Category Archives: opinie

KRÓL: Król!

Król_Nielot

A więc teraz jestem częścią twoich przygód – śpiewa Błażej Król na pierwszej solowej płycie „Nielot”, którą na półce można sobie ustawić tuż obok dwóch albumów UL/KR. Jak zwykle pewnie i jak zwykle wciąga to od początku. Album skonstruowany jest muzycznie z podobnych brzmieniowo elementów (więcej na ten temat tutaj), tekstowo – bardziej płynny. Ogólnie: idealnie równy, konstruujący z romantycznych wzruszeń bardzo spójną opowieść, znów też bardzo zwięzłą, jak na płytach duetu.

Rzadko jednej płycie poświęcam dwa równoległe wpisy, ale tym razem warto zaznaczyć (po szaleństwach winyla zbierającego obie płyty UL/KR), jak dobrze brzmi i wygląda Król na białym winylu na 45 obrotów, wytłoczonym na podstawie 24-bitowej wersji  zmasterowanego materiału. Do tego kod do mp3. Chylę czoła, co zresztą widać na załączonym obrazku.

KRÓL „Nielot”
Thin Man 2014
8.5/10
Trzeba posłuchać:  27 minut, więc raczej całość.

 

 

MIRT: Środkowy moduł

Mirt_Heading_South
Eksportowy album Mirta (nagrany z udziałem T.E.R.) dla włoskiej firmy Backwards miałem okazję słyszeć parę miesięcy temu, jeszcze chyba przed wydaniem, i wtedy uznałem go za logiczny etap rozwoju tego artysty – od przedziwnych, psychodelicznych utworów o często nieco egzotycznym zabarwieniu przeszedł do prawie czysto elektronicznych nagrań. Z lekko zarysowanymi partiami perkusyjnymi, momentami nawet wokalami. Ale zarazem prymatem syntezatorów i kapitalnym finałem w postaci nostalgicznego, opartego na wieloplanowo prowadzonej melodii „South”.

Ten winyl Mirta jest pewnie najdłużej przeze mnie niedocenianą polską płytą roku. Jego jedyny problem polega na tym, że w dyskografii tego muzyka stoi dokładnie pośrodku, pokazując nie tylko drogę na jakieś wyimaginowane południe, ale zarazem na wschód, północ i zachód. „Heading South” jest najlepszym wstępem do działań tego artysty, a zarazem najlepszą stacją przesiadkową, o czym przekonał mnie dopiero kolejny odsłuch albumu, już w winylowej wersji (limitowana edycja, której ostatnie sztuki można jeszcze chyba znaleźć w Monotype), eksponującej ciepłe brzmienie analogowych syntezatorów. A tam, gdzie kończy się „Heading…”, rozpoczyna się dość fascynujący „Rite of Passage”, którego recenzję w związku z tym pozwoliłem sobie zlinkować z tą jako kolejny moduł.

??????????????MIRT „Heading South”
Backwards 2013
7/10
Trzeba posłuchać:
„South” przede wszystkim.

MARCIN CICHY: Przypadkowe spotkanie

meeting_by_chance

Spotkanie samo w sobie może nie było takie bardzo przypadkowe – w październiku na Sacrum Profanum, przy okazji remiksów Lutosławskiego miałem okazję znów widzieć na scenie reaktywowany duet Skalpel. Ale kolejnej EP-ki – czy w zasadzie zestawu dwóch 10-calowych singli – od Marcina Cichego występującego jako Meeting By Chance raczej się nie spodziewałem. Single są ładne, całość też dobrze wygląda, choć oczywiście można mieć wątpliwości, czy to na pewno Meeting By Chance. Lekko nujazzowe, ale utrzymane w hiphopowej tradycji, pełne dystansu, ładne nagrania z wokalnymi samplami i – momentami – cięcia w stylu Burnta Friedmana („Moon Rock”) to w tym wypadku przyjemność prosta do uzasadnienia, ale brak jakiegokolwiek opisu może zajść nieźle za skórę. Zestaw składający się z dwóch płyt 10-calowych na 45 obrotów wydany został w pełnym minimalizmie i w whitelabelowej tajemnicy/skromności – w dwóch wersjach: na białym lub czarnym winylu. Jak zapomnę powiedzieć dzieciom, że to Cichy, będą kiedyś musiały prowadzić wielomiesięczne śledztwo, nawet jeśli znają i lubią Skalpela.

MEETING BY CHANCE „Moon Rock/Numbers” 2×10″
White (and black) label 2013
7/10
Trzeba posłuchać: koniecznie „Moon Rock”. A poniżej od razu remiksy.

 

NURT: Rozpęd

nurt_nurt_sbs

Imponujący rozpęd – i to podwójny. Po pierwsze, zespołu Nurt z Wrocławia, znanego, owszem, z płyty pod tym samym tytułem wydanej w roku 1972, ale tu mamy nagrania z sesji radiowych, które nagranie właściwego albumu poprzedzały. A ponieważ nagrywali w Trójce (w M-1, dzisiejszym studiu im. Agnieszki Osieckiej), rzecz zyskuje dodatkowy wymiar związany z kultem starego rocka w Polsce. Po drugie, jest to rozpęd labela Sound by Sound, który startuje właśnie wypuszczając na świat te niepublikowane nagrania w postaci limitowanego winyla.

Styl Nurtu najłatwiej opisać, łącząc linią muzykę Niemena i Breakoutu, jako amalgamat wpływów rocka progresywnego, bluesa, hard rocka i jazzu. Ten ostatni element cieszy szczególnie w ostatnim na płycie „Synu strachu” – najdojrzalszym na płycie utworze, świetnie wzbogaconym o partie trąbki (Julian Kurzawa) i kontrabasu (Włodzimierz Plaskota), ze świetną partią wokalną i nawet lekkimi nawiązaniami do Pink Floyd. Całość płyty przynosi charakterystyczne dla tego okresu w muzyce brytyjskiej ciężkie rytmiczne galopady, a z drugiej strony – zgrabne teksty autorstwa m.in. Andrzeja Kuryło.

Rzecz ukazuje się 5 marca i będzie dostępna m.in. w warszawskim sklepie Side One. Jest 500 sztuk. Z doświadczenia wiem, że zainteresowanie starym rockiem z Polski wśród kolekcjonerów za granicą jest spore, a są już dobre recenzje materiału („Wax Poetics”), a ten materiał został zmasterowany z oryginalnych taśm i brzmieniem dorównuje podobnego typu reedycjom na Zachodzie. Warto się więc zbyt długo nie rozpędzać.

Nurt_LPNURT „Nurt”
Polskie Radio 1972/Sound by Sound 2013
Trzeba posłuchać: „Piszę kredą na asfalcie” („Chalk On Asphalt”), „Syn strachu” (The Son of Fear”).

ANTHROPROPHH: Efekt słuchania pewnych płyt

anthroprophh

Paul Allen z opisywanej niegdyś przeze mnie grupy The Heads przynajmniej stawia sprawę jasno: kupował trochę za dużo płyt, pasjonował się za bardzo starą muzyką, zamiast kreować własną. Anthroprophh (uczę się tej nazwy od środy, więc proszę wybaczyć ewentualne literówki) jest trochę odpryskiem takiego stanu rzeczy. To bardzo kreatywna pod względem brzmieniowym, ale jednak reakcja na stare zespoły: Hawkwind, Ash Ra, Cluster czy Amon Duul. Dobre wzorce psychodelii podane w oprawie, którą trudno zdefiniować jako dzisiejszą. Czy nie o to chodziło całemu brytyjskiemu renesansowi psychodelii od lat 80.?

Czy można więc solowemu przedsięwzięciu Allena zarzucać wtórność? Pewnie tak, ale jak tu ją zauważyć w momencie, gdy na Twitterze wyznaje, co ostatnio kupił i stwierdzacie, że wysyłali mu te same płyty z tych samych sklepów. Jeśli tę odrobinę nieoryginalną formułę psychodelii – wyrazistszą muzycznie na stronie B – powiązać ze stroną edytorską przedsięwzięcia – srebrną, błyszczącą okładką i rozsmarowaną na niej niczym na plakatach horrorów nazwą, wyjdzie na to, że Allen wyczuł przynajmniej tych, do których sam się zalicza. Album Anthroprophh – podsunięty mi w Rough Trade przez sprzedawcę (bo zapytałem, co to za intrygująca muzyka akurat leci) – tworzy więc w pewnym stopniu obieg zamknięty: jest idealną płytą dla tych, którzy uwielbiają kupować płyty. Nie wróżę Allenowi z tym projektem wielkiej kariery dziś, ale kiedyś, na fali poszukiwań, płyta wróci i jak nic stanie się białym krukiem.

anthroprophh_rocketANTHROPROPHH
„Anthroprophh”

Rocket Records 2013
Trzeba posłuchać: „Entropy”.

SEBASTIAN BUCZEK: Przeszłość w przyszłości

Płyty wytłoczonej w tworzywie biodegradowalnym jeszcze tutaj nie było. A już na pewno nie tłoczonej w polikaprolaktonie. To ręczna robota – biały, nierówno przycięty 8-calowy placek nagrany po jednej stronie, z jednym tylko utworem Sebastiana Buczka – artysty pamiętanego za inny dość ekstrawagancki pomysł z CD-R-a „Wabienie dziewic”, który ukazał się 11 lat temu nakładem Mik.Musik. Tutaj mamy interesujące tworzywo, które można dowolnie formować po nagrzaniu do 70 stopni Celsjusza („Do czego gorąco zachęcam, także wtedy, gdy nagranie już nam się znudzi” – pisze autor)  i które przenosi nas w czasie w prehistorię epoki nagrań dźwiękowych, ze swoim ograniczonym pasmem, ciepłym charakterem, no i ulotnością, bo degradacja materiału (zamierzony element projektu) następuje w łatwy do prześledzenia sposób. Ciekawe jest to, że to archaiczne brzmienie przynosi polimer będący jakimś całkiem nowym wynalazkiem.

W warstwie muzycznej mamy tu klarnetową melodię, w warstwie opowieści – historię wsi Pogorzelec według legendy spalonej przez Napoleona po tym, jak nie chciała mu się oddać jedna z tutejszych dziewcząt. Choć to oczywiście także opowieść o słuchaniu, nawet przede wszystkim autotematyczne westchnienie na temat technologii nagraniowych. Wydawnictwo było już opisywane na blogu Pawła Franczaka. Opublikowane zostało przez nową oficynę Altanova Press. Do kupienia przez Serpent. Limitowany nakład – 67 kopii, otrzymany przeze mnie egzemplarz ma numer 34.

SEBASTIAN BUCZEK „Pogorzelec”
Altanova Press 2012
Unikatowe wydawnictwo, którego nie ma sensu oceniać w punktach. Posłuchać fragmentu można tutaj:

SPECTRUM SPOOLS: Przystanek kosmos

Odkąd to miejsce nazywa się Wyż Nisz i zmieniła się charakterystyka opisywanych tu płyt, a środek ciężkości przeniósł na Polifonię, zdarza się, że na jeden wpis przypada kilka niedokończonych szkiców, bo czasem próbuję w nich połączyć kilka różnych wydawnictw. Tak było kilka miesięcy temu, gdy tyle czasu poświęciłem zestawianiu ze sobą dziesięciu pierwszych płyt z oficyny Johna Elliotta (Emeralds) nazwanej Spectrum Spools, że oficyna zdążyła wydać z kilka kolejnych albumów i zestawienie stało się kompletnie nieaktualne.

Zatem dziś szybko, żeby udało się to zamknąć, bo choć płyt ledwie pięć, muzyki bardzo dużo. Zacznijmy od numeru SP010 (jedenastka ukazała się wcześniej, więc do pierwszej dziesiątki nie miał szans się załapać), czyli „Flux” Roberta Turmana.

ROBERT TURMAN „Flux” 2LP
Spectrum Spools 1981/2012
8/10
Trzeba posłuchać:
strona B, początek strony D.

To kolejny dowód szóstego zmysłu poszukiwacza, jaki posiada Elliott. Robert Turman wydał bowiem to wydawnictwo na kasecie w roku 1981, przechodząc z pozycji muzyki industrial/noise (działał przez dwa lata z Boydem Rice’em w słynnym NON) na skrajnie odmienne pozycje minimal/ambient. Od razu uściślijmy: bardziej minimal niż ambient. „Flux” nagrywał na kilku instrumentach – fortepianie, kalimbie, ksylofonie, korzystając też delikatnie z automatu perkusyjnego i pętli przygotowanych na taśmie. Nie ma tu jednak sekundy, gdy czulibyśmy jakieś przeładowanie. Sam nazwałbym to minimalizmem punkowym, minimalem DIY. Jeśli ktoś z was miał w życiu – niezależnie od muzycznych kompetencji – spotkanie z fortepianem i trochę czasu, zapewne zdarzyło mu się wpaść w medytację nad brzmieniem instrumentu, powtarzając w kółko kilka dźwięków. Czy to już z nas czyni minimalistów? Niekoniecznie, co udowadnia Amerykanin, na tych paru dźwiękach budując niebywałe napięcie, ale zarazem zachowując surowość metody. Co więcej, pozbawia się (trochę jak – przy wszystkich proporcjach – Marcin Masecki na swojej ostatniej płycie z utworami Bacha) możliwości grania brzmieniową kartą, bardzo ważną u innych minimalistów (o ambientowcach nie wspominając). „Flux” została bowiem zmasterowana z oryginalnej kasety C-60. Słychać więc sporo szumów i przydźwięków powstałych ze względu na pierwotny nośnik. Coś jakby bokser, któremu właśnie wybili zęby, ugryzł drugiego w ucho. A ugryzł! Zresztą – koniecznie sprawdźcie sami.


.

FRANCO FALSINI „Cold Nose”
Polydor 1975 / Spectrum Spools 2012
7/10
Trzeba posłuchać:
Można „Parte 2” na początek.

Kosmiczny protoambient w stylu między Manuelem Goettschingiem (niebawem w Warszawie na festiwalu Przemiany!) a Steve’em Hillage’em, niekończące się sola gitary na tle syntezatorowych arpeggiów i padów przypominających dźwięki organów. Czyli również w okolicach Emeralds (bardziej McGuire niż Elliott) i Expo 70. Oryginalnie włoski kompozytor nagrał to jako muzykę do filmu o tym samym tytule – tak przynajmniej głosi informacja na okładce, ale z dzisiejszej perspektywy nie ma to większego znaczenia. Stara muzyka filmowa żyje w oderwaniu od kontekstu, inspiruje nowe nagrania nieilustracyjne. „Cold Nose” jest ładne w operowaniu warstwami, planami, gorsze w melodyce, nieco zbyt momentami cukierkowej, ale to trochę wpisane w prawidła gatunku. A kto dosłucha album SP014 do końca, pozna jeszcze wokalne możliwości Franco Falsiniego.


.

MOTION SICKNESS OF TIME TRAVEL „Motion Sickness Of Time Travel” 2LP
Spectrum Spools 2012
7/10
Trzeba posłuchać:
pierwsza płyta zestawu.

Kolejny album pracowitej Rachel Evans zatytułowany ta jak nazwa jej projektu, co powinno coś oznaczać. Oznacza moim zdaniem tyle, że swoich bezpiecznych dronowo-ambientowych rejonów Amerykanka przemieszcza się na spotkanie kosmicznej elektroniki, w której Spectrum Spools się specjalizuje. Mamy tu więc wszystko – krautrockowy klimat, elementy muzyki z 4AD w wokalach (genialny „The Center” – chyba najlepszy utwór MSOTT jaki słyszałem!), ale też proste nawiązania do Grouper. Płyta potrzebuje nastroju, odpowiedniej chwili, bardzo długie kompozycje będące kolażami brzmień stworzonych w środowisku Max/MSP i dźwięków nowych wirtualnych analogów (m.in. popularny MicroKorg) nie nadają się do słuchania w formie tapety, mają bowiem swoją wewnętrzną narrację, wymagają skupienia. Zdecydowanie lepsza jest pierwsza płyta zestawu – zamykający album utwór „One Perfect Moment” wydaje mi się finałem odrobinę wysilonym, ale całość się broni. Mastering Lawrence’a Englisha i tłoczenie Dubplates & Mastering (nie wspominam o dbałości edytorskiej przy pozostałych płytach, bo to zaczyna być truizm w wypadku Mego) także.


.

OUTER SPACE „Akashic Record. Events: 1986-1990”
Spectrum Spools 2012
8/10
Trzeba posłuchać:
„The Fifth Column”.

To już sam John Elliott – szef labela – z kolegami w niezwykle potężnym kosmicznym tripie dźwiękowym. To już nie tyle odnowiony Klaus Schulze, co raczej pozbawiony ograniczeń, bardziej wybuchowy Jean-Michel Jarre. To SF, ale niezwykle dynamiczna, nie taka od przestrzeni kosmicznej pustej i nieruchomej. Jeśli we wzorcach elektronicznych lat 70. mieliśmy odhumanizowaną wyprawę próbnika w kosmos, to tutaj drużyna Elliotta wypruwa z syntezatorów flaki. Pod numerem SP019 nie ma mowy o rozczarowaniu. Pomarańczowy winyl dla pierwszych szczęśliwców.


.

ERIC LANHAM „The Sincere Interruption”
Spectrum Spools 2012
6/10
Trzeba posłuchać:
„Liminalimit”.

Na koniec numer SP021, czyli płyta Erica Lanhama, znanego z duetu Caboladies, najbardziej chyba radykalnie i noise’owo myślącego muzyka w całym dotychczasowym katalogu SS. Improwizacja na cyfrowo modelowane analogi, czyli współczesne syntezatory goniące stare rozwiązania (głównie brzmienie Access Virus), czasem sampler (Elektron Octatrack). Wystawia to wszystko dobrą ocenę syntezatorom sprzętowym, jest świetne brzmieniowo, ale w swoim laboratoryjnym zaangażowaniu w dźwięk – bardziej niż Alva Noto, prawie tak jak Eleh – nieco sterylne. Pod względem ostatecznego kształtu kojarzyć się może z Pimmonem, może też niektórymi nagraniami Keitha Fullertona Whitmana. I jeśli dopowiem tu, że świetną robotę wykonał projektant okładki Robert Beatty (po raz kolejny w barwach Spectrum Spools), to również dlatego, że dokładnie tyle miałem do powiedzenia na temat Lanhama. Znajdzie swojego odbiorcę.


.