Category Archives: polecam

ROGELIO SOSA: Same szczyty

rogelio_sosa

Im dłużej blog nieczynny, tym większego impulsu trzeba, żeby go poruszyć na nowo. I impuls się znalazł, z gatunku takich, które powinny rozruszać nie tylko jeden blog, ale i spory kawałek internetu. Ciężka psychodelia i metaliczne formy przebijające kolejne ściany hałasu na płycie Rogelio Sosy to stanowczo nie jest muzyka do kolacji, to nie jest muzyka do robienia czegokolwiek poza słuchaniem, to nie jest nawet muzyka na lato. Czyżby? A na lato w mieście, gdy za oknem po wybrzmieniu każdej ze stron pozostaje jakaś składowa słyszalna zza otwartego okna? Kiedy nad szumiące miasto przychodzi dodatkowo burza i nie wiadomo, gdzie kończy się wyobraźnia artysty, gdy dźwięk otoczenia działa niczym magnetofonowy prąd podkładu, niby niesłyszalny, ale pogłębia wrażenia?

Bardzo dynamiczne pejzaże dźwiękowe fantastycznie rysowane przez Meksykanina na kilku planach, zapewne ze sporym wykorzystaniem mocno przetwarzanych gitarowych brzmień, będą miały dla wielu osób siłę postrockowych sztosów. Same szczyty, żeby zostać w kręgu przenośni roślinnych, których tropem poszedł w swoim opisie Boomkat, który zarazem skradł mi – jak się okazało – dość oczywistą, przyznajmy, klasyfikację Sosy jako jednej z najlepszych (na pewno top 3) płyt w dyskografii Bociana. Bo te skojarzenia z muzyką gitarową mogą sprawić, że grono słuchaczy „Daturas” się poszerzy. Ten i ów zapłacze tylko nad nieludzko szybkim i nagłym zerwaniem mocnego „Caída Libre”. Na pocieszenie mają budzący drżenie i bardziej zaskakujący utwór „Diablero” i całą resztę, bardzo sprawnie uformowane – niemal zawsze z przebijającymi się strzępkami melodii i odpryskami harmonii, no i już z odpowiednim narastaniem i zakończeniem, dźwięczącym w głowie i pozostającym jak ten wspomniany już prąd podkładu.

rogelio_sosa_daturasROGELIO SOSA „Daturas”
Bocian Records 2014
9/10
Trzeba posłuchać: „Diablero”, „Cáliz del Infierno”.
Wydanie: czarny lub przezroczysty winyl, mastering – Barry Grint w Alchemy

 

 

DEAN WAREHAM: Restart

Dean_Wareham

Długo nic się tu nie działo, chociaż sterta płyt rosła i ważyła coraz więcej (jeśli ktokolwiek jeszcze się zastanawiał nad podwójnym znaczeniem słowa „masa winyli”). Potrzebny był bodziec, który właśnie się pojawił w postaci płyty bardzo przeze mnie lubianego wykonawcy Deana Warehama w nowej odsłonie, W zeszłym roku był 10-calowy minialbum „Emancipated Hearts” na pomarańczowym winylu, na który się nie załapałem, bo za późno doszły mnie słuchy, że w ogóle wychodzi. Teraz ta żółta, transparentna i świetnie brzmiąca płyta.

Po nieco słabszych nagraniach duetowych (a punktem pomiarowym pozostają tu stare płyty Warehama z Galaxie 500) wydawanych pod szyldem Dean & Britta czas na pełnoprawne solówki, na których też zresztą wspomaga lidera Britta Phillips, ale dołącza też Anthony LaMarca na pedal steel guitar, a nade wszystko – producent Jim James. Znany też jako lider My Morning Jacket. Płyta ma więcej ciepłego kolorytu amerykańskiego Południa, bardziej jeszcze niż dotąd Wareham wciela się momentami w Neila Younga, są echa The Byrds czy swoista niedbałość rodem z płyt Lou Reeda, ale wizja psychodelii jest tu inna. Znana jeszcze z czasów Galaxie 500, ujmuje prostotą zmian akordowych i melodyjnych solówek. Operuje bardzo delikatnymi niuansami, pozostając bezpretensjonalny i nienatrętny. Lekko łamiący się głos Deana często przechodzi w falset, ale jego piosenki nigdy, mimo radiowości i nawiązań do hitów, nie idą w cieniznę.

dean-wareham-sonic-cathedral75-copyDEAN WAREHAM „Dean Wareham”
Sonic Cathedral 2014
8/10
Trzeba posłuchać: „Beat the Devil”, „Holding Pattern”.

7 nowych kaset: Stara Rzeka, The Stubs i inni

kasety_kasety_nr

Pojawiło się w ostatnim czasie tyle ciekawych kaset, że aż musiałem je ponumerować na obrazku. Kolejno odliczmy:

1. SYNEK „Kołysanka do gwiazd” (Further) – ładny dark-ambientowy zestaw amerykańskiego artysty o oryginalnie brzmiącym pseudonimie, który muzycznie brzmi (już to pisałem na twitterze, więc  powtórka) jak – bardziej sobie wyobrażam niż wiem – Nowa Huta w zadymce. Warto posłuchać.

2. STARA RZEKA „Cień chmury nad ukrytym polem” (Few Quiet People) – C-50 w żółtej kasecie, jedyne 150 sztuk. Wersja CD już sprzedana (przynajmniej w pierwotnej, limitowanej wersji), więc pozostaje ta kasetowa – choć proszę nie zapominać, że to tylko jedna z dwóch wizji tej płyty, o innym programie niż CD. A że płytę mieć trzeba – trzeba się w tej sytuacji rozejrzeć za kasetą.

3. DEMDIKE STARE „The Weight of Culture” (Demdike Stare). Ambient, dub, techno w wersji dość już charakterystycznej dla duetu Demdike Stare, tym razem jednak w miksie i zarazem wydawnictwie o wiele mniej ważnym od dotychczasowych. C-70 opakowana w ciekawe tekturowe pudełko, w nakładzie 150 egzemplarzy, dawno już sprzedanym. Więc może jako lokata kapitału?

4. THAW „Thaw” (Instant Classic) – krajowy black metal, więc trochę poza moim kręgiem kompetencji, ale brzmią dobrze, czarna limitowana (66 egz., życzmy chłopakom 666 następnym razem) kaseta wyposażona w kod do ściągnięcia wersji cyfrowej. CD ukazał się nakładem Avantgarde Music.

5. KOMORA A „Mercury Time” (Monotype) – kolejne wydawnictwo tria Koszniec-Kowalczyk-Mikołajczyk, z gościnnym udziałem Emitera i Arszyna i brzmieniem, które w spektrum dźwiękowe kasety wpisuje się po prostu idealnie. Wdzięczne, tajemnicze i stylowe. W ramach serii Monotapes.

6. MIRT „Mud, Dirt & Hiss” (Catsun/Monotype) – najlepsze moim zdaniem z dotychczasowych wydawnictw Mirta, któremu coraz lepiej wychodzi sztuka zlepiania nagrań terenowych i syntezatorowych barw w jedną, sugestywną i spójną całość. W sumie w tym wypadku nawet trochę szkoda, że tylko na kasecie w limitowanym nakładzie, ale edytorsko bardzo ładna taśma.

7. THE STUBS „Golden Shower of Hits” (Instant Classic) – składanka dotychczasowych nagrań zespołu z pominięciem tych z najnowszej płyty, więc nie dość, że unikatowe i – jak zwykle w wypadku warszawskiej formacji – ładnie wydane, to jeszcze tanie – 16,66 zł za kasetę w nakładzie limitowanym do 66 kopii. Inwestycja lepsza od OFE, jak to określam na Polifonii.

Dziś w Nokturnie na antenie radiowej Dwójki od godz. 23.30 załoga Monotype, czyli będzie parę słów o wyżej wymienionych i jeszcze innych nowościach z tej oficyny.

U KNOW ME: Winylowe porno cz. 2

teielte_crystalline_cover

O ciekawych, hm, pozycjach z katalogu U Know Me pisałem już tutaj i tutaj. Dzisiaj cała rozbierana sesja foto, czyli cyklu „najładniejsze polskie winyle” ciąg dalszy. W kopertach i bez, zdjęcie na talerzu i gorące ujęcie. Bo właściwie to już płyty, które z powodzeniem można otagować hasłem #vinylporn – stąd tytuł sesji. Analogicznie do #foodporn i #bikeporn

Inspiracją dla tytułu nie była, choć w sumie mogła być, okładka nowej EP-ki Teielte „Crystalline” (powyżej), którą zaprojektował Swanski. Okładką ostatniego albumu Noviki kompletnie mnie zaskoczył, tutaj potwierdził tylko klasę. W środku mamy transparentny winyl z sześcioma utworami (w tym „Life Box” z udziałem Kasi Malendy), który tak się skomponował z nową slipmatą od Muzografii kupioną w sobotę na warszawskim Record Store Dayu, że stał się rzeczywistą inspiracją:

teielte_crystalline

Sama EP-ka na poziomie poprzedniej „Wooden Love”, ale piszę te słowa na gorąco po jednokrotnym odsłuchu całego zestawu, który U Know Me wypuściła na okolice RSD (który jak widać staje się w Polsce kluczową datą premier pięknych fizycznych nośników muzyki).

„Na gorąco” to również dobre określenie dla winylowej wersji wydanej na CD już w marcu płyty Kixnare‚a. „Red” tym razem trafił na jednolicie czerwony winyl z czerwonym labelem i napisami, które odczytać można tylko patrząc pod światło. Ja tam pod światło (w czasie sesji statystowała Żona) obejrzałem sobie całość:

kixnare_red

Zaręczam, że podczas tej sesji nie ucierpiał żaden winyl – a już z pewnością nie ten. Nic się nie stało również kolejnemu materiałowi pracowitego En2aka „3”, w tej chwili mojej ulubionej z płyt tego producenta. Biały winyl w połączeniu z subtelną okładką autorstwa Oteckiego wygląda może przy dwóch pozostałych blado, ale ma swój delikatny wdzięk, no i komponuje się (co zaczyna być regułą w przypadku UKM Records) z całą resztą produkcji tego artysty. Oto on poniżej. A ja tylko zaznaczę, że wszystkie winyle można kupić tutaj. Wszystkie zostały nieźle wytłoczone przez MPO, ale mam wrażenie, że lepiej (choć być może to po prostu kwestia lepszego mastera) niż przy poprzednim rzucie nowości z U Know Me. W każdym razie wygląd i brzmienie w harmonii.

en2ak

DAVID BOWIE: Wyposażenie podstawowe

david_bowie_ziggy

Cieszę się, że zareagowałem jeszcze przy okazji 40. rocznicy wydania tej płyty w ubiegłym roku, bo dzięki temu uniknę kolejek, które mogą towarzyszyć zakupom tej edycji historycznego albumu po wydaniu nowej płyty „The Next Day”. A rzecz jest dość podstawową pozycją w dyskografii Davida Bowiego. Jednocześnie – jedną z najpełniejszych kreacji w muzyce rockowej. Prosta produkcja nie pozwoliła się jej bardzo zestarzeć, a album w tej rocznicowej wersji jest świetnie wydany – płyta winylowa nie jest tylko gadżetem, a towarzyszy jej DVD z wersjami audio 24 bit / 96 kHz, no i koperta z tekstami. Poza tym wróciła znana z wczesnych wydań „Ziggy’ego Stardusta” instrukcja „To be played at maximum volume”, a materiał został ponownie zremasterowany, już bez absurdalnego podbijania poziomu głośności, więc można się zastosować do tego, co powyżej. W dużym formacie napis „K. West” kłuje w oczy, jak gdyby miał być profetyczną zapowiedzią kultu Kanye Westa, ale chodzi o zakład kuśnierskie w Londynie, więcej na ten temat w jednym z przewodników po dziele, np. tutaj. A więcej o Bowiem w okolicznościowym tekście na Polifonii.

david_bowie_ziggy_coverDAVID BOWIE „The Rise and Fall of Ziggy Stardust & The Spiders From Mars”
RCA 1972/2012
Trzeba posłuchać: Od „Five Years” do końca.

DONALD FAGEN: Sting zatopiony

Co robi w tym towarzystwie Donald Fagen? Nie czarujmy się, robi za niszę. Dwa tygodnie po premierze nowej płyty (a nagrywa rzadko) jest na 61 miejscu na liście Billboardu i tylko na pozycji 12 w zestawieniu Tastemaker Albums powstającym dzięki danym z najlepszych niezależnych sklepów płytowych. Recenzji też nie ma porażająco dużo, więc witamy w niszy dla 64-latków przez cztery dekady skutecznie balansujących na krawędzi kiczowatej konwencji, ze słabością do SF i absurdalnego humoru. A przy tym ulubionych artystów Marka Niedźwieckiego, co pamiętam jeszcze ze sławetnej broszury opisującej polskich radiowców dołączonej niegdyś do tygodnika „Razem”.

Ze swoją popisową mieszanką popu, jazzu i soulu – przy czym tego ostatniego w tej chwili ciut więcej niż za czasów Steely Dan, więcej też funku – oraz ze swoim lekko schrypniętym w górze głosem Fagen mógłby robić za alternatywę dla fanów Stinga, których ten ostatni znużył. Czyli dla wszystkich z grubsza, nieprawdaż? Jest bardziej tight i sexy. To pierwsze w dziedzinie produkcji, to drugie – reprodukcji, chciałoby się rzec, ale o tym trudno mi wyrokować. Chodzi po prostu o jakąś niezłomność charakteru, dzięki której Fagen realizuje swoją wizję, na przekór czasom (i ludziom wbrew). Niezmienny, nawet anachroniczny – tu macha elementami produkcji spod znaku Quincy’ego Jonesa. Ale nigdy nie słaby. Przedziwny, mylący tropy. I muzycznie, bo ze struktury harmonicznej jego piosenek można by pisać doktoraty. I wizualnie, z okładkowym konceptem zatopionych apartamentowców w czasie (o ile dobrze pamiętam wyjaśnienia) kryzysu finansowego.

Kilka rzeczy, mimo wszechobecnego perfekcjonizmu, Fagenowi nie wyszło. Płyta się nie tyle kończy, co wypala. Zaczyna się świetnie, pod koniec traci strukturę i szkielet. Przyjemności to jednak nie zabija. Zupełnie osobną przynosi piękny transparentny winyl wytłoczony na trzech stronach – czwarta gładka, ale czy bardziej smooth niż cała reszta? Wątpię.

DONALD FAGEN „Sunken Condos”
Reprise 2012
7/10
Trzeba posłuchać: 1-4. Empetrójek ani streamów wyjątkowo nie proponuję.

JEAN PICHE: Digitalis z wykopalisk

Po zeszłorocznym sukcesie Jürgena Müllera (kimkolwiek naprawdę był) Brad Rose z Digitalis nie odpuszcza i mam dużo zaufania do jego wyborów muzycznych. Choć zarazem nie mam zbyt wiele zaufania do prawdziwości archiwaliów, które odkrywa, więc gdy usłyszałem Jeana Piché, zapaliła mi się czerwona lampka: „uwaga na mistyfikacje!”. Ale słuchałem dalej.

Tym razem jednak o zmyśleniu nie może być mowy. Nawet kolega z radia potwierdził, że gdzieś kiedyś słyszał tego kanadyjskiego kompozytora muzyki elektronicznej na jakiejś składance. Miał zresztą niemałe szczęście – pod względem dyskografii Piché wygląda trochę tak, jakby nie istniał. Jedyny w praktyce album, „Heliograms” (czyli właśnie ten), ukazał się w roku 1982 nakładem małej wytwórni, która padła tuż po publikacji albumu, skazując go na kompletne zapomnienie. Tymczasem płyta, dokumentująca kompozycje Piché zrealizowane pod koniec lat 70. z wykorzystaniem cyfrowych syntezatorów (testował w uniwersyteckich studiach jedne z pierwszych systemów, pracował na maszynach przynoszących zaczątek techniki syntezy FM), zdecydowanie nie zasługiwała na dno szafy lub zatęchły magazyn. Szczególnie przepiękna kompozycja tytułowa niosąca nie tylko eksperymenty ze sprzętem elektronicznym, ale i ładną formę muzyczną. No i pierwszy na płycie „Ange”, w którym autor bawi się w przetwarzanie elektroniczne głosu i jego wtapianie pomiędzy inne instrumenty. W najsłabszych momentach „Heliograms” są wtórne wobec berlińskiej szkoły elektroniki. A w najlepszych brzmią jak nic innego. W okiełznaniu skomplikowanych algorytmów pomagały Kanadyjczykowi umiejętności programistyczne – dziś znany jest w świecie muzyki bardziej jako nauczyciel oraz właśnie programista.

Digitalis zadbało o bardzo staranny i chyba dość delikatny remastering Jamesa Plotkina, który zachowuje (nie słyszałem oryginału, ale rozpiętość dynamiczna robi wrażenie) dynamikę oryginałów. Pierwsza partia płyty wyszła na białym winylu, ale idę o zakład, że w ciągu najbliższego roku ukaże się jeszcze w drugim wydaniu i jakiejś innej wersji kolorystycznej – co prawda Jean Piché nie rozszedł się z miejsca tak jak niektóre inne płyty Digitalis, ale nie przestaję wierzyć, że po latach zostanie doceniony.

Uzupełniłem listę premier 2012.

JEAN PICHE „Heliograms”
Digitalis 2012
8/10
Trzeba posłuchać:
„Heliograms”, „Ange”.

X-NAVI:ET: Śmierć i narodziny

W Wyżu Nisz zrobił mi się polski miesiąc. Ale to nie wynik jakichś kalkulacji – to polski winylowy rynek rozwija się fantastycznie, w wielu ciekawych kierunkach naraz. Kolejny przykład to X-NaVI:et, czyli człowiek o skomplikowanym pseudonimie, ale dość klarownej wizji muzycznej – Rafałowi Iwańskiemu (znanemu też z duetu Hati) chodzi o pracę z możliwie różnorodnymi źródłami dźwięku. Analogowymi i w większości bardzo tradycyjnymi, choć poddanymi obróbce. Od dzwonków i gongów w „Go Forward into the Light” po nagrania terenowe w niezwykłym „You Dusty Rust” (trudno mi to określić na pewno – charakter niektórych barw jest mylący, na całym albumie jest też sporo instrumentów egzotycznych). Czysto syntetyczne dźwięki pojawiają się tu w postaci tonów generowanych na podobieństwo starych soundtracków do filmów SF (jak w „Autoscopy”), ale klimat całości pozostaje bardzo humanistyczny – można na to patrzeć przez pryzmat takiej, na przykład, „Strefy mroku”, cyklu opowieści niby fantastycznych, ale mających zawsze ludzką historię w centrum.

Mroku nie brakuje zresztą na albumie – choćby w kulminacyjnym, dronowym nagraniu „Eternal Pulse of Death”. Ale tytułowa śmierć to w tym wypadku raczej jakiś rodzaj transformacji, album nie jest w żadnym razie przygnębiający, choć z całą pewnością ma charakter tripu, podróży, choćby i w głąb siebie. Pod tym względem wsysa coraz mocniej, im bliżej do finału.

Rafał Iwański mówi o tym, że zależało mu na ułożeniu tych instrumentalnych nagrań w jedną dźwiękową opowieść. Mnie z kolei ujęło to, że stworzył album niezwykle różnorodny – że każdy element tej opowieści, każdy rozdział, to zupełnie inny nastrój i inne barwy. Szacunek budzi tu nie tyle sama lista źródeł dźwięku, co sposób ich rozplanowania na całej płycie – nie przeszkadzają tu sobie i nigdy nie tworzą bezstylowej magmy.

Pisałem już o Iwańskim tutaj i gdybym miał dziś wrócić do tamtej notki, poszukałbym raczej skojarzeń z muzyką industrialną i jej okolicami niż z poszczególnymi szkołami elektroniki. Ale bliskość Spectrum Spools podtrzymuję – gdyby nowy label Instant Classic zamierzał przy tym wydawnictwie szukać zagranicznego partnera, John Elliott byłby naprawdę ciekawym typem. I w katalogu SS (do którego będę wracał w najbliższych tygodniach) nagrania X-NaVI:et obroniłyby się nie gorzej niż w krakowskim labelu.

Porcja przydatnych informacji o publikującym ten album debiutującym wydawnictwie tutaj, a więcej o X-NaVI:et znajdziecie pod tym linkiem. Album „Soundtrack for the Dying Moments” wydany został w limitowanym nakładzie 250 numerowanych egzemplarzy, a wytłoczony na winylu 140 g (dla zainteresowanych – w angielskim Curved Pressings). Do tego – dla pełni DIY – ręcznie robiona okładka, gatefold w oryginalnym kształcie. Informuję o tym wszystkim z pewnym niepokojem, bo nie chciałbym, żeby ten trip kogokolwiek ominął.

X-NAVI:ET „Soundtracks for the Dying Moments”
Instant Classic 2012
7/10
Trzeba posłuchać:
„Go Forward into the Light”, „Eternal Pulse of Death”.
.

CLAMS CASINO: Przykleiłem się!

Odkleiłem się ostatnio trochę od hip hopu ze świata, co tu kryć. Może dlatego artyści, dla których Mike Volpe podpisujący się jako Clams Casino robi beaty – Lil’ B czy Soulja Boy – nie należą do najczęściej przeze mnie słuchanych. Ale to, co robi ten człowiek, winduje go gdzieś do zupełnie innej galaktyki, bo te wszystkie podkłady instrumentalne bronią się bez głównych partii wokalnych rewelacyjnie. Fakt, jednym z ważnych składników podkładów CC są strzępki wokali, a nawet całe frazy, wokalizy – z reguły wnoszące mnóstwo klimatu i melodii – no ale nie zmienia to statusu całości. Do tego dochodzi klimat nielegalu – sample z Bjork, Adele i Janelle Monae raczej chyba nie zostały kupione, chyba że na płyty oryginalnych zleceniodawców, bo przecież nikomu nie opłacałoby się tego sprzedawać w tak niskim nakładzie, w jakim ukazuje się ten album. No i jeszcze szczypta niedowierzania, że producent o takiej wrażliwości – subtelny, melancholijny (nie na darmo jego EP-ka, o której pisałem na drugim blogu, wyszła w Tri Angle) – z miejsca idzie do hip hopu. Skojarzenia z Prefuse 73 ciągle są, ale zachowuje CC samodzielność. Jak błyskotliwie zauważył dziennikarz magazynu „Fact”: While the rest of the world spends all night EQing a kick drum to death, Clams Casino is building a legacy. W każdym razie jeśli ktoś jeszcze tego nie słyszał (z mojej strony to głębokie zaległości), to chyba warto reanimować ten blog nawet tylko w tym celu, żeby pokazać „Instrumentals”.

Materiał, który został udostępniony za darmo przez samego artystę w postaci elektronicznej, na płycie zdecydowała się wydać niekojarzona z tego typu dźwiękami wytwórnia Type. Dobry ruch. Pierwszy nakład – na kolorowych winylach – zszedł na pniu. Moje egzemplarze pochodzą z drugiego, czarnego, ale tak czy inaczej płyty, zmasterowane w Berlinie w D+M, mają bardzo dobrą jakość, dzięki której również przykleiłem się do tego wydawnictwa.

CLAMS CASINO „Instrumentals”
Type 2011
8/10
Trzeba posłuchać:
najszczęśliwsze numery to A/2, B/1, B/3 (!)

O’ROURKE: Wczoraj Zorn, dziś on

Ściganie się na liczbę wydawnictw w ubiegłym roku było domeną Johna Zorna. W tym Jim O’Rourke wydaje się mieć równych. Naliczyłem do tej pory na Discogs.com osiem płyt, wychodzi średnio jedna miesięcznie. I są to w dodatku rzeczy dobre i bardzo dobre. Przynajmniej te, których zdążyłem posłuchać, bo efekt tego nawału nagrań jest taki, że trudno szybko nadrobić. Tym bardziej, że są to rzeczy – odpowiednio – wyrafinowane i bardzo wyrafinowane. Czyli wymagają – w zależności od tego – dużo i bardzo dużo czasu.

O części z tych wydawnictw piszę więc oddzielnie na Polifonii. Tutaj zostawiłem sobie „Old News #5”, podwójny winyl z Mego, o którego jakości brzmieniowej mówić już nie muszę (opisywałem tu sporo rzeczy z tej wytwórni). Tylko muzyka elektroniczna i tylko improwizacja. To pierwsza z serii płyt, które tego rodzaju prace chicagowskiego muzyka prezentują. Częściowo z koncertu, częściowo ze studia. Otwierający tę płytę „Pedal and Pedal” to niemal dynamiczny wzorzec występu z elektroniczną improwizacją. Od delikatnych dźwięków do erupcji i uspokojenia. Bardziej hałaśliwy „Detain the Man to Whom” brzmi nieco gorzej, ale na pewno nie na tyle, by łatwo uwierzyć, że zarejestrowany został w 1992 roku (!). Czyli prawdopodobnie bez Max/MSP, który wtedy programistycznie raczkował, a już na pewno bez Abletona Live, bo go nie było. Ja zatem przez dwadzieścia minut wyobrażałem sobie, jak to zrobił. Za to przy kolejnym, „It’s Not His Room Anymore”, miałem już pełne przekonanie, że to rzeczywiście prace z syntezatorem analogowym, tak jak to zapowiadał wydawca. Zapowiada się znakomita seria.

Płyta jest już w Polsce. Sam widziałem na Off Festivalu, ale kupić ją można także wysyłkowo.

JIM O’ROURKE „Old News No. 5”
Editions Mego 2011
7/10
Trzeba posłuchać:
„Pedal and Pedal”, „Mother and Who”.