Tag Archives: Willie Nelson

STARSI PANOWIE (KRÓTKIE PIŁKI 3.0)

Postanowiłem pogrupować krótkie wpisy w kategorie, bo trudniej porównywać Fleet Foxes z Jamiem Lidellem niż na przykład Williego Nelsona z Neilem Diamondem. Zaczynam więc od najwyższej kategorii wagowej, albo – jak kto woli – kategorii najwyższej wagi – czyli dinozaurów, dwóch faktycznych i jednego naprędce awansowanego.

.


WILLIE NELSON
„Moment of Forever”
Lost Highway 2008
>>3<<<

Na początek idzie płyta ze stycznia, więc tak stara, że aż wstyd. Ale czymże są te cztery miesiące od jej wydania wobec wieku autora: 75 lat. Wokalnie Nelson to wciąż genialny pewniak, dlatego trochę szkoda go naciągać na jakieś brzmienia środka drogi, a to jest płyta nieco zbyt po amerykańsku szablonowa, by mogła cokolwiek dodać do jego dyskografii. Rick Rubin nie ma rączek jedenastu i był pewnie zbyt zajęty albumem, o którym nieco dalej, żeby i tu coś podkręcić. Po Cashu Nelson byłby naturalnym wyborem. Lecz cóż, może zbyt oczywistym dla Rubina… Nawet niezły „Gravedigger” Dave’a Matthewsa brzmi tu w moim mniemaniu na tyle gorzej niż w oryginale, że chyba nie warto było się za niego brać. Obok tego kompozycje m.in. Kristoffersona czy Newmana i pojedyncze, zresztą najlepiej broniące się w zestawie utwory samego Nelsona – z otwierającym „Over You Again” i przedostatnim „You Don’t Think I’m Funny Anymore” na czele. Słucha się tego, w leniwe niedzielne przedpołudnie nawet lepiej niż do tej pory, ale za dużo fragmentów psuje odbiór całej płyty.
.


NEIL DIAMOND
„Home Before Dark”
Columbia 2008
>>>4<<

Maniera wokalna Diamonda odpowiada mi nieco mniej niż sposób śpiewania Nelsona, ale to dalej superliga wśród wokalistów, zresztą i tym razem wygrał Rubin. Już otwarciowy „If I Don’t See You Again” pokazuje, że będzie na poziomie niedawnego „12 Songs”. „Pretty Amazing Grace” jest jeszcze lepsze, a balladę „Another Day” (duet z Natalie Maines) fani już okrzyknęli jednym z najlepszych utworów w karierze Diamonda. Pewnie nieco na wyrost, bo 67-latek z Nowego Jorku znalazłby w swoim archiwum parę równie dobrych, ale nie da się ukryć – i ta piosenka bije wszystko, co mamy na „Moment of Forever”. Czujność producenta polega na tym, że dba o emocjonalny charakter albumu, o klarowność, prostotę i siłę przekazu, no i nawet w słabszych utworach dorzuca patenty, które przyciągają – jak wspierana gitarą wokaliza w „Don’t Go There”. A po naszej stronie zostaje wydłubywanie takich smaczków z pozornie tylko ascetycznej płyty (o dziwo, czytałem już opinie fanów Diamonda złych za to, że to piosenki nagrane ze skromnym akompaniamentem i na jedno kopyto). It’s a grower – jak by powiedzieli w Ameryce. Może dlatego na razie masowo ignorują ją recenzenci, zajmując się (o zgrozo) debiutem płytowym Scarlett Johansson.
Aha, dla zainteresowanych – album zawiera gitarowe partie Matta Sweeneya.

.


BARRY ADAMSON
„Back To the Cat”
Central Control 2008
>>>4<<

To ci oryginał. Nie nagrywał wprawdzie ostatnio najlepszych płyt, ale po tym gorszym okresie wraca w naprawdę imponującej formie. Mistrz jazzowo-popowej stylizacji, ale takiej, która wystraszyłaby Michaela Buble. Bo Adamson to czarny kryminał, bardziej budowanie klimatu niż popisy wokalne i tygodniowy zarost zamiast gładko ogolonej twarzy. Funk, sekcja dęta, ale niski głos starego zakapiora zamiast gładkiego timbre’u pięknisia. Z tą starością to pewna przesada, no ale w czerwcu monsieur Adamson (który na koncie ma The Bad Seeds Nicka Cave’a, jeszcze jako basista, a przede wszystkim legendarny zespół Magazine!) kończy 50 lat. Słyszałem lepsze albumy BA, ale to było BArdzo dawno temu. W nowym stuleciu „Back To the Cat” z całą pewnością jest najbardziej przekonujący.