JEAN-MICHEL JARRE: Całe lata muzyki można wyrzucić do kosza

jmj_metamorphoses

[Rozmowa przeprowadzona w 2000 r. dla miesięcznika „Machina”]

Swój nowy album zatytułowałeś Metamorphoses – przemiany, ale zarazem zaprosiłeś do jego nagrania choćby Laurie Anderson, z którą już pracowałeś, a całość brzmi trochę jak Zoolok!

Jean-Michel Jarre: – Na Zoolok słowa używane były dla ich fonetycznego uroku ich brzmienia. Na Metamorphoses liczy się nie tylko dźwięk, ale i znaczenie. Miały to być futurystyczne piosenki pop. Minimalistyczne w warstwie słownej, ale znaczące. W utworze … słowa, które wymawia Laurie to pojęcia pierwotne, pojawiające się w snach, w psychoanalizie – takie jak „ryba”, „dziecko” czy „drzewo”. Poprzez takie słowa oddać można ideę życia, miłości, śmierci. Tytuł Metamorphoses wziął się stąd, że żyjemy teraz w roku zawieszonym w czasie – pomiędzy stuleciem, które się właśnie skończyło, a nowym, które zacznie się w 2001 roku.

To znaczy, że to twoja pierwsza płyta z tekstami?

– Kiedy jest się instrumentalistą, traktuje się muzykę w impresjonistyczny sposób. Ale wystarczy dodać jedno słowo i już wchodzimy w sferę opowiadania, historii, konkretu. Interesuje mnie użycie głosu jako kolejnego instrumentu.

Wygląda na to, że ciągle chcesz opowiadać historie rodem z science fiction – na przykład w Hey Gagarin.

– Dziś science fiction jest już za nami. Okazuje się, że zajmując się od lat 60. muzyką elektroniczną, zupełnie mimowolnie, uczestniczyłem w tworzeniu poetyckiej wizji jutra. Teraz tamte wizje przyszłości są już częścią tradycji, naszych korzeni. W przeciwieństwie do rocka, w którym niemalże podłączamy sobie wnętrzności do prądu, muzyka elektroniczna jest jakby zawieszona między niebem a ziemią, ma korzenie – jak choćby techno – plemienne i transowe, a ambicjami sięga kosmosu.

To znaczy, że cierpimy dziś na nostalgię za wczorajszą fantastyką?

– Tak. Jedną z rzeczy, które mnie jako artystę najbardziej zainspirowały, było wspaniałe zderzenie walca Nad modrym Dunajem Straussa z widokiem statków kosmicznych, które pokazał Kubrick w 2001: Odysei kosmicznej. To przenośnia czasu – stoimy w jedną nogą w przeszłości, w nostalgii za XIX wiekiem, a drugą – w przyszłości. Utwór Hey Gagarin z mojej nowej płyty to rodzaj smutnego hołdu złożonego największej jak dla mnie gwieździe popkultury – człowiekowi, który pierwszy poleciał do gwiazd, pokonał grawitację.

Twój utwór miał zostać wykonany przez członka załogi Challengera w 1984 roku, ale lot przerwała pamiętna tragedia. Co wtedy czułeś?

– Chciałem po tym wstrzymać cały projekt koncertu w Houston, ale astronauci prosili mnie, bym potraktował to właśnie jako hołd dla zmarłych pasażerów Challengera. Ostatnio coś podobnego przeżyłem w czasie koncertu w Moskwie, kiedy łączyliśmy się na żywo ze stacją Mir.

Co nowego w dziedzinie technologii nagraniowej przynosi twoja nowa płyta?

– Wielka rewolucja ostatnich 2-3 lat to programy komputerowe do rejestracji muzyki. Po raz pierwszy można wreszcie uzyskać dźwięk cyfrowy o takiej jakości jak w zapisie analogowym, a nawet lepszy. Kiedyś ustawienie mikrofonu w studiu miało olbrzymie znaczenie, teraz można z powodzeniem odtworzyć miejsce w przestrzeni, z którego dochodzi dany dźwięk dzięki oprogramowaniu. Czegoś takiego dotąd nie było.

To znaczy, że to, co nagrywano w latach 80., nadaje się tylko na przemiał?

– Niestety, można wyrzucić do kosza wszystko, co wtedy nagrano cyfrowo. To, co zrobiono wcześniej, przetrwa, ale te lata, gdy używano starszej technologii komputerowej, to po prostu czarny okres w historii muzyki. Kiedy usłyszymy to samo nagranie z lat 70. albo 80. w wersji analogowej i cyfrowej – różnica jest gigantyczna. Teraz już jej nie ma. Poza tym praca na komputerze stała się łatwiejsza i tańsza.

Czy aby nie jest teraz zbyt łatwo?

– To wciąż ta sama historia – strach przed dużym wyborem. Podobnie było z muzyką konkretną – kiedy wystawiano mikrofon za okno, można było zarejestrować wszystkie możliwe dźwięki z otoczenia. Niektórzy woleli mniejszy wybór – proste nagranie orkiestry. Większy wybór nigdy nie jest czymś złym. Problemem jest selekcja, której należy dokonać. Teraz, kiedy mamy już taki wachlarz możliwości, zdamy sobie sprawę, że pewna ewolucja się kończy i dlatego przyszłość należy do łączenia tego, co stare w muzyce, z tym, co nowe. Stare, zapomniane instrumenty, stare motywy kulturowe wrócą do łask, bo stworzą zawsze jedną możliwość brzmieniową więcej.

Rozmawiał: Bartek Chaciński

JEAN-MICHEL JARRE – kiedyś największa gwiazda muzyki elektronicznej, dziś jej weteran. Sławę przyniosły mu płyty Oxygene i Equinoxe oraz liczne multimedialne spektakle dla milionowej publiczności. Ostatnio pobił rekord Guinessa, grając dla 3,5 mln ludzi w Moskwie, w Sylwestra grał pod piramidami w Egipcie. Wydał właśnie płytę Metamorphoses.

[Rozmowa przeprowadzona w 2000 r. dla miesięcznika „Machina”]