Tag Archives: John Zorn

35 najlepszych płyt roku 2009

Pora przywitać się na nowo, a jednocześnie domknąć rok zestawieniem 35 (tym razem – kto śledził moje zapiski wcześniej, ten wie, dlaczego właśnie tyle). Jak zwykle pozwoliłem sobie uwzględnić w nim reedycje, pod warunkiem, że są to płyty po raz pierwszy dostępne na płycie CD albo pokazują jakieś nagrania w ogóle dotąd nieznane. Warto zwrócić uwagę na to, że do tegorocznej listy – bezwzględnie nieczułej na podziały Polska/świat, bo nie będę tu robił oddzielnego narodowego zestawienia – wskoczyły aż dwie krajowe płyty. Kto chce porównać tę bieżącą listę z poprzednimi, znajdzie archiwalne tutaj: rok 2007, rok 2008. Długie milczenie postaram się nadrobić w najbliższym czasie. Zresztą pewne szczegóły na tej stronie – poza tym jednym wpisem – już sygnalizują mój powrót do pisania bloga. Dzięki za miłe sygnały w trakcie mojego milczenia. Poniżej już po prostu lista. Jak zwykle posortowana ALFABETYCZNIE.

Akron/Family – Set ‚Em Wild, Set ‚Em Free (Dead Oceans)
Skopana przez krytykę za to, że jest nie-tak-dobra-jak-poprzedni-album, podczas gdy jest wciąż lepsza-niż-większość-tegorocznych-albumów. Do folku i psychodelii dorzucili trochę rocka progresywnego i odjechali może nie tak daleko jak poprzednio, ale i tak słuchana po wielu miesiącach, ta płyta z lekkością potwierdza wielką klasę. A ja potwierdzam to, co o niej napisałem tutaj, jeszcze w lipcu. Ale jeszcze raz podkreślam – Akron/Family otwierają to zestawienie dzięki pierwszeństwu w alfabecie.

Alarm Will Sound – a/rhythmia (Nonesuch)
Świetny koncept związany z poszukiwaniami w zakresie współczesnej rytmiki, pozwalający skojarzyć na jednej płycie Conlona Nancarrowa, Autechre i György Ligetiego. Rewelacyjne wykonania orkiestry z Rochester (znanej z „Acoustiki” z ich wersjami utworów Aphex Twina), która na polu minimalizmu i transkrypcji utworów elektronicznych na akustyczne instrumentarium nie ma sobie równych. Specem od tak zwanej poważki nie jestem, ale to jest album, który tego rodzaju specjalizacji nie wymaga. Więcej było tutaj (i może ktoś w końcu skomentuje, bo się z tym dość samotnie czuję).

Alva Noto – Xerrox, vol. 2 (Raster-Noton)
Nie gorsza niż „jedynka” z tej samej serii. Wprawdzie Carsten Nicolai w swoim podsumowaniu roku na Boomkacie lansuje chyba wszystkie tegoroczne wydawnictwa Raster-Noton z wyjątkiem swojego, to jego płyta była znów najmocniejszym punktem katalogu R-N w tym nie najmocniejszym dla tej firmy roku. Nieco więcej było tutaj.

Animal Collective – Merriweather Post Pavilion (Domino)
Trochę się odcinałem od powszechnej egzaltacji na początku roku (ślad tego pozostał tutaj). Pod koniec roku za to dziwiłem się, że w naszym „Przekrojowym” podsumowaniu nie wygrał AC, bo to jednak płyta, która pogodziła różne gusta muzyczne. Powinienem dopisać + „Fall Be Kind”, w końcu EP-ka, która wyszła w listopadzie przypomniała o tym, kto zdominował (może to prawdziwe znaczenie nazwy wytwórni?) ten rok.

The Antlers – Hospice (Frenchkiss)
Jedna z licznych w tym roku płyt, które dopiero jako album właśnie, a nie zbiór luźno poukładanych piosenek, mają sens. Mojej sympatii dałem już wyraz tutaj, więc pozostanę przy tym, że to dla mnie jedno z największych odkryć roku.

Black To Comm – Alphabet 1968 (Type)
Powyższą uwagę mógłbym powtórzyć i tutaj – mało było w 2009 roku albumów tak bogatych, jeśli chodzi o różne środki wyrazu, które zarazem tak dobrze kleiłyby się jako całość. Marc Richter nagrał świetny album.

The Bran Flakes – I Have Hands (Illegal Art)
Jeszcze raz pokłonię się złodziejom z Illegal Artu, których jestem stałym klientem i jeszcze innym wciskam to, co ukradną (to się już chyba nazywa paserstwo, co?). Ten rok nie był dla nich tak wielki jak poprzedni, ale The Bran Flakes słuchałem przez całą wiosnę. Pisałem o nich w kwietniu.

Bill Callahan – Sometimes I Wish We Were An Eagle (Drag City)
Nikogo pewnie nie zdziwi fakt, że to była najczęściej przeze mnie słuchana płyta roku 2009. I chyba najczęściej na tym blogu wspominana. Znam większych fanów artysty niż ja, ale z drugiej strony dla mnie to jest właśnie szczytowy moment Callahana. Dojrzała, piosenkowa, elegancka płyta. Na koncercie czegoś mi zabrakło, ale płyta jest od pierwszej do ostatniej nuty arcydziełem.

Camera Obscura – My Maudlin Career (4AD)
Nie wiem, jak ta dobra popowa płyta wytrzyma próbę czasu. Staroświeckie zacięcie C.O. może za parę lat brzmieć śmiesznie, ale zdarłem  ten album w roku 2009. Dialogowałem też wewnętrznie na jego temat tutaj, więc wszystko powinno być w miarę jasne. Z naciskiem na „w miarę”, bo grają tu też rolę jakieś prywatne emocje, których sam do końca nie zrozumiem.

Jamie Cullum – The Pursuit (Decca)
Dopiero co Camera Obscura, a teraz jeszcze to? Może Was dziwić obecność tej płyty w zestawieniu. Chociaż nie powinna. W porządku, uznajcie to za jedną z moich tegorocznych „guilty pleasures”, jeśli to uprości sprawę. Problem w tym, że wcale nie czuję się „guilty”. Recenzja tego albumu była na stronach „Przekroju”.

Dan Deacon – Bromst (Carpark)
Bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre. Inne, mniej rytmiczne refleksje tutaj.

Death …For The Whole World To See (Drag City)
To nie death metal rzecz jasna, tylko zagubiona płyta protopunkowej grupy z połowy lat 70.  W tym wypadku odnoszę się do legendy, a zatem krótko: album nie jest tak pionierski muzycznie, jak mówią, ale z całą pewnością jest tak dobry jak mówią. Przy okazji: Drag City znów rządzi!

The Flaming Lips – Embryonic (Warner)
Kiedy już wiem, że wzięli się za coverowanie „Dark Side Of The Moon”, łatwiej przychodzi mi zrozumieć „Embryonic”. Majstersztyk brzmieniowy, płyta świetna jako całość, chociaż możecie mi nie ufać: każda płyta Wayne’a Coyne’a z ostatnich lat trafiłaby do mojego rocznego zestawienia. 😉 W „Przekroju” napisałem nieco więcej.

Fuck Buttons – Tarot Sport (ATP Records)
Kolejny z kategorii zagęszczonych rytmicznie i transowych albumów, w jakie obfitował ten rok. Bardzo dobra kontynuacja „Street Horrrsing”, dalej cudownie prymitywna,  jak gdyby F.B. wychowywali się w dżungli ostatnim hajpem, na jaki się załapali, byłby Tarzan. Ale jednocześnie nie powtarzająca wprost patentów z pierwszej płyty.

Iron & Wine – Around The Well (Sub Pop)
Wiadomo, że Sam Beam nie nagrał złej płyty. Wszystko wskazywało zatem na to, że archiwa też ma niekiepskie. Skuteczność jak zwykle stuprocentowa. I kolejny powód, by uwzględniać w zestawieniach także kompilacje i archiwa, jeśli mają taką wartość jak ta. Trzy słowa więcej tutaj.

Junior Boys – Begon Dull Care (Domino)
Że zacytuję jednego z tutejszych blogowych bywalców: jak nic wróci w zestawieniach rocznych. I wraca. Choć po intensywnym okresie słuchania wiosną zapomniałem o tej płycie na jesieni. Trzy powody, dla których warto wrócić – tutaj.

King Midas Sound – Waiting For You (Hyperdub)
Jedna z ostatnich wielkich płyt roku. I powrót  Kevina Martina, który przed rokiem dominował w zestawieniach jako The Bug. Tutaj nazwa wytwórni mówi wszystko – atmosfera jak z nagrań Buriala czy Kode9, a do tego znakomite wokale. Ciekawe jest to, że „Waiting For You” pachnie już trochę ślepą uliczką dubstepu jako gatunku, w którym już wszystko powiedziano, jeśli chodzi o brzmienie, a zarazem wyprowadza ten gatunek na zupełnie inne wody – potencjał „Waiting For You” w dotarciu z tego typu muzyką do szerokiej publiczności jest moim zdaniem olbrzymi.

Leyland Kirby – Sadly, The Future Is Not Longer What It Was (History Always Favours The Winners)
Ścieżka dźwiękowa do tegorocznej jesieni. Rozkłada na łopatki nowy album Basinskiego, tegoroczne płyty ambientowe i nowych kameralistów z Arnaldsem i Richterem na czele. I to za jednym zamachem – w końcu trzy płyty to kilka godzin słuchania, a zbierany przez długie miesiące zestaw kompozycji Kirby’ego, to rzecz ogromnie charakterystyczna i wciągająca emocjonalnie. Mam nadzieję uzupełnić braki i dopisać kilka słów na temat tego artysty, którym w gorszym dla bloga czasie zająłem się bardzo obszernie na antenie Dwójki.

Loop – The World In Your Eyes (Revolver) 3CD
Olbrzymią przyjemność sprawiły mi wszystkie reedycje Loop, ale nie wiedziałem, że utwory spoza zasadniczych albumów (bo ta trzypłytowa wersja wydawnictwa to o wiele więcej niż oryginalne „The World In Your Eyes”) sprawią mi największą i najmilszą niespodziankę. Więcej dywagacji na temat Loop było tutaj.

Mordant Music – SyMptoMs (Mordant Music)
Jedyny pozytywny wpływ tegorocznego (wyjątkowo kiepskiego, moim zdaniem) podsumowania roku w „The Wire”. Wróciłem do Mordant Music i zasłuchałem w tej płycie. Bo niby zasłużona w ostatnich latach brytyjska wytwórnia, ale dotąd nie miałem do niej osobistego stosunku. „SyMptoMs” ten stosunek mi dały. Baaardzo pozytywny.

Mount Eerie – Wind’s Poem (P.W.Elverum & Sun)
Jeszcze jeden album, którego nie zdążyłem opisać na blogu tej pracowitej jesieni. Bardzo mroczna, ponura, a jednocześnie niezwykle plastyczna płyta Phila Elveruma.  Folk, który połknął black metal.

Mountains – Choral (Thrill Jockey)
Ocieplony partiami gitary elektroniczny ambient, który próbowałem lansować zim ą jako antidotum na plotki na temat Jacksona. Nie wiedziałem, że dużo łatwiej by to było wylansować przez hasło Michael Jackson w lecie. Tutaj można przeczytać tamtą notkę. Mętny ma trochę (notka oczywiście) charakter, ale płyty warto posłuchać.

Natural Snow Buildings – Shadow Kingdom (Blackest Rainbow)
Olśnienie tego roku. Zupełnie inny świat dźwięków. Folk, psychodelia, Indianie, horror, przestery i przeszkadzajki. Zabrało mi to czas, który zwykle poświęcam na przesłuchanie jakichś dziesięciu lub więcej nowych płyt. Więc jeśli to zestawienie ma Waszym zdaniem niepełny charakter – wiecie, że ta dwójka Francuzów jest wszystkiemu winna. Podtrzymuję to, co pisałem tutaj.

Paristetris – Paristetris (Lado ABC)
To był świetny rok w polskiej muzyce. Zacząłem nabierać nadziei na kilka naprawdę eksportowych (ech, te nasze kompleksy) zespołów. Idealnym pomysłem na początek jest Paristetris, w zasadzie w jednej trzeciej z importu. Sam się na moment w tych zawiłościach pogubiłem (dowody tutaj), ale – jak to mówią – lepiej z Paristetris zgubić niż z Paris Hilton znaleźć.

Rob Mazurek Quintet – Sound Is (Delmark)
Lider w świetnej formie, do tego John Herndon z Tortoise w formie lepszej niż u siebie, Matthew Lux z Isotope 217 i nie tylko. Zaskakująco dobra płyta jazzowa,  swobodna, ale jednocześnie dość przystępna, konkretna, precyzyjna. Rzecz nieco retro w klimacie, żyje duchem cool jazzu. Słychać, że Mazurkowi dobrze zrobił epizod współpracy z Billem Dixonem (patrz moje zestawienie sprzed roku).

Alasdair Roberts – Spoils (Drag City)
Dostało mi się za ocenę tej płyty. I przyznaję, że niesłusznie aż tak chłodno o niej napisałem. Ale w kontekście całego roku i dość rozczarowujących premier ze światka nowego folku i alt-country (a przypomnę, że w tym samym roku płyty wydali Oldham, Antony i Devendra Banhart), „Spoils” wyrasta na faworyta. Szczególnie, gdy doliczyć do tej płyty jeszcze minialbum „The Wyrd Meme”.

Różni wykonawcy – Dark Was The Night (4AD) 2CD
Składanka – jak to składanka – zawsze nieco zbyt obszerna, ale materiał złożony z piosenek (covery klasyków albo własne kompozycje) momentami może imponować, a zestaw wykonawców, cała śmietanka sceny folkowej i alternatywno-rockowej – imponuje już z całą pewnością. Przy okazji potwierdzając szczęście 4AD do składanek. Pisałem o tym wcześniej tu.

Różni wykonawcy – Mary Anne Hobbs: Wild Angels (Planet Mu)
Didżejka radiowa publicznego radia brytyjskiego? I czymże taka się różni od Marcina Kydryńskiego? Zaryzykuję: wszystkim, oprócz jednego: oboje wydają swoje kompilacje. Problem w tym, że Hobbs, pierwsza dama dubstepu i pilna obserwatorka brytyjskiej sceny elektronicznej wydaje albumy wypełnione wyjątkowymi nagraniami wyprzedzającymi duże wydawnictwa i dopiero zwiastującymi nowe postacie sceny. Jedne z najlepiej wydanych pieniędzy w roku 2009.

Sonic Youth – The Eternal (Matador)
Słyszałem już mnóstwo teorii na temat ostatnich kilku płyt Sonic Youth. W moim przekonaniu najbardziej prawidłowa jest wersja mówiąca, że od lat ta grupa nie nagrała złej płyty. „The Eternal” to hołd pamięci nieodżałowanego Rona Ashetona. Skromne posunięcie ze strony zespołu, który w tej chwili jest już dla alternatywnego świata legendą nie mniejszą niż The Stooges. Kilka zdań więcej tutaj.

Speech Debelle – Speech Therapy (Big Dada)
Lekko, miło i przyjemnie, o czym zresztą już pisałem. W tym roku ta artystka rekompensowała mi brak The Streets. Cieszyłem się, gdy dostała Mercury Music Prize, ale jeszcze bardziej cieszyłem się z tytułu „płyty dekady” w zestawieniu „Guardiana” dla Mike’a Skinnera. 😉

Sunn O))) – Monoliths & Dimensions (Southern Lord)
Nieco gorszą w tym roku formę dronowego metalu jako całości wynagradza jego główny przedstawiciel. Jeśli ktoś pamięta słowa (bodajże) Chruszczowa o tym, że rock progresywny to „wyziewy z latryny”, uzupełniam tę przenośnię: Sunn O))) to wyziewy z piekielnej latryny.

Terror Danjah – Gremlinz (The Instrumentals: 2003-2009) (Planet Mu)
Po raz kolejny brytyjski hip-hop mi wystarczał. Tego producenta – z ręką na sercu – nie rozpoznawałem, zanim trafił do mnie zbiór jego podkładów, z którego wyciąłbym co najwyżej wkurzające na dalszą metę (ale to znak rozpoznawczy artysty) dźwięki gremlinów. Reszta to kompletna rewelacja. Do tego też chętnie wrócę przy okazji, bo rzecz jest warta wsparcia.

Tomasz Stańko Quintet – Dark Eyes (ECM)
Cienki jak barszcz tytuł płyty, w dodatku zdrada narodowego składu muzyków… Eeee… Rzecz w tym, że Stańko znów jest w jakiejś kosmicznej formie i świetną płytę wydał w rocznicę ECM-u. Pisałem o niej w „Przekroju”.

White Rainbow – New Clouds (Kranky)
Dobrze znany syndrom: album jest gorszy od poprzedniego, „Prism Of Eternal Now”, ale czy to coś zmienia, jeśli wciąż pozostaje lepszy niż większość innych? Poza tym, o ile dobrze pamiętam, to jedyna premiera z Kranky, która mnie w tym roku naprawdę nie zawiodła, a to już coś, bo tę wytwórnię uwielbiam.

John Zorn – Alhambra Love Songs (Tzadik)
Poza Callahanem i Natural Snow Buildings najczęściej słuchany przeze mnie album tego roku. Ścieżka dźwiękowa do życia, która pozwala zachować dobry nastrój w każdej sytuacji. Fanom Zorna wydać się może przesłodzona, ale to, co się tu dzieje w warstwie rytmicznej, to zgranie – fenomen! Więcej tutaj (notabene z całej trójki opisywanych tam płyt tylko dla Sweet Billy Pilgrim straciłem nieco serca przez wiele miesięcy).

Dlaczego nie żałuję tegorocznego Open’era

Dla niecierpliwych odpowiedź skrócona: Nie ma to dużo wspólnego z samym Open’erem, za to bardzo wiele z konkurencyjną imprezą odbywającą się w stolicy. Warsaw Summer Jazz Days. A dokładnie dniem trzecim imprezy upływającym pod hasłem John Zorn Fest.

Kiedy się pojawiłem w Sali Kongresowej, poza wrażeniem, że chyba poprawili nagłośnienie na miejscu, albo ja chadzałem ostatnio po koncertach niezbyt dobrze nagłośnionych, miałem jeszcze inne. Pomyślałem sobie (wyliczając żonie, ile lat ma każdy z muzyków John Zorn Quartet – a było co wyliczać), że Zorn to taki młody facet. I jednocześnie, że Michael Jackson był tak zaskakująco stary. Skąd taki pomysł? W końcu Jackson umierając miał 50 lat, a John Zorn ma w tej chwili lat 55, więc o co chodzi?

Już tłumaczę. U Jacksona wiek mi nie pasował ze względu na ten długi czas bezowocnej walki o przebicie sukcesów z lat 80. albo przynajmniej dorównanie im. Nie da się ukryć: w ostatnich latach swojego życia nie robił muzycznie dużo. Może za chwilę dowiemy się, że zostawił w studiu kilkaset nowych nagrań, które nie przeszły przez sito jego perfekcjonizmu. Ale nie zmienia to faktu, że zakonserwował mi się 30-letni Jackson w głowie i jakoś nie dopuszczam myśli, że miał pół wieku. Tymczasem z Zornem jest dokładnie odwrotnie. Wydawał ostatnio po kilka do kilkunastu płyt rocznie, uczestniczył w kilkunastu projektach, z którymi nagrywał i koncertował, wreszcie prowadził własną wytwórnię. Pisał w swoich strategicznych momentach po kilkaset utworów w ciągu kilku miesięcy. I jak tu uwierzyć, że ktoś taki ma DOPIERO 55 lat?!

Wychodzi więc Zorn (55) na scenę w towarzystwie Billa Laswella (54), Milforda Gravesa (67) i Anthony’ego Braxtona (64). Wiem, podawanie w nawiasach wieku to kiepski pomysł, ale założę się, że w „Superaku” ani „Party” nikt w ten sposób nie podawał nazwisk tych czterech artystów. No więc wychodzą i grają wspólną improwizację, w której Laswell chwilami trochę się gubi, ale za to produkuje dla niej intrygujące tło i jest inaczej niż gdyby jakiś kontrabasista wszedł i grał solówki. W improwizowane granie wchodzą za każdym razem błyskawicznie, niemal bez wstępów, a w szalonych utworach błyszczy przede wszystkim Graves, grający na luzie i z niesamowitą energią. Jeśli komuś się w tym momencie przypomni, jak dobry był wydany w serii „urodzinowej” Zorn koncert jego duetu z Gravesem, będzie miał już przedsmak tego, co tutaj mógł usłyszeć.

Potem wychodzi septet The Dreamers: przeraźliwie chudy (najgrubszy w brodzie) Jamie Saft, zdystansowany i spokojny Marc Ribot (do czasu aż mu pękła struna – a że najwyraźniej nie uznaje innych gitar niż jakaś kosmiczna wersja Gibsona, którą przyniósł ze sobą, będzie musiał zmienić strunę i powalczyć ze strojem w trakcie koncertu), solidny Trevor Dunn, widowiskowy Kenny Wollesen, energetyczny (choć filigranowy, jak się miało okazać) Joey Baron i Cyro „a teraz pokażę wam tych dwadzieścia instrumentów perkusyjnych, których jeszcze nie znacie” Baptista. No i sam Zorn – jako dyrygent. Mówię więc do żony, że to będzie najgorsze tego wieczoru, taka muzyka koktajlowa i tak dalej. Że wszystko ułożone, że to są zamknięte kompozycje. Po czym przy drugim numerze żona na mnie patrzy, jakbym strasznych głupot nagadał. Dreamersi zagrali bowiem koncert porywający – zdołali wykrzesać z utworów 200 procent wartości. Ribot przeszedł samego siebie w euforycznych końcówkach utworów, a cała historia ze struną, przez którą puścił kilka fałszywych dźwięków (musiał skończyć utwór z wysoko granym motywem przewodnim na gitarze bez struny, na której ten motyw przewodni grał) tylko dodała emocji występowi. Z kolei Zorn rzeczywiście dyrygował, łamiąc tempo i wypuszczając poszczególnych zawodników na solo.

W sumie było tak dobrze, że aż gotów byłbym zrewidować swoją bardzo chłodną ocenę jedynego wydawnictwa firmowanego tą nazwą. I zmienić program ostatniej Letniej Nocy w Dwójce, gdzie również obszedłem się z wydawnictwem „The Dreamers” dość zdawkowo.

Potem jeszcze Electric Masada, czyli na scenie dodatkowo Ikue Mori z laptopem, Wollesen za bębnami (ramię w ramię z Baronem), a  Zorn znów dyryguje, ale grając partie saksofonu po drodze. Tutaj niczego więcej nie trzeba dodawać, bo to z całą pewnością jeden z najlepszych składów koncertów w jazzie, a może nie tylko… Fragment starszego (i w sumie chyba gorszego) koncertu dla telewizji Mezzo w moim telewizorze.

Mam nadzieję, że wytłumaczyłem się tym samym, dlaczego nieobecności na Open’erze mi nie żal. Zorn w kategoriach muzyki koncertowej to poziom kosmiczny, a zagra tam nieprędko, jeśli w ogóle. Bo zarazem jest to postać słabo nadająca się na festiwal z różnymi odmianami popu. Choć trzeba przyznać, że w tym roku miałby na Open’erze jednego dobrego kolegę – Mike’a Pattona. To jego występu w Gdyni żałowałem najbardziej, ale przyjdzie mi jeszcze nadrobić – w sierpniu, szczegóły pewnie w swoim czasie.

Co do popu – pasowałby na Open’era utwór z „Alhambra Songs”, jeden z tych, których w tym roku słucham najcześciej. Perfekcyjnie gładki, ale zarazem wciągający jak mało co. Nazywa się „Novato”. W podtytule: „For Mike Patton”!

No to przy okazji, żeby nie mnożyć wątków, jeszcze mała recenzja.

masada_quintetMASADA QUINTET FEATURING JOE LOVANO „Stolas: Book of Angels Volume 12”, Tzadik
premiera: 16.06.09, źródło: Amazon.com (CD)
7/10

Cóż, chodzi mi po głowie pomysł podsumowania wszystkich dwunastu części „Book  of Angels”, bo to kapitalna i bardzo zróżnicowana seria. Temu odcinkowi oczywiście w dużej mierze charakter nadaje post-bopowe jazzowe granie saksofonisty Joe Lovano. Czyli mamy nie awangardę XXI wieku, tylko szlachetne granie w stylu lat 60. Uri Caine – druga gwiazda – doskonale wpisuje się w ten charakter całości, grając lekko, romantycznie, klasycznie. Trzecia gwiazda, Dave Douglas, miewał lepsze momenty, choć samo brzmienie jego trąbki pozwoliłoby mu zagrać z każdym z klasycznych składów, które prezentowały taki rodzaj jazzu: swobodny, melodyjny, eksponujący charakter solistów i płynący rytmicznie. W „Rahtiel” do kwintetu dołącza jeszcze na moment sam Zorn na alcie i wtedy muzyka robi się bardziej rozwichrzona i nieprzewidywalna. Oczywiście żydowski charakter tematów pozostaje wszelką kwestią, no ale to już standard w wypadku „BoA”, gdzie poszczególni artyści pracują pod kontrolą kompozytora. Ogólnie: bywało już w tej serii lepiej, ale bywało i gorzej.

Trzy kolejne dowody na to, że mamy dobry rok

Aaaaby nadrobić zaległości… czyli powrót do formuły krótkich piłek. Tym razem Sweet Billy Pilgrim, Dan Deacon i John Zorn. Część 9., że tak dodam dla precyzji

Sweet Billy Pilgrim "Twice Born Men"

>>>>5<
SWEET BILLY PILGRIM „Twice Born Men”
, Samadhisound
premiera: 23.03.09, źródło: Amazon.com

„Bloodless Coup” to jest hit. Bezwzględnie chwytająca za gardło piosenka, jedna z lepszych, jakie ostatnio słyszałem, taka gładki popowy sygnał odrobienia także lekcji z bardziej poszukującej muzyki z ostatnich lat, tej z okolic laptopów. Cała druga płyta brytyjskiego tria nagrana dla oficyny Davida Sylviana nie trzyma tego wybitnego poziomu, ale pozostaje niewiele niżej w „Truth Only Smiles” (tutaj ten utwór do ściągnięcia, a cała reszta do przesłuchania – i wpiszcie się poniżej, jeśli nie było warto) i „Future Perfect Tense”. Kończy się z wyciszeniem w „Joy Maker Machinery” i chóralnym finałem w „There Will It End”, wciąż ze specyficzną tendencją do produkowania powolnie rozwijających się tematów opartych na długich dźwiękach, za to bez nieudanego nagrania. Kojarzyć z solowymi albumami Sylviana, Talk Talk i The Blue Nile. Stawiać na półce tuż obok. To aż TAK dobra płyta. Oczywiście dla fanów TAKIEJ muzyki.

dan_deacon>>>>5<
DAN DEACON „Bromst”
, Carpark
premiera: 23.03.09, źródło: Amazon.com

Co się stanie, jeśli zmiksować album krautrockowy, płytę Steve’a Reicha, muzykę do gier na ZX Spectrum oraz wokale w stylu lat 60.? Animal Collective? No dobra, a jeśli by tak nie miksować, tylko po prostu puścić wszystko na raz? I jeszcze podkręcić tempo, żeby nogi same skakały? Do maksimum? Do granicy kuriozalności? Do poziomu nurtu happy hardcore? Teraz to będzie właśnie Dan Deacon, potencjalnie album dla wszystkich, nietrudny do zrozumienia, a do wykorzystania na parkiecie jeszcze prostszy – no i przy tym wszystkim zupełne przeciwieństwo piosenkowej płyty Sweet Billy Pilgrim. Z grubsza te same założenia, które przyświecają Animal Collective (na swoje nieszczęście płyta ukazuje się w tym samym roku co „Merriweather…”), ale trochę inaczej zrealizowane. Muzyka Deacona jest gęsta jak zupa i chwilami może się okazać męcząca, ale ma niezwykłej klasy momenty w partiach perkusyjnych i superszybkich arpeggiach syntezatorów. Kto nie skacze, ten Edyta Herbuś.

zorn_alhambra>>>>5<
JOHN ZORN „Alhambra Love Songs”
, Tzadik
premiera: 18.05.09, źródło: Amazon.com

Zorn w najlżejszej możliwej postaci. Może bez banalnych motywów rodem z „The Dreamers” – i chwała Bogu, choć w tym wypadku chyba bardziej Jehowie – ale wciąż bardzo przystępnie. Blisko do serii „The Book Of Angels” (nie tylko z uwagi na projekt okładki) i do dwóch przynajmniej odcinków „Filmworks”: „Invitation To Suicide” i „The Rain Horse”. Oba łączy zresztą osoba Roba Burgera, którego i tu Zorn obsadził w roli pianisty. Burger grywa lekko, czego dowodem współpraca z Norą Jones (to ten brakujący element łączący na mapie nowojorskiego jazzu ją i Zorna). Jest też elastyczny, bierze zarazem udział w sesjach Calexico, a obok fortepianu świetnie radzi sobie na organach. Elastyczny jest również Greg Cohen, który prócz okołomasadowych składów Zorna dorabia sobie jako współpracownik big bandu Woody’ego Allena (!). I nie po raz pierwszy zostaje bohaterem płyty Zorna (sam maestro nic tu nie robi poza napisaniem wszystkich utworów i czuwaniem nad wykonawcami). Tym razem jednak to nie jego gra na kontrabasie  (na tym instrumencie grywa w Masadzie) decyduje o świeżości „Alhambry”, tylko ekspresyjne, i lekkie zarazem utrzymane w szybkim tempie partie gitary basowej. Liryczny Burger i grający na perkusji doświadczony Ben Perowsky po prostu świetnie z nim współpracują. Przynajmniej tyle mogę wychwycić i pochwalić, płodność kompozytorska Zorna jest dla mnie czynnikiem wymykającym się jakiejkolwiek ocenie. Jeśli ktoś myślał, że po serii świetnych kompozycji Zorn obniży loty, powinien teraz wykrzyczeć to głośno, słuchając „Alhambry”.

Że oceny zwariowały? Hm, to rok zwariował późną wiosną. Po pierwsze, zaległości znakomitych płyt zrobiły się przerażające. Po drugie, na pastwienie się nad tymi gorszymi zwyczajnie szkoda czasu.

H jak Hercules i reszta oraz J jak Juana Molina (REKOLEKCJE, cz. 5)

herculeslove-affair>>3<<<
HERCULES AND LOVE AFFAIR „Hercules And Love Affair”, DFA

premiera: marzec 2008,  źródło:  nie ukradłem, ale też nie kupiłem 😉

Zainteresuje przy pierwszym, zaintryguje przy drugim. Znudzi przy trzecim, zdenerwuje przy czwartym, zdegustuje przy piątym… przesłuchaniu? Nie, przy piątym kawałku. Jedyne, co trzeba zrobić szybko, to zapomnieć udział Antony’ego w nagraniu tej płyty, bo z całą pewnością nadaje się do dużo lepszych rzeczy. Na szczęście zapomnieć o niej łatwo. Zresztą tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, nie przyjdzie to ciężko, w końcu nowa płyta Antony’ego już za dwa tygodnie. Dobra, trochę może przejaskrawiłem, ale udział Antony’ego w nagraniu tej płyty to po prawdzie jej jedyna wartość dla mnie.

zazouswara_inthehouse>>>4<<
HECTOR ZAZOU & SWARA „In The House Of Mirrors”, Crammed

premiera: październik 2008, źródło: Bleep.com

Pożegnalna płyta Hectora Zazou (patrz Odeszli w 2008), jak na pożegnalną płytę nietypowa, bo ważna nie tylko jako podsumowanie twórczości człowieka, który często łączył muzykę elektroniczną z world music, ale też jako dobry album w ogóle. Warto dać trochę czasu tej płycie, dać wybrzmieć pierwszym utworom o typowo dla dla takiej muzyki mistycznym charakterze (te wieczne inspiracje Zazou „Passion” Gabriela dają znać o sobie raz jeszcze) i pozwolić jej się rozwinąć, bo koło 4-5 utworu zaczynają się tu dziać rzeczy nie tylko ładne, ale intrygujące i oryginalne. Swoją drogą, namawiam do posłuchania płyty „Sahara Blue”, żeby się przekonać, jak mogłaby brzmieć część druga współpracy Eno-Byrne po „My Life In The Bush Of Ghosts”.

jacaszek_treny>>>>5<
JACASZEK „Treny”, Gusstaff/Miasmah

premiera: marzec, źródło: promo-CD Gusstaff Records

Że tak zacytuję samego siebie z „Przekroju” (bo tam pisałem o Jacaszku) ten człowiek komponuje „książki muzyczne”. Michał Jacaszek z elektronicznym sprzętem robi coś zupełnie pod prąd idei muzyki elektronicznej: zamiast unowocześniać, postarza dzięki niemu nagrania. Swoje „Treny” – wyjściowo utwory na instrumenty smyczkowe i głos – topi w delikatnych trzaskach, szumach, samplowanych i przetwarzanych dźwiękach harfy lub fortepianu. Udaje mu się to wyśmienicie, na tyle, że tym albumem startuje także za granicą w barwach ciekawej norweskiej oficyny Miasmah. Jest tu minimalistą w duchu Arvo Pärta i Preisnera, bliżej tego pierwszego, gdy chodzi o głębokość zaklętych w muzyce emocji. Jest też filmowo sugestywny niczym niemiecki kompozytor Max Richter. Podobnie jak ten ostatni w sposób otwarty inspiruje się literaturą. Nieustannie. Od debiutu, na którym starał się odtworzyć klimat starych bajek dla dzieci, przez współpracę z poetką Miłką Malzahn, po projekt Lem Konzept (słuchowisko muzyczne osnute na motywach prozy Lema), przeszedł w rejony przygniatającego smutku „Trenów” Kochanowskiego. I dawno już coś tak smutnego nie cieszyło mnie tak bardzo.
Po wielu miesiącach od ukazania się tej płyty mogę to wszystko tylko potwierdzić. Jeden z najlepszych polskich albumów A.D. 2008.

joanaspolice_tosurvive>>>4<<
JOAN AS POLICE WOMAN „To Survive”, Echo Label

premiera: czerwiec 2008,  źródło: Amazon.com

Po „Real Life” ciężko było o rzecz, która zaspokoi fanów Joan Wasser. „To Survive” to pod każdym względem album gorszy – gdy chodzi o muzykę, aranżacje, nawet stylistykę, bo gdzieś znikła fascynacja starym soulem, funkiem, który pojawiał się na debiucie. Takie przynajmniej jest pierwsze wrażenie. Ale „To Survive” to album do wielokrotnego słuchania i przy każdym kolejnym świetne partie wokalne będą cieszyć bardziej, mimo tego, że ogólny charakter zawartych tu ballad jest monotonny, a z konstrukcją płyty coś nie tak. Podobać się tu mogą poszczególne utwory – niespostrzeżenie rozwijający się, budujący z banalnego motywu zaskoczenie „Holiday”, polityczny duet z Rufusem Wainwrightem „For America”

caleriley_church_of_anthrax>>>>5<
JOHN CALE & TERRY RILEY „Church of Anthrax”, Wounded Bird Records 1971/2008

premiera: czerwiec 2008 (oryg. 1971), źródło: Amazon.com

Tę płytę definiuje się dość łatwo i prawie nikt nie ma wątpliwości, że to coś dokładnie pomiędzy minimalizmem w stylu Rileya i muzyką rockową w stylu The Velvet Underground. Obawiam się, że poza moją prywatną sympatią do tej płyty i olśnieniem, jakie przyniósł mi fakt, że jest brakującym ogniwem w historii rocka – nie mam wiele do dodania. Od razu powiedzmy, że w katalogu Rileya to płyta drugorzędna, Cale też miał lepsze na koncie, ba, słyszałem jego ciekawsze nagrania realizowane z minimalistami, względnie w duchu minimalistów, z La Monte Youngiem na czele. Ale ta jest jedyna w swoim rodzaju – tak jak biolodzy poszukują dziwnych i rzadkich organizmów, brakujących ogniw łańcucha ewolucji, tak pewnie fani muzyki alternatywnej będą poszukiwać tej płyty.

josephinefoster_thiscoming>>>>5<
JOSEPHINE FOSTER “This Coming Gladness”, Bo’Weavil Recordings

premiera:  lipiec 2008, źródło: Amazon.co.uk

Kobieta, której głos brzmi jak teremin. Album, który – po CocoRosie – brzmi jak kolejne doświadczenie muzyki z przeszłości. Jest nawet harfa, choć najczęściej gitara elektryczna, często poprzez bluesowe progresje ,tworzy fantastyczne tło dla głosu Josephine Foster. Jedna z lepszych płyt w dorobku tej artystki. Żałuję, że tak późno do mnie trafiła, bo to płyta, której trzeba poświęcić sporo czasu.

zorn_filmworks>>>4<<
JOHN ZORN „Filmworks XIX: The Rain Horse”, Tzadik

premiera: styczeń 2008, źródło: Amazon.com
>>3<<<
JOHN ZORN „The Dreamers”, Tzadik

premiera: marzec 2008, źródło: Amazon.com

Ten pierwszy to muzyka z dziecięcej animacji, z Gregiem Cohenem i Erikiem Friedlanderem w składzie, dość subtelna i melodyjna – na tyle, żeby uświadomić sobie, jaki potencjał ma Zorn w komponowaniu „ładnej” muzyki. Rzecz godna jest zresztą polecenia każdemu, łącznie z tymi, którzy nie przepadają za twórcą Masady. Z drugiej strony szokująca jest w wypadku tej serii numeracja. Zorn po wydaniu”Filmworks XIX” wypuścił zresztą w tym samym roku trzy kolejne albumy z dziełami filmowymi (a na ten rok zapowiedziano już „Filmworks XXIII”). Kto jest w stanie to wszystko przesłuchać i wyciągnąć wnioski? Nie widzę lasu rąk w górze.
W każdym razie desperaci niech nie sięgają po „The Dreamers”  – to już egzotyczny jazz-pop w wykonaniu mistrza, męczący i pełen klisz z wcześniejszej jego twórczości. Zdecydowanie lepiej sięgnąć po wcześniejszy album „The Gift”, jeśli komuś się w ogóle podoba to, co zrobił w tej sytuacji. Komu się nie podoba, niech sięgnie po „Filmworks”, albo niech w ogóle sobie daruje na jakiś czas solówki Zorna i znajdzie album Bar Kokhby opisywany przeze mnie wcześniej.

juanamolina_undia>>>>5<
JUANA MOLINA „Un día”, Domino

premiera: październik 2008, źródło: Amazon.com

Nigdy bym się nią nie zainteresował, gdyby nie to, że seria pierwszych płyt trafiła do mnie na darmowych promówkach. Ba, gdyby nie nazwa Domino na okładkach, pewnie bym sobie wtedy darował słuchanie, bo przecież łatwo się zrazić, gdy Wam piszą, że to argentyńska gwiazda telewizji, która zapragnęła nagrywać płyty. Jakie mamy w Polsce gwiazdy telewizji nagrywające płyty i do czego to prowadzi – każdy wie. A tu – proszę, późna (dziś ma 46 lat) kariera Moliny wydała mi się bardzo ciekawa, jej muzyka – oryginalna i pełna latynoskiego romantyzmu, ale już wolna od latynoskich wpływów w sferze rytmiki. Skojarzenia z Beth Orton wydają się dziś zabawne, gdy Molina ma na koncie więcej ciekawych nagrań niż sama Beth Orton. Po albumach „Segundo”, „Tres Cosas” (mój ulubiony) i „Son” przyszła pora na delikatny lifting sennej stylistyki Moliny na… jeszcze bardziej senną, idącą w psychodelię. Tylko o włos pod moją listą najlepszych płyt roku (można się domyślać, że gdybym miał tyle samo lat co artystka, na pewno by się ta płyta na listę załapała – zorientowani wiedzą, co mam na myśli). Niech za komplement (i za paradoks swego rodzaju) posłuży fakt, że Juana Molina nagrała moim zdaniem jedną z najlepszych tegorocznych płyt w katalogu Domino. Może niedługo będę słuchał innych płyt z tej wytwórni tylko dlatego, że nagrywa dla nich Argentynka?

Opisywałem już na tej stronie High Places, Johna Matthiasa i Jima Lidella. Zabrakło nie tylko Jacka Johnsona (marna płyta, oj, marna), ale nawet Jóhanna Jóhannssona (tej po prostu dotąd ne słyszałem). Spod I – mimo usilnych prób – nie udało mi się niczego wysupłać. Poza Isobel Campbell & Markiem Laneganem, ale tego nie dowieźli w mojej okolicy. Liczę na inwencję (w końcu to na „i”) czytelników tego bloga.

DOOKOŁA ZORNA (KRÓTKIE PIŁKI 4.0)

Ani się człowiek obejrzy, a już pełno Zornów dookoła. Jeśli tak dalej pójdzie, Zorn przebije Zappę pod względem liczby realizacji płytowych i rozwijających się serii. Kiedy świętował w klubie Tonic 50. urodziny, koncertował codziennie cały miesiąc, a potem zaczął wydawać te koncerty na płytach. Wyszło jak dotąd 12 odcinków tej koncertowej serii. Kiedy zaczął komponować nowy cykl utworów dla swojej żydowskiej Masady, wyszło mu od razu 300 utworów. Jak dotąd utwory z tego cyklu, nazwanego „Book of Angels”, zebrano na 10 płytach. W tym roku zdążył też Zorn dorzucić odcinek serii soundtracków filmowych (dziewiętnasty! całkiem zgrabny zresztą) i solowy album „The Dreamer” (tego nie polecam, niefanom, nic nowego, trochę egzotyki pomieszanej z jazzem, słucha się, ale niewiele z tego przychodzi). Proponuję za to skoncentrować się na serii „The Book of Angels”. I zrobić to bardzo serio, bo tu się dzieje najciekawiej.

.

Marc Ribot
„Asmodeus. The Book of Angels vol. 7”
Tzadik 2007
>>>>5<

Najbardziej hałaśliwy odcinek anielskiej serii. Wydaje się, ż Ribot próbował tu pokazać 100 procent swoich możliwości. Podrasowany blues, elementy heavymetalowych technik, które zawstydziłyby wielu wymiataczy ze stajni Joe Satrianiego. Dzielnie sekundują mu Trevor Dunn i G. Calvin Weston, a nadążyć nie było łatwo. Dużo się dzieje na tej płycie, choć niekoniecznie w najbardziej powalającym utworze numer dwa: „Yezriel”. Od tego proponuję zacząć. Po takim początku reszta wejdzie gładko, choć do najłatwiejszych nie należy.

.

Erik Friedlander
„Volac. The Book of Angels vol. 8”,
Tzadik 2007
>>>4<<

To z kolei najdelikatniejsza i najbardziej wyrafinowana spośród ostatnio wydanych części cyklu. Rzecz właściwie dla miłośników muzyki klasycznej, bo styl solowych nagrań Friedlandera to wirtuozeria klasycznie wykształconego wiolonczelisty. Mamy więc Zorna a la Bach. Nie wszystkim przypadnie do gustu, natomiast na tle całej serii nietrudno to będzie zapamiętać. Poza tym Friedlander pokazuje, że cykl „The Book of Angels” to nie tylko zbiór wykonań utworów Zorna, ale także – a może przede wszystkim – jednak zbiór albumów autorskich pokazujących najciekawszych muzyków i projekty ze stajni Tzadika.

.

Secret Chiefs 3
„Xaphan. The Book of Angels vol. 9”
Tzadik 2008
>>3<<<

Wyjątkowy wypadek, gdy część 9 przychodzi po 10. I wyjątkowy to wypadek, gdy grupa o korzeniach w Mr. Bungle gra utwory Zorna. Podejrzewam, że nagrywanie tego albumu było po prostu za dobrą dobrą zabawą, by zastanawiać się, kto tego później będzie słuchał. Zresztą padło na zabawowe towarzystwo. Ich szczególne poczucie humoru każe im połączyć muzykę z obu brzegów Jordanu. Czyli żydowskie i arabskie motywy żyją w zgodzie, przynajmniej na tej płycie. Do tego dorzucić można odrobinę progresywnie rozumianego rocka progresywnego i sporo fusion – tak czy owak w pewnym momencie każdy utwór przechodzi do królestwa wiecznych solówek i mógłby się tak ciągnąć w nieskończoność, gdyby nie to, że przychodzi ochota wyjąć płytę z odtwarzacza. A po maksimum trzech przesłuchaniach raczej ją wyjmiecie.

.

Bar Kokhba
„Lucifer. The Book of Angels vol. 10”
Tzadik 2008
>>>>5<

Esencja cyklu. Ekstrakt. Destylat. Skład to banał, bo Friedlander, Feldman, Ribot i Cohen z Baronem i Baptistą grywają Zorna w przeróżnych projektach, a przy okazji także solo (patrz wyżej). Skład BK łączy muzyków z akustycznej i elektrycznej Masady, podobieństwa są nieuniknione, przede wszystkim podobny kaliber perfekcji, choć Bar Kokhba to – nie zapominajmy – jednak skład akustyczny, w dodatku stosunkowo najlżejszy i najbardziej błahy muzycznie z całej rodziny Masady. Ale ja poproszę więcej takiej błahości. Jak dla mnie Bark Kokhba mogłaby teraz wykonać całe 300 utworów z „Księgi Aniołów” ciurkiem. Płynące, kapitalne, lekkie, finezyjne… Na wstęp dla mniej zainteresowanych i na „komercyjną” wizytówkę serii nadaje się w sam raz. Nie na darmo dali w tytule najpopularniejszego anioła.

.