Tag Archives: Mark McGuire

TROUBLE BOOKS & MARK McGUIRE: Damon, Naomi + Reich

Ja właśnie przegapiłem koniec okresu próbnego Photoshopa (stąd okrągłe wycinanki labeli zastąpił prostokąt – a propos, może ktoś zna dobry darmowy program do edycji zdjęć?). Ale Wy nie przegapcie tej płyty, która jest pobocznym projektem Marka McGuire’a z członkami formacji Trouble Books (Linda Lejsovka i Keith Freund). Lider Emeralds ze swoimi powtarzanymi w nieskończoność minimalistycznymi motywami gitarowymi spotyka tu domowych twórców alternatywnej piosenki w stylu Damon and Naomi. Tutaj zresztą podobieństwa wychodzą poza muzykę. Lejsovka i Freund to małżeństwo – piszą marzycielskie, oszczędne piosenki, ona śpiewa, z lekkim fałszem tu i ówdzie („a, to ta, co fałszuje” – kwituje moja żona), więc skojarzeń z D&N znajdzie się mnóstwo. Wyobraźcie więc sobie, że McGuire zamienia się miejscami z takim powiedzmy Michio Kuriharą, ale pozostawia zestaw efektów pozwalających uzyskać brzmienie gitarowego Steve’a Reicha. Sympatycy McGuire’a powinni w tym momencie dopisać sobie punkt do oceny końcowej.

Całość wydana w limitowanym nakładzie przez maleńką firmę Bark & Hiss, z załączoną dość niecodzienną książeczką (rastrowe grafiki, opisy pracy nad poszczególnymi kawałkami), kod do mp3 obecny, płyta wytłoczona na pięknym czerwonym winylu przez uroczą i mikroskopijną oficynę Bark and Hiss, od której możecie to cudo kupić za rozsądną cenę. Czerwony nośnik się skończył, ale zapowiadają drugie tłoczenie na transparentnym pomarańczowym. Mniam.

TROUBLE BOOKS & MARK MCGUIRE „Trouble Books & Mark McGuire”
Bark & Hiss 2011
7/10
Trzeba posłuchać:
„Local Forecast”, „Life in a Peaceful New World”.

Dzieci krautrocka ciąg dalszy

Pisałem już na Polifonii o solowych nagraniach Marka McGuire’a z Emeralds i mam wrażenie, że kompletnie się ostatnio zapętlam w słuchaniu wydawnictw z tego obozu, ale przynosi mi to wciąż mnóstwo przyjemności. Nowy album McGuire’a dla austriackiego eMego, które wzięło się za porządkowanie katalogu Emeralds (i chwała im za to), jest trochę bardziej kameralny, intymny. Nawet rodzinny. Muzyce towarzyszą zresztą strzępki dialogów, stare zdjęcia, dedykacje dla poszczególnych członków rodziny. Utwory nie tracą kosmicznego charakteru i wpływów niemieckich (jak zawsze – przede wszystkim Ash Ra Tempel i okolice), ale kojarzyć się mogą też z brzmieniem Steve’a Hillage’a z Gongu. To moje największe olśnienie związane z McGuire’em w ostatnich tygodniach.

Album McGuire’a, trochę nierówny, ma znakomite akcenty w postaci „Brain Storm (for Erin)” oraz kończącego płytę nagrania „Brothers (for Matt)”. Niezwykłe jest to, że tak prosty patent, jaki uparcie wykorzystuje muzyk Emeralds, może tak długo działać.

Dużo bardziej różnorodny jest debiutancki album brytyjskiego producenta Luke’a Abbotta, jedna z lepszych elektronicznych płyt, jakie ostatnio słyszałem. Mamy tu i elementy krautrocka (Cluster, Neu!), i szczyptę IDM-u (takiego z wczesnych okolic Plaid albo Boards of Canada) oraz minimal techno, ale wszystko w bardzo swobodnej mieszance, która parokrotnie zbliża się właśnie do okolic arpeggiów rodem z albumów Emeralds. Fascynujące jest w tej płycie to, jak jest prosta – to w sumie pojedyncze partie syntezatorów, dość oszczędnie aranżowane rytmy – a zarazem jak bardzo bywa zaskakująca. Jej siła drzemie znowu w banalnych syntezatorowych powtórzeniach, a przy tym gdzieś wśród tych „pogańskich” rytmów – jak je opisuje wydawca James Holden – jest miejsce na ciepłą lirykę. Arpcore rządzi.

Oba albumy polecam z pełnym przekonaniem. W wypadku McGuire’a w ocenie staram się brać pod uwagę moje osobiste wypaczenie długotrwałym słuchaniem muzyki z okolic Emeralds.

MARK McGUIRE „Living With Yourself”
Editions Mego 2010 – 6.09.2010 – CD
7/10

LUKE ABBOTT „Holkham Drones”
Border Community – 23.08.2010 – CD
8/10