Tom Waits: Człowiek wrzask

„Moim ulubieńcem był Kazik Staszewski. Dopóki nie poznałem Toma Waitsa” – napisał jeden z fanów obu artystów. Teraz Kazik sam nagrał piosenki Waitsa. Polaka znamy dobrze, ale prawdy o Amerykaninie nie zna nikt, bo cały jest kreacją.

„To fortepian jest pijany, nie ja!” – śpiewał Tom Waits głosem o barwie zepsutego tłumika samochodowego. Jest symbolem amerykańskiego włóczęgi, rynsztokowym poetą. Połykał insekty jako szaleniec Renfield na planie „Draculi” Coppoli, a w filmach Jima Jarmuscha był gwiazdą numer jeden. Nienawidzi, gdy ktoś mówi, że Rolf, pies pianista z „Muppet Show”, podejrzanie przypomina jego postać.

Zaczął od zmywania naczyń w pizzerii, potem pracował jako strażak, barman, rozwoziciel lodów, wykidajło, w myjni i w salonie jubilerskim. „Mam 24 lat, chociaż wyglądam na 47” – twierdził w latach 70. I było w tym sporo prawdy. Wydaje się jednak, że dzięki temu z biegiem czasu młodnieje, zamiast się starzeć. Za fasadą, którą przez lata budował, widać wrażliwego, rozsądnego człowieka, który dla swojej koncepcji sztuki gotów jest przez lata nosić ten sam wymięty kapelusz.

– W końcu stwierdziłem, że moje życie jest znacznie ważniejsze niż show-biznes – mówił ostatnio. Dlatego, gdy odwozi dzieci na koncert Blackalicious (amerykańska grupa hiphopowa), może tylko wysadzić je przed salą: – Gdybym wszedł do środka, czułyby się głupio.

Spóźniony bitnik

– Urodziłem się na terenie dziedzińca szpitalnego, na tylnym siedzeniu taksówki z wciąż bijącym licznikiem taryfy – opowiadał Waits autorowi swojej biografii. – Wychynąłem na świat cały zarośnięty i natychmiast chciałem się golić; krzyknąłem: „Na Times Square, gaz do dechy! ”.

W istocie przyszedł na świat w Pomonie w stanie Kalifornia w rodzinie dwojga nauczycieli. Co prawda ojciec grał na gitarze i uwielbiał meksykańskich mariachos, ale matka ceniła tylko pieśni kościelne, była bigotką – jak twierdzi Waits – i nienawidziła barów, a już szczególnie takich spelun, w których jej syn zaczął występować, jeszcze zanim wszedł w wiek, kiedy zgodnie z prawem można pić alkohol.

– Moje pierwsze wspomnienie związane z muzyką? – wspomina Waits. – Siedziałem w kościele, słuchając pieśni religijnych, i chciałem być gdzie indziej, na przykład w cukierni albo na grzbiecie wielbłąda.

Odkrył go w roku 1972 Herb Cohen, menedżer Franka Zappy, Captaina Beefhearta i Alice’a Coopera. Zwrócił na niego uwagę w jednym z klubów w Los Angeles. No, może nie tyle na samego wokalistę, ile na jego niezwykłe buty – tak głosi legenda.

Waits chwalił się, że przespał czasy lat 60. Nie odpowiadali mu hipisi, wolał wcześniejszych bitników i ich śladami jeździł po Ameryce. Bohaterami byli dla niego Jack Kerouac, Neal Cassady i William Burroughs. Kerouacowi poświęcił kilka piosenek w latach 70., z Burroughsem poznał się osobiście – pracowali wspólnie przy musicalu „The Black Rider” w roku 1989.

Ale, jak pisze Patrick Humphries, jego biograf, swoimi płytami Waits udowodnił, że jest „czymś więcej niż tylko kacem po latach 50.”. Jest też na pewno czymś więcej niż ścieżką dźwiękową do pełnych alkoholowo-seksualnych wyczynów książek Charlesa Bukowskiego. Choć tego ostatniego Waits przypominał nie tylko zamiłowaniem do burbona i kobiet lekkich obyczajów, ale też ekscentrycznym sposobem bycia i ciętym językiem. Kiedy ktoś z widowni go skrytykował, uciął: – Twoje opinie są jak dziura w dupie, koleś, każdy swoją ma.

Nie wrócił z piosenek

Teraz Waits to 53-letni facet. Żonaty, troje dzieci. Mieszka w małym miasteczku w Kalifornii, nikt nie wie gdzie. Ale też brukowce przestały się tym interesować, bo Waits artysta zlał się z tym prywatnym Waitsem. Wydaje się, że wciąż jest włóczęgą Ameryki, przesiadującym w barze poetą. Nikt nie chce wierzyć w spokojne życie na sielankowej kalifornijskiej prowincji. Większość życia spędził zresztą w Kalifornii, tylko w latach 80. mieszkał w Nowym Jorku, o którym mówił, że „jest jak wielki tonący okręt na środku oceanu, a ocean dookoła płonie”.

Waits wspomina, że najciekawsze były dla niego zawsze piosenki o umieraniu z miłości, o morderstwach, aktach wielkiej odwagi, napadach na bank itd. – Zawsze chciałem żyć w piosenkach i nigdy z nich nie wrócić – twierdzi. I udało mu się.

Nawet jako aktor Waits wykreował się na postać charakterystyczną – od czasu, gdy dla filmu odkrył go… Sylvester Stallone, dając mu rolę w filmie „Paradise Alley”. Potem występował między innymi u Francisa Forda Coppoli (dla którego skomponował również nominowany do Oscara soundtrack do „One From The Heart”), w filmie „Na skróty” Roberta Altmana, a dał się zapamiętać jako ulubieniec Jarmuscha (dla niego również pisał muzykę). Jarmusch chwalił umiejętności aktorskie Waitsa. – Tom lubi się przebierać – mówił półżartem. – W jego wypadku jest to o tyle uzasadnione, że ilekroć zmieni ubranie, staje się kimś zupełnie innym.

– Film to przede wszystkim długie oczekiwanie na swoją kwestię – podsumowywał swoją pracę w filmie Waits. – Tak naprawdę bierzesz pieniądze za to oczekiwanie, a grasz za darmo.

Przypowieść o butach

W filmie „Poza prawem” Jarmuscha, gdzie grał u boku Roberta Benigniego jedną z głównych ról, kochanka wyrzuca go z mieszkania, po czym rzuca za nim przez okno jego ekstrawaganckie, choć mocno podniszczone buty. To nie przypadek. Kiedyś Waits opowiadał, że buty są najlepszą metaforą życia. Wystarczy spojrzeć na podeszwy butów i obejrzeć, w jaki sposób zostały wytarte – to dokument naszych życiowych podróży.

– Jeśli masz nudne życie, to na pewno twoje podeszwy o tym powiedzą – mówił. – Chcesz coś zmienić? Wyrzuć stare buty i wypróbuj parę innych, które zużywać się będą inaczej.

Przemiana polega na tym, że od początku lat 80. największe znaczenie w życiu Waitsa ma… żona. Kathleen Brennan, dramatopisarka, którą poznał na planie „One From The Heart” Coppoli. Gdy się spotkali, był 30-latkiem z narastającym problemem alkoholowym (który opisywał w piosence: „Nie mam problemu z alkoholem, chyba że nie mogę dostać drinka”). Brennan od razu stała się cichą współautorką tekstów jego piosenek, a z czasem oficjalną współpracowniczką, wreszcie nawet współproducentką. Przy okazji: to ona z ich dwojga czyta nuty, gra na fortepianie, ma licencję pilota i potrafi naprawić motocykl. – Ja jestem Ingrid Bergman – żartuje Waits o swoim związku. – A ona jest Bogartem.

Waits rzucił palenie i przeniósł się do Nowego Jorku. Muzycznie od płyty „Swordfishtrombones” (pierwsze nowe piosenki nagrane po ślubie) jego muzyka stała się bardziej złożona. Teksty przestały kreślić monotonne obrazy klęsk miłosnych i ich alkoholowej terapii – pojawiły się niewiarygodne historie ludzkie, którymi rządzi przypadek, czasem Bóg, a drobne problemy doprowadzają ich do ostateczności. Wątki religijne i apokaliptyczne też być może zjawiły się dzięki Kathleen. Ona też spowodowała, że więcej czasu Tom spędzał jako autor soundtracków i aktor. Jednocześnie Waitsa zaczęła doceniać poważna krytyka muzyczna, już nie tylko za image i teksty. To zaowocowało nagrodą Grammy zdobytą w roku 1992 za „Bone Machine”. – Koniec świata to wspaniały temat na piosenkę – tłumaczył. – W końcu piosenki umrą w tym samym momencie co świat.

Waits, o którym uważa się powszechnie, że od lat jest taki sam, często opowiada o konieczności zmian. – Musisz być cały czas w ruchu – mówił kiedyś. – Przecież jeszcze żaden pies nie obsikał jadącego samochodu.

Piosenki z drugiej ręki

Z kolei o piosenkach Waits mawia: – Zużywają się zupełnie jak ubranie. Chodziłeś w czymś, wyrosłeś z tego i już nie założysz. Wyrzuć więc albo podaruj komuś innemu.

Jego piosenki śpiewali już między innymi: Bruce Springsteen, Marianne Faithfull, Tim Buckley, Paul Young i Rod Stewart, większość gorzej od autora. Płyta Kazika to nawet nie pierwsze wykonanie Waitsa po polsku –10 lat temu kilka jego piosenek nagrał Mariusz Lubomski. To jednak pierwszy „autoryzowany” przekład. Uzyskał ponoć akceptację samego Waitsa, co nie dziwi, bo stosunek artysty do reinterpretacji jego piosenek jest bardzo otwarty: – To świetnie, że piosenki są śpiewane na nowo przez różnych wykonawców, różne głosy. 35 lat temu istniało tylko to – jedni pisali piosenki, a inni je wykonywali. Wokaliści-songwriterzy, którzy sami pisali sobie piosenki, praktycznie nie istnieli! Jest to więc wielka tradycja i jedyny sposób, by piosenka mogła żyć własnym życiem, istnieć dalej, kiedy jej wykonawca nie będzie już aktywny…

Z kolei dla Kazika po jego wersjach piosenek Kurta Weilla był to kolejny logiczny krok, choć tym razem krok bardzo ryzykowny. Polski wokalista pominął więc na swojej płycie wiele flagowych songów Waitsa, choćby „The Piano Has Been Drinking (Not Me)”, „Tom Traubert’s Blues” czy „Ol’ 55”.

Najbardziej myliłby się bowiem ten, kto uznałby, że poza chrapliwym głosem Waitsa nie ma w tej muzyce nic oryginalnego. Że to ballady, które zaśpiewać może ktokolwiek. Przeciwnie – od 20 lat Waits nagrywa z najlepszymi amerykańskimi muzykami, od lat dba też, żeby w każdym utworze wykreować specjalną dźwiękową przestrzeń, i słychać w nich czasem dym i kurz, słychać opary alkoholu, całość wyprodukowana jest w sposób wizjonerski. Waits miesza wpływy muzyki czarnych, rhythm and bluesa, z jazzem oraz weillowską balladą, muzyką teatralną, wodewilową, wręcz cyrkową.

– Muzyka czarnych to prawdziwy fundament amerykańskiej kultury – mówił. – Narodziła się ze smutku naszego kraju. Dla młodego białego poczuć się blisko tej tradycji to naprawdę coś.

Waits chce osiągnąć efekt przeciwny do tego, którego szuka przemysł pop – chce robić muzykę pełną brudu, przypadkowego hałasu, brzmiącą staroświecko, jak ze starej płyty. Używa więc starego sprzętu, śpiewa przez megafon, produkuje wzorem radia efekty dźwiękowe w starym stylu. „Innoncent When You Dream (78)” (Kazik wykonuje to jako „Niewinna, kiedy śpisz”) w jego wersji brzmi, jakby naprawdę brzmiała ze starej, zniszczonej płyty na 78 obrotów, podczas gdy nagrano ją w końcu lat 80. Starał się świadomie postarzać swoje piosenki.

Gdy przyjechał trzy lata temu na koncert do Polski, na scenie w Sali Kongresowej ustawiono mu mały podest z desek, które wydawały się stare i zakurzone. I kiedy wybijał nogami rytm, ten kurz wznosił się w powietrze.

Woyzeck i Alicja

Podczas pobytu w Polsce na podręczny dyktafon nagrywał odgłosy budowy, które przeszkadzały mu spać w jego drogim pokoju hotelowym – później odtwarzał je na scenie. Zawsze ma też przy sobie notes, w którym kiedyś zapisywał rozmowy barowych gości, a teraz pilnie notuje wszystkie ciekawostki z otaczającego go świata – na przykład to, że miód to jedyny produkt żywnościowy, który się nie psuje, albo że w Arizonie zakazano prawnie polowań na wielbłądy, a karaluch może żyć parę tygodni po obcięciu mu głowy.

Od czasów „Bone Machine” prowadzi spokojne życie. Może sobie na to pozwolić, skoro w roku 1990 wygrał 2,6 miliona dolarów w procesie przeciwko Frito-Lay o splagiatowanie jego piosenki w reklamie chipsów. Płyty wydaje ostatnio dla małej, niezależnej firmy Epitaph. Rok temu pojawiły się aż dwa albumy naraz. Oba zawierały muzykę do spektakli teatralnych przygotowywanych wspólnie z Kathleen i słynnym reżyserem Robertem Wilsonem. Krzykliwy „Blood Money” zawierał piosenki do Wilsonowskiej adaptacji „Woyzecka”. Drugi, „Alice”, to muzyczna opowieść Alice Liddell – małej dziewczynki, która stała się muzą, a potem obsesją dla dorosłego pisarza i profesora z Oksfordu Lewisa Carrolla, autora „Alicji w krainie czarów”.

Ten drugi to jeden z lepszych albumów Waitsa w ogóle. Nie było jednak żadnej trasy koncertowej, a artysta udzielił ledwie kilku wywiadów. Wydaje się coraz bardziej skoncentrowany na rodzinie, chociaż publicznego wizerunku nie zmienił – na zdjęciach dalej ma wielkie, pokryte kurzem buty i zniszczony kapelusz. Ironizuje, snując fantazje na temat własnej śmierci: „Umarł dziś, jak wiele postaci z jego piosenek, w rynsztoku. Jego zmięty kapelusz nasunięty był na głowę, a w plecach tkwił nóż. Krew płynęła strumieniem, mieszając się z deszczówką. Choć opuścił nas, zostaną z nami jego piosenki. Pochowano go wczesnym rankiem. Muzyki, którą grano na pogrzebie, nie chciałby słuchać. Były organy i marny chór, a ksiądz nie miał wiele do powiedzenia w kazaniu, bo nie znał nieboszczyka. Kiedy już wszystko się skończyło, zaczął padać deszcz”.

Bartek Chaciński

Tekst opublikowany wiosną 2003 roku.

One response to “Tom Waits: Człowiek wrzask

  1. Pingback: Mistrz świata zadupia | Polifonia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s