William S. Burroughs: Eksperymentator

– Chyba już pora na nasz numerek z Wilhelmem Tellem – powiedział William Burroughs do swej żony, Joan, pewnego wrześniowego wieczoru 1951 roku, w czasie przyjęcia, które urządzili dla przyjaciół. Żona była trochę zdziwiona, ale ustawiła szklankę z niedopitym drinkiem na głowie. Burroughs wymierzył pistolet i strzelił z odległości zaledwie dwóch metrów. Tylko że pocisk, zamiast w szklankę, trafił żonę w czoło. Zmarła na miejscu. Jej mąż miał dotąd opinię dobrego strzelca. Potem – już tylko znakomitego pisarza.

– Zmuszony jestem do strasznej konkluzji: gdyby nie śmierć Joan, nigdy nie zostałbym pisarzem – mówił Burroughs po wielu latach od nieszczęśliwego wydarzenia. – Żyję w ciągłym strachu przed utratą panowania nad sobą i zarazem w ciągłej potrzebie utraty panowania nad sobą, ucieczki od kontroli. Śmierć Joan przyniosła mi kontakt z przeciwnikiem, złym duchem, i wrobiła mnie w życiową walkę, w której nie miałem innego wyboru. Musiałem wypisać sobie drogę ucieczki.

Lata pokuty i wypisywania sobie drogi ucieczki skończyły się dla Williama S. Burroughsa w sobotnią noc 2 sierpnia 1997 roku, kiedy w wieku 83 lat umarł na zawał serca w swoim mieszkaniu w stanie Kansas. “Wysoki, dziwny i nieprzenikniony, bo wyglądający zwyczajnie, jak nieśmiały urzędnik bankowy z twarzą patrycjusza o wąskich, bladych ustach” – tak pisał o nim Jack Kerouac, beatnik, przedstawiciel generacji, dla której Burroughs był prawdziwym guru. Pierwszej, lecz z pewnością nie ostatniej takiej generacji.

– Czy kiedykolwiek brał pan kokainę?

– Mój Boże, tak! I to dużo. Ale tylko kiedy byłem uzależniony od heroiny.

William Seward Burroughs urodził się za późno, żeby kupować narkotyki prosto z lady, w drogerii. W roku 1914, kiedy przyszedł na świat, opium i kokaina stały się w Ameryce nielegalne. Gdyby o tym wiedział zawczasu, może nawet urodziłby się wcześniej.

Dorastał w St.Louis, w bogatej rodzinie wynalazcy i przedsiębiorcy, założyciela firmy Burroughs Adding Machine. Nawet jako absolwentowi Harvardu trudno mu było jednak znaleźć sobie przyszłe zajęcie, zważywszy na dość niecodzienne zainteresowania: broń, zbrodnie, homoseksualizm i literatura. Wylądował więc w nowojorskim półświatku gangsterskim, poznając tam przyszłych beatników: Ginsberga i Kerouaca, a także rozpoczynając kilkunastoletni romans z heroiną, zresztą całkowicie – co podkreślał – świadomie. Sponsorowali go rodzice.

Szybko zyskał opinię ludzkiego królika doświadczalnego. Połykał, palił lub wstrzykiwał sobie wszystko, co trafiło mu w ręce – od amfetaminy po gałkę muszkatołową. Uciekał ze Stanów Zjednoczonych, gdy ścigano go za posiadanie trawki. Zawędrował wtedy do Paryża, Meksyku i Tangeru, gdzie nieodmiennie fascynował swoją osobą miejscową cyganerię artystyczną.

Anegdotyczna sytuacja miała miejsce, gdy chciano go pewnego razu znieczulić przed poważną operacją. “To morfina” – powiedziała wówczas pielęgniarka, pokazując strzykawkę. “Fajnie!” – odpowiedział Burroughs. – “Strzelaj, kochanie!”. W szpitalu i tak wiedziano, kim był. Lekarz napisał w jego karcie: “Proszę dawać panu Burroughsowi tyle morfiny, ile będzie chciał.”

Nieco bardziej ponure wspomnienia z narkotycznego delirium spisał później w “Ćpunie” – swojej pierwszej powieści, wydanej w 1953 roku. Nie napisałby jej, gdyby nie znajomość z beatnikami. Zresztą gdyby nie oni, prawdopodobnie w ogóle by nie pisał.

– Kerouac podsunął mi tytuł “Nagi lunch”, a dzięki Allenowi Ginsbergowi opublikowałem “Ćpuna”. Ta książka utrzymała mnie przy piórze – zwierzał się w jednym z wywiadów. Utożsamiany przez krytykę z ruchem beatników, nie czuł się jego częścią. Był od nich starszy, nie interesował się buddyzmem i wolał osiadły tryb życia. W pewnym okresie, jeszcze przed meksykańskim incydentem, wspólnie z żoną prowadził farmę. Uprawiał na niej pomarańcze, bawełnę i marihuanę. Beatnicy odwiedzali go regularnie, podziwiając “akumulator orgonowy” – skrzynkę z desek zbitą przez Burroughsa. Miała ona, zgodnie z teoriami Williama Reicha, pomagać organizmowi we wchłanianiu orgonów – drobnych cząstek decydujących o ludzkich siłach witalnych. Burroughs siadywał w niej – nagi jak święty turecki – i “medytował nad własnym pępkiem”.

– Wiecie co, chłopaki, może byście tak spróbowali mojego akumulatora orgonowego? Dajcie sobie trochę ognia w to ciało. Zawsze potem grzeję sto czterdziestką do najbliższego burdelu, hor-hor-hor!

(Jack Kerouac, “W drodze”)

W książkach Kerouaca, czy w słynnej “Próbie kwasu w elektrycznej oranżadzie” Toma Wolfe’a świat jest kolorowy, zabawny, a bohaterowie – wolni. U Burroughsa halucynacje narkotyczne to z reguły koszmarne wizje, a wynaturzone zachowania książkowych postaci wzbudzają co najmniej odrazę. Prawdziwą sławę przyniósł mu “Nagi lunch”, wydany w roku 1959, który doskonale ilustruje tę różnicę. Książce towarzyszył skandal związany z procesem sądowym o obsceniczność, ale Norman Mailer określił ją jako “dzieło geniusza”. Książka ta, pisana w środku heroinowego uzależnienia, w przeciwieństwie do “Ćpuna” nie opisywała faktów, tylko fikcyjny świat Interzone, istniejący wewnątrz doprowadzonego do delirium umysłu bohatera. Interzone jest zniekształconym obliczem rzeczywistości – takim, jakie postrzegał narkoman. Jest krainą pozbawioną jakichkolwiek zasad, bo w pogoni za następną działką ćpun zrobi przecież wszystko.

W “Nagim lunchu” Burroughs pierwszy raz dokonał “filmowego” montażu tekstu. Pociął go na akapity, po czym posklejał w innej, do pewnego stopnia przypadkowej kolejności. Stworzył literacki collage, jakiego dotąd nie było.

Potem wspomagał się techniką cut-up, opracowaną wspólnie z malarzem Brionem Gysinem. – Potnij słowa i spraw, by stworzyły nowy świat – mówił o niej Gysin. – Pisarz nie jest posiadaczem swych słów tak samo, jak malarz nie posiada swych kolorów – wtórował mu Burroughs.

Metoda cut-up stwarzała jeszcze większe możliwości niż doświadczenia, które przeprowadzał Burroughs do tej pory. W cut-up oryginalny tekst cięło się na kawałki i mieszało to z fragmentami innego, obcego tekstu. Miało to odniesienia do stylu dadaistów, surrealistycznego malarstwa, było wręcz przeniesieniem freejazzowej improwizacji na motywach jakiegoś tematu na płaszczyznę literatury.

– Cut-up używać może każdy – mówił Burroughs. – To znaczne ulepszenie dotychczasowych prób kontaktu z duchami zmarłych poetów za pomocą medium. Potnij tekst Rimbauda, a możesz być pewny, że w najgorszym wypadku otrzymasz dobrą poezję, w najlepszym zaś – autor objawi ci się osobiście.

Co ciekawe, głodny nowych doświadczeń Burroughs, nigdy nie był entuzjastą pisania pod wpływem środków halucynogennych. “Nie lubię psychodelików” – podkreślał, najwyraźniej uznając miękkie narkotyki za niegodne twardego, męskiego życia. Kiedy zapytano go, w jaki sposób tworzy, odpowiedział w zaskakująco rzeczowy sposób:

– Wstaję z łóżka. Zwykle piszę między dziesiątą rano a szóstą wieczorem. Nie jadam lunchu. Pracuję jakieś sześć godzin dziennie. Potem idę na spacer.

– Czy uznaje pan jakieś zasady moralne?

– Zawsze uważałem, że moralność to nonsens.

Nagi lunch” sfilmowany został ponad trzydzieści lat później, przez Davida Cronenberga (późniejszy twórca innego skandalizującego filmu: “Crash”), który zmieszał powieściowe wątki z biografią Burroughsa. Wielkie, mięsożerne stonogi brazylijskie, mówiąca odbytnica, uzębiona wagina i kopulująca maszyna do pisania – to tylko niektóre z przeniesionych na ekran koszmarów Burroughsa. “Nic nie jest prawdą, wszystko jest dozwolone” – głosi motto filmu Cronenberga, pożyczone od legendarnego dowódcy arabskich “haszyszynów”, Hassana I Sahby. W świecie Interzone rzeczywistość i halucynacja są nie do odróżnienia, a zatem nic nie jest prawdą.

Bohatera filmu, pisarza i specjalistę dezynsekcji, zagrał Roy Scheider Peter Weller. W doskonały sposób wybrnął z trudnego zadania, polegającego na rozmowach z mugwumpami (oślizłe, galaretowate zwidy z narkotycznej delirki), ćpaniu trutki na karaluchy i ekranowym wykonaniu “numeru z Wilhelmem Tellem”. Całe szczęście, że reżyser nie kazał mu zjeść książkowego “limburgera flamboyant w moczu diabetyka i wydzielinie sromowej kokoty”. Wcześniej wśród kandydatów do roli Williama Lee pojawili się David Bowie, Jack Nicholson i Mick Jagger. Próbowano też nakręcić film na motywach “Ćpuna”, lecz jak na razie bez efektu.

Samemu Burroughsowi też zdarzyło się wystąpić na ekranie. Pojawił się w filmie “Chappaqua” Conrada Rooksa (obok Allena Ginsberga i Ornette’a Colemana), opowiadającym historię ćpuna, który przebywa nakuracji odwykowej w drogiej, prywatnej klinice pod Paryżem. Burroughs kreuje w nim rolę Opium Jonesa – faceta, przed którym pacjenci płaszczą się i klękają, by otrzymać kolejną działkę.

Autor “Ćpuna” sam przeszedł podobną kuracje odwykową. Ostatecznie wyleczono go z nałogu w 1967 roku w Anglii, dzięki apomorfinie, którą zachwalał w słynnym liście do “Brytyjskiego Przeglądu Narkotycznego” przedrukowywanym na kartach “Nagiego lunchu”.

– Jaką radę ma pan dla polityków?

– Raz do końca powiedzieć prawdę i zamknąć się na zawsze.

Po “Nagim lunchu” rozgłos zyskiwały kolejne książki: “Soft Machine”, “Nova Express” i “The Western Lands” (żadnej z nich nie wydano dotąd w Polsce – przyp. F.B.). Intensywny tryb życia Burroughsa zmuszał go też do zarabiania na życie jako malarz. Nie pokojowy, rzecz jasna – kontynuował pracę rozpoczętą przez zmarłego Gysina, okazjonalnie wykonywał też ilustracje do własnych książek.

Cieszył się szacunkiem zarówno wśród beatników, punków, jak i w kręgach filozofów popkultury. Jego nazwisko wymieniano często w towarzystwie Timothy’ego Leary, Marshalla McLuhana czy Andy’ego Warhola. Tym, co go interesowało w kulturze ery elektronicznej, była jednak ciągle kontrola. Kontrolę nad ciałem uosabiały dla niego narkotyki, a kontrolę nad umysłem – słowa. Słowa, w których ukryte jest wartościowanie poszczególnych elementów otaczającego nas świata. Słowa jako sposób montowania zdarzeń.

Język jest wirusem” – głosi jedno z bardziej znanych zdań Burroughsa. Człowiek to – zdaniem autora “Ćpuna” – jedyne zwierzę, które uwięziło czas. Uwięziło go dzięki wynalazkowi słowa pisanego, które zapobiega utracie wiedzy – kolejne pokolenia przekazują sobie zgromadzony kapitał informacji.

– Zwierzęta też mają idee, koncepcje i sny, to oczywiste – twierdził Burroughs. – Ale nie mają słów. Mówią, lecz nie potrafią pisać.

Koncepcję “Language is a virus” podchwyciła Laurie Anderson, pisząc o niej piosenkę. Potem zaprosiła do studia nagraniowego samego Burroughsa. Tak powstała piosenka “Sharkey’s Night” z jego monologiem.

Wkrótce Burroughs stał się popularny w muzycznym świecie. Kiedyś jazz-rockowe grupy Soft Machine i Steely Dan zaczerpnęły nazwy z jego powieści. Teraz każdy chciał mieć jego głos na swojej płycie: Bill Laswell, grupa Coil, Ministry, raperzy z Disposable Heroes of Hiphoprisy. W duecie z Kurtem Cobainem (gitara) Burroughs (głos) zarejestrował album “The Priest They Called Him”, a wcześniej nagrał solową płytę, “Dead City Radio”, na której czyta fragmenty swoich powieści i esejów. Wszystko dzięki charyzmatycznej osobowości i magicznej sile starczego głosu, wciąż głoszącego bulwersujące, rewolucyjne myśli. Powoływano się na niego, bo zdecydował się na nonkonformizm, kiedy wspócześni buntownicy dopiero ząbkowali.

Trzy lata temu Burroughs wystąpił nawet w reklamówce firmy Nike (“Nie wiecie dlaczego?” – pytał. – “Dla pieniędzy!”). Co prawda nie pokazał się w sportowych butach, ale znowu słychać było jego głos – ostatni głos tamtego pokolenia. Kerouac od dawna nie żyje. Prochy Leary’ego orbitują wokół Ziemi. Umarli Ginsberg i Burroughs. A Wy na pewno czujecie się dobrze?

Bartek Chaciński (jako Filip Barciński)

pisane dla „Machiny”, wrzesień 1997

One response to “William S. Burroughs: Eksperymentator

  1. Chuj mu w dupę, jebanemu barołsowi, czy jak mu tam było…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s