Letnie festiwale: Obozy konsumpcji

Koniec z anarchią i brudem. Organizatorzy letnich festiwali dbają o komfort i bezpieczeństwo, a wielkie koncerny urabiają tu klientów

Kąpiele błotne, widok mężczyzn, a coraz częściej i kobiet oddających mocz pod parkanami, śmierdzące toalety, brudne prysznice, zalane albo przegrzane słońcem namioty, nocne okrzyki pijanych sąsiadów, pobudki warczących boomboksów o dziewiątej. Tyle – poza koncertami i poczuciem wspólnoty – oferuje letni festiwal muzyczny. Czy raczej oferował. Teraz za równowartość kilkunastu tysięcy złotych można w nim uczestniczyć w strzeżonym namiocie z wygodami, a na koncerty latać helikopterem. Bo festiwalowi goście na Zachodzie starzeją się, a same imprezy ze zlotów freaków zmieniają w normalne, luksusowe wyjazdy turystyczne.

Było miło, jest milej

Kiedy Michael Eavis (wtedy 34 lata, dziś prawie 70) zakładał Glastonbury Festival na swojej farmie w Anglii, był rok 1970. Bilety kosztowały funta, w co wliczone było mleko od tutejszych krów – w dowolnych ilościach, pod warunkiem że wydoiło się samemu. 1,5 tysiąca osób zjechało tu między innymi po to, by zobaczyć Marca Bolana, a gdy mimo niskiej ceny pewnej grupki nie stać było na bilety, inni zrobili zrzutkę i uzbierali dla nich pieniądze.

Na tegoroczny festiwal bilety po 125 funtów (ponad sto tysięcy sztuk!) sprzedały się w trzy godziny. I to w niedzielę – czyli kupowano je przez Internet albo telefon, wyłącznie za pomocą kart kredytowych.

Dużo się zmieniło w czasie trzydziestu kilku lat letnich festiwali. Kiedyś na Glastonbury masowo wchodzili gapowicze, ale od kilku lat teren festiwalu ogradza wysoki płot i nikt się nie przeciśnie. 30 lat temu potrzeby załatwiano wyłącznie w okolicznych rowach. W tym roku toalety liczono w tysiącach. W środku papier i mydło z wodą. Podobnie na tym, jak i na innych festiwalach. Niegdyś przez pole namiotowe w Glastonbury paradował rano osobnik z torbą, rozdając ciastka z haszyszem. Dziś w duńskim Roskilde zobaczyć można taką scenę: dwóch chłopaków pali jointa, podchodzi do nich trzeci, młody, dobrze ubrany Skandynaw. „Mogę się zaciągnąć?” – pyta. „Jasne” – podają. Ten wciąga, oddaje i pyta: „Ile płacę?”.

Namiot z wygodami

Kiedy pole namiotowe „normalsów” na brytyjskim Glastonbury przeżywało w tym roku mały potop, kilkuset gości nowych wiosek luksusu spokojnie oddawało się masażowi albo brało gorącą kąpiel. Festiwalowi wyrośli bowiem nowi sąsiedzi – obozy dla starszych i bogatszych festiwalowiczów. Pierwszy, Camp Kerala, składał się z 50 „pięciogwiazdkowych” namiotów w stylu indyjskim w cenie apartamentu w drogim hotelu. Prawie wszystkie wynajęto mimo ceny sześciu tysięcy funtów za namiot. Restauracja serwowała śniadania, obsługa donosiła świeże ręczniki i kwiaty do wazonu, a w środku każdy gość znalazł dla siebie VIP-owski bilet na Glastonbury upoważniający do uniknięcia tłumu i wejścia „na tyły” festiwalu.

Dlaczego po prostu nie hotel? – Dzięki takiemu kształtowi obozu przestrzegamy pewnego etosu Glastonbury, festiwalu przyjaznego naturze – tłumaczy Jenny Lederman, prawniczka, która wpadła na pomysł, by założyć Camp Kerala. – Przyjechali do nas głównie ci ludzie, którzy byli w Glastonbury kilkanaście lat temu, a teraz odchowali już własne dzieci i mają trochę pieniędzy, ale są za starzy, żeby tarzać się w błocie – dodaje Jason Clark, menedżer przedsięwzięcia. Gośćmi byli w tym roku przedsiębiorcy internetowi i bankierzy, a wśród samochodów zaparkowanych pod obozem prasa z satysfakcją odnotowała ferrari i bentleye.

Obok pojawiła się jeszcze Windinglake Farm – z zestawem luksusowych przyczep (w każdej kuchenka mikrofalowa, odtwarzacz CD i lodówka) oraz średniowiecznych namiotów stylizowanych na epokę Robin Hooda (choć na pewno czystszych) i z wygodnymi, współczesnymi łóżkami. Od 1850 do 3000 funtów za trzydniowy okres festiwalu.

Na miejscu koktajlbar, restauracja, fryzjer i – co nie bez znaczenia – lądowisko dla helikopterów. Dzięki temu w parę minut można było dostać się na teren festiwalu, a do domu wrócić, unikając korków. Tu przeważali goście z przemysłu płytowego, choć byli i specjalni goście bogatych firm oraz ci najbardziej „dorobieni” spośród dawnych festiwalowiczów. I Paris Hilton.

Festiwalowa turystyka

Dostępne dla „normalsów” części Glastonbury i Roskilde też mają na miejscu bary z jedzeniem z całego świata: jest kuchnia afrykańska, przeróżne azjatyckie, jest jedzenie z Ameryki Południowej. Wybór większy niż w Warszawie na Marszałkowskiej. Oprócz muzyki znajdziemy na miejscu kabarety, teatry (na Glastonbury także cyrk i miejsce do wystąpień politycznych) oraz odczyty poezji. Są stanowiska do masażu i reiki. Mniejszych imprez na samych Wyspach Brytyjskich odbywa się latem kilkadziesiąt. W całej Europie – kilkaset.

– Kiedy wchodziłem w ten biznes w latach 70., nie do pomyślenia było, by na festiwale przyjeżdżał ktoś starszy niż w wieku 22–23 lat – mówi Melvin Benn, dyrektor festiwali w firmie Mean Fiddler (jeden z największych promotorów koncertowych w Wielkiej Brytanii). – Teraz wszystko się zmieniło: festiwal stał się niemal jak wyjazd wakacyjny. Zamiast jechać do Hiszpanii, ludzie biorą parę dni wolnego, by wyjechać na Glastonbury albo do Reading.

Krytycy zauważają, że festiwale straciły dawny etos. Roskilde to wprawdzie impreza charytatywna, ale eksponuje logo wielkich sponsorów. Glastonbury wspomaga organizacje pozarządowe, ekologiczne, ale i ten festiwal nie jest wolny od reklam. Piwo daje Budweiser, a jednym ze sponsorów jest telefoniczny Orange. To trend, który pod koniec lat 90. definitywnie odmienił letnie imprezy.

Multimilioner Richard Branson, właściciel firmy Virgin, założył wtedy własny V Festival, do dziś popularny i cieszący się opinią najbardziej „korporacyjnego” („Nawet toalety są tu czystsze” – wspomina jeden z odwiedzających). „V” ma się oczywiście kojarzyć z Virgin – jak Virgin Cola czy Virgin Mobiles. Cały festiwal to forma reklamy towaru. Firma piwna Carling ma aż dwa festiwale – w Leeds i Reading. To zgodne z polityką firmy – chce w ten sposób zjednać sobie „mężczyzn w wieku od 25 do 34 lat, których główne zainteresowania to futbol, muzyka, piwo i kobiety”. A badania dowiodły, że Brytyjczycy pytani o firmę, z którą kojarzy im się muzyka, częściej wymieniają Carling niż MTV.

Markomani

Na Rosklide koncern Tuborg ma oddzielne, ogrodzone pole namiotowe dla VIP-ów – tu impreza trwa od rana do nocy, a goście często w ogóle nie wychodzą na ten „właściwy” festiwal. Na niemieckim Melt! jest miniwioska Druma, a i Heineken Music Open’er, najbardziej europejska spośród tego typu imprez w Polsce, też ma specjalną strefę VIP-owską z darmowym piwem od sponsora.

Tegoroczny Melt!, średniej wielkości niemiecki festiwal (jeden z kilkudziesięciu w tym kraju), prawie w całości zbudowali sponsorzy. Sony sprowadziło wielkiego tira z ponad 20 stanowiskami PlayStation2 na pokładzie, a Samsung wybudował namiot z bezpłatnym Internetem i ustawił kilka „budek telefonicznych”, dzięki którym można było połączyć się z bliskimi. Na miejscu można było też dostać smycz reklamową E-plus (niemiecka telefonia komórkowa), paczkę Marlboro (po wypełnieniu kuponu i zaświadczeniu pełnoletności), paczkę tytoniu Drum z kompletem firmowych gadżetów. Piwo sponsorował Beck’s.

Na tym tle rozpoczynający się 5 sierpnia polski Przystanek Woodstock to wciąż impreza idealistyczna – bez sponsorów, z zakazem spożycia alkoholu mocniejszego niż piwo, z zastrzeżeniami w regulaminie: „Prosimy o zachowanie czystości wokół siebie i miejsca noclegu”, oraz uczestnikami, którzy namawiają się na wspólny wyjazd pociągiem, przypominając: „Nie zapomnijcie o srajtaśmie”.

I jedni, i drudzy oddalili się jednak od pierwotnej idei festiwalu, którą stworzyły w latach 60. amerykańskie Monterey czy Woodstock. Tam publiczność „poddała eksperymentowi model społeczeństwa, w którym panuje swoisty stan anarchii, pełnej podniecenia i pozbawionej norm”, jak pisze Gino Castaldo w historii rocka „Ziemia obiecana”. Nie dość, że nie było sponsorów, nie było też regulaminów, zakazów ani służb porządkowych. Ale to się już nie powtórzy.

Bartek Chaciński

Tekst opublikowany został w „Przekroju” w 2005 roku. Od tamtej pory dużo się zmieniło – ale kierunek zmian pozostał podobny…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s