Tag Archives: John Cale

H jak Hercules i reszta oraz J jak Juana Molina (REKOLEKCJE, cz. 5)

herculeslove-affair>>3<<<
HERCULES AND LOVE AFFAIR „Hercules And Love Affair”, DFA

premiera: marzec 2008,  źródło:  nie ukradłem, ale też nie kupiłem 😉

Zainteresuje przy pierwszym, zaintryguje przy drugim. Znudzi przy trzecim, zdenerwuje przy czwartym, zdegustuje przy piątym… przesłuchaniu? Nie, przy piątym kawałku. Jedyne, co trzeba zrobić szybko, to zapomnieć udział Antony’ego w nagraniu tej płyty, bo z całą pewnością nadaje się do dużo lepszych rzeczy. Na szczęście zapomnieć o niej łatwo. Zresztą tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, nie przyjdzie to ciężko, w końcu nowa płyta Antony’ego już za dwa tygodnie. Dobra, trochę może przejaskrawiłem, ale udział Antony’ego w nagraniu tej płyty to po prawdzie jej jedyna wartość dla mnie.

zazouswara_inthehouse>>>4<<
HECTOR ZAZOU & SWARA „In The House Of Mirrors”, Crammed

premiera: październik 2008, źródło: Bleep.com

Pożegnalna płyta Hectora Zazou (patrz Odeszli w 2008), jak na pożegnalną płytę nietypowa, bo ważna nie tylko jako podsumowanie twórczości człowieka, który często łączył muzykę elektroniczną z world music, ale też jako dobry album w ogóle. Warto dać trochę czasu tej płycie, dać wybrzmieć pierwszym utworom o typowo dla dla takiej muzyki mistycznym charakterze (te wieczne inspiracje Zazou „Passion” Gabriela dają znać o sobie raz jeszcze) i pozwolić jej się rozwinąć, bo koło 4-5 utworu zaczynają się tu dziać rzeczy nie tylko ładne, ale intrygujące i oryginalne. Swoją drogą, namawiam do posłuchania płyty „Sahara Blue”, żeby się przekonać, jak mogłaby brzmieć część druga współpracy Eno-Byrne po „My Life In The Bush Of Ghosts”.

jacaszek_treny>>>>5<
JACASZEK „Treny”, Gusstaff/Miasmah

premiera: marzec, źródło: promo-CD Gusstaff Records

Że tak zacytuję samego siebie z „Przekroju” (bo tam pisałem o Jacaszku) ten człowiek komponuje „książki muzyczne”. Michał Jacaszek z elektronicznym sprzętem robi coś zupełnie pod prąd idei muzyki elektronicznej: zamiast unowocześniać, postarza dzięki niemu nagrania. Swoje „Treny” – wyjściowo utwory na instrumenty smyczkowe i głos – topi w delikatnych trzaskach, szumach, samplowanych i przetwarzanych dźwiękach harfy lub fortepianu. Udaje mu się to wyśmienicie, na tyle, że tym albumem startuje także za granicą w barwach ciekawej norweskiej oficyny Miasmah. Jest tu minimalistą w duchu Arvo Pärta i Preisnera, bliżej tego pierwszego, gdy chodzi o głębokość zaklętych w muzyce emocji. Jest też filmowo sugestywny niczym niemiecki kompozytor Max Richter. Podobnie jak ten ostatni w sposób otwarty inspiruje się literaturą. Nieustannie. Od debiutu, na którym starał się odtworzyć klimat starych bajek dla dzieci, przez współpracę z poetką Miłką Malzahn, po projekt Lem Konzept (słuchowisko muzyczne osnute na motywach prozy Lema), przeszedł w rejony przygniatającego smutku „Trenów” Kochanowskiego. I dawno już coś tak smutnego nie cieszyło mnie tak bardzo.
Po wielu miesiącach od ukazania się tej płyty mogę to wszystko tylko potwierdzić. Jeden z najlepszych polskich albumów A.D. 2008.

joanaspolice_tosurvive>>>4<<
JOAN AS POLICE WOMAN „To Survive”, Echo Label

premiera: czerwiec 2008,  źródło: Amazon.com

Po „Real Life” ciężko było o rzecz, która zaspokoi fanów Joan Wasser. „To Survive” to pod każdym względem album gorszy – gdy chodzi o muzykę, aranżacje, nawet stylistykę, bo gdzieś znikła fascynacja starym soulem, funkiem, który pojawiał się na debiucie. Takie przynajmniej jest pierwsze wrażenie. Ale „To Survive” to album do wielokrotnego słuchania i przy każdym kolejnym świetne partie wokalne będą cieszyć bardziej, mimo tego, że ogólny charakter zawartych tu ballad jest monotonny, a z konstrukcją płyty coś nie tak. Podobać się tu mogą poszczególne utwory – niespostrzeżenie rozwijający się, budujący z banalnego motywu zaskoczenie „Holiday”, polityczny duet z Rufusem Wainwrightem „For America”

caleriley_church_of_anthrax>>>>5<
JOHN CALE & TERRY RILEY „Church of Anthrax”, Wounded Bird Records 1971/2008

premiera: czerwiec 2008 (oryg. 1971), źródło: Amazon.com

Tę płytę definiuje się dość łatwo i prawie nikt nie ma wątpliwości, że to coś dokładnie pomiędzy minimalizmem w stylu Rileya i muzyką rockową w stylu The Velvet Underground. Obawiam się, że poza moją prywatną sympatią do tej płyty i olśnieniem, jakie przyniósł mi fakt, że jest brakującym ogniwem w historii rocka – nie mam wiele do dodania. Od razu powiedzmy, że w katalogu Rileya to płyta drugorzędna, Cale też miał lepsze na koncie, ba, słyszałem jego ciekawsze nagrania realizowane z minimalistami, względnie w duchu minimalistów, z La Monte Youngiem na czele. Ale ta jest jedyna w swoim rodzaju – tak jak biolodzy poszukują dziwnych i rzadkich organizmów, brakujących ogniw łańcucha ewolucji, tak pewnie fani muzyki alternatywnej będą poszukiwać tej płyty.

josephinefoster_thiscoming>>>>5<
JOSEPHINE FOSTER “This Coming Gladness”, Bo’Weavil Recordings

premiera:  lipiec 2008, źródło: Amazon.co.uk

Kobieta, której głos brzmi jak teremin. Album, który – po CocoRosie – brzmi jak kolejne doświadczenie muzyki z przeszłości. Jest nawet harfa, choć najczęściej gitara elektryczna, często poprzez bluesowe progresje ,tworzy fantastyczne tło dla głosu Josephine Foster. Jedna z lepszych płyt w dorobku tej artystki. Żałuję, że tak późno do mnie trafiła, bo to płyta, której trzeba poświęcić sporo czasu.

zorn_filmworks>>>4<<
JOHN ZORN „Filmworks XIX: The Rain Horse”, Tzadik

premiera: styczeń 2008, źródło: Amazon.com
>>3<<<
JOHN ZORN „The Dreamers”, Tzadik

premiera: marzec 2008, źródło: Amazon.com

Ten pierwszy to muzyka z dziecięcej animacji, z Gregiem Cohenem i Erikiem Friedlanderem w składzie, dość subtelna i melodyjna – na tyle, żeby uświadomić sobie, jaki potencjał ma Zorn w komponowaniu „ładnej” muzyki. Rzecz godna jest zresztą polecenia każdemu, łącznie z tymi, którzy nie przepadają za twórcą Masady. Z drugiej strony szokująca jest w wypadku tej serii numeracja. Zorn po wydaniu”Filmworks XIX” wypuścił zresztą w tym samym roku trzy kolejne albumy z dziełami filmowymi (a na ten rok zapowiedziano już „Filmworks XXIII”). Kto jest w stanie to wszystko przesłuchać i wyciągnąć wnioski? Nie widzę lasu rąk w górze.
W każdym razie desperaci niech nie sięgają po „The Dreamers”  – to już egzotyczny jazz-pop w wykonaniu mistrza, męczący i pełen klisz z wcześniejszej jego twórczości. Zdecydowanie lepiej sięgnąć po wcześniejszy album „The Gift”, jeśli komuś się w ogóle podoba to, co zrobił w tej sytuacji. Komu się nie podoba, niech sięgnie po „Filmworks”, albo niech w ogóle sobie daruje na jakiś czas solówki Zorna i znajdzie album Bar Kokhby opisywany przeze mnie wcześniej.

juanamolina_undia>>>>5<
JUANA MOLINA „Un día”, Domino

premiera: październik 2008, źródło: Amazon.com

Nigdy bym się nią nie zainteresował, gdyby nie to, że seria pierwszych płyt trafiła do mnie na darmowych promówkach. Ba, gdyby nie nazwa Domino na okładkach, pewnie bym sobie wtedy darował słuchanie, bo przecież łatwo się zrazić, gdy Wam piszą, że to argentyńska gwiazda telewizji, która zapragnęła nagrywać płyty. Jakie mamy w Polsce gwiazdy telewizji nagrywające płyty i do czego to prowadzi – każdy wie. A tu – proszę, późna (dziś ma 46 lat) kariera Moliny wydała mi się bardzo ciekawa, jej muzyka – oryginalna i pełna latynoskiego romantyzmu, ale już wolna od latynoskich wpływów w sferze rytmiki. Skojarzenia z Beth Orton wydają się dziś zabawne, gdy Molina ma na koncie więcej ciekawych nagrań niż sama Beth Orton. Po albumach „Segundo”, „Tres Cosas” (mój ulubiony) i „Son” przyszła pora na delikatny lifting sennej stylistyki Moliny na… jeszcze bardziej senną, idącą w psychodelię. Tylko o włos pod moją listą najlepszych płyt roku (można się domyślać, że gdybym miał tyle samo lat co artystka, na pewno by się ta płyta na listę załapała – zorientowani wiedzą, co mam na myśli). Niech za komplement (i za paradoks swego rodzaju) posłuży fakt, że Juana Molina nagrała moim zdaniem jedną z najlepszych tegorocznych płyt w katalogu Domino. Może niedługo będę słuchał innych płyt z tej wytwórni tylko dlatego, że nagrywa dla nich Argentynka?

Opisywałem już na tej stronie High Places, Johna Matthiasa i Jima Lidella. Zabrakło nie tylko Jacka Johnsona (marna płyta, oj, marna), ale nawet Jóhanna Jóhannssona (tej po prostu dotąd ne słyszałem). Spod I – mimo usilnych prób – nie udało mi się niczego wysupłać. Poza Isobel Campbell & Markiem Laneganem, ale tego nie dowieźli w mojej okolicy. Liczę na inwencję (w końcu to na „i”) czytelników tego bloga.

34 najlepsze płyty roku 2008

Ale nuda. Wieszam tu w końcu podsumowanie płytowe roku, mimo niedokończonych alfabetycznych rekolekcji (to be continued, w miarę wolnego czasu). To prawdopodobnie ostatnie zestawienie najlepszych albumów, jakie gdziekolwiek przeczytacie, więc zapewne nie jest już nikomu potrzebne. Ale ten dłuższy czas był mi w tym roku naprawdę potrzebny – to był rok może nie tyle ważnych, co przynoszących sporo przyjemności albumów. A sporządzenie tego zestawienia kosztowało mnie wiele rwania włosów z głowy i dodatkowych przesłuchań. I to bez żadnej gwarancji, bo kto wie, jak na to zestawienie popatrzę za rok, ba, za miesiąc. Sporządziłem je w pełni subiektywnie, jak zwykle bez kolejności (bo jak coś jest już najlepsze, to nie bardzo widzę powód, by odróżniać „lepsze” od „jeszcze lepszych”) i niespecjalnie oglądając się na opinie innych. No dobra – powiecie – ale przecież tu są płyty lepsze od innych. Oczywiście, w zależności od tego, pod jakim kątem na nie spojrzeć. Ale wszystkie skupiały moją uwagę wyjątkowo długo. Starałem się wybierać płyty, które kupiłbym za własne pieniądze raz jeszcze, nawet jeśli już je posiadam. Oto więc trzydzieści cztery najlepsze płyty 2008 roku moim skromnym zdaniem. Dlaczego akurat tyle? Jeśli ktoś zna moją listę sprzed roku, pamięta być może, że były na niej 33 pozycje. I jeśli teraz nie jest jeszcze wszystko jasne, to może za kilka lat uda mi się bardziej rozjaśnić, jeśli tylko wytrwam w woli prowadzenia tego bloga.
Dzięki dla paru osób, które mi podsuwały różne płyty w tym roku. A ponieważ te osoby same dobrze o tym wiedzą, pozwalam sobie nie wyróżniać ich z nazwiska.

t r z y d z i e ś c i   c z t e r y   p ł y t y   r o k u   2 0 0 8

{{{SUNSET}}} „The Glowing City”, Autobus
bo tylu piosenkowych pomysłów na jednej płycie nie słyszałem w tym roku

ARTHUR RUSSELL „Love Is Overtaking Me”, Audika
bo okazał się brakującym ogniwem między sceną starej awangardy i nowego folku

ATLAS SOUND „Let the Blind Lead Those Who Can See But Cannot Feel”, Kranky
bo lider Deerhuntera solo okazał się jeszcze lepszy

BAR KOKHBA “Lucifer. The Book of Angels vol. 10”, Tzadik
bo to jedna z najlepiej wykonanych płyt z muzyką Zorna w ogóle

BASIC CHANNEL „BCD-2”, Basic Channel
bo to był klasyk, zanim jeszcze wyszedł na CD

BILL DIXON WITH EXPLODING STAR ORCHESTRA “Entrancing”, Thrill Jockey
bo to spotkanie dwóch improwizatorów o wielkiej wyobraźni

BON IVER „For Emma, Forever Ago”, Jagjaguwar/4AD*
bo to najbardziej klimatyczna płyta roku

BONNIE ‚PRINCE’ BILLY “Lie Down In the Light”, Drag City
bo Bonnie stylistycznie wrócił do starych czasów i utrzymał formę

CARL CRAIG & MORITZ VON OSWALD “Recomposed by”, Deutsche Grammophon
bo tak remiksowanej muzyki klasycznej jeszcze nie słyszałem

DEERHUNTER “Microcastle”, Kranky
bo to muzyka, która do Bradforda Coxa przekona prawie każdego, a dzięki temu ludzie trafią na jego inne płyty 😉

DUNGEN „4”, Kemado Records
bo to najpiękniejsza psychodeliczna płyta tego roku

ESBJÖRN SVENSSON TRIO “Leucocyte”, Act
bo to lepsza płyta niż ostatnie i wielki krok naprzód stylistycznie

FLEET FOXES „Fleet Foxes”, Sub Pop
bo to największe odkrycie tego roku pod każdym względem

FUCK BUTTONS “Street Horrrsing”, ATP
bo to pomysł, który – choć prosty – ma niezwykłą siłę przyciągania

GAS „Nah und Fern”, Kompakt
bo to płyta, którą można się żywić przez cały rok i (dla mnie) wykonawca odkryty po czasie

GIRL TALK „Feed the Animals”, Illegal Art
bo to album, przy którym można jednocześnie poruszać nogą i głową

GROUPER „Dragging a Dead Deer Up a Hill”, Type
bo to płyta autorska, której nie sposób pomylić z żadną inną

JOHN CALE & TERRY RILEY „Church of Anthrax”, Wounded Bird Records**
bo to historyczne i idealne połączenie dwóch światów: rocka i awangardy

JOSEPHINE FOSTER “This Coming Gladness”, Bo’Weavil Recordings
bo to głos i ekspresja, obok której nie można przejść obojętnie

LINDSTRØM „Where You Go I Go Too”, Smalltown Supersound
bo czegoś takiego jeszcze nie słyszałem (nawet w wykonaniu Lindstrøma)

MGMT „Oracular Spectacular”, Columbia
bo to najlepsza popowa płyta z przebojami, jaką słyszałem w 2008 roku

NICO MUHLY „Mothertongue”, Bedroom Community
bo to świetne utwory łączące wszystkie najlepsze wątki rodem z Bedroom Community

PATTI SMITH & KEVIN SHIELDS „The Coral Sea”, Pask Records
bo to album do słuchania na szczególne okazje

PORTISHEAD „Third”, Island
bo okazali się nadzwyczajnym zespołem, który wciąż, mimo upływu lat, potrafił się nie zepsuć

RÓŻNI WYKONAWCY „African Scream Contest”, Analog Africa
bo to najlepsza dawka pozytywnej energii, a przy tym najlepsza płyta z muzyką z Afryki w tym roku

RÓŻNI WYKONAWCY „Dancehall. The Rise Of Jamaican Dancehall Culture”, Soul Jazz
bo to historia gatunku, jakiej od dawna poszukiwałem

SPIRITUALIZED “Songs in A & E”, Sanctuary
bo ta płyta przypomniała wreszcie wielkie Spiritualized

SPRING HEEL JACK, “Songs & Themes”, Thirsty Ear
bo to album, którego każde kolejne przesłuchanie (wciąż) przynosi lepsze efekty

STEINSKI „What Does It All Mean? 1983-2006 Retrospective”, Illegal Art
bo to kolejny punkt wyjścia – dla kilku gatunków muzycznych na raz

SUN KIL MOON “April”, Caldo Verde
bo to jedna z najlepszych songwriterskich płyt roku

TERRY RILEY “The Last Camel in Paris”, Elision Fields
bo to kolejne arcydzieło z archiwum Rileya

THOMAS BRINKMANN “When Horses Die”, Max Ernst
bo to, jak często wracałem do tej płyty, to dla mnie największe zaskoczenie tego roku

TV ON THE RADIO “Dear Science”, 4AD
bo potrafią aranżować i żonglować konwencjami z precyzją godną mechaniki precyzyjnej

WHY? „Alopecia”, Anticon
bo ujął mnie bezczelnością muzyczną i potrafił przywiązać do swojej płyty na długie tygodnie

* Tak, wiem, wyszła wcześniej. Kto ją znał w roku 2007 – ręka do góry. 🙂

** Tak, wiem, to czystej wody reedycja albumu z 1971 roku, ale płyta nigdy dotąd nie wyszła na CD

PS  Temat podsumowania i końca roku będzie jeszcze wracał na tym blogu w kilku odsłonach, bo nowy rok, jak wiadomo, oficjalnie zaczyna się dopiero wraz z premierą nowej płyty Animal Collective 😉