Tag Archives: Natural Snow Buildings

ISENGRIND: Cichy horror

Trzy miesiące bez wpisu to szmat czasu. Zostawiam więc ze trzy czy cztery szkice wpisów w poczekalni i przechodzę z marszu do tego, co na tym blogu musiało wywołać jakąś reakcję, czyli do nowej płyty Isengrind, pobocznego projektu Solange Gularte z Natural Snow Buildings. Na Polifonii jednocześnie publikuję wywiad, który z członkami tego duetu przeprowadziłem przy okazji ich koncertu w Krakowie.

Imponująca okładka (o której NSB wspominali w rozmowie) jest twórczym rozwinięciem motywów z „Chants of Niflheim”. Takie średniowieczne gore: turpizm, plagi i trupia czaszka strasząca na labelu. I zaskakująco wycofana zawartość muzyczna, która zresztą ze dwa czy trzy razy zahacza o jakieś wyśnione, naiwne, ludowe średniowiecze. Większość materiału balansuje na krawędzi ciszy w sposób podobny, co nagrania z ECM, tyle że w dziedzinie dronowego folku. Na pierwszej stronie wyróżnia się „Nadirs of the Sun” z przeświecającym ledwie wokalem (motyw pojawiający się tu parę razy) i podprowadzeniem w postaci „Valeria Underground”. Lepsze wrażenie robi jednak cała strona B (ta z czaszką). Szczególnie nagranie „Ascending”, które pokazuje, że delikatny urok nagrań Isengrind zbliża je do dyskutowanej w wywiadzie Grouper najbardziej z całego obozu NSB.

Data wydania krążka to teoretycznie grudzień 2011. W praktyce dostępny był już w styczniu br. Całość wytłoczona w nakładzie 500 egzemplarzy, 100 na pomarańczowym winylu (nakład, o ile wiem, wyczerpany) i 400 na czarnym. Szczegóły tutaj.

ISENGRIND „Night of Raining Fire”
Blackest Rainbow 2011
7/10
Trzeba posłuchać: „Ascending”, „Spine of the Night”, „Nadirs of the Sun”.

.

35 najlepszych płyt roku 2009

Pora przywitać się na nowo, a jednocześnie domknąć rok zestawieniem 35 (tym razem – kto śledził moje zapiski wcześniej, ten wie, dlaczego właśnie tyle). Jak zwykle pozwoliłem sobie uwzględnić w nim reedycje, pod warunkiem, że są to płyty po raz pierwszy dostępne na płycie CD albo pokazują jakieś nagrania w ogóle dotąd nieznane. Warto zwrócić uwagę na to, że do tegorocznej listy – bezwzględnie nieczułej na podziały Polska/świat, bo nie będę tu robił oddzielnego narodowego zestawienia – wskoczyły aż dwie krajowe płyty. Kto chce porównać tę bieżącą listę z poprzednimi, znajdzie archiwalne tutaj: rok 2007, rok 2008. Długie milczenie postaram się nadrobić w najbliższym czasie. Zresztą pewne szczegóły na tej stronie – poza tym jednym wpisem – już sygnalizują mój powrót do pisania bloga. Dzięki za miłe sygnały w trakcie mojego milczenia. Poniżej już po prostu lista. Jak zwykle posortowana ALFABETYCZNIE.

Akron/Family – Set ‚Em Wild, Set ‚Em Free (Dead Oceans)
Skopana przez krytykę za to, że jest nie-tak-dobra-jak-poprzedni-album, podczas gdy jest wciąż lepsza-niż-większość-tegorocznych-albumów. Do folku i psychodelii dorzucili trochę rocka progresywnego i odjechali może nie tak daleko jak poprzednio, ale i tak słuchana po wielu miesiącach, ta płyta z lekkością potwierdza wielką klasę. A ja potwierdzam to, co o niej napisałem tutaj, jeszcze w lipcu. Ale jeszcze raz podkreślam – Akron/Family otwierają to zestawienie dzięki pierwszeństwu w alfabecie.

Alarm Will Sound – a/rhythmia (Nonesuch)
Świetny koncept związany z poszukiwaniami w zakresie współczesnej rytmiki, pozwalający skojarzyć na jednej płycie Conlona Nancarrowa, Autechre i György Ligetiego. Rewelacyjne wykonania orkiestry z Rochester (znanej z „Acoustiki” z ich wersjami utworów Aphex Twina), która na polu minimalizmu i transkrypcji utworów elektronicznych na akustyczne instrumentarium nie ma sobie równych. Specem od tak zwanej poważki nie jestem, ale to jest album, który tego rodzaju specjalizacji nie wymaga. Więcej było tutaj (i może ktoś w końcu skomentuje, bo się z tym dość samotnie czuję).

Alva Noto – Xerrox, vol. 2 (Raster-Noton)
Nie gorsza niż „jedynka” z tej samej serii. Wprawdzie Carsten Nicolai w swoim podsumowaniu roku na Boomkacie lansuje chyba wszystkie tegoroczne wydawnictwa Raster-Noton z wyjątkiem swojego, to jego płyta była znów najmocniejszym punktem katalogu R-N w tym nie najmocniejszym dla tej firmy roku. Nieco więcej było tutaj.

Animal Collective – Merriweather Post Pavilion (Domino)
Trochę się odcinałem od powszechnej egzaltacji na początku roku (ślad tego pozostał tutaj). Pod koniec roku za to dziwiłem się, że w naszym „Przekrojowym” podsumowaniu nie wygrał AC, bo to jednak płyta, która pogodziła różne gusta muzyczne. Powinienem dopisać + „Fall Be Kind”, w końcu EP-ka, która wyszła w listopadzie przypomniała o tym, kto zdominował (może to prawdziwe znaczenie nazwy wytwórni?) ten rok.

The Antlers – Hospice (Frenchkiss)
Jedna z licznych w tym roku płyt, które dopiero jako album właśnie, a nie zbiór luźno poukładanych piosenek, mają sens. Mojej sympatii dałem już wyraz tutaj, więc pozostanę przy tym, że to dla mnie jedno z największych odkryć roku.

Black To Comm – Alphabet 1968 (Type)
Powyższą uwagę mógłbym powtórzyć i tutaj – mało było w 2009 roku albumów tak bogatych, jeśli chodzi o różne środki wyrazu, które zarazem tak dobrze kleiłyby się jako całość. Marc Richter nagrał świetny album.

The Bran Flakes – I Have Hands (Illegal Art)
Jeszcze raz pokłonię się złodziejom z Illegal Artu, których jestem stałym klientem i jeszcze innym wciskam to, co ukradną (to się już chyba nazywa paserstwo, co?). Ten rok nie był dla nich tak wielki jak poprzedni, ale The Bran Flakes słuchałem przez całą wiosnę. Pisałem o nich w kwietniu.

Bill Callahan – Sometimes I Wish We Were An Eagle (Drag City)
Nikogo pewnie nie zdziwi fakt, że to była najczęściej przeze mnie słuchana płyta roku 2009. I chyba najczęściej na tym blogu wspominana. Znam większych fanów artysty niż ja, ale z drugiej strony dla mnie to jest właśnie szczytowy moment Callahana. Dojrzała, piosenkowa, elegancka płyta. Na koncercie czegoś mi zabrakło, ale płyta jest od pierwszej do ostatniej nuty arcydziełem.

Camera Obscura – My Maudlin Career (4AD)
Nie wiem, jak ta dobra popowa płyta wytrzyma próbę czasu. Staroświeckie zacięcie C.O. może za parę lat brzmieć śmiesznie, ale zdarłem  ten album w roku 2009. Dialogowałem też wewnętrznie na jego temat tutaj, więc wszystko powinno być w miarę jasne. Z naciskiem na „w miarę”, bo grają tu też rolę jakieś prywatne emocje, których sam do końca nie zrozumiem.

Jamie Cullum – The Pursuit (Decca)
Dopiero co Camera Obscura, a teraz jeszcze to? Może Was dziwić obecność tej płyty w zestawieniu. Chociaż nie powinna. W porządku, uznajcie to za jedną z moich tegorocznych „guilty pleasures”, jeśli to uprości sprawę. Problem w tym, że wcale nie czuję się „guilty”. Recenzja tego albumu była na stronach „Przekroju”.

Dan Deacon – Bromst (Carpark)
Bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre. Inne, mniej rytmiczne refleksje tutaj.

Death …For The Whole World To See (Drag City)
To nie death metal rzecz jasna, tylko zagubiona płyta protopunkowej grupy z połowy lat 70.  W tym wypadku odnoszę się do legendy, a zatem krótko: album nie jest tak pionierski muzycznie, jak mówią, ale z całą pewnością jest tak dobry jak mówią. Przy okazji: Drag City znów rządzi!

The Flaming Lips – Embryonic (Warner)
Kiedy już wiem, że wzięli się za coverowanie „Dark Side Of The Moon”, łatwiej przychodzi mi zrozumieć „Embryonic”. Majstersztyk brzmieniowy, płyta świetna jako całość, chociaż możecie mi nie ufać: każda płyta Wayne’a Coyne’a z ostatnich lat trafiłaby do mojego rocznego zestawienia. 😉 W „Przekroju” napisałem nieco więcej.

Fuck Buttons – Tarot Sport (ATP Records)
Kolejny z kategorii zagęszczonych rytmicznie i transowych albumów, w jakie obfitował ten rok. Bardzo dobra kontynuacja „Street Horrrsing”, dalej cudownie prymitywna,  jak gdyby F.B. wychowywali się w dżungli ostatnim hajpem, na jaki się załapali, byłby Tarzan. Ale jednocześnie nie powtarzająca wprost patentów z pierwszej płyty.

Iron & Wine – Around The Well (Sub Pop)
Wiadomo, że Sam Beam nie nagrał złej płyty. Wszystko wskazywało zatem na to, że archiwa też ma niekiepskie. Skuteczność jak zwykle stuprocentowa. I kolejny powód, by uwzględniać w zestawieniach także kompilacje i archiwa, jeśli mają taką wartość jak ta. Trzy słowa więcej tutaj.

Junior Boys – Begon Dull Care (Domino)
Że zacytuję jednego z tutejszych blogowych bywalców: jak nic wróci w zestawieniach rocznych. I wraca. Choć po intensywnym okresie słuchania wiosną zapomniałem o tej płycie na jesieni. Trzy powody, dla których warto wrócić – tutaj.

King Midas Sound – Waiting For You (Hyperdub)
Jedna z ostatnich wielkich płyt roku. I powrót  Kevina Martina, który przed rokiem dominował w zestawieniach jako The Bug. Tutaj nazwa wytwórni mówi wszystko – atmosfera jak z nagrań Buriala czy Kode9, a do tego znakomite wokale. Ciekawe jest to, że „Waiting For You” pachnie już trochę ślepą uliczką dubstepu jako gatunku, w którym już wszystko powiedziano, jeśli chodzi o brzmienie, a zarazem wyprowadza ten gatunek na zupełnie inne wody – potencjał „Waiting For You” w dotarciu z tego typu muzyką do szerokiej publiczności jest moim zdaniem olbrzymi.

Leyland Kirby – Sadly, The Future Is Not Longer What It Was (History Always Favours The Winners)
Ścieżka dźwiękowa do tegorocznej jesieni. Rozkłada na łopatki nowy album Basinskiego, tegoroczne płyty ambientowe i nowych kameralistów z Arnaldsem i Richterem na czele. I to za jednym zamachem – w końcu trzy płyty to kilka godzin słuchania, a zbierany przez długie miesiące zestaw kompozycji Kirby’ego, to rzecz ogromnie charakterystyczna i wciągająca emocjonalnie. Mam nadzieję uzupełnić braki i dopisać kilka słów na temat tego artysty, którym w gorszym dla bloga czasie zająłem się bardzo obszernie na antenie Dwójki.

Loop – The World In Your Eyes (Revolver) 3CD
Olbrzymią przyjemność sprawiły mi wszystkie reedycje Loop, ale nie wiedziałem, że utwory spoza zasadniczych albumów (bo ta trzypłytowa wersja wydawnictwa to o wiele więcej niż oryginalne „The World In Your Eyes”) sprawią mi największą i najmilszą niespodziankę. Więcej dywagacji na temat Loop było tutaj.

Mordant Music – SyMptoMs (Mordant Music)
Jedyny pozytywny wpływ tegorocznego (wyjątkowo kiepskiego, moim zdaniem) podsumowania roku w „The Wire”. Wróciłem do Mordant Music i zasłuchałem w tej płycie. Bo niby zasłużona w ostatnich latach brytyjska wytwórnia, ale dotąd nie miałem do niej osobistego stosunku. „SyMptoMs” ten stosunek mi dały. Baaardzo pozytywny.

Mount Eerie – Wind’s Poem (P.W.Elverum & Sun)
Jeszcze jeden album, którego nie zdążyłem opisać na blogu tej pracowitej jesieni. Bardzo mroczna, ponura, a jednocześnie niezwykle plastyczna płyta Phila Elveruma.  Folk, który połknął black metal.

Mountains – Choral (Thrill Jockey)
Ocieplony partiami gitary elektroniczny ambient, który próbowałem lansować zim ą jako antidotum na plotki na temat Jacksona. Nie wiedziałem, że dużo łatwiej by to było wylansować przez hasło Michael Jackson w lecie. Tutaj można przeczytać tamtą notkę. Mętny ma trochę (notka oczywiście) charakter, ale płyty warto posłuchać.

Natural Snow Buildings – Shadow Kingdom (Blackest Rainbow)
Olśnienie tego roku. Zupełnie inny świat dźwięków. Folk, psychodelia, Indianie, horror, przestery i przeszkadzajki. Zabrało mi to czas, który zwykle poświęcam na przesłuchanie jakichś dziesięciu lub więcej nowych płyt. Więc jeśli to zestawienie ma Waszym zdaniem niepełny charakter – wiecie, że ta dwójka Francuzów jest wszystkiemu winna. Podtrzymuję to, co pisałem tutaj.

Paristetris – Paristetris (Lado ABC)
To był świetny rok w polskiej muzyce. Zacząłem nabierać nadziei na kilka naprawdę eksportowych (ech, te nasze kompleksy) zespołów. Idealnym pomysłem na początek jest Paristetris, w zasadzie w jednej trzeciej z importu. Sam się na moment w tych zawiłościach pogubiłem (dowody tutaj), ale – jak to mówią – lepiej z Paristetris zgubić niż z Paris Hilton znaleźć.

Rob Mazurek Quintet – Sound Is (Delmark)
Lider w świetnej formie, do tego John Herndon z Tortoise w formie lepszej niż u siebie, Matthew Lux z Isotope 217 i nie tylko. Zaskakująco dobra płyta jazzowa,  swobodna, ale jednocześnie dość przystępna, konkretna, precyzyjna. Rzecz nieco retro w klimacie, żyje duchem cool jazzu. Słychać, że Mazurkowi dobrze zrobił epizod współpracy z Billem Dixonem (patrz moje zestawienie sprzed roku).

Alasdair Roberts – Spoils (Drag City)
Dostało mi się za ocenę tej płyty. I przyznaję, że niesłusznie aż tak chłodno o niej napisałem. Ale w kontekście całego roku i dość rozczarowujących premier ze światka nowego folku i alt-country (a przypomnę, że w tym samym roku płyty wydali Oldham, Antony i Devendra Banhart), „Spoils” wyrasta na faworyta. Szczególnie, gdy doliczyć do tej płyty jeszcze minialbum „The Wyrd Meme”.

Różni wykonawcy – Dark Was The Night (4AD) 2CD
Składanka – jak to składanka – zawsze nieco zbyt obszerna, ale materiał złożony z piosenek (covery klasyków albo własne kompozycje) momentami może imponować, a zestaw wykonawców, cała śmietanka sceny folkowej i alternatywno-rockowej – imponuje już z całą pewnością. Przy okazji potwierdzając szczęście 4AD do składanek. Pisałem o tym wcześniej tu.

Różni wykonawcy – Mary Anne Hobbs: Wild Angels (Planet Mu)
Didżejka radiowa publicznego radia brytyjskiego? I czymże taka się różni od Marcina Kydryńskiego? Zaryzykuję: wszystkim, oprócz jednego: oboje wydają swoje kompilacje. Problem w tym, że Hobbs, pierwsza dama dubstepu i pilna obserwatorka brytyjskiej sceny elektronicznej wydaje albumy wypełnione wyjątkowymi nagraniami wyprzedzającymi duże wydawnictwa i dopiero zwiastującymi nowe postacie sceny. Jedne z najlepiej wydanych pieniędzy w roku 2009.

Sonic Youth – The Eternal (Matador)
Słyszałem już mnóstwo teorii na temat ostatnich kilku płyt Sonic Youth. W moim przekonaniu najbardziej prawidłowa jest wersja mówiąca, że od lat ta grupa nie nagrała złej płyty. „The Eternal” to hołd pamięci nieodżałowanego Rona Ashetona. Skromne posunięcie ze strony zespołu, który w tej chwili jest już dla alternatywnego świata legendą nie mniejszą niż The Stooges. Kilka zdań więcej tutaj.

Speech Debelle – Speech Therapy (Big Dada)
Lekko, miło i przyjemnie, o czym zresztą już pisałem. W tym roku ta artystka rekompensowała mi brak The Streets. Cieszyłem się, gdy dostała Mercury Music Prize, ale jeszcze bardziej cieszyłem się z tytułu „płyty dekady” w zestawieniu „Guardiana” dla Mike’a Skinnera. 😉

Sunn O))) – Monoliths & Dimensions (Southern Lord)
Nieco gorszą w tym roku formę dronowego metalu jako całości wynagradza jego główny przedstawiciel. Jeśli ktoś pamięta słowa (bodajże) Chruszczowa o tym, że rock progresywny to „wyziewy z latryny”, uzupełniam tę przenośnię: Sunn O))) to wyziewy z piekielnej latryny.

Terror Danjah – Gremlinz (The Instrumentals: 2003-2009) (Planet Mu)
Po raz kolejny brytyjski hip-hop mi wystarczał. Tego producenta – z ręką na sercu – nie rozpoznawałem, zanim trafił do mnie zbiór jego podkładów, z którego wyciąłbym co najwyżej wkurzające na dalszą metę (ale to znak rozpoznawczy artysty) dźwięki gremlinów. Reszta to kompletna rewelacja. Do tego też chętnie wrócę przy okazji, bo rzecz jest warta wsparcia.

Tomasz Stańko Quintet – Dark Eyes (ECM)
Cienki jak barszcz tytuł płyty, w dodatku zdrada narodowego składu muzyków… Eeee… Rzecz w tym, że Stańko znów jest w jakiejś kosmicznej formie i świetną płytę wydał w rocznicę ECM-u. Pisałem o niej w „Przekroju”.

White Rainbow – New Clouds (Kranky)
Dobrze znany syndrom: album jest gorszy od poprzedniego, „Prism Of Eternal Now”, ale czy to coś zmienia, jeśli wciąż pozostaje lepszy niż większość innych? Poza tym, o ile dobrze pamiętam, to jedyna premiera z Kranky, która mnie w tym roku naprawdę nie zawiodła, a to już coś, bo tę wytwórnię uwielbiam.

John Zorn – Alhambra Love Songs (Tzadik)
Poza Callahanem i Natural Snow Buildings najczęściej słuchany przeze mnie album tego roku. Ścieżka dźwiękowa do życia, która pozwala zachować dobry nastrój w każdej sytuacji. Fanom Zorna wydać się może przesłodzona, ale to, co się tu dzieje w warstwie rytmicznej, to zgranie – fenomen! Więcej tutaj (notabene z całej trójki opisywanych tam płyt tylko dla Sweet Billy Pilgrim straciłem nieco serca przez wiele miesięcy).

TwinSisterMoon – jest reedycja na CD

Trochę monotematyczny jestem ostatnio, ale cóż ja poradzę. Dostałem przed chwilą newsletter od Blackest Rainbow Records (blackestrainbow(tu małpa)googlemail.com). Tłoczą kolejnych 1000 egzemplarzy ostatniej płyty TwinSisterMoon, projektu Mehdiego Ameziane’a. A zatem jest rzadka okazja wzbogacić się o jakieś oficjalne wydawnictwo z obozu Natural Snow Buildings.Na gwiazdkę jak znalazł, jeśli ktoś ma konto na PayPalu, bo to jedyny sensowny sposób zamawiania od BRR. Wcześniej najlepiej wysłać do nich maila. 😉

Całość info poniżej:

TWINSISTERMOON – The Hollow Mountain CD    * SHIPPING LATE OCTOBER / EARLY NOVEMBER *
Blackest Rainbow – UK £9.00 / Europe £9.50 / USA + ROW £10.00
Twinsistermoon is the solo project of Mehdi Ameziane of Natural Snow Buildings, The Hollow Mountain was originally issued by Dull Knife Records in 2009 as an LP limited to only 105 copies, unsurprisingly it sold out in a matter of hours. Widely regarded by many Natural Snow Buildings fans as one of the best releases from their camp, this reissue has been remastered by Ben Nash, includes new artwork, and brand new unreleased material. The album has a beautiful earthy lo-fi feeling throughout which perfectly compliments its short and sweet folk songs, and occasional wanderings into psychedelic drone ambience. This is an album that really is totally beautiful and probably one of my favorites from Mehdi. The CD is packaged in a square artwork booklet and a pro-printed card wallet showcasing the superb original artwork from the LP sleeve. Limited to 1000 copies.

Natural Snow Buildings, że tak powiem, rządzą

natural_snow_buildings_shadNatural Snow Buildings „Shadow Kingdom” (Blackest Rainbow)
premiera: 7.09, źródło: Blackest Rainbow (2CD+komiks)
9/10

Grają jeden utwór, to fakt, ale jeszcze nie zdążył mi się znudzić. Jest coś tak nieprawdopodobnie pozaziemskiego w utworach NSB, że byli jedyną rzeczą, której słuchałem w tym roku w trakcie tygodniowego urlopu, na który zresztą nic innego poza muzyką tego duetu nie zabrałem, bo chciałem odpocząć od muzyki. I – to największy moim zdaniem komplement – działali na mnie tak, jak gdybym rzeczywiście nie słuchał muzyki w ogóle. Nie żeby to nie była muzyka – przeciwnie, rzecz jest najczystszą, nieprzewidywalną podróżą dźwiękową. Ale ponieważ podstawowe parametry takie jak tonacja, rytm i melodia traktowane są tu dość swobodnie, możecie to traktować jak szum fal, szelest liści. Tyle tylko, że w zwielokrotnionej formie i w ujęciu takim, że ten szelest, szmer czy szum – pozornie przypadkowy – niesie w sobie jednak precyzyjnie zamierzone emocje i klimat, który przeraża i zarazem hipnotyzuje.
Bo co, mam niby pisać, że przesterowane, sprzęgające się gitary, efekty, pogłosy, syntezatory w tle i zniekształcone partie wokalne? Przecież to nie shoegaze. Tych dwoje nawet nie patrzy pod nogi. Przez dwie płyty zestawu „Shadow Kingdom” nie kontrolują niczego, a zarazem osiągają szybko i precyzyjnie efekt, za jakim inni – patrząc pod nogi cały czas – uganiają się dniami i nocami. Po prostu wchodzą w ten nastrój, stawiając jeden pewny krok. Gdyby jakość doznań zamieniała się w uwagę mas, byliby teraz dziećmi Kasi Cichopek. Tylko odrobina przedsiębiorczości uczyniłaby z nich klejnot w koronie wytwórni Kranky. Ale nawet przejście do tak małej oficyny i publikacja normalnych nakładów zamiast 500 limitowanych kopii odarłoby ich z tajemnicy, która całe to brzmienie i klimat tylko potęguje.
Jest i oprawa wizualna, jeśli ktoś już musi się uczepić jakiegoś konkretu. Historia o wampirach, dość klasyczna kreska Solange Gularte – nieco zbytnio w stylu Roberta Crumba. Komiksy akurat widywałem lepsze. Ale oprócz tego już ani słowa krytyki. Z kolei laudacja na cześć Natural Snow Buildings była kiedy indziej na tym blogu, więc nie będę się powtarzał.

Natural Snow Buildings – Shadow Kingdom (Blackest Rainbow)
premiera: 7.09, źródło: Blackest Rainbow (2CD+komiks)

9/10

Natural Snow Buildings: Ta grupa zmusiła mnie do piractwa

natural_snow_buildings

Jak ja mogłem ich dotąd nie znać? Jak to się stało? Działają od ponad dziesięciu lat i co prawda nie robią wokół siebie kompletnie żadnego szumu, to jednak powinienem się z nimi zetknąć. W końcu pochodzą z Francji, kraju, który znam nieźle, uwielbiają komiksy, które też bardzo lubię, zaczynali grać z inspiracji muzyką Neila Younga, mojego ulubieńca, grają specyficzną odmianę psychodelicznego/awangardowego rocka. A to moja ulubiona dziedzina, nawet teraz przygotowuję coś w rodzaju podsumowania psychodelicznego ostatnich miesięcy. Grają coś między Charalambides a Jackie-O Motherfucker i Godspeed You! Black Emperor z odrobiną freak folku w stylu Avarusa czy Wooden Wand w tle- wymarzony zespół dla mnie! Z akcentem na kolor dźwięku, intensywność i prostotę zarazem, w utworach długich, nawet do pół godziny i więcej. Lubię też długie formy. Jest tu dużo przemyślnie wykorzystywanych przesterów, trochę efektów, wiolonczela jako instrument wspomagający gitarę i tak dalej… Może niezbyt blisko mojego ulubionego wzorca psychodelii z pnia Spacemen 3 i Galaxy 500, ale jednak. Od kilku dni słucham tylko i wyłącznie onirycznych nagrań grupy… Natural Snow Buildings.

Jest też (jednak) powód, dla którego dotąd nie znałem NSB.

Bo przecież debiutancki „Two Sides Of A Horse” wydany na kasecie trafił ledwie do dziewiątki przyjaciół zespołu. CD-R-owy „The Winter Ray” miał nakład 15 egzemplarzy. „Slayer Of The King Of Hell” wydany został w „olbrzymim” nakładzie 95 sztuk, wśród których były dwie wersje materiału. Ukazał się zresztą też na kasecie. Natural Snow Buildings mają słabość do kaset. Wiem, wielu nawet tych najbardziej zapobiegliwych słuchaczy już dawno swoje kaseciaki wyrzuciło na strych albo utopiło w rzece (no dobra, przyjmijmy wersję pozytywną: na pewno oddali firmie zbierającej elektroodpady). Ale tymczasem jedna z najlepszych płyt tego roku, „Daughter Of Darkness” (posłuchajcie dwóch części „Satanic Demona”, jeśli się boicie rozmiarów całości), ukazała się tylko jako – uwaga! – zestaw pięciu kaset. Najsłynniejszy album NSB „The Dance Of The Moon And The Sun” wyszedł w bajońskim nakładzie 500 sztuk – i to na CD! Cóż za pauperyzacja legendy. Problem w tym, że dziś nie można dostać nawet tej płyty – chyba że ktoś trafi na jedną z tych z ręcznie przygotowywanych okładek na eBayu. NIE MA wydawnictw NSB, które nie byłyby wydawane w podobnie limitowanych rzutach.

Ba, jest znacznie gorzej, Spotify nie zna NSB, pojedyncze nielegalne (nazwijmy to po imieniu) utwory zamieszczane na YouTube.com nie są w stanie oddać ducha tego duetu. Są – zaręczam – wysoce niereprezentatywne. Na swoim majspejsie – na który ostatnio przy swojej abnegacji logowali się w maju br. – Mehid Ameziane i Solange Gularte mają nieco ponad 4 tysiące wejść i ledwie 5 przyjaciół! Po prostu nie do wiary. W tych czasach??? Przecież w Internecie są całe zastępy piszących, którzy wychwalają NSB. Na pewno więcej niż 500 nabywców płyty, co dopiero mówić o 15…

Jak to się, do licha ciężkiego, dzieje, że mogą być tak słabo znani? Może tacy źli? NSB nie ułatwiają odpowiedzi na to pytanie bo w swojej nonszalancji i braku zainteresowania mediami – nie czynią z faktu „ekskluzywności” swoich utworów dodatkowej wartości sprzedażowej. Ani nie oskarżają swoich piratów, ani ich nie tłumaczą.

To wszystko znaczy, że na zdominowanym przez piractwo rynku powinni byli już dawno zginąć. Ale nie zginęli. Te słowa można potraktować jako kolejną dyskusję z wpisem, który Jarek Szubrycht zamieścił na swoim blogu. NSB są doskonałym przypadkiem zespołu, o którym nikt by nie wiedział, gdyby nie Internet, P2P, Rapidshare i inne takie. Nie teoretycznie, tylko w praktyce NIKT. Pamiętajcie, że podobnie jak ja – który korzystam z ich pracy w sposób nie do końca licencjonowany (choć już czekam na legalizację – szczegóły dalej) – tak również Ci z Was, którzy skomentują poniżej wartość artystyczną zespołu, wszyscy powinniśmy zostać oskarżeni o piractwo. Legalnych posiadaczy tych płyt jest bowiem łącznie kilkuset, góra tysiąc, może dwa. Sława NSB w ogóle nie powinna była wyjść poza rodziny i krąg znajomych dwojga muzyków grupy.

Zgodnie z moją prywatną doktryną mówiącą o tym, że o ile P2P należy zaakceptować, to dziennikarstwa opierającego się na P2P nie można, postaram się ściągnąć oryginalne produkty NSB zanim opiszę kolejne płyty. Dopiero wtedy je zrecenzuję. Mikroskopijna wytwórnia Students Of Decay z USA ma na stanie jeden album, na którym obok NSB znalazły się nagrania projektów każdego z dwójki tworzących go muzyków. Z kolei brytyjska Blackest Rainbow już na wrzesień zapowiada kolejną płytę zespołu. Już teraz czekam na jedno i drugie. Bo całe zjawisko internetowego piractwa, tak szeroko dyskutowane, ma też swoją drugą stronę, która przemawia do mnie znaczenie bardziej niż domniemane straty artystów. To odcięcie od ekskluzywnego kontaktu z artystą, którego lubimy, pozbawienie dreszczu emocji związanego z polowaniem na kolejne niemożliwe do zdobycia albumy. Czegoś takiego doznałem ostatnio przy okazji kolekcjonowanego przez lata Flying Saucer Attack, jeszcze w okresie przed P2P. I czuję to dziś, gdy dowiedziałem się, że prawie wszystkie wydawnictwa NSB mają wyczerpane nakłady, co tylko pobudziło mój dawno uśpiony instynkt łowcy. Zastanawiam się jednocześnie, czy pomysł grupy Natural Snow Buildings nie jest aby bardziej rewolucyjny niż to, co zrobiła grupa Radiohead przy okazji „In Rainbows”. NSB pokazują: a ściągajcie sobie wszyscy, co tylko chcecie, posłuchajcie tej muzyki, ba, najpierw każdy musi zgrzeszyć, bo ani w radiu, ani w MTV nas nie usłyszycie – ale za to później wybrani dostaną się na koncert, a już tylko nieliczni będą mogli dostąpić honoru posiadania oryginalnej płyty. Poczucia przynależności do tej grupy wybrańców, którzy włożyli w poszukiwania odpowiednio dużo wysiłku – i udało się. Nazwijcie to snobizmem – mówcie, co chcecie. Ale jeśli będziemy jako artyści odpowiednio dobrzy, publiczność na pewno za nami zatęskni.

Są.