ROGELIO SOSA: Same szczyty

rogelio_sosa

Im dłużej blog nieczynny, tym większego impulsu trzeba, żeby go poruszyć na nowo. I impuls się znalazł, z gatunku takich, które powinny rozruszać nie tylko jeden blog, ale i spory kawałek internetu. Ciężka psychodelia i metaliczne formy przebijające kolejne ściany hałasu na płycie Rogelio Sosy to stanowczo nie jest muzyka do kolacji, to nie jest muzyka do robienia czegokolwiek poza słuchaniem, to nie jest nawet muzyka na lato. Czyżby? A na lato w mieście, gdy za oknem po wybrzmieniu każdej ze stron pozostaje jakaś składowa słyszalna zza otwartego okna? Kiedy nad szumiące miasto przychodzi dodatkowo burza i nie wiadomo, gdzie kończy się wyobraźnia artysty, gdy dźwięk otoczenia działa niczym magnetofonowy prąd podkładu, niby niesłyszalny, ale pogłębia wrażenia?

Bardzo dynamiczne pejzaże dźwiękowe fantastycznie rysowane przez Meksykanina na kilku planach, zapewne ze sporym wykorzystaniem mocno przetwarzanych gitarowych brzmień, będą miały dla wielu osób siłę postrockowych sztosów. Same szczyty, żeby zostać w kręgu przenośni roślinnych, których tropem poszedł w swoim opisie Boomkat, który zarazem skradł mi – jak się okazało – dość oczywistą, przyznajmy, klasyfikację Sosy jako jednej z najlepszych (na pewno top 3) płyt w dyskografii Bociana. Bo te skojarzenia z muzyką gitarową mogą sprawić, że grono słuchaczy „Daturas” się poszerzy. Ten i ów zapłacze tylko nad nieludzko szybkim i nagłym zerwaniem mocnego „Caída Libre”. Na pocieszenie mają budzący drżenie i bardziej zaskakujący utwór „Diablero” i całą resztę, bardzo sprawnie uformowane – niemal zawsze z przebijającymi się strzępkami melodii i odpryskami harmonii, no i już z odpowiednim narastaniem i zakończeniem, dźwięczącym w głowie i pozostającym jak ten wspomniany już prąd podkładu.

rogelio_sosa_daturasROGELIO SOSA „Daturas”
Bocian Records 2014
9/10
Trzeba posłuchać: „Diablero”, „Cáliz del Infierno”.
Wydanie: czarny lub przezroczysty winyl, mastering – Barry Grint w Alchemy

 

 

KRÓL: Król!

Król_Nielot

A więc teraz jestem częścią twoich przygód – śpiewa Błażej Król na pierwszej solowej płycie „Nielot”, którą na półce można sobie ustawić tuż obok dwóch albumów UL/KR. Jak zwykle pewnie i jak zwykle wciąga to od początku. Album skonstruowany jest muzycznie z podobnych brzmieniowo elementów (więcej na ten temat tutaj), tekstowo – bardziej płynny. Ogólnie: idealnie równy, konstruujący z romantycznych wzruszeń bardzo spójną opowieść, znów też bardzo zwięzłą, jak na płytach duetu.

Rzadko jednej płycie poświęcam dwa równoległe wpisy, ale tym razem warto zaznaczyć (po szaleństwach winyla zbierającego obie płyty UL/KR), jak dobrze brzmi i wygląda Król na białym winylu na 45 obrotów, wytłoczonym na podstawie 24-bitowej wersji  zmasterowanego materiału. Do tego kod do mp3. Chylę czoła, co zresztą widać na załączonym obrazku.

KRÓL „Nielot”
Thin Man 2014
8.5/10
Trzeba posłuchać:  27 minut, więc raczej całość.

 

 

DEAN WAREHAM: Restart

Dean_Wareham

Długo nic się tu nie działo, chociaż sterta płyt rosła i ważyła coraz więcej (jeśli ktokolwiek jeszcze się zastanawiał nad podwójnym znaczeniem słowa „masa winyli”). Potrzebny był bodziec, który właśnie się pojawił w postaci płyty bardzo przeze mnie lubianego wykonawcy Deana Warehama w nowej odsłonie, W zeszłym roku był 10-calowy minialbum „Emancipated Hearts” na pomarańczowym winylu, na który się nie załapałem, bo za późno doszły mnie słuchy, że w ogóle wychodzi. Teraz ta żółta, transparentna i świetnie brzmiąca płyta.

Po nieco słabszych nagraniach duetowych (a punktem pomiarowym pozostają tu stare płyty Warehama z Galaxie 500) wydawanych pod szyldem Dean & Britta czas na pełnoprawne solówki, na których też zresztą wspomaga lidera Britta Phillips, ale dołącza też Anthony LaMarca na pedal steel guitar, a nade wszystko – producent Jim James. Znany też jako lider My Morning Jacket. Płyta ma więcej ciepłego kolorytu amerykańskiego Południa, bardziej jeszcze niż dotąd Wareham wciela się momentami w Neila Younga, są echa The Byrds czy swoista niedbałość rodem z płyt Lou Reeda, ale wizja psychodelii jest tu inna. Znana jeszcze z czasów Galaxie 500, ujmuje prostotą zmian akordowych i melodyjnych solówek. Operuje bardzo delikatnymi niuansami, pozostając bezpretensjonalny i nienatrętny. Lekko łamiący się głos Deana często przechodzi w falset, ale jego piosenki nigdy, mimo radiowości i nawiązań do hitów, nie idą w cieniznę.

dean-wareham-sonic-cathedral75-copyDEAN WAREHAM „Dean Wareham”
Sonic Cathedral 2014
8/10
Trzeba posłuchać: „Beat the Devil”, „Holding Pattern”.

LUCIANO CHESSA: Hałas odbudowany

luciano_chessa_intonarumori

Jeszcze na początku roku, gdy rozmawiałem z Luciano Chessą z okazji rocznicy manifestu Luigiego Russolo (patrz tekst w „Polityce”), opowiadał o zamówieniach kompozycji na odbudowane przez siebie legendarne instrumenty intonarumori. O płycie nie było mowy i w ogóle 100-lecie „Sztuki hałasów” wydawało się wybrzmiewać w starym roku stosunkowo cicho. Po drodze były jednak odejścia Lou Reeda i Zbigniewa Karkowskiego, a te spowodowały, że i Russolo został przypomniany kilka razy więcej. Pozytywną niespodziankę przygotował za to Chessa, który cykl nowych utworów na intonarumori zdążył jeszcze w przed końcem 2013 roku wydać na płycie wytwórni Sub Rosa. W tak dużej dawce muzyki jego Orchestra of Futurist Noise Intoners brzmi momentami nieco nużąco, ale na wyrywki jest to materiał wyjątkowy i godzien uwagi. Nie bez znaczenia są obszerne opisy projektu, muzykologiczny rys samego Chessy, twórcy rekonstrukcji  oryginalnych instrumentów Russolo (po raz pierwszy odtworzonych w komplecie), a przy okazji szefa 16-osobowej orkiestry muzyków z konserwatorium we włoskim Trento. A jeśli to kogoś nie przekonuje, za reklamę posłużyć muszą pewnie nazwiska kompozytorów: Pauline Oliveros, Sylvano Bussotti, Ellen Fullman, Mike Patton czy Blixa Bargeld. Jako uzupełnienie polecam bardzo ciekawą książkę „Luigi Russolo, Futurist: Noise, Visual Arts and the Occult”.

SR316LP_PROD_grandeRÓŻNI WYKONAWCY „The Orchestra of Futurist Noise Intoners” 2LP
Sub Rosa 2013
8/10
Trzeba posłuchać: Blixa Bargeld, Pauline Oliveros, oryginalna kompozycja Luigiego Russolo

MIRT: Środkowy moduł

Mirt_Heading_South
Eksportowy album Mirta (nagrany z udziałem T.E.R.) dla włoskiej firmy Backwards miałem okazję słyszeć parę miesięcy temu, jeszcze chyba przed wydaniem, i wtedy uznałem go za logiczny etap rozwoju tego artysty – od przedziwnych, psychodelicznych utworów o często nieco egzotycznym zabarwieniu przeszedł do prawie czysto elektronicznych nagrań. Z lekko zarysowanymi partiami perkusyjnymi, momentami nawet wokalami. Ale zarazem prymatem syntezatorów i kapitalnym finałem w postaci nostalgicznego, opartego na wieloplanowo prowadzonej melodii „South”.

Ten winyl Mirta jest pewnie najdłużej przeze mnie niedocenianą polską płytą roku. Jego jedyny problem polega na tym, że w dyskografii tego muzyka stoi dokładnie pośrodku, pokazując nie tylko drogę na jakieś wyimaginowane południe, ale zarazem na wschód, północ i zachód. „Heading South” jest najlepszym wstępem do działań tego artysty, a zarazem najlepszą stacją przesiadkową, o czym przekonał mnie dopiero kolejny odsłuch albumu, już w winylowej wersji (limitowana edycja, której ostatnie sztuki można jeszcze chyba znaleźć w Monotype), eksponującej ciepłe brzmienie analogowych syntezatorów. A tam, gdzie kończy się „Heading…”, rozpoczyna się dość fascynujący „Rite of Passage”, którego recenzję w związku z tym pozwoliłem sobie zlinkować z tą jako kolejny moduł.

??????????????MIRT „Heading South”
Backwards 2013
7/10
Trzeba posłuchać:
„South” przede wszystkim.

MARCIN CICHY: Przypadkowe spotkanie

meeting_by_chance

Spotkanie samo w sobie może nie było takie bardzo przypadkowe – w październiku na Sacrum Profanum, przy okazji remiksów Lutosławskiego miałem okazję znów widzieć na scenie reaktywowany duet Skalpel. Ale kolejnej EP-ki – czy w zasadzie zestawu dwóch 10-calowych singli – od Marcina Cichego występującego jako Meeting By Chance raczej się nie spodziewałem. Single są ładne, całość też dobrze wygląda, choć oczywiście można mieć wątpliwości, czy to na pewno Meeting By Chance. Lekko nujazzowe, ale utrzymane w hiphopowej tradycji, pełne dystansu, ładne nagrania z wokalnymi samplami i – momentami – cięcia w stylu Burnta Friedmana („Moon Rock”) to w tym wypadku przyjemność prosta do uzasadnienia, ale brak jakiegokolwiek opisu może zajść nieźle za skórę. Zestaw składający się z dwóch płyt 10-calowych na 45 obrotów wydany został w pełnym minimalizmie i w whitelabelowej tajemnicy/skromności – w dwóch wersjach: na białym lub czarnym winylu. Jak zapomnę powiedzieć dzieciom, że to Cichy, będą kiedyś musiały prowadzić wielomiesięczne śledztwo, nawet jeśli znają i lubią Skalpela.

MEETING BY CHANCE „Moon Rock/Numbers” 2×10″
White (and black) label 2013
7/10
Trzeba posłuchać: koniecznie „Moon Rock”. A poniżej od razu remiksy.

 

COSMIC MACHINE: Kosmos, klawiatury, kaski, komiksy…

Cosmic_Machine_LP

Zaniedbany ostatnio zestaw not o winylowych płytach ożywa dopiero wtedy, gdy pozostaje mi nieco więcej czasu po pracy. A takie albumy jak „Cosmic Machine” – wydany tej jesieni zbiór starej francuskiej elektroniki – to już bezpośredni bodziec do tego, by jednak tu wrócić. Taka płyta ukazująca się w roku dość triumfalnego powrotu Francuzów (Daft Punk) na top to marzenie kolekcjonera. Różni – w większości całkowicie zapomniani (o czym świadczy fakt, że podobieństwo do Space grupie Daft Punk rzadko się wypomina) artyści – mają tu dać obraz francuskiej sceny lat 70.

Niejaki Uncle O, który zebrał tych 20 utworów, najwyraźniej starał się pokazać, że scena francuska był równie mocna co niemiecka. Być może dlatego wybrał Jarre’a w utworze nieco przypominającym krautrockowców, a nawet progrockowców, a nie w jednym z najbardziej znanych hitów. Oczywiście wykorzystuje mistrzów starego disco (Cerrone, Bernard Fevre, Frédéric Mercier), przypomina hit „Magic Fly” Space, a nawet elektroniczny soundtrackowy epizod Serge’a Gaisbourga. Przy okazji jednak opowiada historię sceny kosmiczno-syntezatorowej, która w istocie nie była tak spójna jak niemiecka, ale za to wyjątkowo mocno związana z ilustracją muzyczną. Jedna trzecia zebranych tu artystów to rozchwytywani kompozytorzy filmowi, z przedwcześnie zmarłym François de Roubaix czy specem od kina erotycznego Pierre’em Bacheletem.

Oczywiście związki ze współczesną sceną są, a jakże. Space Art inspirowali Air w sposób dość bezpośredni, Cerrone – Cassiusa. Jean-Jacques Perrey syntezatorowymi melodiami i niespieszną rytmiką przypomina, jak bardzo wpłynął na Air, Stereolab czy The Beta Band. No i wreszcie Daft Punk. Możemy tu podejrzeć ich korzenie od strony kostiumów (Space), robotycznej koncepcji (Droids), ale też posłuchać utworu ojca Thomasa Bangaltera, przystojnego Daniela Vangarde. Do tego wszystkiego zmyślnie doszyty wątek komiksowy – faktycznie, francuska nowa fala z lat 70. była bardzo osłuchana w muzyce pop, więc wybór zafascynowanego kosmosem Philippe’a Druilleta (obok Moebiusa rysownik numer dwa pokolenia) wydaje się idealny i bardzo inspirujący. A jego wyraziste rysunki – ten okładkowy służył kiedyś jako okładka do „Salammbo” wg Flauberta – dobrze się komponują z transparentnymi winylami zestawu. Jest więc coś do pooglądania i poczytania, a słuchania na długie godziny, z prawdopodobieństwem niezłego sequela zbliżającym się do wartości 1.

RÓŻNI WYKONAWCY „Cosmic Machine: A Voyage Across French Cosmic & Electronic Avantgarde (19790-1980)” 2LP+CD / CD
Because Music 2013
8/10
Trzeba posłuchać: Quartz, Jean Michel Jarre, Jean-Jacques Perrey, Space, Frédéric Mercier.