Ich legendarna biografia

lpd

I powiedział Bóg: Niedobrze mi się robi od tych chrzanionych harf.

Popijał sok jabłkowy, wyraźnie zdenerwowany, a z uszu unosiły mu się kłęby pary.

Siedzicie tu w tych chmurach dzień za dniem, szarpiąc to ustrojstwo… bez końca świergocząc tylko o tym, jaki to ja jestem wspaniały. Te same chrzanione piosenki, te same nudne, oklepane, małe wierszyki, te same pochlebstwa i ten wasz anielski wyraz twarzy – niedobrze mi się od tego robi. Chcę poezji! Chcę hałasu! Do diabła, chcę czegoś z odrobiną DUSZY!!

I wtedy archanioł Gabriel położył na świętym gramofonie najnowszy krążek Legendary Pink Dots, „Island Of Jewels”.

Jauaauu! – powiedział Bóg.

Był wyraźnie podekscytowany; nerwowo wiązał supełki na swojej niewidzialnej brodzie; jego głowa kołysała się w tę i z powrotem we wciągającym rytmie.

Kim są ci bogowie? Kto jest odpowiedzialny za te drobne, miłe melodie, te zaraźliwe rytmy i te doskonałe słowa?

Gabriel wyszeptał odpowiedź, a Bóg wstał z tronu, wzniósł nieskończoną liczbę swych ramion i zaryczał, powodując, że całe sklepienie niebieskie się zatrzęsło, ziemskie krzyki ucichły, a ścieżki urosły w wijące się zielone urwiska pośród spiętrzonego ognia.

I wówczas powiedział Bóg: Tylko Legendary Pink Dots zaniosą moje posłanie na spustoszoną Ziemię. Tylko oni zapowiedzą zbliżający się kataklizm. Tylko oni wskażą drogę do nowego Raju!

I boski posłaniec zmaterializował się w środku nędznego, brudnego domu dla nielegalnych imigrantów w Amsterdamie, gdzie Legendary Pink Dots ciągnęli właśnie zapałki, żeby ustalić, kto będzie miał prawo do ostatniego kawałka podprowadzonej skądś pizzy.

Z pełnym szacunkiem posłaniec przekazał swoją wiadomość, a wtedy sześć głów uniosło się w jego kierunku i wszystkie – niczym jedna – odpowiedziały: Pomyślimy nad tym…

(E.Ka-Spel)

Ich legendarna biografia

Na przełomie lat 70. i 80. popularnością cieszył się doroczny festiwal w Stonehenge. Być może było to zasługą występujących tam muzyków. Lecz powodem specyficznej atmosfery, jaka – jeśli wierzyć opowieściom – tam panowała, mogło być samo miejsce: prehistoryczny kamienny krąg w Stonehenge to według pradawnych legend miejsce o szczególnym znaczeniu dla świata. To tam krzyżować by się miało wiele energetycznych linii Ziemi, to tam miałyby się rzekomo skupiać wielkie moce pochodzące wprost od odwiecznych sił natury… Nie powinno więc dziwić, że i muzyka grana w Stonehenge brzmiała fascynująco, a sam festiwal wpłynął bardzo na dalsze życie wielu spośród jego uczestników – między innymi Edwarda Ka-Spela i Philipa Knighta.

KA-SPEL: Byłem poetą, który przez lata pisał do szuflady. Był rok 1980 – czasy Throbbing Gristle i różnych ludzi, którzy nie potrafili grać, a mimo to tworzyli muzykę i brzmiało to całkiem nieźle. Pomyślałem, że jeśli oni wszyscy to robią i jeszcze zachęcają do tego innych, to dlaczego nie mielibyśmy spróbować. (…) Phil był moim przyjacielem z dzieciństwa. Na kilka lat zupełnie straciliśmy ze sobą kontakt. Potem spotkaliśmy się i pewnego dnia wybraliśmy się na festiwal w Stonehenge. Było to prawdziwie magiczne wydarzenie. Przez całą noc grały tam małe zespoły, a pod koniec oglądało je może z pięć osób, ale klimat był tak niezwykły, że postanowiliśmy także założyć własną grupę z nadzieją, że może uda nam się zagrać na tym festiwalu. Kupiłem syntezator i automat perkusyjny. Mieliśmy też pianino i to właśnie od niego wzięła się nazwa zespołu.

1. Legendarne różowe kropki

Był sierpień 1980 roku. Grupa została utworzona w angielskim mieście Ilford i początkowo posługiwała się nazwą ONE DAY. Jednak pewnego dnia (czyli: „One day…”), kiedy Phil i Edward grali sobie jak zwykle na swoim pianinie, nagle przypadkiem trafili na szczególnie interesujący dysonansowy akord. Zadowoleni z siebie, nie chcąc zapomnieć, jak go grać, różowym markerem namalowali kropki na odpowiednich klawiszach. I jeśli cała ta legenda mówi prawdę, to trzeba dodać, że ów akord od tamtej pory zamienił się w całą masę osnutych na jego kanwie piosenek, a już na pewno prawdą jest to, że od tamtej pory grupa nie nazywała się już ONE DAY, ale PINK BLOTCHES (Różowe plamy), a ostatecznie THE LEGENDARY PINK DOTS. Otóż i cała tajemnica!

KA-SPEL: Początkowo granie było dla nas prawdziwą obsesją – improwizowaliśmy po 15 godzin, noc w noc. (…) Pierwszy skład LPD był trzyosobowy. Tworzyliśmy go ja i Phil the Silverman, który pozostał w grupie do dziś, oraz dziewczyna o imieniu Apri, która wciąż jest naszą dobrą przyjaciółką, ale w pewnym momencie po prostu chciała się „ustatkować”. Przez te wszystkie lata przez zespół przewinęło się 13 osób. Nigdy nie mieliśmy naprawdę stabilnego składu. Zwykle ludzie grali u nas na koleżeńskich zasadach. Zostawaliśmy przyjaciółmi. Zazwyczaj chodziło po prostu o stały problem: po założeniu rodziny okazuje się, że ciężko jest wyżyć z grania w zespole. W Holandii, gdzie obecnie mieszkamy, muzyka jest wszystkim, co mamy. Musimy z niej żyć, a to nie jest wcale łatwe dla zespołu, który sprzedaje może z 10 tysięcy płyt.

Lecz zanim los poprowadził ich do Holandii, Legendary Pink Dots przez kilka lat działali w swej ojczystej Wielkiej Brytanii. Tam też udało im się nawiązać współpracę z pierwszą firmą płytową z prawdziwego zdarzenia, jaka się nimi zainteresowała: In Phaze. Po mitycznej w zasadzie kasecie wydanej dla Jarmusic (a może dwóch kasetach? – tego już chyba nawet maestro Ka-Spel nie pamięta!), longplay, który ukazał się nakładem In Phaze, był właściwie pierwszym dziełem zespołu. Album ten, zatytułowany „Brighter Now”, ukazał się w 1982 roku. Nie przysporzył grupie wielkiej publiczności, ale zyskał przychylne recenzje w prasie. Oto, co napisał na jego temat dziennikarz brytyjskiego dziennika „The Gazette”:

Płyta w udany sposób łączy muzykę akustyczną i elektroniczną, wzbogacone mnóstwem efektów: od dźwięku pozytywki i dzwonów kościelnych, aż po głos Maggie Thatcher i okrzyki „Sieg Heil!”. „The Wedding” to piękny utwór na fortepian i głos z tekstem, który skupia się na problemie przysięgi małżeńskiej i wzajemnego zaufania małżonków.

Rzeczywiście. Trudno się oprzeć wrażeniu, że o ile większość nagrań na debiutanckiej płycie to w zasadzie brudnopisy przyszłych kompozycji Kropek, o tyle „The Wedding” jest już skończonym dziełem. Oprócz tego nagrania na płycie wyróżniają się dwa inne fragmenty: udziwniony „Hanging Gardens” i „City Ghosts” – jeden z pierwszych „klasyków” LPD, wykonywany często na koncertach, przekształcony później w utwór „Close Your Eyes, You Can Be a Space Captain” ze zmienionym tekstem, lecz z niemal identyczną linią melodyczną. „Hanging Gardens” zawierał element, który później często powracał na następnych płytach grupy – część utworu nagrana została „od tyłu”, co wywołuje wrażenie, że Ka-Spel przemawia w jakimś nieistniejącym języku. W rzeczywistości po odwróceniu taśmy z takim nagraniem lub odtworzeniu winylowej płyty w przeciwną stronę, można usłyszeć zamaskowany tekst, który nie jest bynajmniej bełkotem bez znaczenia. Teksty z kilku takich nagrań doczekały się transkrypcji, dokonanych przez pracowitych fanów LPD, którzy słowo po słowie odszyfrowywali ukryty przekaz (patrz rozdział „Ich legendarne teksty”).

Również kilka następnych płyt wypełniły poszukiwania własnego stylu. „Curse” także zawierała kilka wspaniałych nagrań, ale i kilka zaawnych, rozbujanych rytmicznie piosenek przypominających chwilami Talking Heads. Spośród ważniejszych utworów, jakie zawiera, warto wspomnieć „Stoned Obituary” i „Love Puppets” (kolejny wyznacznik przyszłego stylu Kropek). Podobnie rzecz się miała z płytami „Faces in the Fire” (tu znów przyszły „klasyk” – „Love in a Plain Brown Envelope” – jeszcze długo później wykonywany na koncertach, m.in. we Wrocławiu w 1994 roku!), „The Tower” i „The Lovers”, choć ta ostatnia, oprócz dość przeciętnej (hmm… jak na LPD, oczywiście!) strony koncertowej, zawierała przecudowny, dwuczęściowy utwór tytułowy, który dla wielu osób (przyznam, że i dla mnie – przyp. aut.) jest już świadectwem dojrzałości muzycznej Kropek.

Zresztą płyta „The Lovers” była przełomem pod wieloma innymi względami. Wydana została przez inną niż do tej pory wytwórnię – Ding Dong Disc, a mniej więcej w tym czasie grupa Legendary Pink Dots przeniosła się do Holandii. Oto, co mówił na temat tej zaskakującej przeprowadzki Edward Ka-Spel:

(To się stało) z wielu powodów. Holandia była pierwszym krajem, który „zaraził się” LPD. Graliśmy w Amsterdamie kilka razy i występy były bardzo udane, wspomagało nas także radio. Nawiązaliśmy wiele znajomości i kontaktów w tym kraju. Było rzeczą logiczną, by wyprowadzić się z Anglii, gdzie nie mogliśmy w ogóle grać, i osiedlić się na Kontynencie. Łączyło się z tym pewne ryzyko, ale cała rzecz była według mnie warta tego ryzyka.

2. Holandia, czyli szukanie brzmienia

Pierwsze miesiące spędzone w Holandii były ciężkie. Krążą przeróżne opwieści o tym, jak to Ka-Spel niemalże głodował, przeznaczając wszystkie swoje drobne oszczędności na cele związane z LPD i na albumy z eksperymentalną muzyką.

W końcu zespołowi udało się znaleźć wytwórnię zdecydowaną wydawać płyty LPD – belgijską Play It Again Sam. Jednak płyta „The Lovers”, choć życzliwie przyjęta, długo nie mogła się potem doczekać wydania przez PIAS. Edward Ka-Spel przyznaje, że nie był później zadowolony z zarejestrowanego na tym albumie materiału, podobnie jak z innych płyt, lecz przy tym nigdy nie lubił powrotów do już wcześniej nagranych piosenek.

Alan Ezust (założyciel poświęconej zespołowi listy dyskusyjnej „Cloud-zero”): Jeśli jesteś rozczarowany jakością nagrania „The Lovers”, to czy kiedykolwiek myślałeś, żeby ponownie zarejestrować tę płytę w studio – przynajmniej 4 pierwsze nagrania?

Edward Ka-Spel: Nie… Nie, to zbyt pachnie powrotem, a ja zawsze miałem uczulenie na powroty do tego, co już było.

Alan: Dlaczego?

Edward: Nie wiem. Po prostu taki już jestem. To zupełnie jak z „Laugh China Doll” – gdybym od nowa nagrał tę płytę, zrobiłbym to zupełnie inaczej, bo mam sentyment do tych piosenek, ale z aranżacji i brzmień nie jestem zadowolony. Ale nie mogę do tego wrócić.

W tym fragmencie wywiadu Ka-Spel wspomina jedną ze swoich pierwszych płyt solowych. Dodać bowiem należy, że od 1984 roku prawie regularnie co roku ukazują się nowe nagrania lidera LPD zarejestrowane solo bądź przy niewielkiej pomocy innych członków grupy. Zwykle brzmią one nieco bardziej kameralnie od utworów Legendary Pink Dots, ale niewątpliwie atmosfera jest bardzo zbliżona, a znajomy głos wyraźnie wskazuje na pokrewieństwo między piosenkami Ka-Spela i Kropek.

Do roku 1988 ukazują się cztery kolejne studyjne albumy LPD: „Asylum”, „Island Of Jewels”, „Any Day Now” i „The Golden Age”. Czasem wyszukuje się wzajemne podobieństwa między nimi. I rzeczywiście: tworzą one pewien etap twórczości zespołu, kiedy to muzyka zyskała dosyć jednorodne oblicze, a nawet ustabilizował się skład. Centralnymi postaciami w LPD byli nadal Edward Ka-Spel (alias The Prophet Qa’Sepel, D’Archangel), Philip Knight (alias The Silverman, Phil Harminix) oraz Patrick Q. Wright (alias Patrick Q. Paganini). Brzmienie skrzypiec, o które wzbogacił Wright muzykę zespołu, przysporzyło Kropkom nowych fanów i w znacznym stopniu wpłynęło na to, że takie płyty jak „Any Day Now” (z niesamowitym, długim utworem „Waiting For The Cloud”) czy „Island Of Jewels” są przez niektórych do dziś uznawane za najlepsze w całym dorobku LPD. Choć sam Edward Ka-Spel zdaje się mieć inną opinię na ten temat…

Edward Ka-Spel: Początkowo ta płyta („Island Of Jewels”) miała nazywać się „After The Tower”, ponieważ stanowiła dalszy ciąg albumu „The Tower”. Zupełnie przypadkowo wszystkie poprzednie płyty miały tytuły związane z nazwami kart tarota: Klątwa, Wieża, Kochankowie, Schronienie (dopiero w wypadku tej ostatniej – „Asylum” – ten związek był zamierzony). Więc zaczęliśmy się zastanawiać, jaka karta następuje po Wieży – i przyszła nam do głowy Wyspa Klejnotów, „Island Of Jewels” .

Island Of Jewels” była katastrofą – niektóre z piosenek jakoś się bronią, ale jako całość album jest nie do słuchania. Byłem nim bardzo rozczarowany. Podobnie rzecz się miała z „The Lovers” – nagrania koncertowe są na nim straszne! Ale mieliśmy tylko 3 dni na ich zrobienie.

W drugiej połowie lat 80. zespół miał już oddane grono fanów w Europie (przede wszystkim w takich krajach jak Francja, Włochy, Niemcy i Holandia) i powoli – dzięki dystrybucji Play It Again Sam – zyskiwał sobie zwolenników także w USA i Kanadzie. Stąd wydana przez firmę Wax Trax składanka „Stone Circles – The Anthology”, przeznaczona wyłącznie na rynek amerykański. Zresztą składanek nie brakowało także i na kontynencie europejskim: we Włoszech ukazała się płyta „Greetings 9”, natomiast nakładem belgijskiej firmy Play It Again Sam – trzypłytowy (a w wersji CD – dwupłytowy) zestaw „The Legendary Pink Box”, zawierający obok nowych utworów także te stare, jeszcze z początków lat 80. Ten ostatni stanowi obowiązkową pozycję na półce każdego fana Legendary Pink Dots – również dlatego, że uzupełnia go szczegółowa dyskografia zespołu.

Ka-Spel: Hmm, mamy w Europie rzeczywiście dobre kraje, mamy kraje obojętne w stosunku do nas i wreszcie te całkiem okropne. Północne Niemcy i Francja to dla nas najlepsze rejony. Tam gra się nam wspaniale. Tu i ówdzie występujemy nawet w salach dla tysiąca lub większej liczby osób. W Anglii, z której pochodzimy, nie gramy praktycznie w ogóle. Tam jest strasznie: nie ma żadnej reklamy, nie ma notatek w prasie, nie ma koncertów. (…) To bardzo mnie boli. Bardziej od tournee przez całe Stany Zjednoczone albo od koncertów dla wielkich tłumów w Paryżu – a i jedno i drugie już robiliśmy – chciałbym zagrać w Anglii, żeby coś tym udowodnić. Wydaje mi się, że nigdy nie miałem szczęścia do tego kraju. Już moje lata szkolne były prawdziwą udręką. Wreszcie zacząłem robić to, czego naprawdę pragnąłem i wtedy Anglia znowu zrobiła mi zimny prysznic. Naprawdę mamy wielką ochotę wrócić tam i powiedzieć: „Patrzcie, co straciliście!”.

Cóż, wygląda na to, że rzeczywiście nie można być prorokiem we własnym kraju. A skoro już o prorokach mowa, to wypada dodać jedną uwagę – Ka-Spel często podkreśla, że zbyt wielu ludzi za bardzo poważnie bierze sobie do serca tematykę utworów LPD i dziwaczne pseudonimy, jakie przybierają członkowie grupy.

Ka-Spel: Czasami na koncertach, szczególnie we Francji, widzę ludzi krzyczących do mnie „Prorok!! Prorok!!” („Ze Prophet! Ze Prophet!!”). Oni nie zdają sobie sprawy, że w rzeczywistości miało to być żartem. (…) W naszej muzyce jest sporo humoru, ale ludzie wydają się dostrzegać tylko jej niepokojące strony. W trakcie tej trasy (mowa o trasie „The Crushed Velvet Apocalypse” – przyp. aut.) stało się to naprawdę nieprzyjemne. Ludzie zaczęli okazywać mi nienawiść. Pewien facet w Oslo chciał mnie zaatakować. Od kogoś innego dostałem list, w którym obciążał mnie winą za swoje problemy. Kupił wszystkie płyty i oskarżał mnie o to, że doprowadziłem go na skraj rozpaczy…

W 1986 roku, doszło do rozpoczęcia zaskakującej dla wszystkich współpracy członków Legendary Pink Dots z muzykami newbeatowej, kanadyjskiej formacji Skinny Puppy, grającej agresywną muzykę elektroniczną nieco zbliżoną do Frontu 242. Pierwsze nagrania zostały zrealizowane w duecie przez Ka-Spela i cEVINA kEYa ze Skinny Puppy i zebrane na minialbumie „Tear Garden”. Utworzona w ten sposób grupa została ochrzczona taką samą nazwą jak tytuł tej debiutanckiej płyty.

Edward Ka-Spel: cEVIN był przez całe lata moim dobrym korespondencyjnym znajomym. Od samego początku kolekcjonował płyty Legendary Pink Dots. Korespondowaliśmy właściwie jeszcze przed rozpoczęciem działalności przez Skinny Puppy, a później cEVIN zaprosił mnie do Vancouver na kilka solowych koncertów i wtedy się poznaliśmy. Przyszło nam do głowy, żeby wejść do studia i coś nagrać. On miał gotowy cały utwór, „The Centre Bullet”, ale nie mógł wymyślić do niego partii wokalnej, więc poprosił mnie o napisanie słów. Szło nam naprawdę dobrze, więc skończyło się to wszystko nagraniem minialbumu. Potem przyszła powtórka w postaci „Tired Eyes Slowly Burning” i pojechałem razem ze Skinny Puppy na trasę koncertową.

Współpraca pod szyldem TEAR GARDEN była kontynuowana w latach 90., kiedy to wyszedł kolejny minialbum („Sheila Liked The Rodeo”), pełnowymiarowa płyta („The Last Man To Fly”) i album kompilacyjny („Bouquet Of Black Orchids”). Wszystkie te krążki można z czystym sumieniem polecić miłośnikom LPD, bo z pewnością bliżej im do nagrań macierzystej grupy Ka-Spela niż do albumów Skinny Puppy. Tym bardziej, że w nagraniach wziął udział tym razem właściwie cały skład Legendary Pink Dots.

Fakt uczestnictwa w nagraniach LPD różnych znajomych Ka-Spela i Knighta na koleżeńskich zasadach powodował zawsze, że w nagraniach grupy czuło się spontaniczne wspólne eksperymentowanie, lecz z drugiej strony powodował, że zespół był nękany brakiem stabilności. Pewnego dnia okazało się, że Patrick Q. Paganini pragnie założyć rodzinę i znaleźć stałe zajęcie, więc nie będzie mógł już stale uczestniczyć w przedsięwzięciach firmowanych przez LPD. Odszedł bez wielkiej wrzawy, by później kilkakrotnie wspomagać jeszcze Kropki w studiu nagraniowym i pozostać przyjacielem zespołu. Ka-Spel tak komentował ten fakt:

Patrick odszedł w 1988 roku. Chciał skończyć studia, by pracować jako nauczyciel. Stawiało to nas przed trudnym wyborem: znaleźć innego skrzypka albo spróbować czegoś zupełnie nowego. Czuliśmy, że następny skrzypek zawsze będzie pozostawał w cieniu Patricka i dlatego właśnie zdecydowaliśmy się na saksofony, klarnet, sitar, lirę i inne egzotyczne instrumenty, aby utrzymać równowagę między elektronicznym i akustycznym instrumentarium.

Właściwym następcą Wrighta okazał się Niels van Hoornblower – muzyk, który współpracował już wcześniej z zespołem, a odtąd miał stać się jego stałym członkiem. Niels, grający na saksofonach, klarnecie i flecie, rzeczywiście dokonał pewnego zwrotu w brzmieniu Legendary Pink Dots. Ponadto przyniósł ze sobą także instrument o bardzo specyficznym charakterze – „wind-synthesiser”, czyli sterownik syntezatorów o kształcie instrumentu dętego wyprodukowany przez firmę Yamaha i będący prawdziwą kopalnią dziwnych dźwięków. Wygląda z zewnątrz niczym elektroniczny klarnet, lecz po podłączeniu do zewnętrznego syntezatora generuje dźwięki na podobieństwo używanego przez Silvermana analogowego Mooga. Ta muzyczna zabawka van Hoorblowera przez pewien czas była nawet sprzężona z efektami świetlnymi, co Niels wykorzystywał w czasie koncertów Kropek.

3. „The Maria Dimension”, czyli nowy wymiar

Kolejny album studyjny „Crushed Velvet Apocalypse” z przepiękną piosenką „I Love You In Your Tragic Beauty”, to jedna z najbardziej popularnych płyt zespołu (wspomniał o niej nawet szacowny magazyn „Rolling Stone”, który w recenzji porównał ją z twórczością Syda Barretta) i bodajże pierwsza płyta, którą można było posłuchać w Polsce (między innymi dzięki prezentacji w radiowej Trójce). Większość polskich fanów LPD poznała tę grupę właśnie dzięki „Apokalipsie Gniecionego Aksamitu” albo dzięki następnej płycie – „The Maria Dimension”.

Ta ostatnia zyskała status płyty kultowej. Praktycznie wszystko, co nagrały Legendarne Różowe Kropki podzielić można na dwa etapy: ten przed „TMD” i po tym albumie. O ile na „Crushed Velvet Apocalypse” przeważało instrumentarium elektroniczne, to na „The Maria Dimension” ponownie osiągnięta została równowaga brzmień zelektryfikowanych i akustycznych. Ponadto takie utwory jak „Belladonna”, „Lilith” czy „Evolution” to – przynajmniej w Polsce – ulubione pozycje wśród licznych nagrań Kropek.

Edward Ka-Spel: To wzięło się ze snu. Staraliśmy się wymyślić tytuł dla albumu, ale nic nie przychodziło nam do głowy. Dopiero gdy byliśmy z Elke w Grecji, miałem ten sen o sześciu Matkach Boskich machających do mnie i uśmiechających się z wnętrza tych przedmiotów o kształcie mydeł. Obudziłem sią wtedy i pomyślałem: „To musi być okładka tego albumu!”. – „Brzmi to świetnie, tylko jak nazwiesz tę scenę?” – no więc… to jest „Wymiar Maryi” (śmiech). Chodziło o taki wymiar, w którym Matki Boskie uśmiechają się i machają z mydlanych maszyn. (…) Teraz wiele moich pomysłów pochodzi z marzeń sennych. To bardzo żyzny obszar inspiracji. Zwykle miałem sny po kwasie, ale ostatni trip miałem 2 lata temu [wypowiedź pochodzi z 1991 roku – przyp. aut.]. Zawsze sypiam przy radiu przełączonym na stację z informacjami. Pomaga to nadawać snom odpowiedni kształt.

Na „The Maria Dimension” po raz kolejny przewija się w tekstach utworów tematyka religijna, która obecna jest w twórczości Edwarda Ka-Spela od samego początku. Oprócz tego, że w zasadzie wszystkie teksty pisane przez lidera Legendarnych Różowych Kropek są przesycone metafizyką, niejednokrotnie znaleźć w nich można bardzo dosłowne odniesienia do religii. Przypomnijmy choćby apokaliptyczne utwory z serii „Premonition” lub jawnie antypapieski tekst piosenki „A Strychnine Kiss” z albumu „Any Day Now”. Także w utworze „Third Secret” Ka-Spel balansuje między gorzkim wyznaniem a krzykliwym bluźnierstwem. Wielokrotnie przyznawał się do tego, jak wielką rolę odgrywały dla niego sprawy związane z religią:

Religia to dla mnie poważna kwestia o tyle, że naprawdę nie znoszę większości religii. Chodzi mi o to, że dla mnie religia jest po prostu sposobem traktowania duchowości i ubierania jej w formuły, wkładania do jakiejś szuflady. Jeśli chodzi o samą duchowość, to jest ona bardzo pozytywna jako potrzeba sięgania, odnajdywania rzeczy wyższych, wyższych stanów umysłu. Ale religia dała jej setki zasad, tysiąc i jedną regułę [„1001 Commandements” !! – przyp.aut.], a duchowość i reguły nie pasują do siebie.

Potwierdzeniem tych religijnych obsesji Ka-Spela są dwie następne płyty LPD: „Shadow Weaver” i „Malachai – Shadow Weaver part 2”. Utwory składające się na ten dwupłytowy cykl i zarejesrtowane w większości w trakcie tej samej sesji nagraniowej, opowiadają historię człowieka, który boryka się w swojej nędznej egzystencji, podczas gdy „tuż za rogiem” kryje się wszechmogąca istota wyższa. „Tkacz Cieni” zawiera przy tym liczne nawiązania do Biblii. Jako gość specjalny w nagraniu „We Bring The Day” wystąpił dobry znajomy Patrick Q. Wright, a skład grupy nie zmienił się od czasu wydania „The Maria Dimension”. Od 1991 roku grupę Legendary Pink Dots niezmiennie tworzy pięciu muzyków. Oprócz Ka-Spela, Silvermana i van Hoorblowera grają w niej Ryan Moore (bas, gitara, perkusja) i Martijn de Kleer (gitary, bas, perkusja). W trakcie sesji nagraniowej „From Here You’ll Watch The World Go By”, dołączył do nich jeszcze jeden muzyk: Raymond Steeg.

De Kleer i Moore wnieśli sporo świeżej krwi do nagrań LPD. Przede wszystkim pojawiła się w nich wreszcie akustyczna perkusja, która w połączeniu z elektroniką Silvermana tworzy muzyczną atmosferę zbliżoną do psychodelicznych eksperymentów niemieckich spod znaku kraut rocka. Ka-Spel podkreśla też, że w trakcie nagrywania „Malachai” zespół pozostawał pod pewnym wpływem postindustrialnej grupy CURRENT 93. Trudno się oprzeć wrażeniu, że powstała dzięki temu zdecydowanie najbardziej udziwniona płyta w całym dorobku Kropek. Co prawda członkowie LPD rzadko zdradzają swoje muzyczne fascynacje, lecz wiadomo, że Ka-Spel kolekcjonuje płyty najróżniejszych dziwnych wykonawców z całego świata [uwaga, m.in. polskiej grupy OSJAN! – przyp. aut.).

Kiedyś dziennikarzowi pisma „Melody Maker” udało się skłonić lidera zespołu do dłuższej wypowiedzi na temat jego ulubionych wykonawców.

Ka-Spel: Nigdy nie lubię opowiadać o wpływach, bo chcialibyśmy, by były raczej podświadome niż jawne. Lecz muszę szczerze przyznać, że najczęściej słucham w dalszym ciągu niektórych zespołów z Niemiec (z lat 70.), bo wydaje mi się, że one w pewnym sensie poszły najdalej. Niewiele innych grup im dorównało – może NURSE WITH WOUND, który bardzo lubię. Ale nie jestem w stanie wymienić więcej nowych zespołów, które czegoś takiego próbowały.

Siła tych starych grup polega na tym, że CAN brzmieli zupełnie inaczej niż FAUST, który to z kolei zespoół brzmiał inaczej niż AMON DUUL, który znowu brzmiał zupełnie inaczej niż ASHRA TEMPLE… Różnorodność jest tym, co pociąga w tych odmiennych światach muzycznych. I dlatego również jeśli chodzi o naszą muzykę, to nie jestem zdolny powiedzieć, w którym kierunku pójdzie, ponieważ nie ma granic. Jedyne, co do czego mogę was zapewnić to to, że nigdy nie będziemy grać rock’n’rolla. Nie znoszę rock’n’rolla i mam na niego alergię.

Jeśli uznamy, że niemieckie zespoły nie mają tradycyjnych korzeni w rock’n’rollu i rhythm’n’bluesie i że korzeniami jest dla nich raczej Stockhausen niż Chuck Berry, to można przyjąć, że z nami jest podobnie – być może jesteśmy jeszcze bardziej „wykorzenieni” niż oni. Ja słucham Stockhausena, Pendereckiego, Xenakisa, Ligetiego i Pierre’a Henry, ogólnie rzecz biorąc – awangardy. Ale nie z intelektualnego punktu widzenia, lecz raczej po to, by pławić się we wszystkich tych brzmieniach i hałasach. To ekscytujące.

4. Cztery dni i co było potem

Na tle „Malachai” kolejny album, „9 Lives To Wonder”, był powrotem w nieco spokojniejsze rejony muzyczne. Stanowił jednocześnie rozstanie z dotychczasową wytwórnią Play It Again Sam. Przez lata, które upłynęły od chwili wydania przez tę firmę „Faces In The Fire”, zdecydowanej zmianie uległ jej profil artystyczny. Obecnie większość wykonawców nagrywających dla PIAS to przedstawiciele różnych nurtów techno. Obok LPD pozostało zaledwie kilka poszukujących, nowatorskich grup kojarzących się z nową falą: The Young Gods, Cassandra Complex, Skinny Puppy… Poza tym szybko okazało się, że członkowie zespołu są obecnie zdolni sami dbać o swoje interesy. Od wielu lat mnóstwo płyt sprzedawanych jest drogą korespondencyjną przez sam zespół oraz przez różne zaprzyjaźnione z nim małe firmy płytowe (Staalplaat w Holandii, Soleilmoon w Ameryce). W końcu więc LPD zdecydowali się wskrzesić stary szyld Terminal Kaleidoscope i nim właśnie firmować swoje kolejne produkty. Po raz pierwszy napis TeKa znalazł się na płycie „Four Days” – limitowanej reedycji materiału, który kiedyś wydany został na kasecie w zaledwie stu egzemplarzach. Tym razem wydano aż 1000 kopii płyty kompaktowej, ale i ona rozeszła się błyskawicznie. Okazało się, że krążek osiąga tak zawrotne ceny na giełdach, że zdecydowano się na jeszcze jedno wydanie – w 1995 roku płytę po raz kolejny wznowiła amerykańska firma Soleilmoon. Z tym że nakład już zdążył się wyczerpać…

Four Days”, jak sama nazwa wskazuje, zarejestrowano w ciągu czterech dni (w roku 1988). Piątego dnia Elke Skelter namalowała okładkę, a wkrótce całość wydano w formie kasety w stu numerowanych kopiach. Na muzyczny materiał, skomponowany przez Silvermana i Ka-Spela, składało się 11 utworów (patrz „Kropkografia”), w tym pierwotna wersja „City Of Needles” o niemieckim tytule „Nadelstadt”.

Skoro już padło nazwisko Elke Skelter, to trzeba wyjaśnić, o kogo chodzi. Otóż Elke to długoletnia przyjaciółka Ka-Spela. Często prowadzi korespondencję w zastępstwie za niego, projektuje okładki płyt, a czasem nawet uczestniczy w nagraniach (np. w efemerycznym projekcie pod nazwą Mimir – patrz „Kropkografia”). Poza tym wypada wspomnieć, że Edward i Elke są szczęśliwymi rodzicami trzyletniej córeczki, której imię wymawia się „Cellix”, a w „kropkowej” pisowni pojawia się ono na okładce „Malachai”: Kalazhtroi yorizh Calyxx sitarrh birrtye.

Ostatnio każda nowa płyta LPD kończy się podobnym przesłaniem w wymyślonym przez Ka-Spela języku. Do końca niewiadomo, co oznaczają poszczególne słowa – pojawiają się one zresztą także w tytułach utworów i na solowych albumach lidera Różowych Kropek. Są to rzekomo słowa z języka, który wywodzi się od wizji Ostatecznego Kalejdoskopu (Terminal Kaleidoscope), która nawiedza Ka-Spela. Zgodnie z wymową poszczególnych słów „Khataclimici” oznaczałoby „Cataclysm” (kataklizm), „Pruumptje Kurss” – „Pre-emptive Curse” albo „Pre-emptive Kiss” (choć osobiście sądzę, że równie dobrze może chodzić o „Primitive Curse” – „klątwa uprzedzająca”), natomiast „Aaazhd” – „Acid” (wiadomo, o co chodzi). W każdym razie wszystkie te słowa są najprawdopodobniej zniekształconymi wyrazami angielskimi.

Po wydaniu „9 Lives To Wonder” przyszedł jak zwykle czas na trasę promującą ten album i 6. maja 1994 roku Legendary Pink Dots zawitali także do Polski. Wystąpili w pięcioosobowym składzie w Hali Dolmelu we Wrocławiu. Koncertowego brzmienia zespołu nie da się porównać z żadną z płyt studyjnych. Niesamowita energia, jaką rozbudza występ na żywo, jest po prostu nie do odtworzenia w postaci zer i jedynek na kompaktowej płycie. We Wrocławiu LPD odegrali obszerne fragmenty albumów „The Maria Dimension” i „Shadow Weaver” (w tym niesamowite „City Of Needles”) oraz wiele wczesnych utworów w zupełnie nowych aranżacjach. Mimo obietnic, nie powrócili do nas w trakcie kolejnego tournee – prawdopodobnie nikt na dobre nie zainteresował się organizacją ich koncertu – choć byli bardzo blisko, bo w Czechach, gdzie, podobnie jak w Polsce, mają bardzo wielu oddanych fanów. Oczywiście polskie środowisko LPD-maniaków było reprezentowane i na tych koncertach, między innymi przez jednego z najbardziej oddanych zwolenników Kropek, niejakiego Mike’a Ni-Hilla z Krakowa (Hi, Mike! We greet you!! – przyp.aut. – ta uwaga była pisana w 1986 roku, dziś mogę dodać tylko: „Hi, Mike, we miss you!”). Mike wybrał się w ubiegłym roku (czyli w 1995 – przyp. aut.) z pielgrzymką do Centrum Różowej Kropkowatości niedaleko Nymegen i osobiście odwiedził Edwarda Ka-Spela, przedpremierowo wysłuchując nowej płyty Legendary Pink Dots i rozmawiając o tym i owym (kto jest subskrybentem listy dyskusyjnej „Cloud-zero” w Internecie, ten wie!). Cóż, jak wiadomo, Polacy są wszędzie!

A skoro mowa już o nowej płycie LPD, to ukazała się ona we wrześniu 1995 roku i stanowi kontynuację tego, co zespół robił na albumie „Shadow Weaver”. Krążek nazywa się „From Here You’ll Watch The World Go By” i zawiera kilka nieco łatwiejszych w odbiorze (co nie znaczy gorszych!) nagrań obok zwyczajowej dawki różowych odjazdów. Ogólnie jest to chyba najlepsza płyta właśnie od czasu „Shadow Weavera”, ale tym razem wkraczam już chyba na obszar prywatnej oceny, której nie powinienem mieszać z faktami. W każdym razie płytę można (nareszcie!) kupić w Polsce dzięki dystrybucji SPV-Poland, która to firma wydała wcześniej na kasetach albumy „The Golden Age” i „The Maria Dimension” i przez całe stulecia obiecywała sprowadzenie do naszego kraju innych płyt Kropek.

Historia LPD to dzieje rozgrywające się na naszych oczach (i na naszych uszach, jeśli tak można rzec). Nie brak nowych projektów muzycznych, bo przecież solowe płyty wydaje również Silverman (znakomity, oniryczny album „Dream Cell”) i Ryan Moore, nie mówiąc już o Ka-Spelu, którego solowa twórczość godna jest oddzielnej tego typu biografii. Wiele się jeszcze możemy spodziewać po tej niezwykle oryginalnej grupie i jednego możemy być pewni: tego, że – jak to powiedział Ka-Spel – będą robili wszystko pod warunkiem, że to będzie INNE.

Bach

PS Chciałbym tylko przypomnieć, że powyższy tekst był pisany w roku 1996, a zatem jest kompletnie nieaktualny. Jeśli ktoś sobie życzy go uaktualnić, to droga wolna. Napiszcie tylko, że to z „Legendarnej Różowej Księgi” wydanej w 1996 roku w nakładzie 111 numerowanych egzemplarzy.

4 responses to “Ich legendarna biografia

  1. Panie Bartku wielkie dzięki za wklejenie tego materiału!

  2. Wielkie dzięki za napisanie tej książki. W dalszym ciągu to najbardziej obszerne źródło informacji o zespole napisane po polsku. Numer mojego egzemplarza: 013.

  3. Numer mojej kopii: 091

  4. Interesting… How can you tell it?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s