Tag Archives: Paristetris

35 najlepszych płyt roku 2009

Pora przywitać się na nowo, a jednocześnie domknąć rok zestawieniem 35 (tym razem – kto śledził moje zapiski wcześniej, ten wie, dlaczego właśnie tyle). Jak zwykle pozwoliłem sobie uwzględnić w nim reedycje, pod warunkiem, że są to płyty po raz pierwszy dostępne na płycie CD albo pokazują jakieś nagrania w ogóle dotąd nieznane. Warto zwrócić uwagę na to, że do tegorocznej listy – bezwzględnie nieczułej na podziały Polska/świat, bo nie będę tu robił oddzielnego narodowego zestawienia – wskoczyły aż dwie krajowe płyty. Kto chce porównać tę bieżącą listę z poprzednimi, znajdzie archiwalne tutaj: rok 2007, rok 2008. Długie milczenie postaram się nadrobić w najbliższym czasie. Zresztą pewne szczegóły na tej stronie – poza tym jednym wpisem – już sygnalizują mój powrót do pisania bloga. Dzięki za miłe sygnały w trakcie mojego milczenia. Poniżej już po prostu lista. Jak zwykle posortowana ALFABETYCZNIE.

Akron/Family – Set ‚Em Wild, Set ‚Em Free (Dead Oceans)
Skopana przez krytykę za to, że jest nie-tak-dobra-jak-poprzedni-album, podczas gdy jest wciąż lepsza-niż-większość-tegorocznych-albumów. Do folku i psychodelii dorzucili trochę rocka progresywnego i odjechali może nie tak daleko jak poprzednio, ale i tak słuchana po wielu miesiącach, ta płyta z lekkością potwierdza wielką klasę. A ja potwierdzam to, co o niej napisałem tutaj, jeszcze w lipcu. Ale jeszcze raz podkreślam – Akron/Family otwierają to zestawienie dzięki pierwszeństwu w alfabecie.

Alarm Will Sound – a/rhythmia (Nonesuch)
Świetny koncept związany z poszukiwaniami w zakresie współczesnej rytmiki, pozwalający skojarzyć na jednej płycie Conlona Nancarrowa, Autechre i György Ligetiego. Rewelacyjne wykonania orkiestry z Rochester (znanej z „Acoustiki” z ich wersjami utworów Aphex Twina), która na polu minimalizmu i transkrypcji utworów elektronicznych na akustyczne instrumentarium nie ma sobie równych. Specem od tak zwanej poważki nie jestem, ale to jest album, który tego rodzaju specjalizacji nie wymaga. Więcej było tutaj (i może ktoś w końcu skomentuje, bo się z tym dość samotnie czuję).

Alva Noto – Xerrox, vol. 2 (Raster-Noton)
Nie gorsza niż „jedynka” z tej samej serii. Wprawdzie Carsten Nicolai w swoim podsumowaniu roku na Boomkacie lansuje chyba wszystkie tegoroczne wydawnictwa Raster-Noton z wyjątkiem swojego, to jego płyta była znów najmocniejszym punktem katalogu R-N w tym nie najmocniejszym dla tej firmy roku. Nieco więcej było tutaj.

Animal Collective – Merriweather Post Pavilion (Domino)
Trochę się odcinałem od powszechnej egzaltacji na początku roku (ślad tego pozostał tutaj). Pod koniec roku za to dziwiłem się, że w naszym „Przekrojowym” podsumowaniu nie wygrał AC, bo to jednak płyta, która pogodziła różne gusta muzyczne. Powinienem dopisać + „Fall Be Kind”, w końcu EP-ka, która wyszła w listopadzie przypomniała o tym, kto zdominował (może to prawdziwe znaczenie nazwy wytwórni?) ten rok.

The Antlers – Hospice (Frenchkiss)
Jedna z licznych w tym roku płyt, które dopiero jako album właśnie, a nie zbiór luźno poukładanych piosenek, mają sens. Mojej sympatii dałem już wyraz tutaj, więc pozostanę przy tym, że to dla mnie jedno z największych odkryć roku.

Black To Comm – Alphabet 1968 (Type)
Powyższą uwagę mógłbym powtórzyć i tutaj – mało było w 2009 roku albumów tak bogatych, jeśli chodzi o różne środki wyrazu, które zarazem tak dobrze kleiłyby się jako całość. Marc Richter nagrał świetny album.

The Bran Flakes – I Have Hands (Illegal Art)
Jeszcze raz pokłonię się złodziejom z Illegal Artu, których jestem stałym klientem i jeszcze innym wciskam to, co ukradną (to się już chyba nazywa paserstwo, co?). Ten rok nie był dla nich tak wielki jak poprzedni, ale The Bran Flakes słuchałem przez całą wiosnę. Pisałem o nich w kwietniu.

Bill Callahan – Sometimes I Wish We Were An Eagle (Drag City)
Nikogo pewnie nie zdziwi fakt, że to była najczęściej przeze mnie słuchana płyta roku 2009. I chyba najczęściej na tym blogu wspominana. Znam większych fanów artysty niż ja, ale z drugiej strony dla mnie to jest właśnie szczytowy moment Callahana. Dojrzała, piosenkowa, elegancka płyta. Na koncercie czegoś mi zabrakło, ale płyta jest od pierwszej do ostatniej nuty arcydziełem.

Camera Obscura – My Maudlin Career (4AD)
Nie wiem, jak ta dobra popowa płyta wytrzyma próbę czasu. Staroświeckie zacięcie C.O. może za parę lat brzmieć śmiesznie, ale zdarłem  ten album w roku 2009. Dialogowałem też wewnętrznie na jego temat tutaj, więc wszystko powinno być w miarę jasne. Z naciskiem na „w miarę”, bo grają tu też rolę jakieś prywatne emocje, których sam do końca nie zrozumiem.

Jamie Cullum – The Pursuit (Decca)
Dopiero co Camera Obscura, a teraz jeszcze to? Może Was dziwić obecność tej płyty w zestawieniu. Chociaż nie powinna. W porządku, uznajcie to za jedną z moich tegorocznych „guilty pleasures”, jeśli to uprości sprawę. Problem w tym, że wcale nie czuję się „guilty”. Recenzja tego albumu była na stronach „Przekroju”.

Dan Deacon – Bromst (Carpark)
Bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre. Inne, mniej rytmiczne refleksje tutaj.

Death …For The Whole World To See (Drag City)
To nie death metal rzecz jasna, tylko zagubiona płyta protopunkowej grupy z połowy lat 70.  W tym wypadku odnoszę się do legendy, a zatem krótko: album nie jest tak pionierski muzycznie, jak mówią, ale z całą pewnością jest tak dobry jak mówią. Przy okazji: Drag City znów rządzi!

The Flaming Lips – Embryonic (Warner)
Kiedy już wiem, że wzięli się za coverowanie „Dark Side Of The Moon”, łatwiej przychodzi mi zrozumieć „Embryonic”. Majstersztyk brzmieniowy, płyta świetna jako całość, chociaż możecie mi nie ufać: każda płyta Wayne’a Coyne’a z ostatnich lat trafiłaby do mojego rocznego zestawienia. 😉 W „Przekroju” napisałem nieco więcej.

Fuck Buttons – Tarot Sport (ATP Records)
Kolejny z kategorii zagęszczonych rytmicznie i transowych albumów, w jakie obfitował ten rok. Bardzo dobra kontynuacja „Street Horrrsing”, dalej cudownie prymitywna,  jak gdyby F.B. wychowywali się w dżungli ostatnim hajpem, na jaki się załapali, byłby Tarzan. Ale jednocześnie nie powtarzająca wprost patentów z pierwszej płyty.

Iron & Wine – Around The Well (Sub Pop)
Wiadomo, że Sam Beam nie nagrał złej płyty. Wszystko wskazywało zatem na to, że archiwa też ma niekiepskie. Skuteczność jak zwykle stuprocentowa. I kolejny powód, by uwzględniać w zestawieniach także kompilacje i archiwa, jeśli mają taką wartość jak ta. Trzy słowa więcej tutaj.

Junior Boys – Begon Dull Care (Domino)
Że zacytuję jednego z tutejszych blogowych bywalców: jak nic wróci w zestawieniach rocznych. I wraca. Choć po intensywnym okresie słuchania wiosną zapomniałem o tej płycie na jesieni. Trzy powody, dla których warto wrócić – tutaj.

King Midas Sound – Waiting For You (Hyperdub)
Jedna z ostatnich wielkich płyt roku. I powrót  Kevina Martina, który przed rokiem dominował w zestawieniach jako The Bug. Tutaj nazwa wytwórni mówi wszystko – atmosfera jak z nagrań Buriala czy Kode9, a do tego znakomite wokale. Ciekawe jest to, że „Waiting For You” pachnie już trochę ślepą uliczką dubstepu jako gatunku, w którym już wszystko powiedziano, jeśli chodzi o brzmienie, a zarazem wyprowadza ten gatunek na zupełnie inne wody – potencjał „Waiting For You” w dotarciu z tego typu muzyką do szerokiej publiczności jest moim zdaniem olbrzymi.

Leyland Kirby – Sadly, The Future Is Not Longer What It Was (History Always Favours The Winners)
Ścieżka dźwiękowa do tegorocznej jesieni. Rozkłada na łopatki nowy album Basinskiego, tegoroczne płyty ambientowe i nowych kameralistów z Arnaldsem i Richterem na czele. I to za jednym zamachem – w końcu trzy płyty to kilka godzin słuchania, a zbierany przez długie miesiące zestaw kompozycji Kirby’ego, to rzecz ogromnie charakterystyczna i wciągająca emocjonalnie. Mam nadzieję uzupełnić braki i dopisać kilka słów na temat tego artysty, którym w gorszym dla bloga czasie zająłem się bardzo obszernie na antenie Dwójki.

Loop – The World In Your Eyes (Revolver) 3CD
Olbrzymią przyjemność sprawiły mi wszystkie reedycje Loop, ale nie wiedziałem, że utwory spoza zasadniczych albumów (bo ta trzypłytowa wersja wydawnictwa to o wiele więcej niż oryginalne „The World In Your Eyes”) sprawią mi największą i najmilszą niespodziankę. Więcej dywagacji na temat Loop było tutaj.

Mordant Music – SyMptoMs (Mordant Music)
Jedyny pozytywny wpływ tegorocznego (wyjątkowo kiepskiego, moim zdaniem) podsumowania roku w „The Wire”. Wróciłem do Mordant Music i zasłuchałem w tej płycie. Bo niby zasłużona w ostatnich latach brytyjska wytwórnia, ale dotąd nie miałem do niej osobistego stosunku. „SyMptoMs” ten stosunek mi dały. Baaardzo pozytywny.

Mount Eerie – Wind’s Poem (P.W.Elverum & Sun)
Jeszcze jeden album, którego nie zdążyłem opisać na blogu tej pracowitej jesieni. Bardzo mroczna, ponura, a jednocześnie niezwykle plastyczna płyta Phila Elveruma.  Folk, który połknął black metal.

Mountains – Choral (Thrill Jockey)
Ocieplony partiami gitary elektroniczny ambient, który próbowałem lansować zim ą jako antidotum na plotki na temat Jacksona. Nie wiedziałem, że dużo łatwiej by to było wylansować przez hasło Michael Jackson w lecie. Tutaj można przeczytać tamtą notkę. Mętny ma trochę (notka oczywiście) charakter, ale płyty warto posłuchać.

Natural Snow Buildings – Shadow Kingdom (Blackest Rainbow)
Olśnienie tego roku. Zupełnie inny świat dźwięków. Folk, psychodelia, Indianie, horror, przestery i przeszkadzajki. Zabrało mi to czas, który zwykle poświęcam na przesłuchanie jakichś dziesięciu lub więcej nowych płyt. Więc jeśli to zestawienie ma Waszym zdaniem niepełny charakter – wiecie, że ta dwójka Francuzów jest wszystkiemu winna. Podtrzymuję to, co pisałem tutaj.

Paristetris – Paristetris (Lado ABC)
To był świetny rok w polskiej muzyce. Zacząłem nabierać nadziei na kilka naprawdę eksportowych (ech, te nasze kompleksy) zespołów. Idealnym pomysłem na początek jest Paristetris, w zasadzie w jednej trzeciej z importu. Sam się na moment w tych zawiłościach pogubiłem (dowody tutaj), ale – jak to mówią – lepiej z Paristetris zgubić niż z Paris Hilton znaleźć.

Rob Mazurek Quintet – Sound Is (Delmark)
Lider w świetnej formie, do tego John Herndon z Tortoise w formie lepszej niż u siebie, Matthew Lux z Isotope 217 i nie tylko. Zaskakująco dobra płyta jazzowa,  swobodna, ale jednocześnie dość przystępna, konkretna, precyzyjna. Rzecz nieco retro w klimacie, żyje duchem cool jazzu. Słychać, że Mazurkowi dobrze zrobił epizod współpracy z Billem Dixonem (patrz moje zestawienie sprzed roku).

Alasdair Roberts – Spoils (Drag City)
Dostało mi się za ocenę tej płyty. I przyznaję, że niesłusznie aż tak chłodno o niej napisałem. Ale w kontekście całego roku i dość rozczarowujących premier ze światka nowego folku i alt-country (a przypomnę, że w tym samym roku płyty wydali Oldham, Antony i Devendra Banhart), „Spoils” wyrasta na faworyta. Szczególnie, gdy doliczyć do tej płyty jeszcze minialbum „The Wyrd Meme”.

Różni wykonawcy – Dark Was The Night (4AD) 2CD
Składanka – jak to składanka – zawsze nieco zbyt obszerna, ale materiał złożony z piosenek (covery klasyków albo własne kompozycje) momentami może imponować, a zestaw wykonawców, cała śmietanka sceny folkowej i alternatywno-rockowej – imponuje już z całą pewnością. Przy okazji potwierdzając szczęście 4AD do składanek. Pisałem o tym wcześniej tu.

Różni wykonawcy – Mary Anne Hobbs: Wild Angels (Planet Mu)
Didżejka radiowa publicznego radia brytyjskiego? I czymże taka się różni od Marcina Kydryńskiego? Zaryzykuję: wszystkim, oprócz jednego: oboje wydają swoje kompilacje. Problem w tym, że Hobbs, pierwsza dama dubstepu i pilna obserwatorka brytyjskiej sceny elektronicznej wydaje albumy wypełnione wyjątkowymi nagraniami wyprzedzającymi duże wydawnictwa i dopiero zwiastującymi nowe postacie sceny. Jedne z najlepiej wydanych pieniędzy w roku 2009.

Sonic Youth – The Eternal (Matador)
Słyszałem już mnóstwo teorii na temat ostatnich kilku płyt Sonic Youth. W moim przekonaniu najbardziej prawidłowa jest wersja mówiąca, że od lat ta grupa nie nagrała złej płyty. „The Eternal” to hołd pamięci nieodżałowanego Rona Ashetona. Skromne posunięcie ze strony zespołu, który w tej chwili jest już dla alternatywnego świata legendą nie mniejszą niż The Stooges. Kilka zdań więcej tutaj.

Speech Debelle – Speech Therapy (Big Dada)
Lekko, miło i przyjemnie, o czym zresztą już pisałem. W tym roku ta artystka rekompensowała mi brak The Streets. Cieszyłem się, gdy dostała Mercury Music Prize, ale jeszcze bardziej cieszyłem się z tytułu „płyty dekady” w zestawieniu „Guardiana” dla Mike’a Skinnera. 😉

Sunn O))) – Monoliths & Dimensions (Southern Lord)
Nieco gorszą w tym roku formę dronowego metalu jako całości wynagradza jego główny przedstawiciel. Jeśli ktoś pamięta słowa (bodajże) Chruszczowa o tym, że rock progresywny to „wyziewy z latryny”, uzupełniam tę przenośnię: Sunn O))) to wyziewy z piekielnej latryny.

Terror Danjah – Gremlinz (The Instrumentals: 2003-2009) (Planet Mu)
Po raz kolejny brytyjski hip-hop mi wystarczał. Tego producenta – z ręką na sercu – nie rozpoznawałem, zanim trafił do mnie zbiór jego podkładów, z którego wyciąłbym co najwyżej wkurzające na dalszą metę (ale to znak rozpoznawczy artysty) dźwięki gremlinów. Reszta to kompletna rewelacja. Do tego też chętnie wrócę przy okazji, bo rzecz jest warta wsparcia.

Tomasz Stańko Quintet – Dark Eyes (ECM)
Cienki jak barszcz tytuł płyty, w dodatku zdrada narodowego składu muzyków… Eeee… Rzecz w tym, że Stańko znów jest w jakiejś kosmicznej formie i świetną płytę wydał w rocznicę ECM-u. Pisałem o niej w „Przekroju”.

White Rainbow – New Clouds (Kranky)
Dobrze znany syndrom: album jest gorszy od poprzedniego, „Prism Of Eternal Now”, ale czy to coś zmienia, jeśli wciąż pozostaje lepszy niż większość innych? Poza tym, o ile dobrze pamiętam, to jedyna premiera z Kranky, która mnie w tym roku naprawdę nie zawiodła, a to już coś, bo tę wytwórnię uwielbiam.

John Zorn – Alhambra Love Songs (Tzadik)
Poza Callahanem i Natural Snow Buildings najczęściej słuchany przeze mnie album tego roku. Ścieżka dźwiękowa do życia, która pozwala zachować dobry nastrój w każdej sytuacji. Fanom Zorna wydać się może przesłodzona, ale to, co się tu dzieje w warstwie rytmicznej, to zgranie – fenomen! Więcej tutaj (notabene z całej trójki opisywanych tam płyt tylko dla Sweet Billy Pilgrim straciłem nieco serca przez wiele miesięcy).

Cztery polskie płyty na eksport

Jeśli was nie interesuje nowa polska muzyka, to ten wpis będzie stanowczo za długi*. Zaczyna się w Warszawie przy stacji metra Centrum…

– Dzień dobry, przepraszam pana, jestem kandydatem do Parlamentu Europejskiego, czy nie chciałby pan porozmawiać?
– Ale o czym my mamy rozmawiać? Spieszę się…

– Tu jest lista tematów:
1. bezpieczeństwo energetyczne Polski,
2. dofinansowanie polskiego rolnictwa,
3. wsparcie kulturalne dla rodzimych twórców…

– No, to trzecie to nawet nawet.

– To proszę jeszcze wybrać szczegółowe zagadnienie:
3a. sytuacja na rynku nowej polskiej sztuki,
3b. uwarunkowania rozwoju kinematografii na terenie naszego kraju,
3c. możliwości promocji polskiej muzyki alternatywnej za granicą…

– Znów wezmę trójkę.

– Chciałbym w takim razie nakreślić i przedyskutować perspektywy eksportowe najmłodszego pokolenia polskich wykonawców w kontekście naszej obecności w Unii Europejskiej. Zacznijmy od naszego najlepszego towaru eksportowego, którym jest…
– Będę strzelał: Orchid?

– Skoro pan strzela, to proszę rozwinąć.
– Proszę uprzejmie:

orchid>>>4<<
ORCHID „Driving With a Hand Brake On”
, Locco/Gusstaff
premiera: 6.04.09, źródło: Gusstaff promo-CD

Do jazdy z zaciągniętym ręcznym (próbowałem, po tamtym frustrującym wydarzeniu chciałem zresztą raz na zawsze zrezygnować z jazdy samochodem) podobne jest szukanie informacji o tym zespole. Nigdzie poza paroma dobrze zorientowanymi serwisami i magazynem „Pulp” (no i „DF”, ale o tym za chwilę) nie znalazłem słowa, a przecież powinni brylować. Album przynosi tę bezpretensjonalną mieszaninę emocjonalności, rocka i dobrego songwritingu, mieszaninę brzmień gitarowych i klawiszowych (kapitalne motywy klawiszowe prowadzące kilka piosenek niczym u Tegan & Sara), jakiej zwykle oczekuję po (mieszanych) damsko-męskich składach, aczkolwiek z porównaniami ze Stereolab bym nie przesadzał. Nieco cienkawe momentami brzmienie gitary to prawdopodobnie kwestia klasy instrumentu, studia, mikrofonów, a i nagranie chórków można by zrobić lepiej, chociaż i tak efekt końcowy – także pod względem brzmienia! – kasuje z łatwością 90 procent krajowej konkurencji.
Podobno Natalia Fiedorczuk to już w tej chwili ważna postać krajowego undergroundu. Rety, jak my potrzebujemy takich postaci. Śpiewa dobrze, pewnie i dość rozpoznawalnie. Jeśli tylko cały zespół będzie się zajmował wciąż bardziej konstrukcją niż dekonstrukcją muzyki pop, to jesteśmy w domu.

– Zaraz, zaraz, Sankowski prawie wszystko to już napisał o tej płycie w „Dużym Formacie”.
– No dobra. Jak zwykle się spóźniłem. Ale od dwóch miesięcy słucham Orchid, bo ciągle wierzyłem, że mi się nie spodoba…

– Pan jakiś malkontent w stosunku do polskich kapel.Tymczasem nasza największa nadzieja…
– Tak, wiem. The Car Is On Fire. Nie należałoby ich zdyskwalifikować za nagrywanie w Ameryce?

– Z mojego punktu widzenia to już prędzej za podżeganie do podpalania samochodów. Pan w ogóle wie, z kim oni to nagrywali?
– Tak. Wielokrotnie z sympatią się o nich wypowiadałem. To wielka nadzieja…

– Bez bicia piany. Nas proszą o konkrety, to i ja pana poproszę o konkrecik.
– No to będą same konkrety:

tciof_ombarrops>>>4<<
THE CAR IS ON FIRE „Ombarrops!”
, EMI
premiera: 22.05.09, źrodło: promo-CD EMI

– Zespół The Car Is On Fire miał już na koncie lepsze kompozycje.
– John McEntire miał już na koncie lepsze produkcje.
+ Niewiele polskich młodych zespołów ma na koncie lepsze kompozycje niż TCIOF.
+ Żaden inny polski zespół nie nagrywał u McEntire’a.
– W pomysłach aranżacyjnych TCIOF się momentami gubią.
+ Ale mają jakieś pomysły (poza tym są pierwszym znanym mi polskim zespołem, który sprawia wrażenie, jakby przez dyskografię Beatlesów przebił się do końca).
– Wokale to wciąż pięta achillesowa TCIOF.
+ Aleks Tomaszewska spisała się świetnie.
+ Członkowie tej zacnej grupy zanotowali znaczny progres w kwestii wokali.
+ „Progres” i „art” to słowa, które mało kto w tej branży lubi, a oni w tej chwili grają nie pop, tylko specyficzną odmianę art rocka, no, może art popu, w dodatku własną.
– Ja rozumiem, że po angielsku, szczególnie gdy się ten język zna, ale po jaką cholerę im włoski?
+ Okładka rządzi. Promocyjna sesja zdjęciowa również.
+ Tego albumu, mimo kilku gorszych momentów, zaskakująco dobrze się słucha w całości.
+ Jakoś nie potrafię ich oceniać jak zespołów polskich, nie ma dodatkowych punktów za pochodzenie. Ups, no i się zrobił tym samym, ale to nie za pochodzenie, tylko za fakt niepolskości, więc się nie liczy.
(Razem wychodzi 4 na plusie jak nic.)

– Da mi pan powiedzieć wreszcie, o którego wykonawcę mi chodzi?
– Niech pan nie mówi. Już wszystko wiem. Tides From Nebula. Instrumentalna kapela w pół drogi między Mogwaiem a współczesnym metalem. Znam na pamięć każdą minutę tej płyty. Nawet miałem okazję wręczać im nagrodę na przeglądzie we Wrocławiu…

tides_from_nebula>>>4<<
TIDES FROM NEBULA „Aura”,
Tides Fom Nebula/Rockers
premiera: 30.03.09, źródło: promo-CD Rockers

Gdybym ich usłyszał 5-6 lat temu, wpadłbym w bezkrytyczne uwielbienie. Dziś mam trochę więcej dystansu do post-rocka budowanego na zasadzie niekończącego się crescendo, ale dalej mam szacunek do zespołów, które – tak jak Mogwai – na scenie wypadają regularnie lepiej niż na płytach. Tak jest z Tides From Nebula. Ten zespół to więcej niż suma muzyków, a utwory to coś więcej niż suma pomysłów – w oderwaniu od siebie czasem prostych i banalnych. Często ujawniających silniejsze niż u innych tego typu zespołów wpływy metalu (jak w „Sleepmonster”), ale za to równie często odrywających od ziemi w sposób trudny do wytłumaczenia (jak w „Purr”). Dziś mogę mieć zatem przede wszystkim podziw dla tego, jak rzetelnie i profesjonalnie ci ludzie podchodzą do sprawy, jak bardzo światowo grają – brak wokali to w tym momencie prosta droga do tego, by zaczęli za chwilę podbijać jakąś Japonię lub Włochy. I jeżeli TCIOF się udało w Chicago, to dlaczegóż Tides From Nebula nie mieliby nagrać swojej kolejnej płyty w Montrealu? Trzymam za to kciuki. I za nich trzymam.

– Niestety, nie chodzi mi o nich, chociaż znam, słuchamy dużo tego u nas w sztabie.
– To co, za mało alternatywne? Za bardzo odtwórcze? Że nie promuje polszczyzny językiem?

– Nie o to chodzi. Po prostu konkurencja w tym roku jest rewelacyjna. A najlepszym towarem eksportowym sezonu jest swego rodzaju supergrupa, która wydała właśnie płytę nakładem Lado ABC.
– Domyślam się, że nie chodzi o Horny Trees – skądinąd bardzo ciekawe – tylko o to:

paristetris>>>>5<
PARISTETRIS „Paristetris”, Lado ABC

premiera: jakoś w maju, źródło: promo-CD Lado ABC

Candelaria Saenz Valiente przyszła z filmu do muzyki, co brzmi trochę jak historia Juany Moliny. Tyle że Valiente przychodzi ze stron awangardowo-kulturalnych. Trudno zresztą o trafienie do masowego gustu, jeśli zaczyna się od tego, że „I saw you fucking a tree, you were real…”, a kończy gdzieś w okolicach „My uncle Michael he’s real nice / (…) / He’s got two big balls and he likes to hit them hard / Against the table…”. Na Liście Przebojów Trójki to kariery nie zrobi. A szkoda – bo melodie są zaraźliwe, a całość ma w sobie olbrzymie pokłady humoru i luzu połączone z totalnym planem i dyscypliną muzyczną. Czyli eksportujemy to, co było najlepszą cechą yassu, ale opakowujemy to w mistrzowski poziom muzyczny. Swoboda Zappy, szaleństwo Pattona (przyprawione szczyptą Napalm Death), do tego umiejętność przełączania się między gatunkami właściwa dla obu. Trzy instrumenty prowadzą ten zespół na płaszczyźnie brzmieniowej i koncepcyjnej, w każdym utworze pokazując się od nieco innej strony: głos, perkusja i pianino, często zamieniane na natarczywie brzmiące, sympatycznie odkształcone piano Wurlitzera. I trójka muzyków: obok znakomitej Valiente także Marcin Masecki i Macio Moretti, a w rolach epizodycznych muzycy z okolic Pink Freud i innych postyassowych polskich projektów. Kapitalne jest to, że muzyka, która robi przy pierwszym słuchaniu wrażenie spontanicznie wyimprowizowanej, żywiołowej, hałaśliwej, uwolnionej, jest w gruncie rzeczy przemyślana do ostatniej nuty. I cały projekt jest wymyślony w najdrobniejszych elementach, co tylko pogłębia efekt wow.

– To już pan widzi, że nasze działania są precyzyjnie mierzone. To numer otwierający składankę z polską muzyką dołączoną do „The Wire”.
– Będziemy promować Brazylijkę?

– To Argentynka jest, w komentarzach tak piszą.
– To będziemy Argentynkę promować?

– Tak. Ale to polska Brazylijka Argentynka.
– Zgadzam się z tym wyborem, ale nie można by tak podpromować całą czwórkę?

– Musimy myśleć realistycznie. Szanse na taki masowy eksport nie istnieją.
– Ma pan rację. Tak jak szanse na to, że będę na pana głosował. I jak cała nasza rozmowa.

– Jak to, co pan?
– Pan nie istnieje.

* Jeśli interesuje, to niestety i tak może być za długi. Dlatego gwiazdkę umieściłem na końcu tekstu.

PS Opieliłem trochę grządki w zestawieniu płyt 2009.