Tag Archives: Mountains

35 najlepszych płyt roku 2009

Pora przywitać się na nowo, a jednocześnie domknąć rok zestawieniem 35 (tym razem – kto śledził moje zapiski wcześniej, ten wie, dlaczego właśnie tyle). Jak zwykle pozwoliłem sobie uwzględnić w nim reedycje, pod warunkiem, że są to płyty po raz pierwszy dostępne na płycie CD albo pokazują jakieś nagrania w ogóle dotąd nieznane. Warto zwrócić uwagę na to, że do tegorocznej listy – bezwzględnie nieczułej na podziały Polska/świat, bo nie będę tu robił oddzielnego narodowego zestawienia – wskoczyły aż dwie krajowe płyty. Kto chce porównać tę bieżącą listę z poprzednimi, znajdzie archiwalne tutaj: rok 2007, rok 2008. Długie milczenie postaram się nadrobić w najbliższym czasie. Zresztą pewne szczegóły na tej stronie – poza tym jednym wpisem – już sygnalizują mój powrót do pisania bloga. Dzięki za miłe sygnały w trakcie mojego milczenia. Poniżej już po prostu lista. Jak zwykle posortowana ALFABETYCZNIE.

Akron/Family – Set ‚Em Wild, Set ‚Em Free (Dead Oceans)
Skopana przez krytykę za to, że jest nie-tak-dobra-jak-poprzedni-album, podczas gdy jest wciąż lepsza-niż-większość-tegorocznych-albumów. Do folku i psychodelii dorzucili trochę rocka progresywnego i odjechali może nie tak daleko jak poprzednio, ale i tak słuchana po wielu miesiącach, ta płyta z lekkością potwierdza wielką klasę. A ja potwierdzam to, co o niej napisałem tutaj, jeszcze w lipcu. Ale jeszcze raz podkreślam – Akron/Family otwierają to zestawienie dzięki pierwszeństwu w alfabecie.

Alarm Will Sound – a/rhythmia (Nonesuch)
Świetny koncept związany z poszukiwaniami w zakresie współczesnej rytmiki, pozwalający skojarzyć na jednej płycie Conlona Nancarrowa, Autechre i György Ligetiego. Rewelacyjne wykonania orkiestry z Rochester (znanej z „Acoustiki” z ich wersjami utworów Aphex Twina), która na polu minimalizmu i transkrypcji utworów elektronicznych na akustyczne instrumentarium nie ma sobie równych. Specem od tak zwanej poważki nie jestem, ale to jest album, który tego rodzaju specjalizacji nie wymaga. Więcej było tutaj (i może ktoś w końcu skomentuje, bo się z tym dość samotnie czuję).

Alva Noto – Xerrox, vol. 2 (Raster-Noton)
Nie gorsza niż „jedynka” z tej samej serii. Wprawdzie Carsten Nicolai w swoim podsumowaniu roku na Boomkacie lansuje chyba wszystkie tegoroczne wydawnictwa Raster-Noton z wyjątkiem swojego, to jego płyta była znów najmocniejszym punktem katalogu R-N w tym nie najmocniejszym dla tej firmy roku. Nieco więcej było tutaj.

Animal Collective – Merriweather Post Pavilion (Domino)
Trochę się odcinałem od powszechnej egzaltacji na początku roku (ślad tego pozostał tutaj). Pod koniec roku za to dziwiłem się, że w naszym „Przekrojowym” podsumowaniu nie wygrał AC, bo to jednak płyta, która pogodziła różne gusta muzyczne. Powinienem dopisać + „Fall Be Kind”, w końcu EP-ka, która wyszła w listopadzie przypomniała o tym, kto zdominował (może to prawdziwe znaczenie nazwy wytwórni?) ten rok.

The Antlers – Hospice (Frenchkiss)
Jedna z licznych w tym roku płyt, które dopiero jako album właśnie, a nie zbiór luźno poukładanych piosenek, mają sens. Mojej sympatii dałem już wyraz tutaj, więc pozostanę przy tym, że to dla mnie jedno z największych odkryć roku.

Black To Comm – Alphabet 1968 (Type)
Powyższą uwagę mógłbym powtórzyć i tutaj – mało było w 2009 roku albumów tak bogatych, jeśli chodzi o różne środki wyrazu, które zarazem tak dobrze kleiłyby się jako całość. Marc Richter nagrał świetny album.

The Bran Flakes – I Have Hands (Illegal Art)
Jeszcze raz pokłonię się złodziejom z Illegal Artu, których jestem stałym klientem i jeszcze innym wciskam to, co ukradną (to się już chyba nazywa paserstwo, co?). Ten rok nie był dla nich tak wielki jak poprzedni, ale The Bran Flakes słuchałem przez całą wiosnę. Pisałem o nich w kwietniu.

Bill Callahan – Sometimes I Wish We Were An Eagle (Drag City)
Nikogo pewnie nie zdziwi fakt, że to była najczęściej przeze mnie słuchana płyta roku 2009. I chyba najczęściej na tym blogu wspominana. Znam większych fanów artysty niż ja, ale z drugiej strony dla mnie to jest właśnie szczytowy moment Callahana. Dojrzała, piosenkowa, elegancka płyta. Na koncercie czegoś mi zabrakło, ale płyta jest od pierwszej do ostatniej nuty arcydziełem.

Camera Obscura – My Maudlin Career (4AD)
Nie wiem, jak ta dobra popowa płyta wytrzyma próbę czasu. Staroświeckie zacięcie C.O. może za parę lat brzmieć śmiesznie, ale zdarłem  ten album w roku 2009. Dialogowałem też wewnętrznie na jego temat tutaj, więc wszystko powinno być w miarę jasne. Z naciskiem na „w miarę”, bo grają tu też rolę jakieś prywatne emocje, których sam do końca nie zrozumiem.

Jamie Cullum – The Pursuit (Decca)
Dopiero co Camera Obscura, a teraz jeszcze to? Może Was dziwić obecność tej płyty w zestawieniu. Chociaż nie powinna. W porządku, uznajcie to za jedną z moich tegorocznych „guilty pleasures”, jeśli to uprości sprawę. Problem w tym, że wcale nie czuję się „guilty”. Recenzja tego albumu była na stronach „Przekroju”.

Dan Deacon – Bromst (Carpark)
Bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre. Inne, mniej rytmiczne refleksje tutaj.

Death …For The Whole World To See (Drag City)
To nie death metal rzecz jasna, tylko zagubiona płyta protopunkowej grupy z połowy lat 70.  W tym wypadku odnoszę się do legendy, a zatem krótko: album nie jest tak pionierski muzycznie, jak mówią, ale z całą pewnością jest tak dobry jak mówią. Przy okazji: Drag City znów rządzi!

The Flaming Lips – Embryonic (Warner)
Kiedy już wiem, że wzięli się za coverowanie „Dark Side Of The Moon”, łatwiej przychodzi mi zrozumieć „Embryonic”. Majstersztyk brzmieniowy, płyta świetna jako całość, chociaż możecie mi nie ufać: każda płyta Wayne’a Coyne’a z ostatnich lat trafiłaby do mojego rocznego zestawienia. 😉 W „Przekroju” napisałem nieco więcej.

Fuck Buttons – Tarot Sport (ATP Records)
Kolejny z kategorii zagęszczonych rytmicznie i transowych albumów, w jakie obfitował ten rok. Bardzo dobra kontynuacja „Street Horrrsing”, dalej cudownie prymitywna,  jak gdyby F.B. wychowywali się w dżungli ostatnim hajpem, na jaki się załapali, byłby Tarzan. Ale jednocześnie nie powtarzająca wprost patentów z pierwszej płyty.

Iron & Wine – Around The Well (Sub Pop)
Wiadomo, że Sam Beam nie nagrał złej płyty. Wszystko wskazywało zatem na to, że archiwa też ma niekiepskie. Skuteczność jak zwykle stuprocentowa. I kolejny powód, by uwzględniać w zestawieniach także kompilacje i archiwa, jeśli mają taką wartość jak ta. Trzy słowa więcej tutaj.

Junior Boys – Begon Dull Care (Domino)
Że zacytuję jednego z tutejszych blogowych bywalców: jak nic wróci w zestawieniach rocznych. I wraca. Choć po intensywnym okresie słuchania wiosną zapomniałem o tej płycie na jesieni. Trzy powody, dla których warto wrócić – tutaj.

King Midas Sound – Waiting For You (Hyperdub)
Jedna z ostatnich wielkich płyt roku. I powrót  Kevina Martina, który przed rokiem dominował w zestawieniach jako The Bug. Tutaj nazwa wytwórni mówi wszystko – atmosfera jak z nagrań Buriala czy Kode9, a do tego znakomite wokale. Ciekawe jest to, że „Waiting For You” pachnie już trochę ślepą uliczką dubstepu jako gatunku, w którym już wszystko powiedziano, jeśli chodzi o brzmienie, a zarazem wyprowadza ten gatunek na zupełnie inne wody – potencjał „Waiting For You” w dotarciu z tego typu muzyką do szerokiej publiczności jest moim zdaniem olbrzymi.

Leyland Kirby – Sadly, The Future Is Not Longer What It Was (History Always Favours The Winners)
Ścieżka dźwiękowa do tegorocznej jesieni. Rozkłada na łopatki nowy album Basinskiego, tegoroczne płyty ambientowe i nowych kameralistów z Arnaldsem i Richterem na czele. I to za jednym zamachem – w końcu trzy płyty to kilka godzin słuchania, a zbierany przez długie miesiące zestaw kompozycji Kirby’ego, to rzecz ogromnie charakterystyczna i wciągająca emocjonalnie. Mam nadzieję uzupełnić braki i dopisać kilka słów na temat tego artysty, którym w gorszym dla bloga czasie zająłem się bardzo obszernie na antenie Dwójki.

Loop – The World In Your Eyes (Revolver) 3CD
Olbrzymią przyjemność sprawiły mi wszystkie reedycje Loop, ale nie wiedziałem, że utwory spoza zasadniczych albumów (bo ta trzypłytowa wersja wydawnictwa to o wiele więcej niż oryginalne „The World In Your Eyes”) sprawią mi największą i najmilszą niespodziankę. Więcej dywagacji na temat Loop było tutaj.

Mordant Music – SyMptoMs (Mordant Music)
Jedyny pozytywny wpływ tegorocznego (wyjątkowo kiepskiego, moim zdaniem) podsumowania roku w „The Wire”. Wróciłem do Mordant Music i zasłuchałem w tej płycie. Bo niby zasłużona w ostatnich latach brytyjska wytwórnia, ale dotąd nie miałem do niej osobistego stosunku. „SyMptoMs” ten stosunek mi dały. Baaardzo pozytywny.

Mount Eerie – Wind’s Poem (P.W.Elverum & Sun)
Jeszcze jeden album, którego nie zdążyłem opisać na blogu tej pracowitej jesieni. Bardzo mroczna, ponura, a jednocześnie niezwykle plastyczna płyta Phila Elveruma.  Folk, który połknął black metal.

Mountains – Choral (Thrill Jockey)
Ocieplony partiami gitary elektroniczny ambient, który próbowałem lansować zim ą jako antidotum na plotki na temat Jacksona. Nie wiedziałem, że dużo łatwiej by to było wylansować przez hasło Michael Jackson w lecie. Tutaj można przeczytać tamtą notkę. Mętny ma trochę (notka oczywiście) charakter, ale płyty warto posłuchać.

Natural Snow Buildings – Shadow Kingdom (Blackest Rainbow)
Olśnienie tego roku. Zupełnie inny świat dźwięków. Folk, psychodelia, Indianie, horror, przestery i przeszkadzajki. Zabrało mi to czas, który zwykle poświęcam na przesłuchanie jakichś dziesięciu lub więcej nowych płyt. Więc jeśli to zestawienie ma Waszym zdaniem niepełny charakter – wiecie, że ta dwójka Francuzów jest wszystkiemu winna. Podtrzymuję to, co pisałem tutaj.

Paristetris – Paristetris (Lado ABC)
To był świetny rok w polskiej muzyce. Zacząłem nabierać nadziei na kilka naprawdę eksportowych (ech, te nasze kompleksy) zespołów. Idealnym pomysłem na początek jest Paristetris, w zasadzie w jednej trzeciej z importu. Sam się na moment w tych zawiłościach pogubiłem (dowody tutaj), ale – jak to mówią – lepiej z Paristetris zgubić niż z Paris Hilton znaleźć.

Rob Mazurek Quintet – Sound Is (Delmark)
Lider w świetnej formie, do tego John Herndon z Tortoise w formie lepszej niż u siebie, Matthew Lux z Isotope 217 i nie tylko. Zaskakująco dobra płyta jazzowa,  swobodna, ale jednocześnie dość przystępna, konkretna, precyzyjna. Rzecz nieco retro w klimacie, żyje duchem cool jazzu. Słychać, że Mazurkowi dobrze zrobił epizod współpracy z Billem Dixonem (patrz moje zestawienie sprzed roku).

Alasdair Roberts – Spoils (Drag City)
Dostało mi się za ocenę tej płyty. I przyznaję, że niesłusznie aż tak chłodno o niej napisałem. Ale w kontekście całego roku i dość rozczarowujących premier ze światka nowego folku i alt-country (a przypomnę, że w tym samym roku płyty wydali Oldham, Antony i Devendra Banhart), „Spoils” wyrasta na faworyta. Szczególnie, gdy doliczyć do tej płyty jeszcze minialbum „The Wyrd Meme”.

Różni wykonawcy – Dark Was The Night (4AD) 2CD
Składanka – jak to składanka – zawsze nieco zbyt obszerna, ale materiał złożony z piosenek (covery klasyków albo własne kompozycje) momentami może imponować, a zestaw wykonawców, cała śmietanka sceny folkowej i alternatywno-rockowej – imponuje już z całą pewnością. Przy okazji potwierdzając szczęście 4AD do składanek. Pisałem o tym wcześniej tu.

Różni wykonawcy – Mary Anne Hobbs: Wild Angels (Planet Mu)
Didżejka radiowa publicznego radia brytyjskiego? I czymże taka się różni od Marcina Kydryńskiego? Zaryzykuję: wszystkim, oprócz jednego: oboje wydają swoje kompilacje. Problem w tym, że Hobbs, pierwsza dama dubstepu i pilna obserwatorka brytyjskiej sceny elektronicznej wydaje albumy wypełnione wyjątkowymi nagraniami wyprzedzającymi duże wydawnictwa i dopiero zwiastującymi nowe postacie sceny. Jedne z najlepiej wydanych pieniędzy w roku 2009.

Sonic Youth – The Eternal (Matador)
Słyszałem już mnóstwo teorii na temat ostatnich kilku płyt Sonic Youth. W moim przekonaniu najbardziej prawidłowa jest wersja mówiąca, że od lat ta grupa nie nagrała złej płyty. „The Eternal” to hołd pamięci nieodżałowanego Rona Ashetona. Skromne posunięcie ze strony zespołu, który w tej chwili jest już dla alternatywnego świata legendą nie mniejszą niż The Stooges. Kilka zdań więcej tutaj.

Speech Debelle – Speech Therapy (Big Dada)
Lekko, miło i przyjemnie, o czym zresztą już pisałem. W tym roku ta artystka rekompensowała mi brak The Streets. Cieszyłem się, gdy dostała Mercury Music Prize, ale jeszcze bardziej cieszyłem się z tytułu „płyty dekady” w zestawieniu „Guardiana” dla Mike’a Skinnera. 😉

Sunn O))) – Monoliths & Dimensions (Southern Lord)
Nieco gorszą w tym roku formę dronowego metalu jako całości wynagradza jego główny przedstawiciel. Jeśli ktoś pamięta słowa (bodajże) Chruszczowa o tym, że rock progresywny to „wyziewy z latryny”, uzupełniam tę przenośnię: Sunn O))) to wyziewy z piekielnej latryny.

Terror Danjah – Gremlinz (The Instrumentals: 2003-2009) (Planet Mu)
Po raz kolejny brytyjski hip-hop mi wystarczał. Tego producenta – z ręką na sercu – nie rozpoznawałem, zanim trafił do mnie zbiór jego podkładów, z którego wyciąłbym co najwyżej wkurzające na dalszą metę (ale to znak rozpoznawczy artysty) dźwięki gremlinów. Reszta to kompletna rewelacja. Do tego też chętnie wrócę przy okazji, bo rzecz jest warta wsparcia.

Tomasz Stańko Quintet – Dark Eyes (ECM)
Cienki jak barszcz tytuł płyty, w dodatku zdrada narodowego składu muzyków… Eeee… Rzecz w tym, że Stańko znów jest w jakiejś kosmicznej formie i świetną płytę wydał w rocznicę ECM-u. Pisałem o niej w „Przekroju”.

White Rainbow – New Clouds (Kranky)
Dobrze znany syndrom: album jest gorszy od poprzedniego, „Prism Of Eternal Now”, ale czy to coś zmienia, jeśli wciąż pozostaje lepszy niż większość innych? Poza tym, o ile dobrze pamiętam, to jedyna premiera z Kranky, która mnie w tym roku naprawdę nie zawiodła, a to już coś, bo tę wytwórnię uwielbiam.

John Zorn – Alhambra Love Songs (Tzadik)
Poza Callahanem i Natural Snow Buildings najczęściej słuchany przeze mnie album tego roku. Ścieżka dźwiękowa do życia, która pozwala zachować dobry nastrój w każdej sytuacji. Fanom Zorna wydać się może przesłodzona, ale to, co się tu dzieje w warstwie rytmicznej, to zgranie – fenomen! Więcej tutaj (notabene z całej trójki opisywanych tam płyt tylko dla Sweet Billy Pilgrim straciłem nieco serca przez wiele miesięcy).

Michaelowi Jacksonowi znów nie odpadł nos

Zdarza się czasem, że najważniejsze programy w Polsce proszą o komentarz dziennikarzy muzycznych. Rzadko, bo dziennikarz muzyczny mało ma do powiedzenia o sprawach najwyższej wagi. Mało też w takich, które mogą w krótkim czasie poprawić oglądalność. Mało w takich, które wiążą ze sobą poważne problemy współczesnego świata z gwiazdami show biznesu (koniecznie z pierwszej ligi), problemami osobistymi (najlepiej na tle społecznym), a przy okazji odrobinę tańca (bo taniec jest ważny i dobrze się sprzedaje w obrazku, muzyka trochę jakby mniej, ale jeśli już trzeba…). W praktyce większość tematów się zatem nie kwalifikuje. Z wyjątkiem Michaela Jacksona. Dlatego gdy dzwonią do mnie z najważniejszych w Polsce programów informacyjnych (z całym dla nich szacunkiem – już ja wiem, jaka to ciężka i odpowiedzialna orka jest), z reguły proszą o komentarz w sprawie Michaela Jacksona.
Tutaj pozwolę sobie drobną dygresję (uznajcie to za reklamę, jeśli chcecie – tak jak w telewizji). Ciąg dalszy wywodu o Michaelu Jacksonie za moment.

mountains_choral>>>>5<
MOUNTAINS „Choral”, Thrill Jockey

premiera: 17.02.09, źródło: Boomkat.com

Być może jedną z najważniejszych zalet tej płyty jest fakt, że nie ma nic wspólnego z Michaelem Jacksonem. Jest w pewnym sensie nawet jego antytezą. Nic czarnego, żadnego funku i groove zerowy. Mało pociągająca okładka, na której trudno znaleźć informacje o tym, kto gra. Na szczęście można znaleźć płytę (to już coś), ale ta zawiera muzykę, która nie dość, że nie zna pojęcia „refrenu”, to wręcz prawie nie ma linii melodycznych i do której nie da się tańczyć, chyba żeby jakiś choreograf rozpisał to na balet nowoczesny (ale domyślam się, że wszyscy polscy choreografowie są zajęci przygotowywaniem „Tańca z gwiazdami”, z wyjątkiem tych, którzy przygotowują „You can dance”, no, chyba że pracują aktualnie nad serialem „Kochaj i tańcz”… bo cała reszta z pewnością robi serial „Tancerze”). Mountains są z Ameryki i grają – krótko mówiąc – ambient, ale taki z ludzką twarzą, bo ocieplony partiami gitary akustycznej nieco w stylu Charalambides (ci też absolutnie nic wspólnego z Jacksonem nie mają). I te gitarowe motywy potrafi topić w szumie i mgle ambientowych krajobrazów dźwiękowych.
W przeciwieństwie do Jacksona (świeć Panie nad jego nosem, ale nie za mocno, bo właściciel marzy o bladości) dwaj członkowie Mountains nie odnieśli sukcesu żadną z trzech poprzednich płyt, bo wydawali je dla małych wytwórni i bez specjalnej promocji. Wcześniej byli nieznani pod nazwą Aero & Anderegg i w dalszym ciągu nieznani pozostają. Z tą drobną różnicą, że ta płyta może do nas powrócić w zestawieniach na koniec roku – jest w niej coś pogodnego i naturalnego, co całkiem przeczy tezom o przeintelektualizowaniu muzyki ambient i okolic. Oczywiście nie powalczą z Jacksonem, ale być może ten się do końca roku nie pozbiera i jednak nowej płyty nie wyda. A nie powalczą także dlatego, że ich utwory mają nieradiowe formaty (od ponad 5 do ponad 12 minut), a jedyny potencjalny „singiel” (2’39) puszczony w Zetce w czasie dobrej słuchalności spowodowałby, że Robert Kozyra sam porzuciłby swoją funkcję prezesa, zamknął w zgorszeniu rozgłośnię i udał na trzyletnią medytację. Nie powiem, co zrobiłby Michael Jackson, bo nie potrafię wymyślić niczego głupiego, czego już by wcześniej nie zrobił.

Wróćmy do naszego barana, czyli Jacksona. Otóż w takich medialnych sytuacjach telewizję zazwyczaj interesują trzy kwestie:
1. Czy Jacksonowi już odpadł nos (to pojawia się w obrazku, bo agencje prasowe reagują błyskawicznie na wszelkie dane dotyczące tego organu ciała MJ);
2. Po co takie postacie wracają do muzyki, skoro już wszystko osiągnęły i czy nie ma aby nowej fali takich powrotów;
3. Czy Michael Jackson to wielki artysta pop.
Informuję, że moim zdaniem odpowiedzi na te trzy pytania są następujące… No dobra, najpierw jeszcze jedna krótka przerwa reklamowa.

zu_carboniferous>>>4<<
ZU „Carboniferous”, Ipecac

premiera: 20.02.09, źródło: Boomkat.com

Ciekawe, że coś, co wydaje się antytezą płyty Mountains – album hałasu – może być zarazem cały czas zaprzeczeniem Jacksona. Być może jest to nawet numer jeden na liście tych płyt, których fan MJ kupować nie powinien. Bo z grania freejazzowego, na którym się wychowali trzej włoscy muzycy grający z Zu wzięli znów wszystkie elementy pozbawione funku (a przecież free grali początkowo głównie Czarni muzycy mający w palcach swing i funk), podzielili je i przemnożyli przeż nieparzyste podziały rytmiczne w stylu King Crimson (czyli uwaga, wkraczamy w sferę jajogłowych, tu Michael Jackson nie sprzedawał się nigdy), a następnie przepuścili to przez maszynkę do odstraszania postronnych, czyli zaprosili do współpracy swoich znajomych (od dawna) The Melvins i (trochę krócej) Mike’a Pattona, którego wytwórnia ten album firmuje. Cóż takiego urzekło mnie tym razem? Za mocarną perkusją w stylu White Stripes i zgiełkiem metalicznych flażoletów kryje się jasne przesłanie: po raz kolejny ostatnio jazzmani odkrywają heavy metal. Agresywne sprzężenia atakują zewsząd, a gitarowe partie, przy których więdnie nawet słynna solówka Van Halena u Michaela Jacksona, włoscy obrazoburcy tworzą z pomocą… saksofonu i elektroniki (no, poza paroma utworami z udziałem gości w stylu kapitalnego „Chthonian”). Wszak z założenia Zu to jest trio jazzowe: saksofon, perkusja, kontrabas!
Są i minusy: muzyka improwizowana (którą tworzyli w przeszłości także w towarzystwie powerjazzowych Spaceways Inc. oraz elektronika Nobukazu Takemury) nie przyzwyczaiła Włochów do grzebania w kompozycjach, dlatego idą po linii najmniejszego oporu, na żywioł – i w wielu momentach kończy się na epatowaniu siłą, energią i innymi formami okazywania libido (czy wspominałem wam już, że moim zdaniem to nie jest dobra strona Michaela Jacksona?). Słowem: lecą w…, ale nie bądźmy ordynarni – gonią w piętkę. I nie spodziewajcie się, że te utwory kompozycyjnie się rozwiną. Ale fani Jacksona nie zauważą tego z pewnością – w końcu ich ta płyta wystraszy dużo wcześniej. Bardziej niż „Thriller”.

Pora na zapowiedziane odpowiedzi na fundamentalne pytania dotyczące Króla Popu:
1. Nie wiem;
2. Takie postacie nigdy nie odchodzą (to jest w tym najgorsze), a w związku z tym fali powrotów nie ma, bo skoro nigdy nie odeszły…;
3. Oczywiście, będę bronił „Thrillera” jak niepodległości, chyba że ktoś zabierze mi moją kopię Mountains. Dodałbym tylko w pytaniu czas przeszły.
Ogólnie nie mam nic przeciwko ekscytowaniu się sprawą jego nosa. Ani ekscytowaniem samym MJ, choć uważam, że facet się nieźle zamotał i jego życiem rządzi zapewne gromada księgowych, prawników, wróżek i specjalistów od feng shui, co jest jednak trochę przykre. Zapytacie, dlaczego w takim razie nie zgodziłem się (a tak wyszło) uczestniczyć w kolejnej telewizyjnej dyskusji o Jacksonie jako gadająca głowa, skoro mógłbym dzięki temu przemycić w dobrym czasie antenowym parę słów o Moutains czy nawet Zu, względnie o czymś równie niekomercyjnym. Odpowiedź brzmi: nie mógłbym. Po prostu nie mieści się to w formule tego typu wejść.

Dlatego pozwoliłem sobie na to drobne i niewinne oszustwo w służbie sztuki na niniejszym blogu. Dzisiejsze wydanie recenzji trudnych i wymagających płyt sponsorował Michael Jackson. W ten sposób prawdopodobnie pierwszy raz od wielu lat zrobił coś dla sztuki.