Tag Archives: Xiu Xiu

I po lutym. Johnny Cash, Univers Zero, Four Tet i inni

Strong Arm Steady & Madlib „In Search Of Stoney Jackson”
Stones Throw – 25.01 – mp3
6/10
Na początek jeszcze nieopisane przeze mnie ostatki z ostatniego tygodnia stycznia. Doświadczona, ale drugoligowa załoga z Zachodniego Wybrzeża plus numer jeden undergroundowej produkcji hiphopowej w Stanach, który moim zdaniem już dawno powinien robić beaty dla gwiazd z czołówki „Billboardu”, a w przerwach proponować mocne własne produkcje (gdzie się podział Quasimoto?), jeśli ten gatunek ma iść do przodu. Rozmienianie się na drobne mu nie służy. Zresztą sześć lat po „Madvillainy” brzmi to już jakby rzeczywiście BYŁO mainstreamem. Fanów hip-hopu rzecz na pewno ucieszy, tu proszę sobie nie brać do serca dość surowej oceny punktowej. Ale pewnie i oni zauważą, że wśród MCs najmocniej błyszczy tu gość specjalny Planet Asia. Zresztą nawet im przyjemność może zepsuć tylko ciągłe wrażenie, że już gdzieś… kiedyś… i to w jeszcze lepszej wersji.
Four Tet „There Is Love In You”
Domino – 25.01 – CD
6/10
Nie przegapiłem, o nie. Ale za to miałem problem z ustosunkowaniem się do tej płyty. Kieran Hebden zawędrował tu chwilami blisko swojej twórczości remikserskiej – i to z tych najbardziej oszczędnych remiksów. Poszedł w uproszczenie formy i produkcyjną, brzmieniową polerkę. Trochę house’u, nieco niemieckiej sceny elektronicznej, hipnotyczna motoryka. Próbuję odnieść ten tytuł do siebie, ale mięty do tej muzyki nie czuję, pozostaję tylko z dość chłodnym uznaniem. Poza środkową partią płyty z niezłym „Sing” i świetnym „This Unfolds” zbudowanym na fajnej, lekko opóźnionej pętli perkusyjnej – o, tu przypomniałem sobie wyobraźnię rytmiczną, za którą lubiłem poprzednie albumy KH.
Chihei Hatakeyama „A Long Journey”
Home Normal – 25.01 – CD
7/10
O, jeszcze jedna płyta z tego samego tygodnia. Co jeszcze drogą osmozy nie czyni z niej albumu udanego. Ale jak zwykle łączenie elektroniki z akustycznymi brzmieniami i field recordingiem i lepienie z tego bardzo organicznej, eee… może po prostu „żywej” (tylko ten wyraz w kontekście brzmi dziwacznie) muzyki ambient, Hatakeyamie wychodzi jak mało komu. To zresztą druga jego najlepsza płyta, po „Minima Moralia” sprzed czterech lat. Jak zawsze dodawał mój kolega z „Machiny”: dobra w swojej klasie. Nie słyszałem wychodzącej niemal jednocześnie płyty „Ghostly Garden”,  ale ta mnie zadowala bez względu na kontekst.
Chicago Underground Duo „Boca Negra”
Thrill Jockey – 25.01 – CD
7/10
Rob Mazurek przyjechał do Warszawy i zagrał tu taki koncert, że jeszcze do dziś szukam w głowie właściwego epitetu dla Johna Herndona (ci, co byli, wiedzą, o co chodzi). Tutaj wprawdzie za perkusją Chad Taylor, ale nie zmienia to faktu, że każda ocena albumu Mazurka będzie chwilowo zniekształcona wrażeniem z tamtego wieczoru, więc staram się jak mogę trzymać emocje na wodzy. „Boca Negra” początkowo nie podobała mi się tak jak poprzednie płyty duetu, ale po wielu przesłuchaniach zaczynam czuć, że jest w zasadzie niezłą kompozycją różnorodnych stylów amerykańskiego kornecisty o jakże wielkanocnym nazwisku. Są fragmenty czysto elektroniczne, ale też momenty ognistego groove’u (kojarzyć z imieniem perkusisty) z tematami dorównującymi tym z niedawnego albumu „Sound Is”.
Univers Zéro „Clivages”
Cuneiform – 25.01 – CD
8/10
Ósemka po starej znajomości, bo to dla mnie dość wzruszający moment, gdy kapela, którą kiedyś tak lubiłem, wraca po latach (ostatnio wydali live i składankę niepublikowanych nagrań) i jeszcze dostaje dobre noty od prasy. A warto przypomnieć, że po pierwsze, zespół ten nie ma w sobie wiele z hipsterstwa, od gitar woli skrzypce i fagot – zastanawialiście się kiedyś, dlaczego Anglicy mówią na to bassoon? 😉 – odwołuje się nie do The Beach Boys, tylko do Béli Bartóka, ma średnią wieku ponad pół wieku, a wreszcie pochodzi z Belgii. Problem polega na tym, że aby ten album docenić, trzeba przestawić się na specyficzny sposób myślenia formą rzadko dziś słyszany, a jeśli już, to u niedobitków ruchu Rock In Opposition, a wreszcie posłuchać w pierwszej kolejności dwóch monstrualnych, kilkunastominutowych kompozycji – „Warrior” gitarzysty Andy’ego Kirka oraz „Straight Edge” saksofonisty i klarnecisty Kurta Budé, młodego członka UZ, którego gra bardzo wpłynęła na mój odbiór „Clivages”. Między innymi dzięki niemu jest to płyta dużo lżejsza w klimacie i dużo częściej wchodząca na pole improwizacji niż poprzednie. Trochę żal tamtego klimatu rodem z horroru, ale coś za coś.
First Aid Kit „The Big Black and the Blue”
Wichita – 25.01 – CD
6/10
Dwie siostry-swetrówki ze Szwecji, których z tłumu Szwedek pewnie byście nie wyłapali (ja przynajmniej miałbym problem – wiem, bo tłum Szwedek widziałem na własne oczy parę razy), ale za to mogli je zauważyć ci wszyscy, którzy zaglądają tu do działu Telewizor. Wyszły od youtube’owego grania Fleet Foxes i prawdę mówiąc nie zaszły dużo dalej swoją ścieżką. Właściwie to zupełnie stanęły w tym punkcie, pozbawione kilku atutów, które ma FF (kompozycje, szersza paleta głosów do harmonii wokalnych w chórkach). Ale nie skreślajcie ich od razu po wysłuchaniu dwóch pierwszych kompozycji. Rasowo country’owa „Sailor Song”, trzecia na liście, może wam jeszcze podnieść ciśnienie. Poza tym głosy sióstr Söderberg śpiewających unisono brzmią niesamowicie.
Midlake „The Courage of Others”
Bella Union – 1.02 – mp3
7/10
Zespół amerykański, ale folk do szpiku kości brytyjski, wymieszany z wpływami wczesnego prog-rocka z Wysp. Charakterystyczne równoległe prowadzenie partii gitary akustycznej i elektrycznej, uduchowiony sposób śpiewania, błądzący bas jakby wyjęty z lat 70.  No i – jak by na to nie patrzeć – fleciki. Mięczacka płyta, którą lubić niespecjalnie wypada – przynajmniej z tego, co się zorientowałem po lekturze recenzji w branżowej prasie i na www. Co z tego, skoro rzecz jest idealną guilty pleasure na niedzielne przedpołudnie.
Xiu Xiu „Dear God, I Hate Myself”
Kill Rock Stars – 22.02 – mp3
3/10
Im dłużej tego słucham, tym bardziej mi się nie chce słuchać dalej. Co stwarza oczywiście uzasadnione wątpliwości, czy aby w ogóle słuchałem. Odpowiem tak: owszem, i z całą pewnością nie było zbyt krótko. Przeciwnie: na pewno zbyt długo. A ponieważ przy okazji coraz bardziej nie chce mi się nic pisać na ten temat, szybko skończę, żeby w ogóle został tu jakiś ślad po tej pijanej krzyżówce syntezatorowego popu z napuszonym rockiem alternatywnym, którą powinni puszczać w klubach o trzeciej nad ranem, żeby się pozbyć natrętnej klienteli. Na miejscu Jamiego Stewarta też bym się nie kochał.
Gil Scott-Heron „I’m New Here”
XL – 9.02 – CD
8/10
Krótko, zwięźle, nowocześnie, emocjonalnie i na temat. Recenzja na stronie „Przekroju”. Tam również pisałem o Johnnym Cashu „American VI: Ain’t No Grave” (American), ale nie ma jeszcze na stronie, więc ekstrakt wrzucam poniżej jako zamknięcie tego rozdziału lutowych premier:
Johnny Cash „American VI: Ain’t No Grave”
American – 23.02 – CD
7/10
Najostatniejszy? Jeśli ja się mylę w tej niepoprawnej etykietce, to co dopiero powiedzieć o wydawcach (ci są dopiero niepoprawni!), którzy kolejny już album Johnny’ego Casha sprzedają jako „ostatni”. Ten – w podtytule mający „ostatni album studyjny” – ukazuje się siedem lat po jego śmierci, a cztery lata od poprzedniego, na którym stało, że zawiera „ostatnie nagrania”. Owszem, producenta całości Ricka Rubina broni pewien fakt: obie płyty są owocem tych samych sesji, gdy tuż przed śmiercią słynnego wokalisty nagrywali nowe piosenki niemal non-stop. Mamy tu więc ten sam starczy głos i ten sam zespół akompaniatorów. Ale nieco mniej funeralny klimat. No bo co można dodać, gdy już się odprawiło Cashowi imponujący piosenkowy pogrzeb? Zanucić tradycyjne hawajskie „Aloha Oe” pozostawiające nadzieję na kolejne spotkanie – nie wiadomo, czy na płycie kompaktowej, czy pod płytą z granitu.
Całość tej ostatniej recenzji będzie na Przekroj.pl za jakiś czas, a druga część lutowych nowości na tym blogu już niebawem.

Bo było za mało reszty

Xiu Xiu
XIU XIU
„Women as Lovers”
Kill Rock Stars 2008
>>3<<<
Po tygodniu studiowania hawajskich legend odpuszczam i przyznaję: trudno mi się pożegnać z tymi wszystkimi nikomu niepotrzebnymi wykonawcami muzycznymi. Wybrałem więc grupę najmniej potrzebną komukolwiek (poza inspiracją do nauki chińskiego – patrz nazwa) i wracam do roboty.
Wracam po to między innymi, by stwierdzić, że ludzie po prostu nie są w stanie ocenić, czy coś jest dobre. Nawet David Toop, ba, nawet jurorzy „Tańca z gwiazdami” są tylko ludźmi (choć Tyszkiewicz ma tak wystudiowaną mimikę, że mogłaby grać androida w „Łowcy androidów”). No dobra, tak naprawdę to mogę tylko stwierdzić fakt, że to ja nie jestem w stanie ocenić. Problem polega na tym, że ocenia się tylko przez odniesienie do innych rzeczy, które wychodzą, przez odniesienie do dźwięków obok, mówiąc ogólnie: do otoczenia. A Xiu Xiu żeruje na tym fenomenie jak mało kto. To taki Depeche Mode albo The Cure świata współczesnej awangardy. Grają piosenki pełne rezygnacji, nieco rozpaczliwe i zatopione w dźwiękach przedziwnych sampli, elementach muzyki gamelanowej, najróżniejszych wpływach, wreszcie – w kakofonii. A gdy takiemu twórcy trafi się jakaś „właściwa” nuta, to w natłoku tych krzywych brzmi wyjątkowo pięknie.
Oto paskudne uproszczenie. Przepraszam, ale po raz kolejny wysłuchałem właśnie „Women as Lovers” i ocknąłem się po kilku minutach od ostatnich dźwięków „Gayle Lynn”. Nie jest to ani udany album pop, ani porażająca awangarda. Można to sformułować dosadniej: ten album to trwające pięć utworów oczekiwanie na kapitalną (choć bardzo wierną oryginałowi) wersję „Under Pressure” śpiewaną tu przez Jamiego Stewarta w duecie z Michaelem Girą, którego znawcom legend hawajskich nie muszę specjalnie przedstawiać, a potem osiem utworów, które pozwalają zejść z tego wyśrubowanego poziomu (przez siódemkę, całkiem miłe „Black Keyboard”) do znacznie mniej udanych kompozycji. I chociaż zdaję sobie sprawę, że Xiu Xiu dawno nie byli tak blisko mainstreamu, co w kompozycji Queen, to jednak trudno mi nie pomarzyć o tym, by do swoich inteligentnych eksperymentów z brzmieniem dodawali bardziej intrygujące melodie.
I tu wracamy raz jeszcze do problemu kontrastu. Oczywiście na tle dyskografii Xiu Xiu – tu pewnie nawet fani, którzy już postawili na mnie przed chwilą krzyżyk, będą się skłonni zgodzić – wypada to mizernie. Problem polega na tym, że na tle rozkręcającego się roku nie ma wstydu. Chętnie bym napisał, że reszta dużo lepsza (i pewnie niebawem napiszę), tylko gdzie ta reszta?