William S. Burroughs: Konserwatysta na heroinie

Mówiono często, że William S. Burroughs jest dowodem na to, jak można spróbować wszystkich znanych narkotyków i przeżyć. Jednak do czasu. Rozmawiał o tym sam ze sobą na płycie “Dead City Radio”, na której osobiście czytał swoje teksty:

– Śmierć potrzebuje czasu tak, jak ćpun towaru.

– A po co śmierci ten czas?

– Odpowiedź jest prosta. Śmierć potrzebuje czasu, żeby to, co ma zabić, dojrzało.

Burroughs zmarł nagle, w sobotnią noc 2 sierpnia 1997 roku, na zawał serca. Rewolucjonista, pedał, ćpun, pisarz, poeta, aktor, filozof, malarz, “deratyzator” i prywatny detektyw. Przeżył 83 lata, jako zasuszony, lecz postawny mężczyzna, w nieodłącznym garniturze, krawacie i kapeluszu. Nietypowy wygląd, jak na człowieka, który przeżył piętnaście lat w narkotykowym ciągu. Ale z drugiej strony wyobraźcie sobie, że ten sam facet, autor “Ćpuna” i “Nagiego lunchu”, mógłby przecież być waszym dziadkiem…

Narkoman dobrze ułożony

Jako syn dużego przedsiębiorcy, Burroughs mógł sobie pozwolić na życie w kręgach nowojorskiej bohemy artystycznej. Dzięki temu poznał w latach czterdziestych poetę Allena Ginsberga, pisarza Jacka Kerouaca i malarza Briona Gysina (patrz: “Plastik” nr 6). Dzięki temu również zaprzyjaźnił się z Herbertem Huncke, który wprowadził go w nałóg heroinowy. Dla absolwenta antropologii na Harvardzie, którym był Burroughs, było to po prostu ciekawe doświadczenie. Przerodziło się ono jednak w kilkunastoletni romans z narkotykami. Skłoniony przez władze do opuszczenia Nowego Jorku, mieszkał później w Meksyku, a następnie – w Tangerze, gdzie ówcześni narkomani mieli dla siebie prawdziwy raj. Tam właśnie Burroughs zaczął pisać “Nagi lunch” – swoją najsłynniejszą powieść. Najpierw liczyła sobie ona ponad tysiąc stron tekstu – głównie narkotycznych majaków przelanych na papier w delirium. Przed jej wydaniem Burroughs całość poszatkował i skrócił, co pozostawiło mu materiał na dwie następne książki. Wszystko to opublikował już w Paryżu, razem z Gysinem opracowując nową pisarską metodę – cut-up, a przy okazji lecząc się z nałogu.

Słynny “List Mistrza Narkomanii”, wysłany do “The Biritish Journal of Addiction” przez Burroughsa już po kuracji odwykowej, informuje dokładnie, co brał pisarz i w jakich ilościach. “Zażywałem tak zwane narkotyki przez dwadzieścia pięć lat” – pisał Burroughs. – “Niektóre z nich wywołują uzależnienie, większość nie”.

Burroughsa interesowały głównie te, które rzeczywiście, fizycznie uzależniały. Był wzburzony, kiedy mianem nałogu określano jedzenie cukierków albo picie kawy.

– Całe doświadczenie związane z nałogiem i odwykiem zmienia w pewien sposób ludzi – mówił. – Odnosi się wrażenie, że było się przez długi czas w więzieniu.

Ćpun przed telewizorem

Timothy Leary mówił o terapeutycznych efektach zażywania “miękkich” narkotyków. Philip K. Dick o tym, że wywołują objawy bliskie schizofrenii. Burroughs natomiast w jednym i drugim dostrzegał zupełnie inne znaczenie.

– Sam fakt bycia w nałogu przynosi człowiekowi zetknięcie z pewnymi fundamentalnymi zasadami – mówił w jednym z wywiadów. – Jest coś, czemu nie można zaprzeczyć. Przynoszą poczucie rzeczywistości, którego być może bez nich by się nie miało. Zawsze mówiłem, że gdyby schizofrenika uzależnić od opium, to pewnie wyszedłby za swojej katatonii. Musiałby stać mocno na ziemi, co najmniej na tyle, by był w stanie zdobyć towar i go użyć.

Zarazem jednak podkreślał, że narkomani są najnudniejszą grupą ludzi, jakich kiedykolwiek spotkał w swoim życiu. Potrafią siedzieć i gapić się godzinami w telewizor.

– Mają jednościeżkowy umysł – podsumowuje. – Jak kiedyś powiedziała Billie Holiday: uświadomiła sobie, że jest już wyleczona z nałogu, kiedy przestała wpatrywać się w telewizor.

Trudno napisać podręcznik szkolny odstraszający od narkotyków bardziej niż “Ćpun” – autobiografia Burroughsa z heroinowego okresu. “Opiaty nie są ‘dobrym kopem’” – czytamy w niej. – “W opiatach istotne dla narkomana jest to, że powodują uzależnienie. Nikt nie wie, czym są opiaty, póki nie zazna głodu”.

I dalej, w rozmowie Williama Lee (stałe alter ego Burroughsa) z psychiatrą:

– Panie Lee, jak się panu zdaje, dlaczego potrzebuje pan narkotyków?

– Potrzebuję ich, żeby rano wstać z łóżka, ogolić się i zjeść śniadanie.

Chemiczny supermarket

Neuronauci, współcześni eksperymentatorzy w dziedzinie środków halucynogennych, wypytywali często Burroughsa o jego doświadczenia. On jednak okazywał się zupełnie niezdolny do adaptacji do nowych warunków na narkotycznym rynku, tak samo jak w całej technokulturze. Co prawda przewidywał w 1970 roku nadejście elektronicznej rewolucji (szkic “Electronic Revolution”, nie publikowany dotąd w Polsce), lecz dostrzegał raczej jej złe niż dobre strony. Ostrzegał przed sposobami manipulowania ludźmi, jakie może przynieść elektronika. W przeciwieństwie do technoentuzjastów pokroju Leary’ego, Burroughs był zwolennikiem starych dobrych czasów “przedwojnia”, liberalizmu w dziedzinie kontroli narkotyków (do 1914 roku nawet opium było w Ameryce całkowicie legalne) i państwa-minimum.

Chemiczny supermarket czasów współczesnych to dla Burroughsa, heroinowego konserwatysty, kosztowny zbytek.

Zapytany o speed, odpowiadał: – Tak, brałem. Ale kiedy robiłem to samemu, stawałem się zbyt nerwowy.

Podobnie z LSD, o którym nigdy nie miał najlepszego mniemania:

– Nie lubię żadnych silnych środków psychodelicznych. Próbowałem LSD i po prostu go nienawidzę. Sprawia, że staję się nerwowy. Mam wtedy kiepską koordynację i metaliczny smak w ustach. Nie ma w tym nic, co bym lubił. Brałem też meskalinę i psylocybinę. Jedyny z tych środków, jaki byłem skłonny brać z konsekwencją, to trawka.

– Jest jeden interesujący środek, yage, ale nie mogłem go zdobyć od czasu, gdy wyjechałem z Ameryki Południowej.

Wyprawę po yage opisał w jednej z pierwszych książek, powieści “Pedał”, która jednak zbyt mocno obrażała w latach sześćdziesiątych moralność mieszczańską, by ktokolwiek był skłonny ją wydać. Opublikowana została dopiero w roku 1985 (w Polsce – w 1993, nakładem Phantom Press).

Telepatyczna proza

Z yage wyodrębniono kiedyś chemiczną substancję o nazwie “telepatyna”. Jej działanie potwierdzał Burroughs, przypominając, że wciąż jeszcze używają tego narkotyku szamani. Twierdzą oni, że zwiększa ich moce, pozwala im na przykład odnajdować zagubione przedmioty.

– Moce, jakie mają szamani, nie robią na mnie wielkiego wrażenia – komentował autor “Nagiego lunchu”. – Każdy ma czasem doświadczenia związane z telepatią. To nie jest nic rzadkiego, raczej integralna część naszego życia. Być może te zdolności są tylko w pewnym stopniu zwiększane dzięki środkom poszerzającym świadomość.

Burroughs twierdził, że jego pisarstwo, w którym wykorzystywał wspomnianą już metodę cut-up (czyli ciął tekst na “plasterki” wielkości akapitów bądź pojedynczych zdań, a potem układał je w innej kolejności), również korzysta z powszechności telepatii, jasnowidzenia i zjawisk takich jak “déja-vu”. Dzięki temu, że wydarzenia teraźniejsze są przeplatane przeszłymi i przeszłymi, zyskujemy – zdaniem Burroughsa – normalny tok myślenia człowieka, który nigdy nie skupia się wyłącznie na chwili obecnej.

Najczęściej zadawano Burroughsowi pytanie o to, jaką rolę odegrały narkotyki w jego pisarskiej karierze.

– Moje doświadczenia narkomana były na tym polu bardzo pożyteczne – zwykł odpowiadać. – Nałóg, a potem kuracja odwykowa pozwoliły mi poznać różne formy uzależnień. To mnóstwo materiału, z którego pisarz może skorzystać, podczas gdy ktoś inny tylko by z tego powodu ucierpiał. Z tym że były doświadczenia nieprzyjemne – to po pierwsze. Po drugie zaś, bardzo nudne.

Nie ma przyszłości?

Nie zmienia to faktu, że te niemiłe doświadczenia pozwoliły Burroughsowi zebrać materiał do większości swoich powieści. Dopiero w latach siedemdziesiątych uwolnił się od tematyki związanej z narkotykami, zaczynając pisać prace z pogranicza filozoficznej powiastki i komentarza politycznego (przykładem jest wydany w Polsce “Cień szansy” – opowieść o utopijnym społeczeństwie zbudowanym przez francuskiego pirata morskiego w XVIII wieku na Madagaskarze). To z kolei zaskarbiło mu sympatię punków. Nie znaczy to, że Burroughs wyrażał się ze szczególną sympatią o nich (“Kiedy masz prawo powiedzieć NO FUTURE, znaczy to tylko, że żyjesz w dostatnim społeczeństwie. Punk to tylko kolejny ruch powstały w łonie społeczeństwa dobrobytu” – mówił. – “Ludzie w krajach naprawdę biednych, jak Maroko, nie mają czasu na takie rzeczy; ich jedyna perspektywa to życie z dnia na dzień, a brak przyszłości jest dla nich jak akt łaski”). Zresztą w ogóle był krytykancki wobec prawie wszystkiego, co się dzieje w czasach współczesnych. “Nie sądzę, byśmy podążali w jakimś innym kierunku niż wstecz” – mawiał.

Szczególnie naraził się kobietom, o których pisał źle, albo wcale. Na początku lat 90. istniał nawet fanzin, którego autorzy za jedyny cel postawili sobie obrażanie czytelniczek co pikantniejszymi cytatami z Burroughsa.

Nie lubił mieszkać w obcych krajach (chociaż przez dużą część życia musiał), gdzie zawsze odczuwał coś w rodzaju ksenofobii. Nienawidził samochodów i w ogóle pokonywania długich dystansów. Wolał piesze spacery. Swoisty konserwatyzm eksponował nawet przez staroświecki ubiór.

Były jednak dwie rzeczy, które nie czyniły z niego potencjalnego członka Partii Konserwatywnej. Po pierwsze, jak twierdził, “Ameryka znaczyła dla niego tyle co nic”. Po drugie, bywał niekonsekwentny w swych poglądach i nowoczesność czasami zdawała się go fascynować. Spytano go kiedyś, czy chciałby polecieć w kosmos:

– Co? O, tak. Pewnie.

Kiedy będę martwy, śmierć stanie się morzem nasionem, z którego wyrosnę” – mówił Burroughs na “Dead City Radio”.

Bartek Chaciński (jako Alek Filaszkiewicz)

pisane dla magazynu “Plastik”, październik 1997

8 responses to “William S. Burroughs: Konserwatysta na heroinie

  1. Łukasz Bińkowski

    Toż to dandyczny konserwatyzm godny Alfreda Jarry’ego.
    Eksperymenty z narkotykami,totalna osobność, odgrodzenie od wpółczesnego świata ideii, wyobraznia ktora prowadzi ku przestrzeniom tylez pobudzającym co bolesnym, wewnętzrna emigracja.
    Michael Oakeshott pisał o konserwatystach i ich bolesnej egzystencji: „Nie ma portu, w którym można się schronić ani gruntu dla zarzucenia kotwicy. Możemy uczynić tylko jedno, a mianowicie utrzymać statek na pełnym morzu”.
    Historia bitników daje wiele przykładów tej straceńczej i pesymistycznej wizji.
    Jak wzywał Brzozowski- trzeba zyc bez prawdziwie, bez złudzeń i bez nadzieji.
    A przeciez jest jeszcze Ernst Junger i jego ” Na marmurowych skałach”- porywający opis degeneracji egzystencji w obliczu rozpędzającej się nowoczesności.
    Paradoksalnie to zabrzmi, ale czy ideolog niemieckiej rewolucji konserwatywnej nie jest czasem prekursorem Burroughs’a?
    Pewnie to tylko prowokacja ale jakże intrygujaca :]

  2. Timothy Leary mówił o terapeutycznych efektach zażywania “miękkich” narkotyków. Philip K. Dick o tym, że wywołują objawy bliskie schizofrenii. Burroughs natomiast w jednym i drugim dostrzegał zupełnie inne znaczenie.

    Drogi niedoinformowany kolego, zwróć że łaskawie uwagę, że SAM BURROUGHS WŁAŚNIE O KFASIE PISAŁ JAKO NIEUZALEŻNIĄJCYM I NIE PRZEINACZAJ TEGO, CO FACET MIAŁ NA MYŚLI dziękuję za uwagę, o kwiaty, nie trzeba było.

  3. @Jaś –> a gdzie tu masz o uzależnieniu od kwasu, drogi kolego? Jest tylko o tym, że Burroughs kwasu nie lubił. Skądinąd LSD – sprawa wielokrotnie opisana (vide brytyjski raport z 2007 roku) – jest jedną z mniej uzależniających substancji wśród tzw. używek.
    Jeszcze raz proponuję, ale ze zrozumieniem zamiast między wierszami…😉

  4. No dobsz, być może mi się popierdoliło, a Ty napisałeś wewporządku. To jest zapewne wysoce możliwe, no, przepraszam. Tylko to zlanie poglądów Dicka i Leary’ego dotyczące efektów, jakie dają miękkie natkotyki i potem bum – wypowiedź kolesia o nałogu opiumoidowym tak na mnie podziałało. Chowam ogon i odszczekuję.

  5. konserwatywny jesli chodzi o ubieranie sie, ale niewiele wiecej. politycznie raczej trzymal z ‚dolem spolecznym’, zapraszam tez do swojego tekstu o Lunchu na blogu, pozdro

  6. Maciej Lorenc

    „When I become Death, Death is the seed from which I grow”, o morzu nic nie mówił (proszę nie mylić słowa „seed” z „sea”)😉

  7. @Maciej Lorenc –> Dzięki – istotnie, w czasach, gdy to powstawało, spisywałem rzecz ze słuchu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s