Tag Archives: Marissa Nadler

Po Offie, czyli muzyka alternatywna i inne alternatywy

plakaty_sub_pop

Dwa dni na Off Festivalu okazały się bardzo miłym doświadczeniem. Bezpretensjonalna i kameralna impreza w środkowej Europie, bez sadzenia się na lans i z naprawdę solidną artystycznie obsadą. Ot co. OK, jak dla mnie Sonic Youth jakiś albo inny Flaming Lips byłby dobrym i pożądanym headlinerem dla takiego festiwalu. Jeszcze nie ściągnąłby tu okolicznej dresiarni i nie skłonił gwiazd z serialu „Tancerze” do pokazania się na Śląsku, a już – z całą pewnością – zelektryzowałby wszystkich, których trzeba. Ale i to przyjdzie – jestem pewien.

Zmęczony jestem, więc krótko w punktach:

1. Co jest dobrą alternatywą, każdy wie mętnie i po swojemu. Ale za to teraz  dokładnie wiem, co jest dobrą alternatywą dla grania – robienie happeningu. Zwykle interaktywnego. Do pewnego stopnia u Fucked Up – z charyzmatycznym człowiekiem-górą o szerokich plecach, spadających majtkach i gołębim sercu – którzy dali popis show hardcore’owego w każdym tego słowa znaczeniu. Podobno – bo na to nie zdążyłem dotrzeć – Lucky Dragons, którzy rozdali ludziom instrumenty i zaprosili do współudziału. Ciekawa liderka Micachu & The Shapes balansująca między geniuszem a potworną amatorką. Z całą pewnością Wildbirds & Peacedrums, autorzy najbardziej ekstatycznego rytmicznie i jak dla mnie najbardziej pozytywnie zaskakującego koncertu tego kawałka imprezy, który przyszło mi zobaczyć. No i wreszcie Monotonix – ludzie, jak ja się cieszę, że na nich „zaszedłem” przypadkiem. No i cieszę się, że nie zostałem opluty ani obryzgany wydzieliną z nosa lidera, który tego wieczoru wszystkiego miał w nadmiarze – od energii i kompletnie wariackich pomysłów, aż po rzeczoną wydzielinę. To był koncert, w którym muzyka chwilami była najmniej ważną rzeczą, ale za to JAKI koncert.

W ogóle tego typu występy mają sens – w każdym z wymienionych przypadków. Bo są przeżyciami niemożliwymi do odtworzenia przy słuchaniu płyty, ani oglądaniu wyczynów poszczególnych wykonawców na YouTube. To trzeba nie tylko usłyszeć, ale zobaczyć i – w niektórych wypadkach (chodzi mi tu nie tylko o wokalistę Monotonix, który jak głosi festiwalowa fama rzeczywiście pierdnął do mikrofonu) – poczuć. No i układanie programu festiwalowego z zespołów, które nie tylko nieźle grają, ale też nieźle grają koncerty – to lubię.

2. Mysłowice nie powinny się w żadnym razie pozbywać tej imprezy. Ten festiwal ma sens w tym miejscu. Nawet peerelowskie zabudowania kąpieliska tu grają, miejscówka ma przyszłość i jeśli jeszcze ktoś mądry zlikwiduje ten idiotyczny zakaz łączenia sztuki z piciem i jedzeniem. Na fali ludycznego Monotonix proponuję, żeby sejm zajął się może lepiej ustawą, która zabraniałaby robić jednocześnie siku i to drugie, pożytku z takiego prawa byłoby równie mało, a rozdział czynności równie nienaturalny. A na tych opornych spośród radnych z Mysłowic proponuję wypróbować moustache revolution albo traktować muzyką grupy Health w ramach tortur.

3. Spiritualized – których kocham miłością bezwarunkową – z upływem czasu coraz bardziej upodabniają się do Pink Floyd. Ale z koncertu wyszedłem bardzo zadowolony.

4. W Mysłowicach wiedza o Sub Popie (powyżej zdjęcie z wystawy plakatów i okładek z tej wytwórni, które pokazywane są w miejscowym MCK) jest po tej edycji festiwalu prawdopodobnie większa niż w Seattle. Poważnie.

5. Wolałbym, żeby więcej osób nosiło takie kiecki jak Ania Brachaczek z BiFF, za to darowali sobie okulary tej samej marki noszone znacznie bardziej masowo. Przy okazji BiFF – koncert też był fajny.

6. Marissa Nadler zagrała głównie ostatnią płytę. Buuu. The Pains Of Being Pure At Heart okazali się zaskakująco dobrym zespołem koncertowym, a nie jakimś paskudnym hajpem. Hura. Choć pewnie i tak ich nazwa już się na tym blogu nie pojawi, a nazwisko Marissy – i owszem.

7. W kategorii zespołów z „Crystal” w nazwie lepiej wypadli Crystal Antlers, chociaż wjeżdżałem na Offa raczej jako sympatyk Crystal Stilts. Gdzieś między Gdynią a Mysłowicami powinna zostać jeszcze rozegrana dogrywka między Crystal Antlers a Crystal Castles.

8. Nie widziałem The National, więc proszę nie pytać. Widziałem za to The Thermals, ale mimo to proszę nie pytać. Widziałem też muzyków Wooden Shjips, ale za to w strefie gastronomicznej, siedzieli sobie i pili piwo obok. Inni wykonawcy też paradowali wśród publiczności. Dla takich widoków lubię imprezy tej skali i bez wyższych gwiazdorskich sfer. Za to strefa gastronomiczna – tak przy okazji – była z całą pewnością najgorszą sferą festiwalu.

9. Byłem przez przypadek świadkiem jakichś bardzo ciekawych rozmów, o których nic nie mogę napisać, a nawet powiedzieć – i nie powiem, ale jeśli to jest to, o czym myślę, to szykuje nam się niezła sensacja. Wiem, też jestem zdania, że takie sformułowania jak to poprzednie zdanie powinny być zakazane. Ale potrzebny był mi dziewiąty punkt, żeby się to wszystko ładnie zamknęło na dziesięciu.

10. Potęga zjawiska, któremu poświęciłem poprzedni wpis na tym blogu, okazała się jeszcze większa niż myślałem. Ci wszyscy młodzi (młodsi ode mnie w większości, więc proszę mi wybaczyć to sformułowanie) ludzie naprawdę znali te wszystkie zespoły. Ja nie znałem ładnych paru, ale przygotuję się lepiej na kolejnego Offa, który odbyć się musi, a ja muszę na nim być.

Ten folk sprzedaje się lepiej niż bilety na Madonnę

Spokojnie, Madonna się świetnie sprzedaje. Aktualnie dostępne jeszcze bilety na jej warszawski koncert nie pozwoliłyby nawet na oddanie celnego strzału w stronę sceny radzieckiemu snajperowi. I prędzej usłyszycie wycie wilków dobiegające z okolicznego parku leśnego niż dźwięk hi-fi (tym bardziej, że inni słuchacze oraz sprzedawcy parówek będą w tym aktywnie przeszkadzać), ale tak, sprzedaje się znakomicie. Zresztą pisałem już o syndromie Madonny tutaj i nie zamierzam się powtarzać.

Przyznaję, trochę mnie zainspirował ten przypadek z Jacksonem i komentarz Michała Brauma. Nie zamierzam więc odpuścić sławnym ludziom w najbliższym czasie. Przeciwnie – możecie się spodziewać z mojej strony intensywnego żerowania na ich sławie ku chwale nisz. Jeśli ktokolwiek ma ochotę się do mnie przyłączyć – zapraszam. W kupie siła i może zbiorowym wysiłkiem setek ludzi przekierujemy na Google cały ruch związany z Jacksonem czy Dodą na opisy płyt z serii „Anthology of Noise & Electronic Music” i świat stanie się ciekawszy. 😉

Na początek dokończę przerwany rozdział folkowy – zima obfitowała w nowe płyty, a wreszcie trafiła do mnie ostatnia, czyli nowy album Aleli Diane. Od zeszłego tygodnia jeszcze bardziej doceniłem płytę Matta Warda, więc w zasadzie z dzisiejszej perspektywy to może i oczko bym dorzucił. Ale przede wszystkim chciałbym uzupełnić obraz sytuacji o trzy inne płyty trzech kobiecych gwiazd gatunku – wielkiej, mniejszej i najmniejszej.

neko_case_middle_cyclone>>>4<<
NEKO CASE „Middle Cyclone”, Anti-

premiera: 3.03.09, źródło: Amazon.com

Małe oszustwo. Ten folk z tytułu to oczywiście tylko Neko Case – folk zresztą dość bliski mainstreamu, gwiazdorski na swój sposób, bo debiutował na trzecim miejscu listy bestsellerów „Billboardu”, jedno oczko pod Taylor Swift i dwa oczka pod nowym U2. Oczywiście w Ameryce. Czyli razem z tymi trzema sztukami, które kupi ktoś w Polsce (przez przypadek wystawione w EMPiK-u mają szansę wyczaić jacyś wielbiciele prowokujących zdjęć rudowłosych dziewczyn na oldskulowych furach, bo fani pewnie i tak ściągną wcześniej z zagranicy), będzie na pewno więcej niż biletów na Madonnę na Bemowie. Dość późna kariera 38-letniej wokalistki z Chicago (znanej też z The New Pornographers – zresztą członkowie grupy pojawiają się tutaj, obok muzyków Los Lobos, a także Howe’ego Gelba i M. Warda) rozwija się świetnie, może dlatego, że oparta jest na solidnych podstawach – mocnym głosie i umiejętności pisania tekstów zręcznie mieszających delikatność i brutalność, miłość i zemsta. Może też dlatego, że zdarzają się w repertuarze Neko ewidentne ukłony w stronę amerykańskiego radia (tutaj choćby „People Got a Lotta Nerve”, piosenka niepasująca swoją drogą do stylowej reszty). A na pewno dlatego, że ma kobieta słabość do rocka lat 70. Wyrazem sympatii dla tej epoki są tutaj dwa covery: „Don’t Forget Me” z repertuaru Joe Cockera i „Never Turn Your  Back on Mother Earth” grupy Sparks – bardzo zresztą udane. Chwilami trochę za blisko środka drogi jak dla mnie, ale skoro Neko Case prowadzi samochód z taką brawurą jak na okładce, to nieuchronne. „Death Proof” bardzo lubię, gdyby ktoś pytał.

alela_diane_tobestill>>>>5<
ALELA DIANE „To Be Still”, Names Records

premiera: 17.02.09, źródło: Boomkat.com

Była gwiazda wielka, teraz trochę mniejsza, chociaż Alela Diane (z Portland – nb. niezłe miejsce dla sceny folkowej) po trzech albumach ma już status dość wyjątkowy. Bo nawet występując solo na swoich płytach doczekałaby się pewnie entuzjastycznych recenzji. Jako 25-latka jest artystką kompletną – świetny głos bez trudu wyśpiewuje melodie z pogranicza amerykańskiego country i brytyjskiego folku, czyli pieśni z bagien w odrobinę uszlachetnionej wersji – trochę jak Joanna Newsom, a trochę jak Emmylou Harris. Sama akompaniuje sobie na gitarze, a wreszcie pisze te utwory – z pozoru szare i delikatne, ale nieprawdopodobnie zyskujące przy każdym kolejnym słuchaniu. A ponieważ ma na tej płycie jeszcze czujny zespół, to jest okazja, by podialogować ze skrzypcami Rondi Soule’a i wesprzeć się klimatem partii gitary granych techniką slide przez Petera Granta (jest też Mariee Sioux, znana z własnych niezgorszych solowych dokonań, tutaj w chórkach). „To Be Still” to płyta wycofana, ale rozwibrowana takim nastrojem, że sympatyków Willa Oldhama, ale też sceny psychodeliczno-folkowej powinna postawić w stan najwyższej gotowości. Gdyby ktoś potrzebował jednego „hitu” na początek, polecam „Take Us Back”.

marissa_nadler_little_hells>>>4<<
MARISSA NADLER „Little Hells”, Kemado

premiera: 3.03.09, źródło: Boomkat.com

Marissa Nadler z pozoru pozostaje blisko sposobu śpiewania Aleli Diane. Ale jest dalej od country’owej tradycji, śpiewa bardziej „miastowo” (mieszka w Bostonie, więc rozumie się), cały czas delikatnie, ale jej marzycielskie ballady to już rzecz bliska piosence poetyckiej. Są bardzo oszczędne, co nie przeszkadza jej sięgać w aranżacjach po ekstrawagancje rzadkie nawet w dzisiejszym świecie dzikiego folku (syntezatory!). Przyznam, że jestem fanem jej poprzedniej płyty „Songs III: Bird on the Water” i ta nowa, „Little Hells”, odrobinę mnie zawiodła. Trochę wyjątkowości Marissa zgubiła po drodze między jednym i drugim albumem, ale obiektywizując: ciągle podąża własną ścieżką i jeśli zestawicie to, co zrobiła Nadler, z płytami pozostałych artystek z dzisiejszego zestawienia, to słychać, że najtrudniej w jej wypadku o znalezienie źródeł, inspiracji i oczywistych tropów. To wciąż „najmniejsza” postać z wymienionych i pewnie tak zostanie jeszcze przez jakiś czas. Coś dla tych, którzy nawet nie tyle nie myślą o Madonnie, co wręcz jej nie znają i w dniu koncertu jak gdyby nigdy nic wybiorą się na spacer do pobliskiego lasku. Gdzie oczywiście – gdyby ktoś chciał zapytać – nie ma wilków.

PS Przy okazji, niezależnie od tego, czy kogoś tu przygnały bilety Madonnę, czy jednak nowy folk, niech sobie przeczyta u Jarka Szubrychta o Off Festivalu, żeby wiedział, którym radnym Mysłowic „dziękować” za ewentualną wyprowadzkę imprezy.