Tag Archives: Sonic Youth

35 najlepszych płyt roku 2009

Pora przywitać się na nowo, a jednocześnie domknąć rok zestawieniem 35 (tym razem – kto śledził moje zapiski wcześniej, ten wie, dlaczego właśnie tyle). Jak zwykle pozwoliłem sobie uwzględnić w nim reedycje, pod warunkiem, że są to płyty po raz pierwszy dostępne na płycie CD albo pokazują jakieś nagrania w ogóle dotąd nieznane. Warto zwrócić uwagę na to, że do tegorocznej listy – bezwzględnie nieczułej na podziały Polska/świat, bo nie będę tu robił oddzielnego narodowego zestawienia – wskoczyły aż dwie krajowe płyty. Kto chce porównać tę bieżącą listę z poprzednimi, znajdzie archiwalne tutaj: rok 2007, rok 2008. Długie milczenie postaram się nadrobić w najbliższym czasie. Zresztą pewne szczegóły na tej stronie – poza tym jednym wpisem – już sygnalizują mój powrót do pisania bloga. Dzięki za miłe sygnały w trakcie mojego milczenia. Poniżej już po prostu lista. Jak zwykle posortowana ALFABETYCZNIE.

Akron/Family – Set ‚Em Wild, Set ‚Em Free (Dead Oceans)
Skopana przez krytykę za to, że jest nie-tak-dobra-jak-poprzedni-album, podczas gdy jest wciąż lepsza-niż-większość-tegorocznych-albumów. Do folku i psychodelii dorzucili trochę rocka progresywnego i odjechali może nie tak daleko jak poprzednio, ale i tak słuchana po wielu miesiącach, ta płyta z lekkością potwierdza wielką klasę. A ja potwierdzam to, co o niej napisałem tutaj, jeszcze w lipcu. Ale jeszcze raz podkreślam – Akron/Family otwierają to zestawienie dzięki pierwszeństwu w alfabecie.

Alarm Will Sound – a/rhythmia (Nonesuch)
Świetny koncept związany z poszukiwaniami w zakresie współczesnej rytmiki, pozwalający skojarzyć na jednej płycie Conlona Nancarrowa, Autechre i György Ligetiego. Rewelacyjne wykonania orkiestry z Rochester (znanej z „Acoustiki” z ich wersjami utworów Aphex Twina), która na polu minimalizmu i transkrypcji utworów elektronicznych na akustyczne instrumentarium nie ma sobie równych. Specem od tak zwanej poważki nie jestem, ale to jest album, który tego rodzaju specjalizacji nie wymaga. Więcej było tutaj (i może ktoś w końcu skomentuje, bo się z tym dość samotnie czuję).

Alva Noto – Xerrox, vol. 2 (Raster-Noton)
Nie gorsza niż „jedynka” z tej samej serii. Wprawdzie Carsten Nicolai w swoim podsumowaniu roku na Boomkacie lansuje chyba wszystkie tegoroczne wydawnictwa Raster-Noton z wyjątkiem swojego, to jego płyta była znów najmocniejszym punktem katalogu R-N w tym nie najmocniejszym dla tej firmy roku. Nieco więcej było tutaj.

Animal Collective – Merriweather Post Pavilion (Domino)
Trochę się odcinałem od powszechnej egzaltacji na początku roku (ślad tego pozostał tutaj). Pod koniec roku za to dziwiłem się, że w naszym „Przekrojowym” podsumowaniu nie wygrał AC, bo to jednak płyta, która pogodziła różne gusta muzyczne. Powinienem dopisać + „Fall Be Kind”, w końcu EP-ka, która wyszła w listopadzie przypomniała o tym, kto zdominował (może to prawdziwe znaczenie nazwy wytwórni?) ten rok.

The Antlers – Hospice (Frenchkiss)
Jedna z licznych w tym roku płyt, które dopiero jako album właśnie, a nie zbiór luźno poukładanych piosenek, mają sens. Mojej sympatii dałem już wyraz tutaj, więc pozostanę przy tym, że to dla mnie jedno z największych odkryć roku.

Black To Comm – Alphabet 1968 (Type)
Powyższą uwagę mógłbym powtórzyć i tutaj – mało było w 2009 roku albumów tak bogatych, jeśli chodzi o różne środki wyrazu, które zarazem tak dobrze kleiłyby się jako całość. Marc Richter nagrał świetny album.

The Bran Flakes – I Have Hands (Illegal Art)
Jeszcze raz pokłonię się złodziejom z Illegal Artu, których jestem stałym klientem i jeszcze innym wciskam to, co ukradną (to się już chyba nazywa paserstwo, co?). Ten rok nie był dla nich tak wielki jak poprzedni, ale The Bran Flakes słuchałem przez całą wiosnę. Pisałem o nich w kwietniu.

Bill Callahan – Sometimes I Wish We Were An Eagle (Drag City)
Nikogo pewnie nie zdziwi fakt, że to była najczęściej przeze mnie słuchana płyta roku 2009. I chyba najczęściej na tym blogu wspominana. Znam większych fanów artysty niż ja, ale z drugiej strony dla mnie to jest właśnie szczytowy moment Callahana. Dojrzała, piosenkowa, elegancka płyta. Na koncercie czegoś mi zabrakło, ale płyta jest od pierwszej do ostatniej nuty arcydziełem.

Camera Obscura – My Maudlin Career (4AD)
Nie wiem, jak ta dobra popowa płyta wytrzyma próbę czasu. Staroświeckie zacięcie C.O. może za parę lat brzmieć śmiesznie, ale zdarłem  ten album w roku 2009. Dialogowałem też wewnętrznie na jego temat tutaj, więc wszystko powinno być w miarę jasne. Z naciskiem na „w miarę”, bo grają tu też rolę jakieś prywatne emocje, których sam do końca nie zrozumiem.

Jamie Cullum – The Pursuit (Decca)
Dopiero co Camera Obscura, a teraz jeszcze to? Może Was dziwić obecność tej płyty w zestawieniu. Chociaż nie powinna. W porządku, uznajcie to za jedną z moich tegorocznych „guilty pleasures”, jeśli to uprości sprawę. Problem w tym, że wcale nie czuję się „guilty”. Recenzja tego albumu była na stronach „Przekroju”.

Dan Deacon – Bromst (Carpark)
Bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre. Inne, mniej rytmiczne refleksje tutaj.

Death …For The Whole World To See (Drag City)
To nie death metal rzecz jasna, tylko zagubiona płyta protopunkowej grupy z połowy lat 70.  W tym wypadku odnoszę się do legendy, a zatem krótko: album nie jest tak pionierski muzycznie, jak mówią, ale z całą pewnością jest tak dobry jak mówią. Przy okazji: Drag City znów rządzi!

The Flaming Lips – Embryonic (Warner)
Kiedy już wiem, że wzięli się za coverowanie „Dark Side Of The Moon”, łatwiej przychodzi mi zrozumieć „Embryonic”. Majstersztyk brzmieniowy, płyta świetna jako całość, chociaż możecie mi nie ufać: każda płyta Wayne’a Coyne’a z ostatnich lat trafiłaby do mojego rocznego zestawienia. 😉 W „Przekroju” napisałem nieco więcej.

Fuck Buttons – Tarot Sport (ATP Records)
Kolejny z kategorii zagęszczonych rytmicznie i transowych albumów, w jakie obfitował ten rok. Bardzo dobra kontynuacja „Street Horrrsing”, dalej cudownie prymitywna,  jak gdyby F.B. wychowywali się w dżungli ostatnim hajpem, na jaki się załapali, byłby Tarzan. Ale jednocześnie nie powtarzająca wprost patentów z pierwszej płyty.

Iron & Wine – Around The Well (Sub Pop)
Wiadomo, że Sam Beam nie nagrał złej płyty. Wszystko wskazywało zatem na to, że archiwa też ma niekiepskie. Skuteczność jak zwykle stuprocentowa. I kolejny powód, by uwzględniać w zestawieniach także kompilacje i archiwa, jeśli mają taką wartość jak ta. Trzy słowa więcej tutaj.

Junior Boys – Begon Dull Care (Domino)
Że zacytuję jednego z tutejszych blogowych bywalców: jak nic wróci w zestawieniach rocznych. I wraca. Choć po intensywnym okresie słuchania wiosną zapomniałem o tej płycie na jesieni. Trzy powody, dla których warto wrócić – tutaj.

King Midas Sound – Waiting For You (Hyperdub)
Jedna z ostatnich wielkich płyt roku. I powrót  Kevina Martina, który przed rokiem dominował w zestawieniach jako The Bug. Tutaj nazwa wytwórni mówi wszystko – atmosfera jak z nagrań Buriala czy Kode9, a do tego znakomite wokale. Ciekawe jest to, że „Waiting For You” pachnie już trochę ślepą uliczką dubstepu jako gatunku, w którym już wszystko powiedziano, jeśli chodzi o brzmienie, a zarazem wyprowadza ten gatunek na zupełnie inne wody – potencjał „Waiting For You” w dotarciu z tego typu muzyką do szerokiej publiczności jest moim zdaniem olbrzymi.

Leyland Kirby – Sadly, The Future Is Not Longer What It Was (History Always Favours The Winners)
Ścieżka dźwiękowa do tegorocznej jesieni. Rozkłada na łopatki nowy album Basinskiego, tegoroczne płyty ambientowe i nowych kameralistów z Arnaldsem i Richterem na czele. I to za jednym zamachem – w końcu trzy płyty to kilka godzin słuchania, a zbierany przez długie miesiące zestaw kompozycji Kirby’ego, to rzecz ogromnie charakterystyczna i wciągająca emocjonalnie. Mam nadzieję uzupełnić braki i dopisać kilka słów na temat tego artysty, którym w gorszym dla bloga czasie zająłem się bardzo obszernie na antenie Dwójki.

Loop – The World In Your Eyes (Revolver) 3CD
Olbrzymią przyjemność sprawiły mi wszystkie reedycje Loop, ale nie wiedziałem, że utwory spoza zasadniczych albumów (bo ta trzypłytowa wersja wydawnictwa to o wiele więcej niż oryginalne „The World In Your Eyes”) sprawią mi największą i najmilszą niespodziankę. Więcej dywagacji na temat Loop było tutaj.

Mordant Music – SyMptoMs (Mordant Music)
Jedyny pozytywny wpływ tegorocznego (wyjątkowo kiepskiego, moim zdaniem) podsumowania roku w „The Wire”. Wróciłem do Mordant Music i zasłuchałem w tej płycie. Bo niby zasłużona w ostatnich latach brytyjska wytwórnia, ale dotąd nie miałem do niej osobistego stosunku. „SyMptoMs” ten stosunek mi dały. Baaardzo pozytywny.

Mount Eerie – Wind’s Poem (P.W.Elverum & Sun)
Jeszcze jeden album, którego nie zdążyłem opisać na blogu tej pracowitej jesieni. Bardzo mroczna, ponura, a jednocześnie niezwykle plastyczna płyta Phila Elveruma.  Folk, który połknął black metal.

Mountains – Choral (Thrill Jockey)
Ocieplony partiami gitary elektroniczny ambient, który próbowałem lansować zim ą jako antidotum na plotki na temat Jacksona. Nie wiedziałem, że dużo łatwiej by to było wylansować przez hasło Michael Jackson w lecie. Tutaj można przeczytać tamtą notkę. Mętny ma trochę (notka oczywiście) charakter, ale płyty warto posłuchać.

Natural Snow Buildings – Shadow Kingdom (Blackest Rainbow)
Olśnienie tego roku. Zupełnie inny świat dźwięków. Folk, psychodelia, Indianie, horror, przestery i przeszkadzajki. Zabrało mi to czas, który zwykle poświęcam na przesłuchanie jakichś dziesięciu lub więcej nowych płyt. Więc jeśli to zestawienie ma Waszym zdaniem niepełny charakter – wiecie, że ta dwójka Francuzów jest wszystkiemu winna. Podtrzymuję to, co pisałem tutaj.

Paristetris – Paristetris (Lado ABC)
To był świetny rok w polskiej muzyce. Zacząłem nabierać nadziei na kilka naprawdę eksportowych (ech, te nasze kompleksy) zespołów. Idealnym pomysłem na początek jest Paristetris, w zasadzie w jednej trzeciej z importu. Sam się na moment w tych zawiłościach pogubiłem (dowody tutaj), ale – jak to mówią – lepiej z Paristetris zgubić niż z Paris Hilton znaleźć.

Rob Mazurek Quintet – Sound Is (Delmark)
Lider w świetnej formie, do tego John Herndon z Tortoise w formie lepszej niż u siebie, Matthew Lux z Isotope 217 i nie tylko. Zaskakująco dobra płyta jazzowa,  swobodna, ale jednocześnie dość przystępna, konkretna, precyzyjna. Rzecz nieco retro w klimacie, żyje duchem cool jazzu. Słychać, że Mazurkowi dobrze zrobił epizod współpracy z Billem Dixonem (patrz moje zestawienie sprzed roku).

Alasdair Roberts – Spoils (Drag City)
Dostało mi się za ocenę tej płyty. I przyznaję, że niesłusznie aż tak chłodno o niej napisałem. Ale w kontekście całego roku i dość rozczarowujących premier ze światka nowego folku i alt-country (a przypomnę, że w tym samym roku płyty wydali Oldham, Antony i Devendra Banhart), „Spoils” wyrasta na faworyta. Szczególnie, gdy doliczyć do tej płyty jeszcze minialbum „The Wyrd Meme”.

Różni wykonawcy – Dark Was The Night (4AD) 2CD
Składanka – jak to składanka – zawsze nieco zbyt obszerna, ale materiał złożony z piosenek (covery klasyków albo własne kompozycje) momentami może imponować, a zestaw wykonawców, cała śmietanka sceny folkowej i alternatywno-rockowej – imponuje już z całą pewnością. Przy okazji potwierdzając szczęście 4AD do składanek. Pisałem o tym wcześniej tu.

Różni wykonawcy – Mary Anne Hobbs: Wild Angels (Planet Mu)
Didżejka radiowa publicznego radia brytyjskiego? I czymże taka się różni od Marcina Kydryńskiego? Zaryzykuję: wszystkim, oprócz jednego: oboje wydają swoje kompilacje. Problem w tym, że Hobbs, pierwsza dama dubstepu i pilna obserwatorka brytyjskiej sceny elektronicznej wydaje albumy wypełnione wyjątkowymi nagraniami wyprzedzającymi duże wydawnictwa i dopiero zwiastującymi nowe postacie sceny. Jedne z najlepiej wydanych pieniędzy w roku 2009.

Sonic Youth – The Eternal (Matador)
Słyszałem już mnóstwo teorii na temat ostatnich kilku płyt Sonic Youth. W moim przekonaniu najbardziej prawidłowa jest wersja mówiąca, że od lat ta grupa nie nagrała złej płyty. „The Eternal” to hołd pamięci nieodżałowanego Rona Ashetona. Skromne posunięcie ze strony zespołu, który w tej chwili jest już dla alternatywnego świata legendą nie mniejszą niż The Stooges. Kilka zdań więcej tutaj.

Speech Debelle – Speech Therapy (Big Dada)
Lekko, miło i przyjemnie, o czym zresztą już pisałem. W tym roku ta artystka rekompensowała mi brak The Streets. Cieszyłem się, gdy dostała Mercury Music Prize, ale jeszcze bardziej cieszyłem się z tytułu „płyty dekady” w zestawieniu „Guardiana” dla Mike’a Skinnera. 😉

Sunn O))) – Monoliths & Dimensions (Southern Lord)
Nieco gorszą w tym roku formę dronowego metalu jako całości wynagradza jego główny przedstawiciel. Jeśli ktoś pamięta słowa (bodajże) Chruszczowa o tym, że rock progresywny to „wyziewy z latryny”, uzupełniam tę przenośnię: Sunn O))) to wyziewy z piekielnej latryny.

Terror Danjah – Gremlinz (The Instrumentals: 2003-2009) (Planet Mu)
Po raz kolejny brytyjski hip-hop mi wystarczał. Tego producenta – z ręką na sercu – nie rozpoznawałem, zanim trafił do mnie zbiór jego podkładów, z którego wyciąłbym co najwyżej wkurzające na dalszą metę (ale to znak rozpoznawczy artysty) dźwięki gremlinów. Reszta to kompletna rewelacja. Do tego też chętnie wrócę przy okazji, bo rzecz jest warta wsparcia.

Tomasz Stańko Quintet – Dark Eyes (ECM)
Cienki jak barszcz tytuł płyty, w dodatku zdrada narodowego składu muzyków… Eeee… Rzecz w tym, że Stańko znów jest w jakiejś kosmicznej formie i świetną płytę wydał w rocznicę ECM-u. Pisałem o niej w „Przekroju”.

White Rainbow – New Clouds (Kranky)
Dobrze znany syndrom: album jest gorszy od poprzedniego, „Prism Of Eternal Now”, ale czy to coś zmienia, jeśli wciąż pozostaje lepszy niż większość innych? Poza tym, o ile dobrze pamiętam, to jedyna premiera z Kranky, która mnie w tym roku naprawdę nie zawiodła, a to już coś, bo tę wytwórnię uwielbiam.

John Zorn – Alhambra Love Songs (Tzadik)
Poza Callahanem i Natural Snow Buildings najczęściej słuchany przeze mnie album tego roku. Ścieżka dźwiękowa do życia, która pozwala zachować dobry nastrój w każdej sytuacji. Fanom Zorna wydać się może przesłodzona, ale to, co się tu dzieje w warstwie rytmicznej, to zgranie – fenomen! Więcej tutaj (notabene z całej trójki opisywanych tam płyt tylko dla Sweet Billy Pilgrim straciłem nieco serca przez wiele miesięcy).

Tak wyglądał muzyczny Internet 11 lat temu

mojo_1998_02_dragnet

Na fali ogólnego redakcyjnego zainteresowania internetowym paleolitem, któremu daliśmy wyraz, zajmując się pionierami polskiej sieci (efekty można znaleźć tutaj), zaciekawiłem się drobną notką w stareńkim numerze „Mojo” (przeglądam właśnie archiwum wydań, żeby odsiać z niego to, co niepotrzebne). Był rok 1998, magazyny muzyczne pisały o Internecie jako o ciekawym miejscu, gdzie fani opisują nieprofesjonalnie swoje ulubione zespoły – i nikt w prasie muzycznej nie czuł jeszcze oddechu konkurencji na karku. Wystarczy popatrzeć na to, co powyżej: autor zliczył na Ultimate Band List „aż” 19 stron fanowskich poświęconych grupie Sonic Youth.

Oczywiście taka ilość informacji z punktu widzenia roku 2009 nie robi wrażenia. A rubryki prezentujące adresy stron internetowych z jakiejś dziedziny znikły z gazet. Ale pomyślałem o czymś innym – jak szybko zmieniały się sieciowe kanały zdobywania informacji o muzyce od połowy lat 90. Ultimate Band List (ubl.com) w swoim czasie (a oto jak wtedy wyglądało) było obowiązkowym miejscem startu – to tu można było znaleźć krótkie biogramy artystów i przejść na strony prowadzone przez ich miłośników, czasem (podkreślam: czasem) na oficjalną witrynę wykonawcy. W tej chwili UBL jest owszem, często odwiedzanym serwisem, ale ma zupełnie inny charakter i nie znajdziecie tu linków nawet do 19 stron SY.

Przy okazji… no właśnie, co się stało z masowo robionym stronami fanowskimi? Gołym okiem widać, że straciły na znaczeniu, ustępując miejsca blogom i serwisom społecznościowym, gdzie fani artysty kojarzą się w grupy i produkują masy mniej lub bardziej pożytecznych treści poświęconych tylko jemu. Aktywni półprofesjonaliści zbierają się w niezależnych serwisach muzycznych (zjawisko nieobecne w roku 1998). Prawda, działali już dekadę temu założyciele Pitchforka, ale wtedy ich serwis wyglądał tak i dla takiego „Mojo” nie był konkurencją.

Potem pojawił się All-Music Guide (zabawne, że pod archiwalnym linkiem do UBL, który podałem wyżej, jest informacja o „ludziach z Michigan, którzy założyli ciekawy serwis – The All-Music Guide”!), rzeczony PFM i inne serwisy, wreszcie Metacritic i inne agregatory recenzji, Last.fm, MySpace, RYM i cała reszta – z reguły co roku jakaś nowość. Ale czy jest coś, co nie zestarzało się od samego początku? Czy jest jakaś strona o muzyce, na którą zaglądałem od lat nieprzerwanie, nie tracąc  zainteresowania?

Owszem, tak. Zupełnie niepozorna zresztą w zalewie megaserwisów społecznościowych i cały czas nastawiona na wycinek – coraz większy, ale jednak wycinek – rynku muzycznego. To serwis Brainwashed.com. Tak wyglądał w dawnych prymitywnych czasach. Jestem przekonany, że zaglądałem tu wcześniej niż na UBL, żeby zbierać informacje do tzw. Legendarnej Różowej Księgi, czyli w początkach roku 1996 (zainteresowanych tekstem odsyłam do Wrzutni).

Ostatnio wspominałem nawet na łamach „Przekroju” pewną znajomość, którą podtrzymywałem przez moment m.in. dzięki Brainwashed, którego odnoga w postaci listy dyskusyjnej Cloud-Zero (patrz wyżej) w pierwszych latach swojego istnienia była centralną skrzynką kontaktową dla fanów The Legendary Pink Dots. Poza tym Brainwashed specjalizował się wówczas w muzyce z okolic industrialu i neofolku – tu również można było poczytać o Nurse With Wound czy Current 93, Throbbing Gristle czy Meat Beat Manifesto, zdobyć bezcenne informacje, których próżno było szukać gdzie indziej. Tu pojawiały się podstrony poświęcone wykonawcom EBM-owym, postrockowym, a w końcu cały serwis niezależnej wytwórni Kranky, która do dziś operuje jak gdyby nigdy nic z podstrony Brainwashed.com. W czasach, gdy każdy ma domenę dot com? Wstydu nie mają! A jednak – właśnie dzięki temu, że do dziś pozostało w Brainwashed coś z chałupnictwa i z dawnego czaru fanowskich witryn i nie ma w tym serwisie pragnienia ekspansji i światowej dominacji, ma on szanse długie lata ściągać miłośników tych konkretnych rejonów muzycznej alternatywy. A ja sprawdzę stan rzeczy za kolejnych 11 lat. O ile wtedy będą jeszcze istnieć blogi, czy ten w szczególności, rzecz jasna.

Sonic Youth takie dobre, że aż nudne

Trzymam tę płytę w odtwarzaczu od jakiegoś miesiąca z nieskrywaną nadzieją, że jednemu z moich ulubionych zespołów przytrafił się w końcu jakiś ludzki kiks. Z pisaniem zwlekałem aż do dziś…

sonicyouth_theeternalSONIC YOUTH „The Eternal”, Matador
premiera: 9.06.09, źródło: Amazon.co.uk (CD)
8/10

Dostałem od kolegi w mp3, ale nie słuchałem, nie chcąc się uprzedzać przedpremierowym odsłuchem z komputera. Ale i tak zdążyłem się uprzedzić. Pierwsze entuzjastyczne opowieści na temat tej płyty mówiące o tym, że – jak zwykle – „triumfalny powrót”, że „legendarny zespół”, że „najlepsza płyta od czasów…” itd. spowodowały u mnie naturalny efekt odrzucenia, więc gdy już dostałem płytę, starałem się ją na wszelkie możliwe sposoby znielubić.

Wydawałoby się, że znielubić nową płytę SY łatwo, biorąc pod uwagę fakt, że niezwykle eleganckie i dopracowane „Rather Ripped” i „Sonic Nurse” należą do moich ulubionych albumów SY w ogóle, a poprzedzający je „Murray Street” podobał się nawet tym, którzy uważają, że zespół dawno się skończył. A na koniec jeszcze w pretensjonalny sposób odszedł do niezależnej wytwórni. No i biorąc pod uwagę to, że zespół jest leciwy, nagrywa dużo i ma tak charakterystyczny sposób komponowania riffów, śpiewania, rytmikę, operowanie hałasem, ulubione harmonie, że już dawno powinni być żywą skamieliną. Najpierw jednak odbiłem się od „Antenny” – z charakterystycznym dla SY unisonem gitary i wokalu w melodyjnym refrenie. Potem od „Poison Arrow”. Wprawdzie próbowałem sobie udowodnić, że Kim Gordon jest w gorszej formie wokalnej, ale tu w refrenie brzmi dokładnie tak, jak trzeba. Polubienie „Malibu Gas Station” było dość oczywiste, kiedy już zaakceptowałem coraz bardziej zmieniający się głos basistki SY (basistki do niedawna – tu już w studiu zastępuje ją Mark Ibold), a tym bardziej, jeśli polubiłem „Rather Ripped”. „Anti-Orgasm” ujął mnie brzmieniem nawiązującym do późnych lat 80. – elementy wzięte wprost z „Sister”, „Daydream Nation” i „Goo” czynią zresztą „The Eternal” płytą bardzo chwytliwą. Utwory są zwarte, nieprzegadane, całość dynamiczna. Podobnie dobrze mi się zaczęło słuchać „Leaky Lifeboat” z flażoletowym intro (kolejny stały element języka SY). I tak dalej, aż w końcu, o zgrozo, zaczęło mi się podobać wszystko.

Osatnią iskierką nadziei były lekko podszczypujące legendę recenzje w moim ulubionym ostatnio piśmie „Uncut” i na PFM. Pomyślałem, że może przy dłuższym obcowaniu „The Eternal” straci i postanowiłem dać jej jeszcze jedną szansę – zabrałem ją do samochodu w dalszą podróż, jako dodatkowe utrudnienie traktując zestawienie z nowym Dirty Projectors, płytą docenioną przez dwa wyżej wzmiankowane media i w ogóle chyba przez wszystkich. Skończyło się na tym, że słuchałem „The Eternal” non-stop, a do „Bitte Orca” nabrałem dystansu. Po powrocie do domu słuchałem SY dalej, a o DP nie chce mi się nawet pisać. Może za dużo słuchałem Yesów i Gentle Giant za młodu, żeby się czymś takim podniecać w dzisiejszym wieku. Problem w tym, że Sonic Youth podniecało mnie i wcześniej, i w trakcie słuchania Gentle Giantów, i potem, więc chyba jest coś sensownego w niezrozumiałym dla mnie tytule ich nowej płyty (ktoś wie, dlaczego taki?).

W każdym razie za tak przewidywalnie dobrą płytę mogę dać tylko przewidywalnie nudną ocenę.