Tag Archives: Pukkelpop

Pukkelpop 2009. Dzień 3.

pukkelpop-4

Czterodniowy festiwal to długi festiwal. Trzy dni są w sam raz. Pod warunkiem, że nogi nie odmawiają posłuszeństwa. Zwinęliśmy namiot i udaliśmy się na koncerty, bo w planach był wcześniejszy wyjazd. Dead Confederate okazało się warte tej dyscypliny. 11.20 to wczesna pora jak na start, ale tym razem się opłaciło. Znów zespół grający trochę muzykę z amerykańskiego Południa, a trochę w stylu Seattle. Pochodzący z Athens w Georgii – tak jak R.E.M. Młodzi i energiczni. Zamówiona  po festiwalu płyta już w drodze. Telepathe miałem okazję poznać z pojedynczych nagrań (niezłe), potem z płyty (gorzej), a na koncercie w Chateau było widać, że dziewczyny nie przepracowywały się i większa część ich setu to niestety mizernie zakamuflowany playback. Potem – w zasadzie przypadkiem – trafiliśmy na występ Edward Sharp & The Magnetic Zeros. Moja żona stwierdziła, że to najwyraźniej jakaś sekta. Dodałbym do tego, że z lekką domieszką szant i tańca hula. W każdym razie bardzo dziwne, co w pewnych sytuacjach jest zaletą – ale my nie byliśmy w stanie dostrzec w nich tego, co najnowszy numer „Rolling Stone’a” opisujący ich jako nadzieję.

Odpuściliśmy sobie Micachu, mając w pamięci jej sceniczne zmagania na Offie, za to Jack Peñate – polecany mi również na tym blogu (vlad.pavlovy – dzięki!) – okazał się żwawy i wciągający, choć troszeczkę monotonny stylistycznie. No ale przynajmniej nauczyłem się wymawiać jego nazwisko – bardziej z hiszpańska niż z angielska. Jeszcze lepsze wrażenie zrobił na mnie Hudson Mohawke. W Chateau nagle zmieniła się atmosfera, bo z namiotu specjalizującego się w alt-country i folku stali się przyczółkiem elektroniki do słuchania. Szykuje się w każdym razie kapitalna płyta HM.

Tu doszło do jednego z cięższych wyborów Pukkelpopu. Deerhunter albo Gang Gang Dance. Wybrałem Deerhuntera, czyli to, co na płycie lubię bardziej. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem. Brandford Cox – który sam sobie stroił gitarę i ustawiał dźwięk przed koncertem, więc chyba jeszcze nie nabawił się syndromu gwiazdy – był dość niemrawy. Choć, z drugiej strony, ludzi jego postury oceniam z góry jako niemrawych, często bez uzasadnienia. Energią nadrabiał jego zespół. Podobno na Gang Gang energii i żywiołowości jest mnóstwo – ktoś opowie parę słów?

Z przykrością odsiałem tego dnia prawie wykonawców ze sceny elektronicznej – w tym dubstepowców. Nie było klimatu, żeby oglądać ich o 16.00, a potem było już za późno. Wybraliśmy Rolo Tomassi – gitarzysta najwyraźniej już wyzdrowiał od czasu Off Festivalu, ale moim zdaniem nie straciliśmy wiele w Mysłowicach. Hanne Hukkelberg nieco poniżej oczekiwań, choć muszę przyznać, że nie za bardzo się do tego koncertu przygotowałem. Zupełnie inaczej w wypadku Dinosaur jr. Od rana majaczyli w tłumie kolesie w t-shirtach ze znajomą tandetną czcionką z logotypu tej zacnej grupy. Wyszli na dużą scenę i zagrali pod słońce 45 minut konkretnego, fajnego koncertu, rozpoczętego „Just Like Heaven” z końcówką, w której uwierzyłem, że naprawdę wszystko im siadło. Było z grubsza tak, jak się spodziewałem, zestaw największych „hitów”, zagrali nawet „Feel The Pain” w bardzo dziarskiej wersji. Duża scena – w dodatku w pełnym słońcu – to z reguły kiepskie miejsce na koncert, ale ten zostawił po sobie pewnie kilkuset nowych fanów zespołu. Może nawet wśród tych, którzy przyszli tego dnia tylko na 50 Centa i N.E.R.D., a sądząc po obłędnych tłumach, było ich sporo. Wyszedłem z poczuciem niedosytu na ostatni nasz koncert tego dnia – The Whitest Boy Alive. Miło skończyć takim akcentem swoją wizytę na festiwalu. Erlend Oye miał tak zadziwiające przyjęcie jak Bon Iver – może nawet bardziej, bo przecież jego zespół nie stał się ulubieńcem krytyki w takim stopniu co grupa Vernona. The Whitest…, pobudzeni reakcją, zagrali kapitalnie, przechodząc z utworu w utwór, żonglując swoimi kawałkami jak didżej płytami, a przy tym ani na moment nie gubiąc tego swojego specyficznego funkowego groove’u, a Oye wyglądał, jak gdyby brał jakieś środki wspomagające, choć nie podejrzewam, żeby jego uśmiech był efektem działania innej chemii niż ta między publiką a wykonawcą na scenie. Publika zresztą coś wiedziała – zespół grał tu dwa lata wcześniej, więc byli przygotowani na niezłe widowisko.

My wyjeżdżaliśmy zmęczeni i usatysfakcjonowani, więc nie pytajcie, co straciliśmy. I tak udało nam się pobyć w Hasselt dłużej niż rok temu. Pozdrowienia dla wszystkich, którzy tam byli. Ta relacja jest wprawdzie przydługa, ale jak widzicie i tak tylko po łebkach przejechałem się po poszczególnych wykonawcach. To duża impreza i wymaga dużo energii. Brakuje jej nieco bardziej awangardowych akcentów. Jak dla mnie zbiera się tu już zbyt wielki tłum, a część wykonawców kompletnie wychodzi poza mój krąg zainteresowań. Z drugiej strony, gdyby nie oni, to ciągle musielibyśmy dokonywać takich wyborów jak ten między Gang Gang Dance i Deerhunterem albo między Andrew Birdem a Grizzly Bear.

Teraz pora na PRAWDZIWE wakacje, więc przez chwilę mogę się nie odzywać. Wszystko jednak wskazuje na to, że kiedy wrócę, z koncertów przerzucę się z powrotem na płyty.

Pukkelpop 2009. Dzień 2.

pukkelpop2

Kolejka do pryszniców wyglądała jak mała katastrofa. Część kolejkowiczów zabrała ze sobą nawet krzesełka, alkohol i muzykę. Zdecydowaliśmy, że jedzenie jest jednak znacznie bardziej palącą potrzebą. I kawa. W tym roku można się było napić nie najgorszej na terenie festiwalu. O piwie nie wspomniałem przed rokiem. Miejscowy browar, a kultura spożycia nakazuje organizatorom rzadki zwyczaj niedolewania do piwa wody, co w naszych warunkach wydaje się tak egzotyczne, jak fakt, że pijących i jedzących nie zamykają w ogrodzonym siatką getcie. Co więcej, z przyniesionej na teren imprezy dużej butelki wody strażnik przy wejściu zabierze wam… tylko nakrętkę. A świętym prawem wchodzących na teren jest wniesienie własnoręcznie zrobionych kanapek (starzy bywalcy festiwalowi korzystali z tego skwapliwie – tak jest zdrowiej, no i dużo taniej).

Zaczęliśmy od obiecującej nazwy – The Gay Blades. Kryło się pod nią kolejne duo nieco w stylu The White Stripes (perkusja + gitara z wokalem), a w składzie kolejni brodacze. Broda wraca do łask, jakby co. Poprawni. Ale brody więcej niż poprawne. Więcej niż poprawni byli również muzycy Alberta Cross, którzy grali przed 14.00 w Marquee. Angielscy uciekinierzy na Brooklynie, nie dziwota, że wybrali Stany, skoro grają muzykę z okolic My Morning Jacket. A grają – dodajmy – swobodnie i bardzo zajmująco. Debiut „Broken Side Of Time” już w drodze, zdam relację, gdy już do mnie trafi. W A Place To Bury Strangers zawsze podobała mi się nazwa, więc zajrzałem do namiotu The Shelter, żeby zostać przy swoim wyjściowym stanowisku. Za to świetnie się bawiłem na Puppetmastaz. Poznana wcześniej para z Berlina mówiła, żeby koniecznie, a jakoś wcześniej nie mieliśmy do nich szczęścia na festiwalach. To przedni kabaret, ale zarazem kapitalny warsztatowo rap – pięciu kolesi ukrywa się za kotarą i odgrywają koncert na kilkanaście różnych marionetek zwierząt, wymyśliwszy im wcześniej głosy, sposób rapowania, historyjki itd. Wolę to niż pozostałe gwiazdy hiphopowe tegorocznego Pukkelpopu – z całym szacunkiem dla samego gatunku. Poza tym zabawnie było popatrzeć na konsternację młodocianych fanów hip-hopu, którym najwyraźniej się podobało, ale głupio okazywać skrajny entuzjazm, gdy się ma mało dystansu do hh, a scenicznymi bohaterami są kurczak i nosorożec. Dopiero gdy panowie wyszli zza kotarki było wachlowanie rękami i skoki pod sufit. To trzeba zobaczyć.

Nogi nas bolały już w połowie pierwszego dnia, więc omijaliśmy namiot Dance Hall usytuowany na drugim końcu terenu Pukkelpopu. Dlatego zamiast na Buraka Som Sistema udaliśmy się dać sobie po wątrobie (frytki+piwo) i udaliśmy się na Eagles Of Death Metal. Po Puppetmastaz to niezbyt dobry cel, bo ci też wyglądają jak marionetki, tylko wszystko tak jakby za bardzo na poważnie. No ale przed rokiem pisałem, że przy festiwalu pracuje cały przekrój społeczny, więc dobrze, że ma to odzwierciedlenie na scenie. W każdym razie przebierałem już nóżkami przed kolejnym koncertem, faceta, którego klasą można by obdzielić wszystkich członków Eagles Of Death Metal. Proszę Państwa, nie dziwię się, że Bill Callahan wyrwał Joannę Newsom – piękny nie jest, ale ma w sobie coś magnetycznego. I wprawdzie nie zaśpiewał, że „it’s time to put God away”, to więcej zarzutów nie mam. Zagrał prawie całą nową płytę i jeszcze raz udowodnił, że to jeden z najmocniejszych zestawów piosenek w tym roku. Jako że (już było o tym) trudno utrzymać uwagę po dobrym koncercie, The Ting Tings (całkiem spektakularne na koncercie, trzeba przyznać) potraktowaliśmy jako przystawki do piwa i frytek. Zdążyliśmy na kawałek legendarnych The Jesus Lizard, żeby się przekonać, że to nie nasza bajka i wpadliśmy w niepotrzebny dryf, biegnąc – znów na chwilę – na Squarepushera. Nie złapaliśmy nawet klimatu. Skądinąd myślałem, że może Jenkinson po albumie nagranym na gitarze basowej pokazuje coś innego niż na dawnych koncertach. Ale przecież na żywo on zawsze grał głównie z wykorzystaniem basu.

Największym pozytywnym zaskoczeniem imprezy okazał się dla mnie Patrick Wolf. Ten sam nieszczęsny Club, w którym bez efektu miotali się poprzedniego dnia muzycy Grizzly Bear, ten człowiek wykorzystał w stu procentach. Kapitalne wejście, image jak z kosmosu – krzyżówka Bowiego, The Human League i Skid Row. Świetny wokal (bardzo, bardzo w stylu lat 80.), mocny wybór utworów z nastawieniem na eksponowanie riffów gitarowych i podrywającego tłum rytmu. Nie było nic z agresji, o której wspomina w przeglądzie prasy Mariusz Herma. Ale nie było też momentu, w którym Wolf straciłby raz ściągniętą uwagę publiki. Jakże inne to było od późniejszego Snow Patrol na dużej scenie, których utwory przerywane były regularnie przez „You’re fucking gorgeous” frontmana. „I love you”. „You’re great”. Skoro to już padło, to teraz znów: „You’re fucking gorgeous”. Ja rozumiem, że staż u boku Bono uczy jak w Szkocji kwestować na afrykańskie dzieci i najbardziej zdystansowanych zdobywać choćby per rectum (mój kolega ostatnio użył tego jako przenośni i ludzie się strasznie wzburzyli, chciałem tak tylko zamanifestować swoje poparcie). Ale żeby aż tak?? Ja się tego dnia czułem wystarczająco dobrze.

Dla odmiany Fever Ray próbowali nas nastraszyć. Zamiast świateł – lampki nocne na całej scenie. Ciemności, wymalowane na trupio blady kolor twarze, dziwne stroje – wygladali bardziej jeszcze gotycko niż brzmią. Muzycznie dalej mnie to nie przekonuje, ale show był – ciekaw jestem, czy podobnie to wyglądało w Katowicach. Zajrzeliśmy na Hanka III & Assjack, żeby zobaczyć jak wnuk Hanka Williamsa (!) w towarzystwie brodatych radykałów machających instrumentami podbija punkową publiczność dźwiękami hillbilly. Bezcenne. Ale i tak wybraliśmy powtórkę z Off Festivalu i obejrzeliśmy raz jeszcze koncert Crystal Antlers. Równie dobry wykonawczo, co w Mysłowicach, w małym namiocie Chateau brzmiał nawet trochę lepiej. No ale publikę mieli lepszą w Polsce. Na koniec dEUS, z krótkim featuringiem w postaci Karin Dreijer Andersson z Fever Ray. Ogólnie chyba bardzo dobry koncert, obudziły się w nas wspomnienia sprzed dekady z okresu ich trasy „The Ideal Crash”, tylko muzycy jacyś starsi. Ale to były takie wspomnienia, jakie się ma na chwilę przed zaśnięciem. Pobiegliśmy do namiotu i przy dźwiękach Kraftwerku dobiegających z dużej sceny już usypiałem. Proszę mnie tylko za to nie piętnować – w końcu Florian Schneider juz odszedł, więc Kraftwerk – bezwzględnie genialny zespół – to dziś w zasadzie one-man-band, jeśli tutaj w ogóle można jeszcze mówić o czynniku ludzkim. O rety, muszę kończyć, literówki poprawię chyba już jutro. Jutro też – mam nadzieję – część ostatnia wrażeń i wzruszeń.

Pukkelpop 2009. Dzień 1.

pukkelpop1

Postanowiliśmy w tym roku przyjechać wcześniej. Tak, żeby nic nam nie umknęło. Pamiętaliśmy upał i kolejkę do wejścia z roku ubiegłego, więc postaraliśmy się o nieco więcej dyscypliny. Zdążyliśmy do Hasselt na 10.00. Problem w tym, że inni pomyśleli o tym samym. Ludzi było więcej, byli wcześniej, a upał znacznie większy niż przed rokiem. Wylądowaliśmy jeszcze dalej na polu namiotowym. Koniec końców o otwierających festiwal brytyjskich grupach The Invisible (nominacja do Mercury w tym roku) i The Maccabees ciągle wiem tyle, ile można wyciągnąć z MySpace.

Przy ponadtrzydziestostopniowym upale najgorszym, co mogło się nam przydarzyć, było odwiedzenie namiotu Chateau. Problem w tym, że większą część tego dnia mieliśmy spędzić właśnie tam. Najpierw Vetiver z bardzo dobrze zagranym setem własnych utworów i coverów. Kapitalne „Hey Doll Baby” The Everly Brothers na koniec. I przerwa regeneracyjna dłuższa niż sam koncert. Potem James Yuill – człowiek-orkiestra z UK po całkiem niezłym debiucie, coś pomiędzy Nickiem Drakiem i Aphex Twinem, czyli rozstrzał przeolbrzymi. Tzw. folktronica, czyli z gitarą i laptopem. Laptop (ten z jabłuszkiem BTW) niestety nie odpalił. James zagrał więc na poczciwej i solidnej gitarze. Gdy laptop nie odpalił po raz drugi, James znów zagrał na niezawodnej gitarze. Ale gdy nie odpalił po raz trzeci wyszliśmy, tłumacząc to upałem.

Zawędrowaliśmy do Marquee (drugi co do wielkości i ważności namiot, w zeszłym roku miejsce tych najlepszych koncertów), by skonsumować frytki z piwem przy dźwiękach Shantel & Bucovina Club Orkestar, mariażu niemieckiej elektroniki z orkiestrą bałkańską, w którym niemiecka elektronika przegrywa – jak cokolwiek w starciu z bałkańską orkiestrą. Nie kupujcie ich płyty „Planet Paprika”, bo już to dobrze znacie z koncertów Bregovicia, ale uwaga, bo na żywo zagrają na Waszych najbardziej prymitywnych instynktach. 🙂 Uciekliśmy do intelektualnego Jona Hopkinsa, który rozstawił w Chateau swoje zabawki, znacznie bardziej niezawodne niż te Yuilla, chociaż było jeszcze goręcej (a jabłuszko to samo). Właściwie miałem o tym napisać jeszcze przed Nową Muzyką – wtedy ta informacja bardziej by się komuś przydała. To był bardzo solidny koncertowy set. I uczciwy – co prawda nigdy nie wiadomo, czy JH nie wysyłał maili, ale przynajmniej sprawiał wrażenie, że sporo w swojej muzyce zmienia na bieżąco i zagrał utwory znane z „Insides” w zupełnie innych wersjach, jako 3-4 długie, stopniowo rozwijane motywy. Konkludując w sprawie, o której pisałem jakiś czas temu: Moderat przed Radiohead okazał się wprawdzie bezwzględnie ciekawszym występem, ale dalej trzymam się tezy o tym, że JH lepiej by się wpisał w nastrój wieczoru.

Bon Iver w Marquee to był pierwszy szok. Godzina 15.50, a z namiotu się wylewa, w środku ścisk taki, że podchodzić pod scenę musiałem (wcześniej odeskortowałem na zewnątrz żonę, której od upału zrobiło się gorzej – szkoda, że właśnie na BI) z boku, żeby Justina Vernona podejrzeć z bliska. Wziął sobie (zakładam, że to dla niego stały wariant koncertowy) trzech młodziutkich sidemanów i gra nieco mocniej, nieco dynamiczniej materiał z jedynego longplaya. Gra, a ludzie – nie do wiary – śpiewają razem z nim. Zadowolony, wysłałem do kolegi SMS-a, że są w Belgii więksi od papieża. Gdy wróciłem do kraju, redaktor Mocny w Gębie zapytał mnie, czy widziałem The Big Pink, a mnie kompletnie odebrało mowę. Teraz już wiem dlaczego – ja tej nazwy nawet nie zapamiętałem, w ogóle nie wiedziałem, że grali na Pukkelpopie – bo kolidowali z Bon Iver. A z Bon Iver tego dnia nie można było kolidować.

Port O’Brien w Chateau okazał się nieco bardziej amatorski niż się wydawało z przedfestiwalowych opinii, choć miał przesympatyczną perkusistkę. Nie wierzcie porównaniom z Fleet Foxes w każdym razie. Część ich występu (ciągle piekielny upał!) potraktowaliśmy jako przerwę rekreacyjną. Tak się odprężyliśmy, że nie chciało nam się nurkować w zbity tłum na Dizzeem Rascalu, więc jego wyrzeźbiony tors obejrzeliśmy na telebimie przed Marquee. Raperzy są, niestety, nudni (z małymi wyjątkami, o których będzie w kolejnych odcinkach). Soap & Skin – ładna. I muzycznie, i fizycznie. Tylko kto ją teraz, do cholery, wypromuje u nas na nową Tori Amos na nowe czasy? Koncertowo ma jeden zasadniczy mankament – siedzi przywiązana do fortepianu, na którym stoi komputer (wiadomej marki), z którego wystrzeliwuje podkłady do swoich fortepianowych pasaży – prawdopodobnie z pomocą nożnych sterowników (stałem za daleko, żeby mieć pewność), a zatem jest kompletnie uwiązana. Za bardzo, żeby się odwrócić w stronę widowni. Ale młoda jest bezczelnie i ma hektary czasu. Przed końcem koncertu uciekliśmy, żeby nie spotkało nas to, co na Bon Iver, czyli żeby mieć dobre miejsca na Wilco. Przeczuwaliśmy, że zespół, który wśród 45-minutówek festiwalowych zarezerwował sobie pełne półtorej godziny (!) musi mieć czym je wypełnić. No dobrze, wiedzieliśmy, że tak jest, choćby z nagrań. Okazało się jednak, że nagrania kłamią – jak to zwykle – w sferze emocji. Wilco było DUŻO lepsze niż z płyty koncertowej. Tweedy okazał się wyjątkowo sympatycznym kurduplem, atmosfera w zespole – zaskakująco demokratyczna (Glenn Kotche często prowadził konferansjerkę z drugiego szeregu). A Nels Cline – siwiejący elegancik ze słabością do fenderów jaguarów (ulubiona gitara Cobaina) jazzmasterów (dopiero na zdjęciach się zorientowałem co i jak – przepraszam – to z kolei ulubiona gitara J Mascisa i Kevina Shieldsa, a zatem jeszcze bardziej w temacie tegorocznego Pukkelpopu) – okazał się moim nowym bogiem gitary. Podchodziłem do Wilco z sympatią, ale bez fanowskich emocji, a ten występ po prostu mnie rozwalił. Przy poziomie dystansu do muzyki, jakiego nabawiłem się ostatnio, nic tak nie cieszy, jak dowiedzieć się, że jeszcze tak można. Podejrzewam, że podobnie czuje się staruszek, dowiedziawszy się, że jeszcze może 😉

Zmorą festiwali jest to, że ogląda się koncerty non-stop i podświadomie je ze sobą zestawia. A ceną entuzjazmu jest zmęczenie. Spróbujcie się pozbierać w ciągu kwadransa i dać się ponieść na kolejnym koncercie. Na dość przewidywalnym (a może tylko mi się tak wydawało?) występie Andrew Birda ta sztuka mi się nie udała. A ponieważ priorytetem był Grizzly Bear, przeniosłem się w połowie koncertu z Chateau do innego małego namiotu – Club. Ten jest gorzej nagłośniony i usytuowany nieco mniej korzystnie, blisko głównej sceny, więc ściąga sporo przypadkowej publiczności. I tu przeżyłem pierwsze rozczarowanie tego festiwalu – zobaczyłem czwórkę chłopaków (młodszych niż się wydawało – tak to bywa z wykonawcami dojrzałych płyt, że podświadomie mam ich za starszych), którzy nie potrafią sobie poradzić z przełożeniem całego producenckiego kunsztu „Veckatimest” na warunki sceniczne. Zniknęły szczegóły, szlag trafił piękne harmonie. Może w większości była to wina warunków, ale atmosferę szlag trafił, choć do Clubu nabiły się tabuny ludzi, na zewnątrz błyskało i lunął deszcz. A może właśnie dlatego? W każdym razie schłodzeni wyszliśmy po swetry, mijając po drodze niespodziankę, od której zachciało nam się śmiać. Otóż zobaczyliśmy Surprise Act tegorocznego Pukkelpopu, po którym nie spodziewaliśmy się wiele. „Popatrz, czy to nie jest…”. „No tak!”. ” A ten obok, to nie jest czasem…?”. „Tak mi się wydaje”. „Co oni właściwie robią razem??”. „Cholera wie…”. Tak oto – kompletnie bez przygotowania – staliśmy się świadkami koncertu Them Crooked Vultures – jednego z pierwszych w ogóle, a bodaj pierwszego w Europie. Gdyby ktoś pytał: Dave Grohl, Josh Homme i John Paul Jones. Dobre, co? No więc właśnie dlatego wybuchnęliśmy śmiechem. A potem poszliśmy po te swetry.

Opeth i DeVotchka padli ofiarą wyprawy po swetry, a Beirut, na którego koncert zdążyliśmy, okazał się słabszy niż Shantel i zdecydowanie poniżej wyśrubowanego tego dnia poziomu. Za to Faith No More obejrzałem z fascynacją – od zbiorowo odśpiewanego „Reunion” po scysję Pattona z VIP-ami, podczas której zeskoczył do fosy i kazał kolejnymi VIP-om dośpiewywać kawałki tekstu piosenki FNM, odpychając ich, gdy nie potrafili. Fakt, zdążyłem w międzyczasie wyskoczyć na The Black Angels – zespół, który wróżył dużo, choć na żywo grał trochę za bardzo jak The Doors, a za mało jak The Jesus And Mary Chain. Za to niespecjalnie mnie zdziwiło, gdy zobaczyłem jego członków w komplecie na kolejnym koncercie wieczoru: My Bloody Valentine. Muszę przyznać, że dla mnie był to jeden z powodów przyjazdu na Pukkelpop. Niewiele w nim było z muzyki, a bardzo dużo z filozofii muzyki. W postawie Kevina Shieldsa, gdy wychodzi na scenę w mroku, na tle ściany wzmacniaczy, jest coś z zachowania Johna Cage’a. Shields wymyślił sobie hałas absolutny, idealny. Publiczność nie może jednak go usłyszeć. I niczym w romantycznej legendzie – kto usłyszy, ten niczego już więcej nie usłyszy, bo ten ostateczny hałas skutecznie zniszczy mu słuch. Większości utworów nie rozpoznacie, niezależnie od tego, czy poczęstujecie się rozdawanymi przed koncertem zatyczkami, czy też nie. Nie nagracie żadnego, bo rzecz przesteruje każdy sprzęt. A ponieważ reżyser dźwięku (!) też ma zatyczki w uszach, możecie być pewni, że zespół gra pod kątem takich jak wy. I że będzie was próbował ogłuszyć mimo zatyczek, wypędzić z terenu Pukkelpopu wszystkich gapiów, całą publiczność, wyzwalając takie sprzężenia, od których nie uciekniecie nawet sto metrów dalej w plastikowych toaletach. Sprawić, by hałas był odczuwalny. Z drugiej strony – nie ma lepszego zwieńczenia festiwalowego dnia niż taki koncert. A zatyczki przydały się jeszcze w namiocie. I następnego dnia, żeby leczyć zmęczone uszy po długim dniu i krótkiej nocy. Ale o tym niebawem.

Sporo zdjęć z tego dnia tutaj. A ponieważ tu się nie zabierało, drodzy polscy organizatorzy, aparatów powyżej 3,2 MPix, można co nieco zobaczyć w społecznościowej części serwisu Pukkelpopu tutaj.

Frytki z majonezem – powrót

pukkelpop

Piwo, frytki i The Flaming Lips

Przywieźliśmy jako łupy z wyprawy dwie paczki gofrów i sześciopak piwa Leffe.

W tym miejscu mógłbym urządzić mały konkurs na nazwę festiwalu, który odwiedziliśmy z żoną tego lata. Ale po co, skoro wszyscy zainteresowani i tak pewnie dawno już wiedzą. No bo gdzie indziej można było tego lata nadrobić niewidziane gwiazdy Off Festivalu, Nowej Muzyki i Open’era (no, powiedzmy, że w niewielkim stopniu), jeśli nie na Pukkelpopie?

Nigdy tu wcześniej nie byliśmy i muszę powiedzieć, że wrażenia są wyjątkowe. Po pierwsze, wyobraźcie sobie małe belgijskie miasteczko, w środku którego (wcale nie żartuję) od 23 lat odbywa się wielka impreza z muzyką alternatywną i wyrasta (również praktycznie w środku miasta) pole namiotowe na kilkadziesiąt tysięcy osób. I nie tylko nikt nie protestuje, ale jeszcze młodsze i starsze (piwo na jednym ze stanowisk nalewał nam 70-latek, frytki z majonezem podawała pani w wieku babci festiwalowiczów, a parkingu pilnował między innymi facet powyżej 60-tki) osoby z okolicy zaangażowane są w pracę nad imprezą. Po drugie, koncerty zaczynają się tu koło południa i kończą o 2.00 (co jest błogosławieństwem dla starych pryków takich jak ja). Po trzecie, pole namiotowe ma zadeklarowaną ciszę nocną od 2.00 (co jest błogosławieństwem…. i tak dalej).

Deklaracje okazały się niestety tylko deklaracjami, ale i tak było fajnie.

Pukkelpop ma długą tradycję i narodził się w Hasselt jako impreza związana najpierw z belgijską sceną New Beat i nowofalową, a potem prezentująca niezależny rock ze Stanów (Sonic Youth, Dinosaur Jr. i okolice). Od czasu do czasu przemykają więc przez teren festiwalu siwowłosi załoganci zainteresowani intelektualnym graniem gitarowym, co nie zmienia faktu, że gros publiczności to młodzież w okolicach lat 16, słowem: ludzie, którzy – bez obrazy – u nas jeżdżą jeszcze najczęściej na Przystanek Woodstock. Headlinerzy są bezpieczni i zapewniają wielotysięczną publiczność: Metallica, The Killers, Roisin Murphy, Sigur Rós, Editors, Bloc Party i Within Temptation. No ale nie przyjechaliśmy tu sprawdzać, ile włosów zostało Jamesowi Hetfieldowi ani posłuchać piosenki z reklamy Nike’ów, zatem zostawmy większość z powyższych w spokoju. Cały skład możecie sobie sprawdzić tutaj. Zastrzegam, że jako młodzi rodzice (w tym akurat jestem młody, przyznaję) oddaleni o 1250 km od swojej pociechy wybraliśmy wariant maksymalnych wrażeń w minimalnym czasie, więc na festiwalu byliśmy dwa dni i nie zobaczyliśmy wielu tak ciekawych artystów, że aż wstyd się przyznać, zresztą pewnie i tak sobie sprawdzicie pod powyższym linkiem i będziecie się nade mną pastwić. No ale uczciwość przede wszystkim. Nie będę ściemniał. Jechałem i tak przede wszystkim na wykonawców z pierwszego dnia imprezy: The Flaming Lips i Iron & Wine. I w sumie, jeśli mam być szczery, mógłbym te kilometry przejechać tylko dla nich. Reszta w tej sytuacji jest po prostu ciekawym bonusem, zatem nie należy czegokolwiek żałować, tylko cieszyć się z szansy zobaczenia jeszcze jednego dobrego festiwalu chociaż we fragmentach. I o tych fragmentach w kolejnym wpisie, bo długie wpisy mają to do siebie, że nikt ich nie chce czytać, a pisać to już tym bardziej…