Muzyczne manufaktury

[Tekst opublikowany w marcu 1997 r. w dzienniku „Życie”]

Wielkiej Piątce” działających w Polsce międzynarodowych koncernów muzycznych, o których wiele się ostatnio mówi i pisze, warto przeciwstawić wizerunki małych wytwórni płytowych o profilu artystycznym, a nie czysto komercyjnym. Zaczęły one powstawać w naszym kraju w latach 90. i są do dziś zjawiskiem z zewnątrz prawie niezauważalnym.

Trzeci obieg

Korzeni polskiego rynku niezależnego należy szukać jednak jeszcze na początku lat osiemdziesiątych, kiedy kształtowała się polska scena punkowa i wychodziły pierwsze fanziny, pisma poświęcone muzyce, której próżno by wówczas szukać w państwowym radiu, a tym bardziej na płytach. Właśnie z fanzinami związane były pierwsze wytwórnie kaset, takie jak warszawskie QQRYQ i wrocławska Antena Krzyku. Początkowo działały nielegalnie, by wreszcie kilka lat temu wyjść z podziemia, kiedy tylko umożliwiły to warunki zewnętrzne. Dziś firm związanych z nurtem hardcore/punk działa znacznie więcej: Nikt Nic Nie Wie, Kornicore, Enigmatic, Psy Wojny Records.

Programowy bunt punków przeciwko przemysłowi muzycznemu łatwo usprawiedliwia fakt działalności na tym rynku wielu małych wydawców. Lecz, jak się okazuje, scena niezależna to nie tylko oni. Są firmy wydające szeroko pojętą muzykę folk (Folktime, Fly Music), twórczość eksperymentalną, awangardową (Obuh Records) i rock symfoniczny (Ars Mundi). Wszystkie te gatunki określa się jako niekomercyjne, stąd może niechęć do nich u „Wielkiej Piątki”, która preferuje łagodną twórczość pop. Ewenementem, nawet wśród „niezależnych”, jest firma Koka, promująca u nas nagrania rockowych i ludowych artystów z Ukrainy.

W latach 80. obok drugiego obiegu istniał też trzeci. Tym mianem określano gazetki i kasety z nagraniami rozpowszechniane drogą pocztową. Trzeci obieg przetrwał do dziś jako główny dystrybucyjny rynek dla małych firm płytowych. Opierają się one na sprzedaży wysyłkowej lub bezpośredniej – w czasie koncertów i imprez giełdowych, które gromadzą potencjalnych klientów.

– Kiedyś, parę lat temu, zrobiliśmy pierwszą giełdę – mówił Pietia Wierzbicki, założyciel QQRYQ, w wywiadzie dla „Lampy i Iskry Bożej”. – Od razu sprzedaliśmy chyba 150 sztuk naszej pierwszej legalnej kasety – Nomeansno „Live in Warsaw”. Był taki głód na nowe rzeczy. A teraz – nie ma takiego entuzjazmu. Wszyscy jakoś oklapli.

Mruczenie zza pieca

Najważniejszym kanałem dystrybucji pozostaje poczta. „Niezależni” rozsyłają do swoich klientów katalogi z aktualną ofertą, często wspierając się nawzajem i biorąc do sprzedaży także produkty konkurentów. Z jednej strony jest to przejaw solidarności, z drugiej – czysta konieczność dla większości małych wydawców.

W katalogu lubelskiej firmy Obuh Records czytamy: „Znajdziesz tu płyty i kasety z muzyką, co mruczy zza pieca. Cicho, głośno, uroczo. Obuh dokumentuje wszelkie interesujące przejawy tworzenia muzyki artystycznej – od folku po eksperyment.”

Inne wytwórnie podchodzą z równą swobodą do kwestii swojego profilu artystycznego. Arek Marczyński z Anteny Krzyku stwierdza wprost: – Profilem firmy jest mój gust muzyczny.

Podobne zasady wyznaje szef „konkurencyjnego” QQRYQ, który w swojej ofercie ma także kasety Anteny Krzyku.

– QQRYQ to również firma dystrybucyjna – mówi Pietia Wierzbicki. – Nie ograniczamy się w żaden sposób. Sprzedajemy wszystko od folku po rock awangardowy, chociaż oczywiście bazą jest dla nas hardcore, punk i reggae. Punk i reggae to gatunki specyficzne dla polskiego rynku niezależnego i sprzedają się nam najlepiej.

Właściciele firm niezależnych zwracają uwagę na skromne możliwości finansowe większej części Polaków. Słuchacze undergroundowej muzyki nie rekrutują się z kręgu prywatnych przedsiębiorców ani „yuppies”. Wiekszość z nich to studenci lub uczniowie. Dlatego małe wytwórnie większość nagrań wydają na kasetach, jako najtańszym nośniku. Na tłoczenie płyt kompaktowych pozwolić sobie mogą nieliczni.

Szef Obuh Records, Wojcek Czern, manifestuje swoje przywiązanie do czarnych, winylowych płyt. Do tej pory można je znaleźć w ofercie jego firmy. Natomiast kompakty wydawane są nie w typowych plastykowych pudełkach, lecz w dużych kopertach, jak stare płyty analogowe. Pozostaje to w zgodzie z artystycznym profilem wytwórni. Dużą kopertę łatwiej uczynić dziełem sztuki niż niewielkich rozmiarów wkładkę do płyty kompaktowej. Ponadto okładki wydawnictw Obuh Records robione są ręcznie, na solidnym, czerpanym papierze, co wpływa na estetykę całości. Potwierdza też przy okazji status firmy jako specyficznej manufaktury.

Słoń i mrówka

Wojcek Czern: – Duże firmy ani mi nie przeszkadzają, ani nie pomagają. Jesteśmy dla siebie niezauważalni. Wielkie wytwórnie ignorują mnie, a ja ich nie dostrzegam.

Wielki koncern przy małej firmie płytowej to jak słoń i mrówka. Wzajemnie nie dostrzegają swej obecności, z tą różnicą, że słoń może – choćby niechcący – zdeptać mrówkę, ale nie na odwrót.

– Jeśli chodzi o dystrybucję, przeszkodą jest opór ze strony rynku – mówi Pietia Wierzbicki. – Jego głównym powodem jest zalew produkcji pochodzących z koncernów. Dystrybutorzy nie mają natomiast pojęcia o rynku, nie wiedzą co zamawiać. Nie starcza im ani czasu, ani miejsca w magazynie, żeby „dealować” z kimś takim jak QQRYQ.

Innym problemem dla niewielkich wytwórni jest reklama. Nie od dziś wiadomo, że nakłady poświęcone na nią proporcjonalnie przekładają się na zyski ze sprzedaży. Największe sukcesy wydawnicze koncernów płytowych są zatem nie tyle sukcesami artysty, ile jego kampanii reklamowej. Podstawą promocji płyty jest videoclip, którego zrealizowanie kosztuje kilkadziesiąt tysięcy złotych, czasem więcej niż całoroczny obrót małej firmy nagraniowej.

Mieczysław Stoch, Ars Mundi: – Przeszkadza nam „przepompowana reklama” dużych wytwórni, szum informacyjny, w którym giną dane o ofercie naszej firmy. Niekomercyjna muzyka nie jest w stanie konkurować na rynku promocji z muzycznymi gigantami, ale wierzymy, że naszą muzykę zweryfikuje czas i słuchacze, a nie reklama.

– Nie handluję ciepłymi bułkami – mówi szef Obuh Records, dodając, że dla niektórych dzieł artystycznych, czy to literackich, czy muzycznych, powinno być cały czas miejsce w sklepach. Tymczasem na razie zarabia się w Polsce właśnie na „ciepłych bułkach” – produkcjach nastawionych na doraźny zysk, o których za kilka lat nikt nie będzie pamiętał.

Paragraf 22

Większość niezależnych wydawców na bieżąco płaci swoim artystom honoraria autorskie, lecz niewielu spośród tych ostatnich zarejestrowanych jest w ZAiKS-ie. Dlatego kontrowersje w tym środowisku wzbudziła konieczność kupowania i naklejania na płyty i kasety hologramów ZPAV (mających odróżniać produkty legalne od pirackich). Monopol ZAiKS-u sprawia, że w praktyce od każdego wydawcy wymaga się zakupu hologramów, nawet jeśli publikuje materiał, którego autor do tej organizacji nie należy.

– Hologramu mieć nie trzeba, natomiast ZAiKS i ZPAV stwarzają atmosferę, jak gdyby trzeba go było mieć. Jest to tylko stwarzanie dodatkowych etatów dla ludzi z dużych firm – mówi szef Anteny Krzyku.

– On funkcjonuje na zasadzie „Paragrafu 22” – podsumowuje przepis o hologramach Wojcek Czern. – Niby nie trzeba mieć hologramów, ale w praktyce jest to konieczne. Nie rozumiem tylko, dlaczego mam na swoich produktach reklamować organizacje ZAiKS i ZPAV (nazwy tych związków widnieją na hologramie – przyp. red.). Lepiej byłoby umieszczać na hologramach na przykład napis „produkt oryginalny”.

Podobnego zdania jest szef Ars Mundi: – Polityka ZAiKS-u dyskryminuje finansowo firmy niezależne. Ewenementem, chyba tylko polskim, jest obowiązek wpłacania tantiem autorskich w momencie zgłoszenia utworu, co jest konieczne, by otrzymać hologramy. Wielkie firmy, które wydają powyżej 30 tytułów rocznie, płacą tantiemy kwartał później.

Kontrowersje wzbudzają nie tylko niejasne przepisy dotyczące roli ZAiKS-u. „Niezależni” skarżą się na to, że na dobrą sprawę nikt nie ściga pirackich wydawców cały czas, a wszystko organizuje się jedynie w formie akcji. Innym zarzutem jest to, że byli „piraci” są w tej chwili największymi w Polsce dystrybutorami płyt. Oni też, podobnie jak „niezależni”, zmienili swój status prawny już w latach 90.

Sztuka i moneta

Firmy niezależne zatrudniają przeciętnie od jednej do trzech osób i mieszczą się w prywatnych mieszkaniach lub na niewielkiej przestrzeni biurowej. Zwykle są to ludzie do wszystkiego – kontaktują się z wykonawcami, pomagają im nagrać materiał, przygotowują go do wydania, a potem zajmują się promocją i dystrybucją. Sami sprzedają kasety na giełdach i wysyłają przesyłki klientom, udzielają wywiadów i odpowiadają na listy. Ich głównym źródłem utrzymania, obok działalności wydawniczej, jest często dystrybucja nagrań z zagranicy. Publikują licencyjne wydania płyt z Zachodu, zwykle artystów mało znanych, prezentujących ambitną, mało popularną muzykę. Honoraria autorskie zwykle w ogóle nie wchodzą w grę. Licencje wydaje się w ramach bezgotówkowej wymiany lub na zasadzie umowy nie uwzględniającej jakichkolwiek honorariów, ponieważ firma niezależna nie jest w stanie zaoferować więcej niż tylko symboliczną stawkę.

Głównym źródłem zarobku bywa też sprowadzanie – również na zasadzie wymiany – gotowych płyt zagranicznych i ich dystrybucja w Polsce. Firma Ars Mundi zaczynała od eksportu muzyki klasycznej i polskiego rocka na Daleki Wschód, QQRYQ i Antena Krzyku wydają licencyjne kasety reprezentantów światowej sceny punkowej, a Obuh Records wzięła w dystrybucję wyroby brytyjskiej firmy World Serpent. Tak działa wiekszość „niezależnych”. Sieć krajowa jest na różne sposoby powiązana z zachodnimi kanałami dystrybucji.

Wydawanie muzyki krajowych wykonawców jest więc pod względem ideowym celem numer jeden, podczas gdy bywa jednocześnie działalnością deficytową. We Francji firma Musea Records, która wydaje płyty z pogranicza jazzu, rocka, muzyki współczesnej i ludowej, dostaje na konkretne tytuły dotacje państwowe za promowanie rodzimej kultury. W Polsce cały czas brakuje metod dofinansowywania tego rodzaju inicjatyw kulturalnych, o czym wspominają także właściciele niewielkich firm wydawniczych.

– Duże koncerny patrzą na wszystko przez pryzmat pieniędzy – mówi Arek Marczyński. – Małe firmy w jednym okularze mają monetę, a w drugim – sztukę.

Bartłomiej Chaciński

[Tekst opublikowany w marcu 1997 r. w dzienniku „Życie”]