Totalitaryzm wspomagany: Narkotyki i fantastyka

<!– @page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm } P { margin-bottom: 0.21cm } –>

Większość z przepowiedni Złotego Wieku fantastyki się nie sprawdziła. Nie było nas na Marsie, nie podróżujemy w czasie ani nie porozumiewamy się telepatycznie. Jak się okazało, najbliżej do ziszczenia ponurym wizjom przyszłości, kreślonym na kartach dwudziestowiecznych antyutopii. I o ile wraz z polityczną odwilżą totalitarne wizje Orwellowskie straszą nieco mniej niż przed laty, o tyle “Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya, karykatura zmutowanego społeczeństwa dobrobytu, bardzo zyskał ostatnio na aktualności. Podobnie jak powieści Dicka i Lema, ale wcześniej od nich, straszył wizją dobrowolnej ucieczki od wolności pod skrzydła opiekuńczego państwa, które karmi swoich obywateli szczęściem w kapsułkach. Pod skrzydła państwa-dealera, którego doktrynę dla wygody pozwolę sobie nazwać “totalitaryzmem wspomaganym”.

Co prawda ustrój taki jeszcze nie zaistniał (choć jeśli nawet by zaistniał, i tak pewnie byśmy nie zdawali sobie z tego sprawy), ale jest dla niego doskonałe podłoże. Z jednej strony komercjalizuje się kultura New Age, z drugiej – na jej obrzeżach wyrastają takie nurty jak “techno” – multimedialne widowiska masowe (z akcentem na to ostatnie słowo), pojawili się “neuronauci” – współcześni ćpuni i związane z nimi “smart drugs”, narkotyki powstałe jako uboczne produkty badań laboratoryjnych. “‘Smart drugs’ są oznaką ‘higienizacji’ tzw. kultury narkotyków, jej połączenia z kultem zdrowia i doskonalenia, i przejawem charakterystycznego dla New Age eksperymentatorstwa”(1) – czytamy w “Słowniku pojęć kultury postmodernistycznej”. Obok “higienizacji” mamy zaś przewrotną kampanię antynarkotykową, której blisko do przesłania filmu “Trainspotting”: “narkotyki to dno, ale i tak w życiu nie ma nic lepszego”. Może by tak więc je zalegalizować i dystrybucję powierzyć państwu na zasadzie zbliżonej do przynoszącego krocie monopolu alkoholowego? – pytają co bardziej śmiali i co mniej oczytani w fantastyce.

Kreowanie rzeczywistości

To pierwsza sfera działalności państwa-dealera. Zamiast obskurnych, industrialnych dzielnic robotniczych, pokazać ludziom czyste promenady i wytworne restauracje. Sprawić, żeby zamiast ziemniaków ze słoniną poczuli smak homara. Dać im wirtualny seks z Marilyn Monroe i cotygodniowe senne wycieczki na Hawaje, a jednocześnie zdezorientować do tego stopnia, by nie wiedzieli, gdzie kończy się sen, a zaczyna – jak to ujął Edgar Allan Poe – “sen we śnie”.

Taką sytuację prezentuje Stanisław Lem w “Kongresie Futurologicznym”. Rozpylanie w powietrzu bądź rozpuszczanie w wodzie substancji halucynogennych to pomysł nienowy, jednak przez Lema wykorzystany do maksimum. Również na nim oparte są osławione “Sex Wars” – inny sposób kreowania świata, tym razem poprzez chemiczne zmniejszanie płodności. Co ciekawe, zarówno w pierwszym, jak i w drugim przypadku dyskusyjny może być osąd moralny działań państwa. Ci, dla których najważniejszą wartością jest prawda, będą takie metody krytykować, lecz pochwalą je hedoniści – bo aby dlaczego nie dać ludziom tego, o czym marzą, w zamian za odrobinę pracy i posłuszeństwa? Podobnie z opowiadaniem “Nie mam ust, a muszę krzyczeć” Harlana Ellisona. Przedstawiona w nim wizja karania zbrodniarzy torturami zadawanymi im w przestrzeni wirtualnej nie jest jednoznacznie naganna moralnie. Wręcz przeciwnie – pragmatyk dostrzeże w niej epokową szansę dla przeciążonego więziennictwa. Generujemy w głowie bandyty średniowieczne realia, w których doznaje rozkoszy łamania kołem i przypiekania nad otwartym ogniem. I nie ważne, czy wrażenie takiego świata wytwarzamy mu elektronicznie, czy za pomocą narkotyków – nie na darmo Gibsonowski termin “neuromancer” brzmi podobnie do współczesnego “neuronauty” – narkotykowego eksperymentatora, który otwiera “wrota percepcji”, aplikując sobie substancje psychotropowe. Środki nie są nawjażniejsze – totalitaryzmowi wspomaganemu przyświeca motto znane z filmowego “Nagiego lunchu” Cronenberga: “Nic nie jest prawdą; wszystko jest dozwolone”.

Praca czyni wolnym

Oczywiście, parafrazując ekonomiczne założenie “nie ma darmowych obiadów”, stwierdzić można, że wirtualnych uciech gratis też nikt nam nie przysporzy. A już tym bardziej państwo, które – jak uczy historia – nie zalicza się do instytucji charytatywnych.

Przyzwyczajono nas sądzić, że kto się szprycuje, ten się pracą nie hańbi. Otóż nie jest to wcale oczywiste. Twarde, doprowadzające do fizycznego uzależnienia narkotyki, działają może rozluźniająco, ale głód narkotyczny okazuje się służyć czasem za bodziec mobilizujący. Już Baudelaire, opisując XIX-wieczną rzeczywistość w swoim traktacie “Sztuczne raje”, postrzegał narkomanię nie tylko jako chorobę pasożytniczej arystokracji. “Zwyczaj zażywania opium dotarł także do najniższych warstw społeczeństwa: w Manchester, w sobotę po południu kontuary w aptekach zasłane są pigułkami przygotowanymi na spodziewane wieczorem zapotrzebowanie; dla robotników z manufaktur opium stanowi najtańszą rozrywkę, gdyż z uwagi na niskie płace nie mogą sobie pozwolić na piwo czy wódkę”(2) – pisał autor “Kwiatów zła”.

Podobny pogląd spotykamy u Williama S. Burroughsa. “‘Panie Lee, po co są panu potrzebne narkotyki?’ – to pytanie zadawali mi często głupi psychiatrzy. Odpowiedź brzmi: ‘Potrzebuję opiatów, żeby rano wstać z łóżka, ogolić się, zjeść śniadanie. Potrzebuję ich, żeby żyć”(3) – czytamy w jego autobiograficznej powieści “Ćpun”. Narkoman opisywany przez Burroughsa ma motywację do pracy większą niż tylko prosta potrzeba utrzymania rodziny. Żyje skromnie, nie wychodzi na ulicę, a wszystkie dochody przeznacza na konsumpcję: ćpa. Idealny typ obywatela – pod warunkiem, że ma pracę i pensja pozwala mu zaspokoić głód narkotyczny.

Burroughs pisze też o ubocznym działaniu opiatów (pochodnych opium). Po pierwsze – uwalniają z nałogu alkoholowego, po drugie – neutralizują niemal całkowicie potrzeby seksualne człowieka. Nie zapominajmy o programowej aseksualności dwudziestowiecznych totalitaryzmów: zarówno zimnego i cenzorskiego pod tym względem komunizmu, jak i Orwellowskiej wizji literackiej z “Roku 1984”, w której stosunki damsko-męskie w pewnych warunkach burzyły ustalony porządek społeczny.

Bohaterowi “Ćpuna” udaje się rzucić twarde narkotyki, ale zaczyna eksperymentować z “lekkimi”. Interesuje się substancją yage, dającą ponoć telepatyczne zdolności. “Rosjanie wykorzystują ten narkotyk w eksperymentach z niewolniczą siłą roboczą. Chcą wywołać stany automatycznego posłuszeństwa, nauczyć się władać czyimiś myślami”(4) – czytamy u Burroughsa. Czy daleko tej wizji od rzeczywistości państwowego monopolu w obrocie alkoholem, a wreszcie takich sytuacji, jak ta na Ukrainie kilka lat temu, gdy nauczycielom płacono za pracę talonami na wódkę? “Wiadomo, że czasami rozpijanie społeczeństwa nie jest złą metodą utrzymania nad nim władzy. Najsystematyczniej robili to Niemcy podczas okupacji. (…) Wypłata alkoholem to składowa polityki rozpijania społeczeństwa. Tak że ja się czasem zastanawiam przy kwestii narkotyków, czy w którymś momencie nie mogłyby one posłużyć do totalitarnego manipulowania społeczeństwem”(5) – czytamy w wywiadzie z prof. Jerzym Vetulianim, specjalistą w dziedzinie psychofarmakologii.

Planowanie czasu wolnego

To newralgiczny punkt każdego totalitaryzmu – trzeba dać ludziom wentyl bezpieczeństwa, nie dopuścić do buntowniczego “przegrzania się” tłumu. “Trzy stygmaty Palmera Eldritcha” Philipa K. Dicka proponują taki wentyl w postaci narkotyku o nazwie Can-D (jak “candy” – “cukierek”) wraz z zestawami Perky Pat, nieco przypominającymi mikroświat lalki Barbie, ale mającymi tę wyższość, że przy pomocy Can-D można się było w nie przenosić. Pomysł rodem z mydlanej opery albo z “Harlequina”, ale wykonanie nowocześniejsze. Co prawda w świecie Palmera Eldritcha Can-D było zakazane, ale jego wytwórcy traktowali produkcję nie tylko jako biznes, lecz jako misję życiową. W końcu służył przymusowo wysiedlanym z Ziemi kolonistom – pracownikom kopalni mieszkającym w nędznych barakach. Moralna dwuznaczność pojawia się więc i tutaj.

W “Trzech stygmatach…” pełniący “mesjańską” misję Eldritch sprowadza z układu Proximy inny narkotyk – Chew-Z. Wydaje się, że w przeciwieństwie do “totalitarnego” Can-D daje on bardzo indywidualne, nie poddające się zewnętrznemu modelowaniu halucynacje. Prawda jest taka, że Chew-Z to jedynie wirus zbiorowego obłędu, nowej religii, której prorokiem był Palmer Eldritch.

Inne opisywane przez Dicka narkotyki służą zwykle wzmacnianiu przeżyć religijnych, czy wręcz nawiązywaniu kontaktu z Bogiem. Podczas gdy bohaterowie jego książek doznawali cudownego objawienia pod ich wpływem, autorowi “Ubika” zdarzało się pisać całe ustępy powieści (“Labirynt śmierci”) po LSD, a amfetamina pozwalała mu produkować 60 stron maszynopisu dziennie. Sam więc uczynił z siebie pod koniec lat 60. literackiego wyrobnika na “dopalaczach”. W formie anegdoty można usłyszeć czasem historię o tym, jak Dicka odwiedził w najgorszym, narkotykowym okresie Don Wollheim, by złożyć mu propozycję: “Phil, może napisałbyś dla nas powieść pod tytułem ‘Cudowna broń’?” Dick się zgodził i książka powstała.

Podobną rolę substancje psychotropowe pełniły w książkach Aldousa Huxleya. Znana z “Nowego wspaniałego świata” soma była dość typowym narkotykiem, działającym w niewielkich dawkach uspokajająco, a w większych – odurzająco. Pomagała ludziom uniknąć “bólu świata” i niepotrzebnych rozmyślań o życiu. Swoistą ewolucję w poglądach Huxleya widać natomiast w jego późnej (napisanej już po słynnych “Wrotach percepcji”) pozytywnej utopii “Island”, gdzie autor gloryfikuje ulepszoną, przyszłościową wersję LSD, jako środka generującego przeżycia religijne. Zmiana spojrzenia na narkotyki była z pewnością wynikiem sporadycznych eksperymentów Huxleya z meskaliną i LSD, do których skłonił go zmarły niedawno prekursor “neuronautyki”, Timothy Leary. Pisarz podkreślał wielokrotnie, że szuka takiego środka, który, przy zachowaniu ostrożności, nie byłby szkodliwy fizycznie ani społecznie. Kiedy był na łożu smierci, poprosił żonę, aby zaaplikowała mu LSD. Odchodził więc niejako przekonany do somy… Można znaleźć dla niego wytłumaczenie: przez całe życie był prawie niewidomy, więc pomysł otwarcia wrót percepcji nie narodził się u niego z nudów, jak u górników z Ganimedesa w “Trzech stygmatach Palmera Eldritcha”. Z drugiej strony, na co zwracał uwagę Timothy Leary, stulecia dominacji Kościoła w Europie, także mogły mieć związek z “psychodeliczną” otoczką, jaką niosły nabożeństwa: potężną muzyką organową, kolorowymi witrażami w oknach czy wonią kadzidła. To też był swoisty model spędzania wolnego czasu i – trzeba przyznać – bardzo długo zdawał egzamin.

Ekonomia równowagi

Monopol na obrót narkotykami daje możliwości, o jakich nie śniło się nawet najbardziej brutalnym dyktatorom. Stawia człowieka uzależnionego w sytuacji pensjonariusza w zakładzie zajmującym się “odtruwaniem” – jak w kultowym filmie “Chappaqua” Conrada Rooksa, gdzie William S. Burroughs pojawia się na ekranie jako “Opium Jones”, człowiek od przyznawania niewielkich “działek” najbardziej spragnionym pacjentom. Ten, któremu narkomani liżą buty w zamian za porcję makowego miłosierdzia. “Nie będziesz?” – pyta Burroughs na kartach “Nagiego lunchu” potencjalnych narkomanów. “Ależ będziesz!” – brzmi odpowiedź. Pensjonariusz takiego zakładu zrobi wszystko.

Podstawowe zasady narkotykowego monopolu można również przytoczyć za panem Lee:

“1. Nie dawaj niczego za darmo.

2. Nigdy nie dawaj więcej, niż musisz (staraj się zawsze, żeby kupujący był głodny i każ mu czekać).

3. Zawsze wszystko odbierz, jeśli tylko możesz.”(6)

Ekonomia państwa narkotykowego to świat doskonale zrównoważonego rynku. Podaż na poziomie bliskim niedoboru utrzymuje wysoką cenę, skutecznie opróżnia kieszeń obywatela i pozbawia go płynności finansowej. Nie ma oszczędności, inwestycji, rynek łatwo opanować – z punktu widzenia państwa totalnego jest to sytuacja wygodna. Narkotyki to biznes, klucz do władzy nad wszechświatem – jak w “Diunie” Franka Herberta, gdzie “przyprawa” po pierwsze umożliwiała nadprzestrzenne podróże, po drugie – uzależniała ludzi, po trzecie – dawała im przeżycia religijne. Trzy drogi dominacji skupione we władzy nad jedną tylko substancją.

Kluczową pozycją z kręgu rojeń o totalitaryzmie wspomaganym jest inna powieść Philipa Dicka – “Przez ciemne zwierciadło”. Idealny model państwa totalnego. Wie wszystko, bo odurzeni obywatele śledzą samych siebie (składają raporty, niczym bohater “Nagiego lunchu”). Dostaje pieniądze z powrotem, bo agenci natychmiast przepuszczają na Substancję A całe pobory. Natomiast zamienionych w “warzywa”, niepotrzebnych już ludzi zsyła do zakładów przystosowawczych Nowej Drogi, ale to tylko pozór – tak naprawdę idą do pracy przy uprawie narkotyku.

Departament kontroli

Odgórne sterowanie losami pojedynczego człowieka to jeden z ulubionych tematów Dicka. Pojawia się w jego najlepszych powieściach – zarówno w “Ubiku”, “Bożej inwazji”, jak i w “Płyńcie łzy moje, rzekł policjant” czy “Galaktycznym druciarzu”. Ich bohaterowie cierpią na manię prześladowczą. Ktoś kieruje ich losami, ktoś ich obserwuje. W “Przez ciemne zwierciadło” obserwują samych siebie, przebrani w specjalne uniformy, kombinezony zakłócające – idealne ubrania dla ludzi-pionków, nic nie znaczących, nie mających żadnych szczególnych cech. “Aktor Arctor” – myśli o sobie bohater powieści – “Bob Aktor, którego wszyscy gonią – wróg publiczny numero uno”(7).

“Jedną z pierwszych oznak psychozy jest poczucie, że człowiek popada w psychozę”(8) – czytamy w “VALIS” (“Rozmyślając o szaleństwie, Koniolub Grubas stopniowo pogrążał się w szaleństwie”(9) – brzmi dalszy ciąg). Konsekwencją tego twierdzenia jest fakt, że utrzymując ludzi w ciągłym strachu, łatwo im wszczepić obłęd. “Palenie marihuany i u ciebie wywoła lęki i psychozy” – głosił slogan Towarzystwa Zapobiegania Narkomanii (cytat z pamięci). Rzeczywiście – jest w tym zdaniu ziarno prawdy. Niektóre “lekkie” narkotyki indukują do pewnego stopnia psychozę, czy raczej, pozostając w zgodzie z psychologiem Timothym Learym, wzmacniają już istniejące w człowieku lęki. Winston Smith po marihuanie popadłby zapewne w manię prześladowczą, w schizofrenię i – jak większość Dickowskich bohaterów – straciłby kontakt z rzeczywistością. Z punktu widzenia Departamentu Kontroli naszego wyimaginowanego państwa-dealera byłaby to sytuacja bardzo pożądana. Odbiór świata zewnętrznego kształtuje narkotyczne wizje, a te z kolei wzmacniają lęki przed światem. Tworzy to coś w rodzaju samonapędzającego się strumienia strachu.

Oczywiście są prostsze metody kontroli. Żołnierze w “Wiecznej wojnie” Joe Haldemana biorą środki pobudzające nienawiść do wroga na rozkaz dowództwa. Ale to już sfera zainteresowań Departamentu Wojny. Rzecz jasna o tym, jak prowadzić działania dywersyjne z zastosowaniem środków halucynogennych i jak wprowadzić wszechdoktrynę narkotykowego imperializmu, również coś niecoś na kartach fantastyki się znajdzie. “Przecież można zastosować psychedeliki w praktyce wojennej, na przykład jako gazy bojowe oddziałujące na system nerwowy. Wydaje się, że idealną rzeczą byłoby na przykład coś takiego, co spowoduje schizofrenię w sztabie przeciwnika”(10) – sugeruje prof. Vetulani.

A kiedy któryś z obywateli odmówi współpracy i stwierdzi, że lepiej czuje się, nie biorąc narkotyków? Cóż, zajrzyjmy ponownie do “Nagiego lunchu” Burroughsa:

“(…) co jest bardziej niepotrzebne niż mak, jak się go nie potrzebuje?

Odpowiedź: Ćpuny, kiedy nie ćpają.”(11)

Przypisy:

1. Tony Thorne, “Słownik pojęć kultury postmodernistycznej”, przeł. Zbigniew Batko, Muza, Warszawa 1995, str. 334.

2. Charles Baudelaire, “Sztuczne raje”, przeł. Marek Kreutz, Piotr A. Majewski, Wydawnictwo Głodnych Duchów, Warszawa 1992, s. 58.

3. William S. Burroughs, “Ćpun”, przeł. Andrzej Ziembicki, Amber, Warszawa 1995, s. 43.

4. tamże, s. 182.

5. “Sam kiedyś byłem palaczem…”, [w:] “bruLion”, nr 1/95, s.108.

6. William S. Burroughs, “Nagi lunch”, przeł. Edward Arden, Prima, Warszawa 1995, s. 8.

7. Philip K. Dick, “Przez ciemne zwierciadło”, przeł. Tomasz Jabłoński, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 1996, s. 139.

8. Philip K. Dick, “VALIS”, przeł. Lech Jęczmyk, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 1994, s. 14.

9. tamże, s. 14.

10. “Sam kiedyś byłem palaczem…”, [w:] “bruLion”, nr 1/95, s.118.

11. William S. Burroughs, “Nagi lunch”, przeł. Edward Arden, Prima, Warszawa 1995, s. 13.

Bartek Chaciński

pisane dla “Nowej Fantastyki”, luty 1997

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s