CHACIŃSKI

Dlaczego nie żałuję tegorocznego Open’era

5 07 2009 · 1 komentarz

Dla niecierpliwych odpowiedź skrócona: Nie ma to dużo wspólnego z samym Open’erem, za to bardzo wiele z konkurencyjną imprezą odbywającą się w stolicy. Warsaw Summer Jazz Days. A dokładnie dniem trzecim imprezy upływającym pod hasłem John Zorn Fest.

Kiedy się pojawiłem w Sali Kongresowej, poza wrażeniem, że chyba poprawili nagłośnienie na miejscu, albo ja chadzałem ostatnio po koncertach niezbyt dobrze nagłośnionych, miałem jeszcze inne. Pomyślałem sobie (wyliczając żonie, ile lat ma każdy z muzyków John Zorn Quartet – a było co wyliczać), że Zorn to taki młody facet. I jednocześnie, że Michael Jackson był tak zaskakująco stary. Skąd taki pomysł? W końcu Jackson umierając miał 50 lat, a John Zorn ma w tej chwili lat 55, więc o co chodzi?

Już tłumaczę. U Jacksona wiek mi nie pasował ze względu na ten długi czas bezowocnej walki o przebicie sukcesów z lat 80. albo przynajmniej dorównanie im. Nie da się ukryć: w ostatnich latach swojego życia nie robił muzycznie dużo. Może za chwilę dowiemy się, że zostawił w studiu kilkaset nowych nagrań, które nie przeszły przez sito jego perfekcjonizmu. Ale nie zmienia to faktu, że zakonserwował mi się 30-letni Jackson w głowie i jakoś nie dopuszczam myśli, że miał pół wieku. Tymczasem z Zornem jest dokładnie odwrotnie. Wydawał ostatnio po kilka do kilkunastu płyt rocznie, uczestniczył w kilkunastu projektach, z którymi nagrywał i koncertował, wreszcie prowadził własną wytwórnię. Pisał w swoich strategicznych momentach po kilkaset utworów w ciągu kilku miesięcy. I jak tu uwierzyć, że ktoś taki ma DOPIERO 55 lat?!

Wychodzi więc Zorn (55) na scenę w towarzystwie Billa Laswella (54), Milforda Gravesa (67) i Anthony’ego Braxtona (64). Wiem, podawanie w nawiasach wieku to kiepski pomysł, ale założę się, że w “Superaku” ani “Party” nikt w ten sposób nie podawał nazwisk tych czterech artystów. No więc wychodzą i grają wspólną improwizację, w której Laswell chwilami trochę się gubi, ale za to produkuje dla niej intrygujące tło i jest inaczej niż gdyby jakiś kontrabasista wszedł i grał solówki. W improwizowane granie wchodzą za każdym razem błyskawicznie, niemal bez wstępów, a w szalonych utworach błyszczy przede wszystkim Graves, grający na luzie i z niesamowitą energią. Jeśli komuś się w tym momencie przypomni, jak dobry był wydany w serii “urodzinowej” Zorn koncert jego duetu z Gravesem, będzie miał już przedsmak tego, co tutaj mógł usłyszeć.

Potem wychodzi septet The Dreamers: przeraźliwie chudy (najgrubszy w brodzie) Jamie Saft, zdystansowany i spokojny Marc Ribot (do czasu aż mu pękła struna – a że najwyraźniej nie uznaje innych gitar niż jakaś kosmiczna wersja Gibsona, którą przyniósł ze sobą, będzie musiał zmienić strunę i powalczyć ze strojem w trakcie koncertu), solidny Trevor Dunn, widowiskowy Kenny Wollesen, energetyczny (choć filigranowy, jak się miało okazać) Joey Baron i Cyro “a teraz pokażę wam tych dwadzieścia instrumentów perkusyjnych, których jeszcze nie znacie” Baptista. No i sam Zorn – jako dyrygent. Mówię więc do żony, że to będzie najgorsze tego wieczoru, taka muzyka koktajlowa i tak dalej. Że wszystko ułożone, że to są zamknięte kompozycje. Po czym przy drugim numerze żona na mnie patrzy, jakbym strasznych głupot nagadał. Dreamersi zagrali bowiem koncert porywający – zdołali wykrzesać z utworów 200 procent wartości. Ribot przeszedł samego siebie w euforycznych końcówkach utworów, a cała historia ze struną, przez którą puścił kilka fałszywych dźwięków (musiał skończyć utwór z wysoko granym motywem przewodnim na gitarze bez struny, na której ten motyw przewodni grał) tylko dodała emocji występowi. Z kolei Zorn rzeczywiście dyrygował, łamiąc tempo i wypuszczając poszczególnych zawodników na solo.

W sumie było tak dobrze, że aż gotów byłbym zrewidować swoją bardzo chłodną ocenę jedynego wydawnictwa firmowanego tą nazwą. I zmienić program ostatniej Letniej Nocy w Dwójce, gdzie również obszedłem się z wydawnictwem “The Dreamers” dość zdawkowo.

Potem jeszcze Electric Masada, czyli na scenie dodatkowo Ikue Mori z laptopem, Wollesen za bębnami (ramię w ramię z Baronem), a  Zorn znów dyryguje, ale grając partie saksofonu po drodze. Tutaj niczego więcej nie trzeba dodawać, bo to z całą pewnością jeden z najlepszych składów koncertów w jazzie, a może nie tylko… Fragment starszego (i w sumie chyba gorszego) koncertu dla telewizji Mezzo w moim telewizorze.

Mam nadzieję, że wytłumaczyłem się tym samym, dlaczego nieobecności na Open’erze mi nie żal. Zorn w kategoriach muzyki koncertowej to poziom kosmiczny, a zagra tam nieprędko, jeśli w ogóle. Bo zarazem jest to postać słabo nadająca się na festiwal z różnymi odmianami popu. Choć trzeba przyznać, że w tym roku miałby na Open’erze jednego dobrego kolegę – Mike’a Pattona. To jego występu w Gdyni żałowałem najbardziej, ale przyjdzie mi jeszcze nadrobić – w sierpniu, szczegóły pewnie w swoim czasie.

Co do popu – pasowałby na Open’era utwór z “Alhambra Songs”, jeden z tych, których w tym roku słucham najcześciej. Perfekcyjnie gładki, ale zarazem wciągający jak mało co. Nazywa się “Novato”. W podtytule: “For Mike Patton”!

No to przy okazji, żeby nie mnożyć wątków, jeszcze mała recenzja.

masada_quintetMASADA QUINTET FEATURING JOE LOVANO “Stolas: Book of Angels Volume 12″, Tzadik
premiera: 16.06.09, źródło: Amazon.com (CD)
7/10

Cóż, chodzi mi po głowie pomysł podsumowania wszystkich dwunastu części “Book  of Angels”, bo to kapitalna i bardzo zróżnicowana seria. Temu odcinkowi oczywiście w dużej mierze charakter nadaje post-bopowe jazzowe granie saksofonisty Joe Lovano. Czyli mamy nie awangardę XXI wieku, tylko szlachetne granie w stylu lat 60. Uri Caine – druga gwiazda – doskonale wpisuje się w ten charakter całości, grając lekko, romantycznie, klasycznie. Trzecia gwiazda, Dave Douglas, miewał lepsze momenty, choć samo brzmienie jego trąbki pozwoliłoby mu zagrać z każdym z klasycznych składów, które prezentowały taki rodzaj jazzu: swobodny, melodyjny, eksponujący charakter solistów i płynący rytmicznie. W “Rahtiel” do kwintetu dołącza jeszcze na moment sam Zorn na alcie i wtedy muzyka robi się bardziej rozwichrzona i nieprzewidywalna. Oczywiście żydowski charakter tematów pozostaje wszelką kwestią, no ale to już standard w wypadku “BoA”, gdzie poszczególni artyści pracują pod kontrolą kompozytora. Ogólnie: bywało już w tej serii lepiej, ale bywało i gorzej.

→ 1 komentarzKategorie: informacje · opinie · polecam · recenzje
Otagowane: , , , , , ,

Gdyby ktoś miał wątpliwości… Tak wygląda Amazon.com 1 lipca 2009

1 07 2009 · Komentarzy: 19

michael_jackson_amazon_2009

Ten wpis pozwalam sobie zadedykować Szymonowi Hołowni, który w “Newsweeku” napisał, że to McŻałoba, potrwa 30 dni, posprzątają kwiaty i nikt nie będzie pamiętał. Spotkamy się za 24 dni. Kultura pop, drogi kolego redaktorze, potrafi czasem nieźle zaskoczyć.

Komentarzy: → 19Kategorie: informacje · opinie
Otagowane:

Basinski kontra Es, czyli moje statystyki lecą w dół

30 06 2009 · 1 komentarz

Nic o Jacksonie. Dziś zaglądam do notesu, w którym w czasie wyprawy na Fleet Foxes (nadprogramowa chwila wolnego) notowałem wrażenia z ostatnio przesłuchanych płyt. Czyli można się spodziewać, że statystyki bloga polecą, ale za to  jego zaganiany autor poczuje się lżej;-)

basinski_92982WILLIAM BASINSKI “92982″, 2062 Records
premiera: 20.04.09, źródło: Boomkat.com (mp3)
6/10

Zdążył się trochę zestarzeć od kwietnia ten nowy Basinski, ale przecież on na tym się opiera – nagrany dźwięk musi się zestarzeć. Stare taśmy sprzed lat trzeba na nowo pociąć i poskładać. Aż do wrażenia, że nowojorski artysta pracował intensywnie tylko na początku lat 80., kiedy te słynne taśmy rejestrował, a teraz tylko odcina po kawałku, przetwarza i odcina kupony. Niestety, takie wrażenie robi “92982″ (nawet tytułów już mu się nie chce wymyślać – ten jest najwyraźniej jakimś numerem porządkowym w archiwum albo datą nagrania, a tytuły utworów to 1, 2, 4 i 3 – w tej właśnie kolejności). Znów mamy powrót do starych taśm Basinskiego, znów całość jest ładna, hipnotyzująca, ale kompletnie niewnosząca w porównaniu z dotychczasowym repertuarem.

Ostatnio – trochę wzorem Piotrka Kowalczyka – przeglądam własne archiwum tekstów i muszę powiedzieć, że znajduję w nim rzeczy, o których nigdy bym nie pomyślał, że je nagrywałem. Ale nawet gdybym to wszystko, co już napisałem, przetrząsnął, przygotował i pokazał ludziom na nowo, to i tak daleki będę od Williama Basinskiego. Jego ambientowe pejzaże dźwiękowe są jak zielona herbata – najlepsze przy trzecim parzeniu. Problem polega na tym, że na “92982″ usiłuje nam sprzedać już piąte albo szóste.

ES_kesamaanES “Kesämaan lapset”, Fonal
premiera: 27.05.09, źródło: Boomkat.com (mp3)
7/10

Od razu uprzedzam: muzyka Samiego Sänpäkkili (trzecie “a” w mianowniku nazwiska też z umlautem, gdyby ktoś chciał zapytać), szefa wytwórni Fonal i dostarczyciela bardzo udanych płyt z odrobinę podobnej do Basinskiego półki – choć żywiołem dla projektu ES bywały raczej stare płyty winylowe niż stare taśmy – no więc ta muzyka bardzo się zmieniła. To już dużo w porównaniu z Basinskim. Sami zainteresował się chyba analogowymi syntezatorami, bo otwiera album od takich terkotów oscylatorów, że gdyby grał na gitarze wyszłoby z tego jakieś “Metal Machine Music”, no dobra – Flying Saucer Attack to lepsze porównanie, gdy chodzi o klimat. Tyle że z tych abstrakcyjnych efektów niewiele wynika.

Zupełnie inaczej niż z centralnej kompozycji “Säteet sun sielusta”. Oto rodzaj skandynawskiego mistycyzmu, za który dałbym się posiekać, nieco podobny w nastroju do tego, co ES produkował wcześniej – poza może wydźwiękiem, bardziej optymistycznym w tym wydaniu. Kapitalny utwór. Szum morza, organy, fortepian… Chwilami te mistyczne momenty płyty przypominają mi nawet stare dobre (a wspominane przeze mnie w dziale Wrzutnia) Legendary Pink Dots. Jako muzyka do jakiejś niedzisiejszej ceremonii. Pogańskiej z całą pewnością, jak przystało na skandynawską inteligencję z lasu. Album kończy ładna miniatura ze zniekształconym wokalem, ale ogólnie partie wokalne to coś, co broni się w ES niewiele lepiej niż ten syntezatorowy wstęp. A czy kupować? Kupić, ale nie przepłacać, a wydawnictwa z Finlandii bywają drogie. Jak przystało na dzieła skandynawskiej inteligencji z lasu tworzącej sztukę na koszt bogatego miejscowego podatnika.

→ 1 komentarzKategorie: opinie · recenzje
Otagowane: ,

Ostatni krzyk złej sławy Michaela Jacksona

29 06 2009 · Komentarzy: 7

Trochę nieswojo mi komentować śmierć Michaela Jacksona, bo od piątku w redakcji głównie nią się zajmuję, a ten blog służy mi głównie do pokazywania, czym zajmuję się w czasie wolnym od pracy w „Przekroju”. Właściwie całą sytuację mógłbym skomentować, prezentując statystyki odwiedzin mojej strony poprzez różne frazy Google’a w ostatnim tygodniu. Oto one:

michael_jackson

Uznaję tę kanonadę za ostatni krzyk złej sławy Michaela Jacksona. Pisałem o niej tutaj (stąd zresztą te trafienia z Google’a), denerwując się, że po komentarz muzyczny media najszerszego rażenia (telewizja głównie) dzwonią do mnie przede wszystkim wtedy, gdy pojawią się jakieś nowe plotki o Jacksonie. Za rok o nosie Jacksona nikt nie będzie pisał ani mówił – i chwała Bogu. Są ciekawsze tematy w związku z tym artystą, którego okresu współpracy z Quincy Jonesem – nie ukrywam – zawsze będzie mi brakować. Stworzyli we dwóch brzmienie pop, które się do dziś nie zestarzało i do dziś pomaga mierzyć (porównawczo) jakość kompozycji pisanych na listy przebojów. Piszę zresztą o tym całym fenomenie w nowym „Przekroju”, który wyjdzie w czwartek, jeśli za chwilę usuną nam awarię serwera po uderzeniu pioruna w ulicę Wiejską (swoją drogą – kierunek prawie dobry, acz sądzę, że grom  powinien huknąć jednak kilkaset metrów dalej). Zresztą z tematem Jacksona zderzyłem się też tutaj, a tutaj przed rokiem mój kolega z redakcji wyprorokował co nieco. Z perspektywy czasu – podpisuję się pod większością jego stwierdzeń.

Skoro już przerwałem znów na moment nadawanie strumienia recenzji (co przychodzi mi z trudem), to dodam tylko szybko, że okres żałoby po Jacksonie spędziłem bardzo miło, odwiedzając koncerty Musica Genera z kapitalnym Reinholdem Friedlem w roli gościa specjalnego. Polecam! A teraz słucham zaskakująco dobrej płyty Kronos Quartet „Floodplain”. I słyszę właśnie, że serwery naprawione, więc wracam do pracy…

Komentarzy: → 7Kategorie: informacje · opinie
Otagowane: , ,

Stawiać na półce obok Piotra Rubika

25 06 2009 · Komentarzy: 2

Porcja kulturalnej awangardy dla wszystkich. Nie wierzycie? No pewnie, ja też nie wierzę, na podstawie własnych doświadczeń, że robione za pieniądze z moich podatków festiwale są dla każdego

Alva Noto + Ryuichi Sakamoto + Ensemble Modern - utp_ALVA NOTO & RYUICHI SAKAMOTO & ENSEMBLE MODERN “utp_”, Raster-Noton
premiera: 25.05.09, źródło: Boomkat.com (mp3)
6/10

Wcale nie żartowałem z Rubikiem. Oto przykład z tej samej półki, tyle że pozytywny – tak powinno się inwestować pieniądze podatnika. W tym wypadku jednak dobrze ulokowano nie polskie, tylko niemieckie fundusze. Podobnie jak szereg polskich miast, zamawiających oratoria u autora “Golgoty Świętokrzyskiej”, tak i 400-letnie Mannheim postanowiło uczcić jubileusz – już dwa lata temu – wielkim multimedialnym przedsięwzięciem, porcją nowoczesnej muzyki z orkiestrą i znanymi solistami. Jako miasto szczególne – rodzaj architektonicznej utopii XVII wieku, której plan został ułożony z równomiernie doklejanych do siebie klastrów ulic – wybrali szczególnych artystów. Są wymienieni powyżej, więc nie będę się powtarzał.

Alva Noto tym razem nie ingeruje w partie instrumentów klasycznych, tylko działa na równych prawach, jako jeden ze współwykonawców. Przynajmniej takie wrażenie odnosi się po przesłuchaniu “utp_”. Reprodukuje pojednycze tony na bardzo niskich częstotliwościach i emituje co jakiś czas sekwencje białego szumu. Kompozycje na “utp_” są nieprawdopodobnie rozciągnięte w czasie, minimalistyczne, niemal pozbawione rytmicznej ciągłości, a jeśli nawet czytelny rytm się pojawia i towarzyszy nam przez kilka minut, to i tak – tu uwaga dla miłośników tytułowego bohatera niniejszego wpisu – nie da się przy nich klaskać.

Powiedziałbym nawet, że fragmenty “utp_” są za długie, za to pod względem wachlarza wykorzystanych środków – a towarzyszący dwóm liderom Ensemble Modern to bardzo elastyczny zespół muzyki współczesnej – zaskoczeń jest znacznie więcej niż we wszystkich dotychczasowych nagraniach duetu Sakamoto-Noto. W kilku momentach bardzo wyraźnie kłania się Gavin Bryars (obie części “Plateaux”, szczególnie majestatyczna część druga – skądinąd jedne z lepszych utworów na płycie), w paru innych łatwiej wyczuwalne są elektroniczne korzenie Carstena Nicolai, czyli Alva Noto (tu warto posłuchać “Broken Line 2″ – to rzecz najbardziej satysfakcjonująca z punktu widzenia wcześniejszych płyt japońsko-niemieckiego duetu), tak czy owak gra się cały czas tu nie tylko dźwiękiem, ale i ciszą.

Na tle poprzednich płyt Alva Noto i Ryuichiego Sakamoto “utp_” trochę zawodzi, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, jak potężne narzędzia mieli tym razem w rękach, ale poza kontekstem broni się całkiem nieźle. W każdym razie jeśli któreś z polskich miast zacznie w tego rodzaju projekty inwestować, mogę obiecać, że pomogę – i sam będę klaskać.

PS1 Od jutra Musica Genera, że tak pozwolę sobie przypomnieć.

PS2 Jak widać powyżej, ostatecznie kapituluję w kwestii ocen. Dalej nie lubię aptekarstwa, nic się nie zmieniło, ale cóż z tego, skoro wszyscy moje oceny od 1 do 6 inni – a pojawiają się już w Polsce metaserwisy z recenzjami – tłumaczą potem na system od 1 do 10 albo od 1 do 5 i wychodzą z tego bzdury. Koniec z tym. Teraz będzie nudno i konformistycznie, ale za to czytelnie.

Komentarzy: → 2Kategorie: opinie · recenzje
Otagowane: , , ,

Fleet Foxes na żywo. Równie dobre

22 06 2009 · Komentarzy: 8

fleet_foxes

Oto zespół, który powinien się znaleźć w tym roku w programie przynajmniej jednego z letnich festiwali w Polsce. Wiem, narzekam, chociaż plany festiwalowe imponujące. A jednak… Warto czasem poświęcić dolary wydane na gwiazdę o bardzo znanym nazwisku i przeznaczyć je na zespół o nazwie znanej na razie fanom sceny niezależnej, ale za to już wielki i rosnący w siłę. To również zespół, którego słuchanie polecam polskim wokalistom – Robin Pecknold to kolejny w ostatnich latach perfekcyjny wokalista, który również na żywo potrafi śpiewać idealnie. W dwóch solowych wejściach w czasie berlińskiego koncertu FF (w dość przyjemnej i pojemnej sali Huxley’s Neue Welt) pokazał to znakomicie. W chórkach, gdy włączały się jeszcze 3/5 zespołu – z wyjątkiem Skylera Skjelseta, który jakoś się do śpiewania nie palił – bywało nieco gorzej, ale w większości momentów ściana wokalna brzmiała potężniej niż ściana gitar na drugim planie.I bardzo dobrze.

FF zagrali w sumie 1,5-godzinny, porządny koncert z niemal całością płytowego repertuaru, bez długich improwizacji, za to z dobrym wyczuciem napięcia. Obiecali nowe nagrania, doliczyłem się co najmniej dwóch. Ponadto Pecknold solo zagrał i zaśpiewał piosenkę z repertuaru Joan Baez “Silver Dagger” (właściwie to utwór tradycyjny, tyle że przez Baez spopularyzowany). Największym odkryciem był dla mnie jednak nie Pecknold, ale Josh Tillman i jego poczucie humoru. Gość robi za konferansjera z drugiej linii, gdy panowie stroją gitary (a robią to dość często), fundując publiczności autotematyczne żarty na temat swojej własnej konferansjerki. Ogólnie zupełnie nie robi wrażenia tego zagłuszonego, delikatnego melancholika z ostatniej płyty solowej.

Jaka będzie nowa płyta FF? Tego na podstawie koncertu nie da się przewidzieć. Kompozycje wydają się mniej chwytliwe, ale może tylko pozornie. Najważniejsze, że słychać radość grania u Pecknolda i reszty, głód grania w pewnym sensie. Wszystko wskazuje na to, że nie poddadzą się po sukcesie pierwszej płyty. Gdzieś koło trzeciej,  gdy forma zacznie lekko spadać, wylądują w Polsce. A może spadać nie zacznie? W tedy tym bardziej warto ich zobaczyć, bo to jest jeszcze ten moment, kiedy w Europie grają w klubach o znośnej wielkości i nie myślą nawet o stadionach.

Przy okazji to, co powyżej, jest odpowiedzią na napływające do mnie pytania, czy jeszcze żyję. Kolejnymi odpowiedziami są: komplet tekstów LPD z “Różowej Księgi” we Wrzutni oraz wreszcie obszerniejsze uzupełnienia listy premier (na dniach).

Komentarzy: → 8Kategorie: informacje · opinie · recenzje
Otagowane:

Darujcie, ale jeszcze raz o “Berlin Calling”

18 06 2009 · Komentarzy: 3

Jeszcze á propos tego filmu, od którego odbili się tematycznie redaktorzy “Newsweeka” (vide poprzedni wpis). “Berlin Calling”, czyli impresji na temat niemieckiej sceny techno z Paulem Kalkbrennerem w roli głównej. Moje uwrażliwienie na temat spowodowało, że przeczytałem również, co o filmie napisała dzisiejsza “Polityka”. I tu o muzyce w zasadzie nic nie ma, czyli merytorycznie jest – wydawałoby się – ok. Za to recenzent Janusz Wróblewski zajął się szerzej poruszonym w filmie problemem narkotyków:

Opis klubowego środowiska, w którego żyłach mieszają się wszelkie odmiany chemicznych substancji, od ketaminy, amfetaminy, przez halucynogeny PMA, aż po znane chyba jedynie medycznym ratownikom THC (…)

Nie wynoszę z tego wprawdzie wielu informacji na temat samego filmu, ale bardzo wiele na temat wiedzy o THC w redakcji “Polityki”. Bez komentarza.

Sam film od strony fabularnej poznałem oglądając dwuminutowy trailer, co jest wyjątkowo paskudną zapowiedzią. Może broni go muzyka, autorstwa samego Kalkbrennera, choć mam wątpliwości. Zresztą obejrzyjcie poniżej sami, oczywiście ci, którzy nie chcecie gnać w piątek do kina. Czuję się trochę zażenowany tym zboczeniem ze zwyczajowego tonu na tym blogu, ale nie obiecuję, że to już koniec przeglądu prasy związanego z niemieckim techno. Bo a nuż coś się jeszcze ukaże…

Komentarzy: → 3Kategorie: informacje · opinie · rozjazdy
Otagowane: , , ,

20 lat kultury techno? No bez kitu proszę…

15 06 2009 · Komentarzy: 23

„Newsweek” opublikował właśnie tekst o Love Parade i 20-leciu muzyki techno (tutaj dostępny skrót, całość na razie tylko na papierze). Nie wypada mi zajmować stanowiska w tej sprawie na łamach „Przekroju”, bo jest dla „Newsweeka” słabszym nakładowo (bo słabszym), ale jednak konkurentem, z drugiej jednak strony głupio się nie odnieść do tego tekstu, bo jest niezłym dowodem na to, jak bardzo niezrozumiana – i w istocie bagatelizowana – jest muzyka techno. Mogę milczeć, gdy “Wprost” ogłasza co dwa tygodnie śmierć lub renesans rocka, ale trudno bagatelizować tekst napisany w gazecie poważnie traktującej kulturę i w tym wypadku – jak to mawia wieszcz – warto rozmawiać. Na warsztat wezmę tylko kilka fragmentów.

Techno uchodzi za idealną muzykę na imprezy, gdzie królują seks i narkotyki. Przez 20 lat istnienia kultura techno dowiodła, że znaczy znacznie więcej.

Nie czepiałbym się, gdyby nie to, że coś takiego najmocniej udowadniała właśnie ponad 20 lat temu, gdy kształtowała się jej estetyka. Kłócić się można, czy 24, czy może 25 lat temu, ale dwadzieścia? I muzyka, nie kultura. Jeśli zajmować się”kulturą”, a nie “muzyką”, to na upartego można by było szukać w Love Parade jakiegoś zarzewia kulturowego, ale zarzewia “kultury klubowej”, a to już szersze pojęcie.

Techno to ostatni z wielkich gatunków muzycznych. Po nim były tylko czasowe mody. A to avant pop, a to postrock czy powrót do new romantic. Wszystkie wykreowane przez wielkie wytwórnie muzyczne.

O ile z pierwszym zdaniem na upartego można się zgodzić (ku rozpaczy fanów grunge’u i paru innych gatunków oraz strasznie uogólniając problem), o tyle z kolejnymu już nie. Avant pop? To nawet nie jest gatunek, tylko etykietka wymyślona przez dziennikarzy po to, żeby wyróżnić oryginalną, “ambitną” muzykę pop (oksymoron w zasadzie) spośród papkowatej muzyki pop. A jeśli ktoś podejrzewa Warnera czy Universal o wylansowanie mody na avant pop, to niech zadzwoni do ich centrali i zapyta, czy wiedzą, co to jest ten avant pop. Post-rock? Simon Reynolds bardzo by się uśmiał, gdyby usłyszał, że wykreował czasową modę. I w dodatku, że postrockowcy nagrywali/nagrywają dla dużych wytwórni.

Także w Polsce techno w kanonicznej postaci okres rozkwitu przeżywało jedynie w latach 90.

Zdanie co najmniej wątpliwe. Od kiedy w zeszłym roku mijałem się na ulicach Katowic z tłumem zmierzającym na Mayday, nie pozwolę sobie na takie uproszczenie. Zresztą co oznacza “postać kanoniczna”? Love Parade czy jednak klasyczne Detroit techno? Znaczeniowo powinno chodzić o to drugie. A w wypadku Polski to jednak bardziej ostatnia dekada niż lata 90.

Techno stało się muzyką tworzoną dla ludu i przez lud. Przez lata jego twórcy dołożyli do melodii z gramofonów klawisze na żywo, potem komputery.

To bardzo ciekawa opinia. Szczególnie w odniesieniu dla bardzo elitarnego gatunku. Zapomnijmy na chwilę o cyrku, który odbywa się w czasie Love Parade, a zastanówmy nad tym, kto jest twórcą i kto odbiorcą techno (przy czym proszę nie mylić tego z muzyką dance – łatwą do wyprodukowania przy pomocy jednego klawisza). Wyjdzie na to, że dzieci bogatszej klasy średniej – na pewno częściej niż w wypadku wszystkich gatunków i podgatunków rocka i hip-hopu. Drugi problem to oczywiście ta kolejność: najpierw były automaty i syntezatory, a gramofon dopiero wtedy, gdy już ktoś wytłoczył to na płycie. Logiczne, prawda?

Andrezak (DJ Tanith) to jedna z trzech najważniejszych postaci niemieckiego techno. Wraz z Dr. Motte i Svenem Vathem stworzyli wersję techno, którą uznaje się dziś za kanoniczną.

Cóż za precyzja. I wyjaśnia się przy okazji, kto stworzył tę kanoniczną wersję. Nie Atkins, May i Saunderson, tylko Thomas Andrezak. Poleciałbym w te pędy go sobie kupić na jakiejś płycie , gdyby nie to, że gość był i jest DJ-em grającym pewnie w latach 80. ten sam repertuar z Detroit, który zaczynały rozpoznawać kluby w różnych miejscach na świecie. W sumie to wszystko nawet by się i trzymało kupy, gdyby  gdzieś w tekście zaznaczyć, że to historia NIEMIECKIEGO techno, a nie techno w ogóle.

(…) Tak narodził się acid house – muzyka, z której wyewoluowało mniej melodyjne techno.

Nic nie wyewoluowało, bo to był równoległy łańcuch ewolucji. A już na pewno nie mniej melodyjne. Z fascynacji acid house’em powstała co najwyżej późniejsza brytyjska fala techno, a potem IDM, czyli właśnie ten najbardziej melodyjny – jeśli już jesteśmy przy tym drugorzędnym dla techno składniku utworu muzycznego – odłam. No, może nie licząc trance’owców, ale o nich będzie niżej.

Miłośnicy techno uważali się za współczesnych hipisów (…). Pacyfkę zastąpili symbolem serca. Kwieciste ubrania – kolorowymi, rzucającymi się w oczy strojami. Byle były charakterystyczne, bo techno to subkultura indywidualności. Swego czasu jej członków można było poznać po oryginalnych białych rękawiczkach.

Kolejne gładko przechodzące porównanie, w którym jest tylko część prawdy. Bo owszem, uczestników zielonych rave’ów spod znaku tribal i trance, można by było pomylić z ostatnimi żywymi hipisami (szczególnie, że nad ranem musieli być półżywi), ale znów – minimalowcy i inna szlachta gatunku to już zupełnie, ale to zupełnie inna bajka. Z tym indywidualizmem przesadzać też nie należy – w zasadzie pierwotnym założeniem była równość, a nie różnorodność, w pewnym sensie nawet niewyróżnianie się, nie na darmo płyty najważniejszych wytwórni techno wyglądają tak samo, zmienia się tylko nazwisko na okładce. A czasem i tego nazwiska brak. Minimalizm totalny i totalna jednolitość, o, to dobre słowo (choć paru czytelników tego bloga go nie lubi): powtarzalność. Po białych rękawiczkach to można było poznać aberracje techno, a nie jego “typowych przedstawicieli”. Typowi przedstawiciele wyglądali pewnie tak jak autorzy cytowanego tekstu. W zasadzie w łatwy sposób można by było ich odróżnić przede wszystkim poziomem wiedzy o techno.

Autorom posyłam symbol serca, skoro to uniwersalny znak techno. A jeśli nie (mam spore podejrzenia, że tak właśnie jest), niech potraktują to jako znak moich dobrych intencji.

Komentarzy: → 23Kategorie: opinie · rozjazdy
Otagowane: , ,

Trzy kolejne dowody na to, że mamy dobry rok

9 06 2009 · Komentarzy: 10

Aaaaby nadrobić zaległości… czyli powrót do formuły krótkich piłek. Tym razem Sweet Billy Pilgrim, Dan Deacon i John Zorn. Część 9., że tak dodam dla precyzji

Sweet Billy Pilgrim "Twice Born Men"

>>>>5<
SWEET BILLY PILGRIM “Twice Born Men”
, Samadhisound
premiera: 23.03.09, źródło: Amazon.com

“Bloodless Coup” to jest hit. Bezwzględnie chwytająca za gardło piosenka, jedna z lepszych, jakie ostatnio słyszałem, taka gładki popowy sygnał odrobienia także lekcji z bardziej poszukującej muzyki z ostatnich lat, tej z okolic laptopów. Cała druga płyta brytyjskiego tria nagrana dla oficyny Davida Sylviana nie trzyma tego wybitnego poziomu, ale pozostaje niewiele niżej w “Truth Only Smiles” (tutaj ten utwór do ściągnięcia, a cała reszta do przesłuchania – i wpiszcie się poniżej, jeśli nie było warto) i “Future Perfect Tense”. Kończy się z wyciszeniem w “Joy Maker Machinery” i chóralnym finałem w “There Will It End”, wciąż ze specyficzną tendencją do produkowania powolnie rozwijających się tematów opartych na długich dźwiękach, za to bez nieudanego nagrania. Kojarzyć z solowymi albumami Sylviana, Talk Talk i The Blue Nile. Stawiać na półce tuż obok. To aż TAK dobra płyta. Oczywiście dla fanów TAKIEJ muzyki.

dan_deacon>>>>5<
DAN DEACON „Bromst”
, Carpark
premiera: 23.03.09, źródło: Amazon.com

Co się stanie, jeśli zmiksować album krautrockowy, płytę Steve’a Reicha, muzykę do gier na ZX Spectrum oraz wokale w stylu lat 60.? Animal Collective? No dobra, a jeśli by tak nie miksować, tylko po prostu puścić wszystko na raz? I jeszcze podkręcić tempo, żeby nogi same skakały? Do maksimum? Do granicy kuriozalności? Do poziomu nurtu happy hardcore? Teraz to będzie właśnie Dan Deacon, potencjalnie album dla wszystkich, nietrudny do zrozumienia, a do wykorzystania na parkiecie jeszcze prostszy – no i przy tym wszystkim zupełne przeciwieństwo piosenkowej płyty Sweet Billy Pilgrim. Z grubsza te same założenia, które przyświecają Animal Collective (na swoje nieszczęście płyta ukazuje się w tym samym roku co “Merriweather…”), ale trochę inaczej zrealizowane. Muzyka Deacona jest gęsta jak zupa i chwilami może się okazać męcząca, ale ma niezwykłej klasy momenty w partiach perkusyjnych i superszybkich arpeggiach syntezatorów. Kto nie skacze, ten Edyta Herbuś.

zorn_alhambra>>>>5<
JOHN ZORN “Alhambra Love Songs”
, Tzadik
premiera: 18.05.09, źródło: Amazon.com

Zorn w najlżejszej możliwej postaci. Może bez banalnych motywów rodem z “The Dreamers” – i chwała Bogu, choć w tym wypadku chyba bardziej Jehowie – ale wciąż bardzo przystępnie. Blisko do serii “The Book Of Angels” (nie tylko z uwagi na projekt okładki) i do dwóch przynajmniej odcinków “Filmworks”: “Invitation To Suicide” i “The Rain Horse”. Oba łączy zresztą osoba Roba Burgera, którego i tu Zorn obsadził w roli pianisty. Burger grywa lekko, czego dowodem współpraca z Norą Jones (to ten brakujący element łączący na mapie nowojorskiego jazzu ją i Zorna). Jest też elastyczny, bierze zarazem udział w sesjach Calexico, a obok fortepianu świetnie radzi sobie na organach. Elastyczny jest również Greg Cohen, który prócz okołomasadowych składów Zorna dorabia sobie jako współpracownik big bandu Woody’ego Allena (!). I nie po raz pierwszy zostaje bohaterem płyty Zorna (sam maestro nic tu nie robi poza napisaniem wszystkich utworów i czuwaniem nad wykonawcami). Tym razem jednak to nie jego gra na kontrabasie  (na tym instrumencie grywa w Masadzie) decyduje o świeżości “Alhambry”, tylko ekspresyjne, i lekkie zarazem utrzymane w szybkim tempie partie gitary basowej. Liryczny Burger i grający na perkusji doświadczony Ben Perowsky po prostu świetnie z nim współpracują. Przynajmniej tyle mogę wychwycić i pochwalić, płodność kompozytorska Zorna jest dla mnie czynnikiem wymykającym się jakiejkolwiek ocenie. Jeśli ktoś myślał, że po serii świetnych kompozycji Zorn obniży loty, powinien teraz wykrzyczeć to głośno, słuchając “Alhambry”.

Że oceny zwariowały? Hm, to rok zwariował późną wiosną. Po pierwsze, zaległości znakomitych płyt zrobiły się przerażające. Po drugie, na pastwienie się nad tymi gorszymi zwyczajnie szkoda czasu.

Komentarzy: → 10Kategorie: krótkie piłki · recenzje
Otagowane: , ,

Cztery polskie płyty na eksport

7 06 2009 · Komentarzy: 7

Jeśli was nie interesuje nowa polska muzyka, to ten wpis będzie stanowczo za długi*. Zaczyna się w Warszawie przy stacji metra Centrum…

- Dzień dobry, przepraszam pana, jestem kandydatem do Parlamentu Europejskiego, czy nie chciałby pan porozmawiać?
- Ale o czym my mamy rozmawiać? Spieszę się…

- Tu jest lista tematów:
1. bezpieczeństwo energetyczne Polski,
2. dofinansowanie polskiego rolnictwa,
3. wsparcie kulturalne dla rodzimych twórców…

- No, to trzecie to nawet nawet.

- To proszę jeszcze wybrać szczegółowe zagadnienie:
3a. sytuacja na rynku nowej polskiej sztuki,
3b. uwarunkowania rozwoju kinematografii na terenie naszego kraju,
3c. możliwości promocji polskiej muzyki alternatywnej za granicą…

- Znów wezmę trójkę.

- Chciałbym w takim razie nakreślić i przedyskutować perspektywy eksportowe najmłodszego pokolenia polskich wykonawców w kontekście naszej obecności w Unii Europejskiej. Zacznijmy od naszego najlepszego towaru eksportowego, którym jest…
- Będę strzelał: Orchid?

- Skoro pan strzela, to proszę rozwinąć.
- Proszę uprzejmie:

orchid>>>4<<
ORCHID “Driving With a Hand Brake On”
, Locco/Gusstaff
premiera: 6.04.09, źródło: Gusstaff promo-CD

Do jazdy z zaciągniętym ręcznym (próbowałem, po tamtym frustrującym wydarzeniu chciałem zresztą raz na zawsze zrezygnować z jazdy samochodem) podobne jest szukanie informacji o tym zespole. Nigdzie poza paroma dobrze zorientowanymi serwisami i magazynem „Pulp” (no i „DF”, ale o tym za chwilę) nie znalazłem słowa, a przecież powinni brylować. Album przynosi tę bezpretensjonalną mieszaninę emocjonalności, rocka i dobrego songwritingu, mieszaninę brzmień gitarowych i klawiszowych (kapitalne motywy klawiszowe prowadzące kilka piosenek niczym u Tegan & Sara), jakiej zwykle oczekuję po (mieszanych) damsko-męskich składach, aczkolwiek z porównaniami ze Stereolab bym nie przesadzał. Nieco cienkawe momentami brzmienie gitary to prawdopodobnie kwestia klasy instrumentu, studia, mikrofonów, a i nagranie chórków można by zrobić lepiej, chociaż i tak efekt końcowy – także pod względem brzmienia! – kasuje z łatwością 90 procent krajowej konkurencji.
Podobno Natalia Fiedorczuk to już w tej chwili ważna postać krajowego undergroundu. Rety, jak my potrzebujemy takich postaci. Śpiewa dobrze, pewnie i dość rozpoznawalnie. Jeśli tylko cały zespół będzie się zajmował wciąż bardziej konstrukcją niż dekonstrukcją muzyki pop, to jesteśmy w domu.

- Zaraz, zaraz, Sankowski prawie wszystko to już napisał o tej płycie w „Dużym Formacie”.
- No dobra. Jak zwykle się spóźniłem. Ale od dwóch miesięcy słucham Orchid, bo ciągle wierzyłem, że mi się nie spodoba…

- Pan jakiś malkontent w stosunku do polskich kapel.Tymczasem nasza największa nadzieja…
- Tak, wiem. The Car Is On Fire. Nie należałoby ich zdyskwalifikować za nagrywanie w Ameryce?

- Z mojego punktu widzenia to już prędzej za podżeganie do podpalania samochodów. Pan w ogóle wie, z kim oni to nagrywali?
- Tak. Wielokrotnie z sympatią się o nich wypowiadałem. To wielka nadzieja…

- Bez bicia piany. Nas proszą o konkrety, to i ja pana poproszę o konkrecik.
- No to będą same konkrety:

tciof_ombarrops>>>4<<
THE CAR IS ON FIRE „Ombarrops!”
, EMI
premiera: 22.05.09, źrodło: promo-CD EMI

- Zespół The Car Is On Fire miał już na koncie lepsze kompozycje.
- John McEntire miał już na koncie lepsze produkcje.
+ Niewiele polskich młodych zespołów ma na koncie lepsze kompozycje niż TCIOF.
+ Żaden inny polski zespół nie nagrywał u McEntire’a.
- W pomysłach aranżacyjnych TCIOF się momentami gubią.
+ Ale mają jakieś pomysły (poza tym są pierwszym znanym mi polskim zespołem, który sprawia wrażenie, jakby przez dyskografię Beatlesów przebił się do końca).
- Wokale to wciąż pięta achillesowa TCIOF.
+ Aleks Tomaszewska spisała się świetnie.
+ Członkowie tej zacnej grupy zanotowali znaczny progres w kwestii wokali.
+ „Progres” i „art” to słowa, które mało kto w tej branży lubi, a oni w tej chwili grają nie pop, tylko specyficzną odmianę art rocka, no, może art popu, w dodatku własną.
- Ja rozumiem, że po angielsku, szczególnie gdy się ten język zna, ale po jaką cholerę im włoski?
+ Okładka rządzi. Promocyjna sesja zdjęciowa również.
+ Tego albumu, mimo kilku gorszych momentów, zaskakująco dobrze się słucha w całości.
+ Jakoś nie potrafię ich oceniać jak zespołów polskich, nie ma dodatkowych punktów za pochodzenie. Ups, no i się zrobił tym samym, ale to nie za pochodzenie, tylko za fakt niepolskości, więc się nie liczy.
(Razem wychodzi 4 na plusie jak nic.)

- Da mi pan powiedzieć wreszcie, o którego wykonawcę mi chodzi?
- Niech pan nie mówi. Już wszystko wiem. Tides From Nebula. Instrumentalna kapela w pół drogi między Mogwaiem a współczesnym metalem. Znam na pamięć każdą minutę tej płyty. Nawet miałem okazję wręczać im nagrodę na przeglądzie we Wrocławiu…

tides_from_nebula>>>4<<
TIDES FROM NEBULA „Aura”,
Tides Fom Nebula/Rockers
premiera: 30.03.09, źródło: promo-CD Rockers

Gdybym ich usłyszał 5-6 lat temu, wpadłbym w bezkrytyczne uwielbienie. Dziś mam trochę więcej dystansu do post-rocka budowanego na zasadzie niekończącego się crescendo, ale dalej mam szacunek do zespołów, które – tak jak Mogwai – na scenie wypadają regularnie lepiej niż na płytach. Tak jest z Tides From Nebula. Ten zespół to więcej niż suma muzyków, a utwory to coś więcej niż suma pomysłów – w oderwaniu od siebie czasem prostych i banalnych. Często ujawniających silniejsze niż u innych tego typu zespołów wpływy metalu (jak w „Sleepmonster”), ale za to równie często odrywających od ziemi w sposób trudny do wytłumaczenia (jak w „Purr”). Dziś mogę mieć zatem przede wszystkim podziw dla tego, jak rzetelnie i profesjonalnie ci ludzie podchodzą do sprawy, jak bardzo światowo grają – brak wokali to w tym momencie prosta droga do tego, by zaczęli za chwilę podbijać jakąś Japonię lub Włochy. I jeżeli TCIOF się udało w Chicago, to dlaczegóż Tides From Nebula nie mieliby nagrać swojej kolejnej płyty w Montrealu? Trzymam za to kciuki. I za nich trzymam.

- Niestety, nie chodzi mi o nich, chociaż znam, słuchamy dużo tego u nas w sztabie.
- To co, za mało alternatywne? Za bardzo odtwórcze? Że nie promuje polszczyzny językiem?

- Nie o to chodzi. Po prostu konkurencja w tym roku jest rewelacyjna. A najlepszym towarem eksportowym sezonu jest swego rodzaju supergrupa, która wydała właśnie płytę nakładem Lado ABC.
- Domyślam się, że nie chodzi o Horny Trees – skądinąd bardzo ciekawe – tylko o to:

paristetris>>>>5<
PARISTETRIS „Paristetris”, Lado ABC

premiera: jakoś w maju, źródło: promo-CD Lado ABC

Candelaria Saenz Valiente przyszła z filmu do muzyki, co brzmi trochę jak historia Juany Moliny. Tyle że Valiente przychodzi ze stron awangardowo-kulturalnych. Trudno zresztą o trafienie do masowego gustu, jeśli zaczyna się od tego, że „I saw you fucking a tree, you were real…”, a kończy gdzieś w okolicach „My uncle Michael he’s real nice / (…) / He’s got two big balls and he likes to hit them hard / Against the table…”. Na Liście Przebojów Trójki to kariery nie zrobi. A szkoda – bo melodie są zaraźliwe, a całość ma w sobie olbrzymie pokłady humoru i luzu połączone z totalnym planem i dyscypliną muzyczną. Czyli eksportujemy to, co było najlepszą cechą yassu, ale opakowujemy to w mistrzowski poziom muzyczny. Swoboda Zappy, szaleństwo Pattona (przyprawione szczyptą Napalm Death), do tego umiejętność przełączania się między gatunkami właściwa dla obu. Trzy instrumenty prowadzą ten zespół na płaszczyźnie brzmieniowej i koncepcyjnej, w każdym utworze pokazując się od nieco innej strony: głos, perkusja i pianino, często zamieniane na natarczywie brzmiące, sympatycznie odkształcone piano Wurlitzera. I trójka muzyków: obok znakomitej Valiente także Marcin Masecki i Macio Moretti, a w rolach epizodycznych muzycy z okolic Pink Freud i innych postyassowych polskich projektów. Kapitalne jest to, że muzyka, która robi przy pierwszym słuchaniu wrażenie spontanicznie wyimprowizowanej, żywiołowej, hałaśliwej, uwolnionej, jest w gruncie rzeczy przemyślana do ostatniej nuty. I cały projekt jest wymyślony w najdrobniejszych elementach, co tylko pogłębia efekt wow.

- To już pan widzi, że nasze działania są precyzyjnie mierzone. To numer otwierający składankę z polską muzyką dołączoną do “The Wire”.
- Będziemy promować Brazylijkę?

- To Argentynka jest, w komentarzach tak piszą.
- To będziemy Argentynkę promować?

- Tak. Ale to polska Brazylijka Argentynka.
- Zgadzam się z tym wyborem, ale nie można by tak podpromować całą czwórkę?

- Musimy myśleć realistycznie. Szanse na taki masowy eksport nie istnieją.
- Ma pan rację. Tak jak szanse na to, że będę na pana głosował. I jak cała nasza rozmowa.

- Jak to, co pan?
- Pan nie istnieje.

* Jeśli interesuje, to niestety i tak może być za długi. Dlatego gwiazdkę umieściłem na końcu tekstu.

PS Opieliłem trochę grządki w zestawieniu płyt 2009.

Komentarzy: → 7Kategorie: krótkie piłki · opinie · recenzje
Otagowane: , , ,