Category Archives: przyjemne słuchanie

DEAN WAREHAM: Restart

Dean_Wareham

Długo nic się tu nie działo, chociaż sterta płyt rosła i ważyła coraz więcej (jeśli ktokolwiek jeszcze się zastanawiał nad podwójnym znaczeniem słowa „masa winyli”). Potrzebny był bodziec, który właśnie się pojawił w postaci płyty bardzo przeze mnie lubianego wykonawcy Deana Warehama w nowej odsłonie, W zeszłym roku był 10-calowy minialbum „Emancipated Hearts” na pomarańczowym winylu, na który się nie załapałem, bo za późno doszły mnie słuchy, że w ogóle wychodzi. Teraz ta żółta, transparentna i świetnie brzmiąca płyta.

Po nieco słabszych nagraniach duetowych (a punktem pomiarowym pozostają tu stare płyty Warehama z Galaxie 500) wydawanych pod szyldem Dean & Britta czas na pełnoprawne solówki, na których też zresztą wspomaga lidera Britta Phillips, ale dołącza też Anthony LaMarca na pedal steel guitar, a nade wszystko – producent Jim James. Znany też jako lider My Morning Jacket. Płyta ma więcej ciepłego kolorytu amerykańskiego Południa, bardziej jeszcze niż dotąd Wareham wciela się momentami w Neila Younga, są echa The Byrds czy swoista niedbałość rodem z płyt Lou Reeda, ale wizja psychodelii jest tu inna. Znana jeszcze z czasów Galaxie 500, ujmuje prostotą zmian akordowych i melodyjnych solówek. Operuje bardzo delikatnymi niuansami, pozostając bezpretensjonalny i nienatrętny. Lekko łamiący się głos Deana często przechodzi w falset, ale jego piosenki nigdy, mimo radiowości i nawiązań do hitów, nie idą w cieniznę.

dean-wareham-sonic-cathedral75-copyDEAN WAREHAM „Dean Wareham”
Sonic Cathedral 2014
8/10
Trzeba posłuchać: „Beat the Devil”, „Holding Pattern”.

SUSANNA: Jak Joanna

Susanna_LP

Rune Grammofon świętuje najlepszy sezon od dawna, biorąc pod uwagę już choćby albumy Fire! i Fire! Orchestra – od razu więc z rozpędu zaliczyłem do niego także kolejną płytę Susanny Wallumrød. Tymczasem są zmiany i Norweżka nagrywa dla własnej firmy SusannaSonata. Walory brzmieniowe nowego albumu podkreśla winyl z pietyzmem zmasterowany z plików cyfrowych wysokiej rozdzielczości z muzyką nagraną na żywo w ciągu jednego dnia w świetnym studiu w Oslo i całą gamą klasycznych instrumentów, które momentami wprowadzają tu nawet klimat muzyki dawnej.

Prawie dziesięć lat temu debiutowała duetem Susanna & The Magical Orchestra – z Mortenem Qvenildem. W tej chwili działa w innym duecie, życiowym, z Helge Stenem (Deathprod) jako mężem. Album nagrany z grupką kameralistów oznaczonych tu jako Ensemble neoN świadczy o tym, że to już nie tylko oszczędne, jeśli chodzi o środki, ale melodyjne kompozycje, często zaskakujące, bardzo odmienione covery (trochę ich dziś brakuje), album jest bardzo różnorodny, z rewelacyjną produkcją – właśnie Deathproda. Lejące się, nastrojowe, utrzymane w wolnym tempie pieśni zbliżają Susannę do tego, co w Ameryce robi Joanna Newsom i nawet pozwalają wypełnić lukę wywołaną długim milczeniem tej ostatniej. Spodobają się też zwolennikom późnego Talk Talk i Marka Hollisa oraz fanom Björk. Choć dla samej Susanny to nie jest jeszcze powrót do poziomu debiutu.

SUSANNA & ENSEMBLE NEON „The Forester”
SusannaSonata 2013
7/10
Trzeba posłuchać:  „The Forester”, „Oh, I Am Stuck”.

U KNOW ME: Winylowe porno cz. 2

teielte_crystalline_cover

O ciekawych, hm, pozycjach z katalogu U Know Me pisałem już tutaj i tutaj. Dzisiaj cała rozbierana sesja foto, czyli cyklu „najładniejsze polskie winyle” ciąg dalszy. W kopertach i bez, zdjęcie na talerzu i gorące ujęcie. Bo właściwie to już płyty, które z powodzeniem można otagować hasłem #vinylporn – stąd tytuł sesji. Analogicznie do #foodporn i #bikeporn

Inspiracją dla tytułu nie była, choć w sumie mogła być, okładka nowej EP-ki Teielte „Crystalline” (powyżej), którą zaprojektował Swanski. Okładką ostatniego albumu Noviki kompletnie mnie zaskoczył, tutaj potwierdził tylko klasę. W środku mamy transparentny winyl z sześcioma utworami (w tym „Life Box” z udziałem Kasi Malendy), który tak się skomponował z nową slipmatą od Muzografii kupioną w sobotę na warszawskim Record Store Dayu, że stał się rzeczywistą inspiracją:

teielte_crystalline

Sama EP-ka na poziomie poprzedniej „Wooden Love”, ale piszę te słowa na gorąco po jednokrotnym odsłuchu całego zestawu, który U Know Me wypuściła na okolice RSD (który jak widać staje się w Polsce kluczową datą premier pięknych fizycznych nośników muzyki).

„Na gorąco” to również dobre określenie dla winylowej wersji wydanej na CD już w marcu płyty Kixnare‚a. „Red” tym razem trafił na jednolicie czerwony winyl z czerwonym labelem i napisami, które odczytać można tylko patrząc pod światło. Ja tam pod światło (w czasie sesji statystowała Żona) obejrzałem sobie całość:

kixnare_red

Zaręczam, że podczas tej sesji nie ucierpiał żaden winyl – a już z pewnością nie ten. Nic się nie stało również kolejnemu materiałowi pracowitego En2aka „3”, w tej chwili mojej ulubionej z płyt tego producenta. Biały winyl w połączeniu z subtelną okładką autorstwa Oteckiego wygląda może przy dwóch pozostałych blado, ale ma swój delikatny wdzięk, no i komponuje się (co zaczyna być regułą w przypadku UKM Records) z całą resztą produkcji tego artysty. Oto on poniżej. A ja tylko zaznaczę, że wszystkie winyle można kupić tutaj. Wszystkie zostały nieźle wytłoczone przez MPO, ale mam wrażenie, że lepiej (choć być może to po prostu kwestia lepszego mastera) niż przy poprzednim rzucie nowości z U Know Me. W każdym razie wygląd i brzmienie w harmonii.

en2ak

DONALD FAGEN: Sting zatopiony

Co robi w tym towarzystwie Donald Fagen? Nie czarujmy się, robi za niszę. Dwa tygodnie po premierze nowej płyty (a nagrywa rzadko) jest na 61 miejscu na liście Billboardu i tylko na pozycji 12 w zestawieniu Tastemaker Albums powstającym dzięki danym z najlepszych niezależnych sklepów płytowych. Recenzji też nie ma porażająco dużo, więc witamy w niszy dla 64-latków przez cztery dekady skutecznie balansujących na krawędzi kiczowatej konwencji, ze słabością do SF i absurdalnego humoru. A przy tym ulubionych artystów Marka Niedźwieckiego, co pamiętam jeszcze ze sławetnej broszury opisującej polskich radiowców dołączonej niegdyś do tygodnika „Razem”.

Ze swoją popisową mieszanką popu, jazzu i soulu – przy czym tego ostatniego w tej chwili ciut więcej niż za czasów Steely Dan, więcej też funku – oraz ze swoim lekko schrypniętym w górze głosem Fagen mógłby robić za alternatywę dla fanów Stinga, których ten ostatni znużył. Czyli dla wszystkich z grubsza, nieprawdaż? Jest bardziej tight i sexy. To pierwsze w dziedzinie produkcji, to drugie – reprodukcji, chciałoby się rzec, ale o tym trudno mi wyrokować. Chodzi po prostu o jakąś niezłomność charakteru, dzięki której Fagen realizuje swoją wizję, na przekór czasom (i ludziom wbrew). Niezmienny, nawet anachroniczny – tu macha elementami produkcji spod znaku Quincy’ego Jonesa. Ale nigdy nie słaby. Przedziwny, mylący tropy. I muzycznie, bo ze struktury harmonicznej jego piosenek można by pisać doktoraty. I wizualnie, z okładkowym konceptem zatopionych apartamentowców w czasie (o ile dobrze pamiętam wyjaśnienia) kryzysu finansowego.

Kilka rzeczy, mimo wszechobecnego perfekcjonizmu, Fagenowi nie wyszło. Płyta się nie tyle kończy, co wypala. Zaczyna się świetnie, pod koniec traci strukturę i szkielet. Przyjemności to jednak nie zabija. Zupełnie osobną przynosi piękny transparentny winyl wytłoczony na trzech stronach – czwarta gładka, ale czy bardziej smooth niż cała reszta? Wątpię.

DONALD FAGEN „Sunken Condos”
Reprise 2012
7/10
Trzeba posłuchać: 1-4. Empetrójek ani streamów wyjątkowo nie proponuję.

BALAM ACAB: Mechanicznie, onirycznie

Sygnalizowałem pierwszy longplay w Tri Angle tak długo, ale kiedy już do mnie dotarł, zamilkłem na ponad miesiąc. No i się przeterminował. Płyta Balam Acab nie jest bowiem tak wdzięcznym tematem, jak parę miesięcy wcześniej EP-ka „Sea Birds”. Wyszło trochę za bardzo mechanicznie, nieco przewidywalnie w porównaniu z tamtą krótką płytą – szczególnie w sferze sampli, zapętlania poszczególnych składników nagrania. A może po prostu Alec Koone to ciągle materiał na krótki metraż. Bo i stąd dałoby się wykroić świetną EP-kę. Nie odsłonił tu jakichś zupełnie nowych cech swojej swojej muzyki, która dalej opiera się na spowolnionych beatach i onirycznych wokalach z pogłosami. Może należałaby się tej płycie i gwiazdka więcej, ale zwyczajnie nie mogę zdzierżyć kolejnego nagrania zbudowanego na wokalu podciągniętym do tonacji myszki Miki.

Tri Angle niby mają styl, zaczęli historię tego nowego labela znakomicie, ale wydawane przez siebie winyle trzymają chyba gościnnie w składnicy złomu. Nie zdarzyła mi się jeszcze ich płyta, która nie byłaby poprzecierana czy nie miałaby jakiejś ewidentnej ryski. Ale może to kwestia tych wewnętrznych kopert z nie najwyższej jakości papieru. W każdym razie samo tłoczenie nie pozostawia nic do życzenia.

BALAM ACAB „Wander/Wonder”
Tri Angle 2011
6/10
Trzeba posłuchać:
„Motion” (ten znów kojarzy mi się z Prefuse 73), „Expect”.

CLAMS CASINO: Przykleiłem się!

Odkleiłem się ostatnio trochę od hip hopu ze świata, co tu kryć. Może dlatego artyści, dla których Mike Volpe podpisujący się jako Clams Casino robi beaty – Lil’ B czy Soulja Boy – nie należą do najczęściej przeze mnie słuchanych. Ale to, co robi ten człowiek, winduje go gdzieś do zupełnie innej galaktyki, bo te wszystkie podkłady instrumentalne bronią się bez głównych partii wokalnych rewelacyjnie. Fakt, jednym z ważnych składników podkładów CC są strzępki wokali, a nawet całe frazy, wokalizy – z reguły wnoszące mnóstwo klimatu i melodii – no ale nie zmienia to statusu całości. Do tego dochodzi klimat nielegalu – sample z Bjork, Adele i Janelle Monae raczej chyba nie zostały kupione, chyba że na płyty oryginalnych zleceniodawców, bo przecież nikomu nie opłacałoby się tego sprzedawać w tak niskim nakładzie, w jakim ukazuje się ten album. No i jeszcze szczypta niedowierzania, że producent o takiej wrażliwości – subtelny, melancholijny (nie na darmo jego EP-ka, o której pisałem na drugim blogu, wyszła w Tri Angle) – z miejsca idzie do hip hopu. Skojarzenia z Prefuse 73 ciągle są, ale zachowuje CC samodzielność. Jak błyskotliwie zauważył dziennikarz magazynu „Fact”: While the rest of the world spends all night EQing a kick drum to death, Clams Casino is building a legacy. W każdym razie jeśli ktoś jeszcze tego nie słyszał (z mojej strony to głębokie zaległości), to chyba warto reanimować ten blog nawet tylko w tym celu, żeby pokazać „Instrumentals”.

Materiał, który został udostępniony za darmo przez samego artystę w postaci elektronicznej, na płycie zdecydowała się wydać niekojarzona z tego typu dźwiękami wytwórnia Type. Dobry ruch. Pierwszy nakład – na kolorowych winylach – zszedł na pniu. Moje egzemplarze pochodzą z drugiego, czarnego, ale tak czy inaczej płyty, zmasterowane w Berlinie w D+M, mają bardzo dobrą jakość, dzięki której również przykleiłem się do tego wydawnictwa.

CLAMS CASINO „Instrumentals”
Type 2011
8/10
Trzeba posłuchać:
najszczęśliwsze numery to A/2, B/1, B/3 (!)

JURGEN MULLER: Nie znoszę tego mówić, ale…

…kto nie kupił tego w czerwcu (gdy reedycję albumu wydała firma Digitalis), ten może mieć problemy z zakupem teraz. Album Jürgena Müllera to marzenie kolekcjonerów i małych oficyn zajmujących się wznawianiem białych kruków. Dlaczego? Nagrany na początku lat 80. przez muzyka-amatora, a przy tym zawodowego twórcy filmów dokumentalnych o głębiach mórz i akademickiego oceanografa, wytłoczony został wówczas w mikroskopijnym nakładzie, więc ta reedycja przywraca album do życia. Trafia w dodatku w idealny moment, bo Müller zdradzał fascynację Klausem Schulze i całą elektroniczną szkołą lat 70. (studio miał na swojej łodzi), więc był prekursorem fali naśladowców spod znaku Oneothrix Point Never. Barw całości dodaje fakt, że fiksacja autora na oceanicznych głębiach ma bezpośrednie przełożenie na kompozycje, które miały być – co wskazuje zresztą tytuł „Science fo the Sea” – ilustracją eksploracji tejże głębi.

Przy tym wszystkim „Science…” to płyta zaskakująco miła w odsłuchu, ciepła, pełna nienachalnych arpeggiów i delikatnych melodii. Chwilami dostojny oceaniczny ambient, kiedy indziej – kosmiczne bąbelki analogowych syntezatorów. Wydane to zostało w limitowanym nakładzie, także na „pomarańczowym” (bardziej jest to po prostu czysta magenta) winylu. Mój egzemplarz od początku miał drobną ryskę na samym początku płyty, ale nawet nie próbowałem wymieniać, domyślając się, że to pewnie jeden z ostatnich. Dziś – po dwóch miesiącach – jest wart cztery razy tyle co cena zakupu, ale może znajdziecie jeszcze gdzieś w jakimś zakurzonym sklepiku internetowym nówkę po nominalnej cenie… A kto nie ma parcia na winyl, może za 7 dolców stać się legalnym posiadaczem wersji elektronicznej – tutaj.

JÜRGEN MÜLLER „Science of the Sea”
Neue Wissenschaft 1982 / Digitalis 2011
8/10
Trzeba posłuchać:
w całości.

ZOMBY: To żyje

Mam wrażenie, że druga płyta kolejnego londyńskiego dubstepowego producenta podzieliła równo słuchaczy. Niezadowoleni są w dużej mierze fani pierwszej, bo dostali coś innego, zafascynowani za to mogą być ludzie, którzy w te muzyczne okolice nigdy się nie zapuszczali (sygnalizowałem to w recenzji dla „Polityki”), bo Zomby oferuje inteligentny i impresyjny minimalizm, jest oszczędny w doborze studyjnych środków, a zarazem w niemal każdym utworze rzuca jakiś drobny pomysł, który jest świadectwem nieszablonowego myślenia i który sprawia, że ta muzyka żyje. Tu hi-hat w roli elektronicznej cykady, tam beat, który stanowi coś pośredniego między syntetyczną perkusją a beatboxem. W szczegółach słychać, że chłopak ma sporą wyobraźnię. W surowym podejściu – że się nie boi, wie, co ma znaczyć każdy dźwięk.

Ogólnie „Dedication” tylko podsyciła moją ciekawość. Wydawało mi się, że te króciutkie utwory wlecą jednym uchem, a wylecą drugim. Tymczasem słuchałem tego materiału już wielokrotnie i nie mam dość. Dopiero sama końcówka płyty rozczarowuje, pokazując nam figę paroma dość banalnymi gestami muzycznymi i pozostawiając wrażenie, że album jest jednak jeszcze szkicownikiem przed czymś znacznie ciekawszym. Sugeruje to zresztą także (anty-)oprawa graficzna albumu, wydanego w wersji winylowej na dwóch 180-gramowych płytach na 45 rpm, ale opakowanego w – najkrócej mówiąc – listę utworów. Odbiór muzyczny rewelacyjny, ale zero innych bodźców.

ZOMBY „Dedication”
4AD 2011
8/10
Trzeba posłuchać:
„A Devil Lay Here”, „Natalia’s Song”, „Alothea”, „Florence”. Może jeszcze „Things Fall Apart” z Panda Bearem.

TROUBLE BOOKS & MARK McGUIRE: Damon, Naomi + Reich

Ja właśnie przegapiłem koniec okresu próbnego Photoshopa (stąd okrągłe wycinanki labeli zastąpił prostokąt – a propos, może ktoś zna dobry darmowy program do edycji zdjęć?). Ale Wy nie przegapcie tej płyty, która jest pobocznym projektem Marka McGuire’a z członkami formacji Trouble Books (Linda Lejsovka i Keith Freund). Lider Emeralds ze swoimi powtarzanymi w nieskończoność minimalistycznymi motywami gitarowymi spotyka tu domowych twórców alternatywnej piosenki w stylu Damon and Naomi. Tutaj zresztą podobieństwa wychodzą poza muzykę. Lejsovka i Freund to małżeństwo – piszą marzycielskie, oszczędne piosenki, ona śpiewa, z lekkim fałszem tu i ówdzie („a, to ta, co fałszuje” – kwituje moja żona), więc skojarzeń z D&N znajdzie się mnóstwo. Wyobraźcie więc sobie, że McGuire zamienia się miejscami z takim powiedzmy Michio Kuriharą, ale pozostawia zestaw efektów pozwalających uzyskać brzmienie gitarowego Steve’a Reicha. Sympatycy McGuire’a powinni w tym momencie dopisać sobie punkt do oceny końcowej.

Całość wydana w limitowanym nakładzie przez maleńką firmę Bark & Hiss, z załączoną dość niecodzienną książeczką (rastrowe grafiki, opisy pracy nad poszczególnymi kawałkami), kod do mp3 obecny, płyta wytłoczona na pięknym czerwonym winylu przez uroczą i mikroskopijną oficynę Bark and Hiss, od której możecie to cudo kupić za rozsądną cenę. Czerwony nośnik się skończył, ale zapowiadają drugie tłoczenie na transparentnym pomarańczowym. Mniam.

TROUBLE BOOKS & MARK MCGUIRE „Trouble Books & Mark McGuire”
Bark & Hiss 2011
7/10
Trzeba posłuchać:
„Local Forecast”, „Life in a Peaceful New World”.

TIED & TICKLED TRIO: Mają nowe serce

Znowu trzymam sztamę z PopUp Music, bo chyba tylko oni po polskiej stronie mediów odnotowali recenzją pojawienie się kolejnej płyty Tied & Tickled Trio. W sumie czemu się dziwić, skoro i za granicą odzew na nowy album zespołu Markusa Achera jest jakiś mizerny, biorąc pod uwagę choćby oceny albumu „Observing Systems” sprzed ośmiu lat, chwalonego przez Rafała Księżyka i niżej podpisanego – jednej z najlepszych płyt nowego jazzu (tego z elektroniką w tle) w ogóle.

T&TT zawsze dobrze sobie radzili w eleganckim, dostojnym graniu opartym na bezpiecznych wzorcach jazzowych, a jednocześnie czerpiącym i z zaczynających właśnie eksperymenty z klikami Niemców, i z chicagowskich kapel postrockowych. Na trzech stronach „La Place Demon” elektronika ewidentnie przestaje im być potrzebna, zostawiają sobie mooga jako pełnoprawny instrument solowy, wzorem innych postaci swojego pokolenia szukają wprost jazzowych nauczycieli i próbują grać bardzo retro. Nie wiem, jak Acher trafił na Billa Harta, ale wcelował w punkt. Poznał postać, która wnosi swoją grą sporo swobody, rozbija skwantyzowane rytmy na rzecz płynącego grania perkusyjnego. Jednocześnie ten człowiek ma naprawdę imponującą historię. Był w studiu podczas powstawania najlepszej płyty Pharoah Sandersa „Karma” i – co więcej – grał w utworze „The Creator Has A Masterplan”. To tak a propos tego wpisu i uwagi w komentarzach Marcelego Szpaka.

TIED & TICKLED TRIO AND BILLY HART „La Place Demon”
Morr Music 2011
8/10
Trzeba posłuchać:
„The Three Doors” w trzech częściach. Całość można stawiać np. obok nowej płyty Wojtek Mazolewski Quintet.