Terry Pratchett: Jestem śmieszny, ale poważny

Rozmowa z Terrym Pratchettem, brytyjskim pisarzem tworzącym parodie literatury fantastyczno-naukowej i fantasy, autorem drukowanego w Polsce cyklu „Świat Dysku” oraz wielu innych tytułów, m.in. „Tylko ty możesz uratować ludzkość”, „Dywan” i „Nomów Księga Wyjścia”. Przeprowadzona przy okazji promocji tej ostatniej książki – w 1998 roku.

Skąd bierze Pan tak szalone pomysły, jak ten, który legł u podstaw „Świata Dysku”?

Terry Pratchett: – Pomysły biorę z naszego świata. Idea tego, że Ziemia jest płaska i niesiona jest na grzbiecie wielkiego żółwia to jeden z najstarszych wspólnych mitów ludzkości. Nie musiałem tego wymyślać – wystarczyło pamiętać.

Cykl „Świat Dysku” należy do tradycji angielskiego humoru. Wydaje mi się, że coś takiego nie mogłoby powstać w Ameryce.

– Specyfika tego humoru jest taka, że Anglicy do humoru podchodzą bardzo poważnie. Większość żartów, które spotkać można Świata Dysku, bierze się stąd, że traktuje się tam poważnie pewne sprawy, które dla nas są całkiem niepoważne.

Dzieci częściej sięgają teraz po gry wideo niż po książki. Czy cykl o Johnnym (rozpoczęty książką „Tylko ty możesz uratować ludzkość”) był próbą trafienia do tego właśnie pokolenia wideo?

– Dzieci, które czytają książki, zawsze je czytały, a te, które ich nie czytają, nigdy po nie nie sięgały. Po prostu 20-30 lat temu te nieczytające dzieci po prostu grały w piłkę na ulicy lub robiły coś podobnego. A jeżeli dzieci nie czytają książek, to w porządku – świat zawsze będzie potrzebował ludzi do mycia podłóg.

Jakie pozycje z klasyki literackiej poleciłby Pan tym właśnie dzieciom?

– Nie czytam już tak wielu książek jak kiedyś, a poza tym klasyczne pozycje rzadko bywają zabawne. Więc jedno, co mogę polecić dzieciom, to aby trzymały się z dala od tak zwanej klasyki dziecięcej. Istnieje tradycja pisania książek dla dzieci o problemach wielkich miast, zatrucia, rozwodu rodziców i innych spraw tegtypu. Tymczasem jeśli ktoś sam żyje w wielkim mieście i rodzice mu się rozwodzą, nie będzie chciał o tym czytać! Będzie czytał fantasy!

Jest Pan w Polsce już drugi raz. Czy jakiś element z naszego życia również znajdzie się w kolejnej książce ze „Świata Dysku”?

– Tak. Jadłem raz coś, co przedstawiono mi jako „typowy polski posiłek”. I na przystawkę dostałem danie, które składało się tylko z tłuszczu. Wielki kawał tłuszczu. Po prostu tłuszcz! Drobne kawałki mięsa pływające w tłuszczu, przyprawione jeszcze odrobiną tłuszczu. Myślę, że to niezły pomysł do „Świata Dysku”.

To pewnie był smalec. Smarujemy tym chleb. A przy okazji – czy nie boi się Pan tego, że pisarze poważnej fantasy odbiorą Panu chleb? Fantasy staje się powoli parodią samej siebie…

– Myślę, że myli się pan, oceniając, że ja nie jestem pisarzem poważnej fantasy. Przeciwieństwem bycia poważnym nie jest bycie śmiesznym, tylko bycie niepoważnym. Przeciwieństwo bycia śmiesznym to z kolei bycie nieśmiesznym. I można być poważnym i śmiesznym zarazem. Na przykład politycy są w większości niepoważni i śmieszni jednocześnie. Można więc pisać książki, które będą zarazem poważne i śmieszne.

A miałby Pan ochotę w takim razie napisać kiedyś nieśmieszną książkę?

– Pisanie zabawnych książek jest trudniejsze od pisania tych nieśmiesznych. A zarazem wszyscy pytają autorów zabawnych książek, czy chcieliby napisać jakąś mniej zabawną. Podczas gdy nikt nie pyta śmiertelnie poważnych autorów, czy nie chcieliby czasem napisać czegoś zabawniejszego.

Może dlatego, że za zabawną książkę nie można dostać Nagrody Nobla?

To już nie problem autorów, ale raczej problem tych, którzy przyznają tę nagrodę. To bardzo poważni ludzie, a poważni ludzie nie lubią śmiechu, bo często im się wydaje, że to z nich się ktoś śmieje.

W swoich książkach lubi Pan występować w roli stwórcy. Co by Pan zmienił w naszym świecie, gdyby był on pańską książką?

– Nic. Istoty ludzkie przetrwają lub nie, zależnie od tego, co zrobią. Najmniej potrzeba nam bogów, którzy wtrącaliby się do tego. Potrzeba nam tylko inteligencji i wyobraźni.

W książkach o Nomach, ośmieszając religijne mity, balansuje Pan na granicy obrazy. Jak utrzymać się na tej granicy?

– Nomowie to, podobnie jak ludzie, bardzo proste istoty i są skłonni dopisywać ponadnaturalne znaczenie różnym rzeczom, które ich otaczają. Często robią to zupełnie błędnie. Trzeba odrobiny odwagi, by przyznać się, że to, co do tej pory wyznawaliśmy, było błędne. Kiedyś na przykład torturowaliśmy w imię religii niewinnych ludzi, by potem przekonać się, że to prawdopodobnnie jest to, czego Bóg chce najbardziej. Nomowie również cały czas starają się odkryć prawdę. Jeden z nich na przykład święcie wierzy w prawdę – lecz nie jest to ani trochę bardziej racjonalne niż absurdalna święta wiara w dotychczasowego Boga Supermark, którego wyznają Nomowie. Nie można bezkrytycznie wierzyć w cokolwiek. Nie sądzę, by była to książka antyreligijna. Lecz niestety, wiara to jeszcze nie wszystko. A humor może doskonale złagodzić obrazę. Użyję porównania: jeśli powaga wali do drzwi, to prześlizguje się przez dziurkę od klucza.

To chyba najpoważniejsza Pana książka…

Tak bym to ocenił.

Rozmawiał Bartłomiej Chaciński

Rozmowa odbyła się w roku 1998 i była drukowana w „Expressie Wieczornym”

One response to “Terry Pratchett: Jestem śmieszny, ale poważny

  1. Pingback: Prawie wszystko to robiłem 17 lat temu | Polifonia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s