt w szpitalu bliskiej osoby. Więcej warto sobie poczytać na blogu Coldaim. Gdybym zauważył tę recenzję wcześniej, to bym był teraz szczęśliwszy – wcześniej bym sobie zamówił tę płytę. To może być album prawie tak ważny w tym roku jak Bon Iver w ubiegłym, albo “Funeral” Arcade Fire pięć lat temu.

Komentarzy: → 23Kategorie: krótkie piłki · opinie · recenzje
Otagowane: ,

Jak mi spada uwaga (przy The Big Pink)

25 10 2009 · 17 komentarzy

the_big_pinkThe Big Pink “A Brief History Of Love” (4AD)
premiera: 14.09, źródło: Boomkat.com (CD)
5/10

Dobra wiadomość: Są single na tej płycie.
Jeszcze lepsza: Nawet same single.
Zła wiadomość jest natomiast taka: Niestety, starczyłoby tych wszystkich singli, dokładnie rzecz biorąc, na singiel.
Nie chcę już mieć do czynienia z tą płytą na jakiś czas, bo mnie denerwuje, więc zamiast się wkurzać, próbując jeszcze coś odkrywczego na jej temat napisać, proponuję tę oto drobną wizualizację. Tytuł ostatniego utworu okazał się proroczy.

the_big_pink_wykres

Komentarzy: → 17Kategorie: krótkie piłki · opinie · recenzje

Gotyk w dobrym guście (z odrobiną Chopina w tle)

17 10 2009 · 9 komentarzy

kreng_lautopsieKreng „L’autopsie phénoménale de Dieu”, Miasmah
premiera: 22.06, źródło: Boomkat.com (mp3)
7/10

Choć uchodzi to za ambient, nie ma z nim wiele wspólnego. To muzyka w pewnym sensie staroświecka, sięgająca znacznie głębiej niż wynalazki Briana Eno. Nawiązuje wprost do XX-wiecznej kameralistyki. A jeśli już tropić jej źródeł w latach 70., to należałoby raczej zwrócić uwagę na francusko-belgijską odnogę sceny RIO, czyli Art Zoyd i Univers Zero. To wręcz idealna kontynuacja dla nich, bo Kreng – a właściwie Pepijn Caudron, też Belg skądinąd – przenosi ich pomysły w nowocześniejszą przestrzeń, gdzieś bliżej rejonów Deathproda. W fakt, że to jego debiut, niełatwo uwierzyć.
Podobnie jak tamci Kreng jest powolny, eksponuje pojedyncze dysonansowe akordy, szelesty i „niemuzyczne” hałasy instrumentów. Wszędzie też słychać trzaski winylowej płyty i drobne brudy – to akurat cecha spajająca cały repertuar norweskiego Miasmah (było na Elegi, Jacaszek też blisko na „Trenach”). Do tego dodają filmowe pomysły nadawany przez zarejestrowane krzyki, potem płacz kobiecy (nałożony na dźwięki preludium Chopina i delikatny perkusyjny podkład w utworze numer 6), a wreszcie jakiś okrutny dialog z posępnymi smyczkami i arią operową w tle. Słychać w nich, że Caudron zajmował się muzyką teatralną, ilustracyjną i emocji szuka w sposób naturalny w ludzkich dialogach. „L’autopsie…” to idealna muzyka do jakiegoś współczesnego filmu gotyckiego. Ma w sobie romantyczną stronę mroku i horroru, mnóstwo melancholii, ale bez natrętnego eksponowania fascynacji złem. Szczególnie jeśli zestawić ją z ostatnimi pomysłami doom metalowców.

Kreng – Meisje in auto (Naar Prelude No. 20 in C Minor van F. Chopin)

Komentarzy: → 9Kategorie: audio · opinie · recenzje
Otagowane: , , ,

Pa pa, A-ha – po 25 latach

15 10 2009 · 9 komentarzy

Jeśli nie masz trzydziestu lat, to nie uznawaj z miejsca autora tej notki za idiotę. Po prostu bez odrobiny nostalgii trudno będzie zrozumieć, jak można od Natural Snow Buildings przejść do A-ha. A wiadomość jest duża. Elektryzujący (w latach 80.) Norwegowie od “Take On Me” właśnie ogłosili, że kończą działalność. I wiecie, co mnie w tej sytuacji najbardziej dziwi? Fakt, że przetrwali ćwierć wieku. Gdybym teraz zrobił rewind swoich uczuć i przeniósł się do stanu z roku 1984 (wspomniany już singiel – a kto jeszcze pamięta jego bardzo dobrą drugą stronę “Love Is Reason”?) albo choćby do roku 1985 (mój ulubiony “The Sun Always Shines On TV”), to myślałbym: “O, fajny zespół, pograją rok lub dwa!”. Ba, pamiętam dobrze, że wtedy tak myślałem. Już z tą niewielką wiedzą o świecie muzyki, jaką może mieć 10-latek, byłem święcie przekonany, że to gwiazdy kilku przebojów. Dlatego tak bardzo ucieszyłem się ze sposobu, w jaki dziś się tłumaczą – że to była po prostu “chłopięca przygoda”. Niby miałem nosa, ale mimo wszystko się pomyliłem. I o to w tym wszystkim chodzi.

Komentarzy: → 9Kategorie: informacje · opinie · retrospekcje
Otagowane: