Tag Archives: Joan As Police Woman

Limit to… the number of hits you can get

James Blake – który notabene dziś wieczorem w HCH, fajny, dobrze zapowiadający się artysta i w ogóle – wydał na początku listopada nowy singiel „Limit To Your Love” z tytułową piosenką (ta wychodzi też na specjalnej płytce 10″), którą Boomkat już uznał za hymn pokolenia:

James Blake – Limit to Your Love (Feist Cover) by Dewse

Jeśli jednak ma to być hymn pokolenia, to chyba generacji o problemach z pamięcią. Cztery lata temu na płycie Joan As Police Woman „Real Life” ukazała się taka piosenka, którą sam chętniej uznałbym za hymn czegokolwiek, bo oprócz chwytliwej zwrotki z motywem fortepianowym ma jeszcze powalający refren:

I Defy (Antony And the Johnsons with Joan as Police Woman) by irashi

Ja rozumiem, że nie do końca, ale prawie. Liczba możliwych wariantów hymnów pokoleniowych najwyraźniej jest mocno ograniczona.

H jak Hercules i reszta oraz J jak Juana Molina (REKOLEKCJE, cz. 5)

herculeslove-affair>>3<<<
HERCULES AND LOVE AFFAIR „Hercules And Love Affair”, DFA

premiera: marzec 2008,  źródło:  nie ukradłem, ale też nie kupiłem 😉

Zainteresuje przy pierwszym, zaintryguje przy drugim. Znudzi przy trzecim, zdenerwuje przy czwartym, zdegustuje przy piątym… przesłuchaniu? Nie, przy piątym kawałku. Jedyne, co trzeba zrobić szybko, to zapomnieć udział Antony’ego w nagraniu tej płyty, bo z całą pewnością nadaje się do dużo lepszych rzeczy. Na szczęście zapomnieć o niej łatwo. Zresztą tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, nie przyjdzie to ciężko, w końcu nowa płyta Antony’ego już za dwa tygodnie. Dobra, trochę może przejaskrawiłem, ale udział Antony’ego w nagraniu tej płyty to po prawdzie jej jedyna wartość dla mnie.

zazouswara_inthehouse>>>4<<
HECTOR ZAZOU & SWARA „In The House Of Mirrors”, Crammed

premiera: październik 2008, źródło: Bleep.com

Pożegnalna płyta Hectora Zazou (patrz Odeszli w 2008), jak na pożegnalną płytę nietypowa, bo ważna nie tylko jako podsumowanie twórczości człowieka, który często łączył muzykę elektroniczną z world music, ale też jako dobry album w ogóle. Warto dać trochę czasu tej płycie, dać wybrzmieć pierwszym utworom o typowo dla dla takiej muzyki mistycznym charakterze (te wieczne inspiracje Zazou „Passion” Gabriela dają znać o sobie raz jeszcze) i pozwolić jej się rozwinąć, bo koło 4-5 utworu zaczynają się tu dziać rzeczy nie tylko ładne, ale intrygujące i oryginalne. Swoją drogą, namawiam do posłuchania płyty „Sahara Blue”, żeby się przekonać, jak mogłaby brzmieć część druga współpracy Eno-Byrne po „My Life In The Bush Of Ghosts”.

jacaszek_treny>>>>5<
JACASZEK „Treny”, Gusstaff/Miasmah

premiera: marzec, źródło: promo-CD Gusstaff Records

Że tak zacytuję samego siebie z „Przekroju” (bo tam pisałem o Jacaszku) ten człowiek komponuje „książki muzyczne”. Michał Jacaszek z elektronicznym sprzętem robi coś zupełnie pod prąd idei muzyki elektronicznej: zamiast unowocześniać, postarza dzięki niemu nagrania. Swoje „Treny” – wyjściowo utwory na instrumenty smyczkowe i głos – topi w delikatnych trzaskach, szumach, samplowanych i przetwarzanych dźwiękach harfy lub fortepianu. Udaje mu się to wyśmienicie, na tyle, że tym albumem startuje także za granicą w barwach ciekawej norweskiej oficyny Miasmah. Jest tu minimalistą w duchu Arvo Pärta i Preisnera, bliżej tego pierwszego, gdy chodzi o głębokość zaklętych w muzyce emocji. Jest też filmowo sugestywny niczym niemiecki kompozytor Max Richter. Podobnie jak ten ostatni w sposób otwarty inspiruje się literaturą. Nieustannie. Od debiutu, na którym starał się odtworzyć klimat starych bajek dla dzieci, przez współpracę z poetką Miłką Malzahn, po projekt Lem Konzept (słuchowisko muzyczne osnute na motywach prozy Lema), przeszedł w rejony przygniatającego smutku „Trenów” Kochanowskiego. I dawno już coś tak smutnego nie cieszyło mnie tak bardzo.
Po wielu miesiącach od ukazania się tej płyty mogę to wszystko tylko potwierdzić. Jeden z najlepszych polskich albumów A.D. 2008.

joanaspolice_tosurvive>>>4<<
JOAN AS POLICE WOMAN „To Survive”, Echo Label

premiera: czerwiec 2008,  źródło: Amazon.com

Po „Real Life” ciężko było o rzecz, która zaspokoi fanów Joan Wasser. „To Survive” to pod każdym względem album gorszy – gdy chodzi o muzykę, aranżacje, nawet stylistykę, bo gdzieś znikła fascynacja starym soulem, funkiem, który pojawiał się na debiucie. Takie przynajmniej jest pierwsze wrażenie. Ale „To Survive” to album do wielokrotnego słuchania i przy każdym kolejnym świetne partie wokalne będą cieszyć bardziej, mimo tego, że ogólny charakter zawartych tu ballad jest monotonny, a z konstrukcją płyty coś nie tak. Podobać się tu mogą poszczególne utwory – niespostrzeżenie rozwijający się, budujący z banalnego motywu zaskoczenie „Holiday”, polityczny duet z Rufusem Wainwrightem „For America”

caleriley_church_of_anthrax>>>>5<
JOHN CALE & TERRY RILEY „Church of Anthrax”, Wounded Bird Records 1971/2008

premiera: czerwiec 2008 (oryg. 1971), źródło: Amazon.com

Tę płytę definiuje się dość łatwo i prawie nikt nie ma wątpliwości, że to coś dokładnie pomiędzy minimalizmem w stylu Rileya i muzyką rockową w stylu The Velvet Underground. Obawiam się, że poza moją prywatną sympatią do tej płyty i olśnieniem, jakie przyniósł mi fakt, że jest brakującym ogniwem w historii rocka – nie mam wiele do dodania. Od razu powiedzmy, że w katalogu Rileya to płyta drugorzędna, Cale też miał lepsze na koncie, ba, słyszałem jego ciekawsze nagrania realizowane z minimalistami, względnie w duchu minimalistów, z La Monte Youngiem na czele. Ale ta jest jedyna w swoim rodzaju – tak jak biolodzy poszukują dziwnych i rzadkich organizmów, brakujących ogniw łańcucha ewolucji, tak pewnie fani muzyki alternatywnej będą poszukiwać tej płyty.

josephinefoster_thiscoming>>>>5<
JOSEPHINE FOSTER “This Coming Gladness”, Bo’Weavil Recordings

premiera:  lipiec 2008, źródło: Amazon.co.uk

Kobieta, której głos brzmi jak teremin. Album, który – po CocoRosie – brzmi jak kolejne doświadczenie muzyki z przeszłości. Jest nawet harfa, choć najczęściej gitara elektryczna, często poprzez bluesowe progresje ,tworzy fantastyczne tło dla głosu Josephine Foster. Jedna z lepszych płyt w dorobku tej artystki. Żałuję, że tak późno do mnie trafiła, bo to płyta, której trzeba poświęcić sporo czasu.

zorn_filmworks>>>4<<
JOHN ZORN „Filmworks XIX: The Rain Horse”, Tzadik

premiera: styczeń 2008, źródło: Amazon.com
>>3<<<
JOHN ZORN „The Dreamers”, Tzadik

premiera: marzec 2008, źródło: Amazon.com

Ten pierwszy to muzyka z dziecięcej animacji, z Gregiem Cohenem i Erikiem Friedlanderem w składzie, dość subtelna i melodyjna – na tyle, żeby uświadomić sobie, jaki potencjał ma Zorn w komponowaniu „ładnej” muzyki. Rzecz godna jest zresztą polecenia każdemu, łącznie z tymi, którzy nie przepadają za twórcą Masady. Z drugiej strony szokująca jest w wypadku tej serii numeracja. Zorn po wydaniu”Filmworks XIX” wypuścił zresztą w tym samym roku trzy kolejne albumy z dziełami filmowymi (a na ten rok zapowiedziano już „Filmworks XXIII”). Kto jest w stanie to wszystko przesłuchać i wyciągnąć wnioski? Nie widzę lasu rąk w górze.
W każdym razie desperaci niech nie sięgają po „The Dreamers”  – to już egzotyczny jazz-pop w wykonaniu mistrza, męczący i pełen klisz z wcześniejszej jego twórczości. Zdecydowanie lepiej sięgnąć po wcześniejszy album „The Gift”, jeśli komuś się w ogóle podoba to, co zrobił w tej sytuacji. Komu się nie podoba, niech sięgnie po „Filmworks”, albo niech w ogóle sobie daruje na jakiś czas solówki Zorna i znajdzie album Bar Kokhby opisywany przeze mnie wcześniej.

juanamolina_undia>>>>5<
JUANA MOLINA „Un día”, Domino

premiera: październik 2008, źródło: Amazon.com

Nigdy bym się nią nie zainteresował, gdyby nie to, że seria pierwszych płyt trafiła do mnie na darmowych promówkach. Ba, gdyby nie nazwa Domino na okładkach, pewnie bym sobie wtedy darował słuchanie, bo przecież łatwo się zrazić, gdy Wam piszą, że to argentyńska gwiazda telewizji, która zapragnęła nagrywać płyty. Jakie mamy w Polsce gwiazdy telewizji nagrywające płyty i do czego to prowadzi – każdy wie. A tu – proszę, późna (dziś ma 46 lat) kariera Moliny wydała mi się bardzo ciekawa, jej muzyka – oryginalna i pełna latynoskiego romantyzmu, ale już wolna od latynoskich wpływów w sferze rytmiki. Skojarzenia z Beth Orton wydają się dziś zabawne, gdy Molina ma na koncie więcej ciekawych nagrań niż sama Beth Orton. Po albumach „Segundo”, „Tres Cosas” (mój ulubiony) i „Son” przyszła pora na delikatny lifting sennej stylistyki Moliny na… jeszcze bardziej senną, idącą w psychodelię. Tylko o włos pod moją listą najlepszych płyt roku (można się domyślać, że gdybym miał tyle samo lat co artystka, na pewno by się ta płyta na listę załapała – zorientowani wiedzą, co mam na myśli). Niech za komplement (i za paradoks swego rodzaju) posłuży fakt, że Juana Molina nagrała moim zdaniem jedną z najlepszych tegorocznych płyt w katalogu Domino. Może niedługo będę słuchał innych płyt z tej wytwórni tylko dlatego, że nagrywa dla nich Argentynka?

Opisywałem już na tej stronie High Places, Johna Matthiasa i Jima Lidella. Zabrakło nie tylko Jacka Johnsona (marna płyta, oj, marna), ale nawet Jóhanna Jóhannssona (tej po prostu dotąd ne słyszałem). Spod I – mimo usilnych prób – nie udało mi się niczego wysupłać. Poza Isobel Campbell & Markiem Laneganem, ale tego nie dowieźli w mojej okolicy. Liczę na inwencję (w końcu to na „i”) czytelników tego bloga.

Pukkelpop, 14.08

Cały festiwal to 3 dni, 8 scen i około 200 wykonawców. Wiele koncertów się pokrywa, więc jeśli widziałem fragment, będę się starał to wyraźnie zaznaczać. Cały wybór był dość subiektywny, reakcje pokoncertowe okrutne, dyktowane zmęczeniem, przesytem (zwykle nie słucham muzyki przez 12 godzin non-stop), głodem itd.

Spóźniliśmy się na Kaizers Orchestra, bo wymiana biletów na opaski festiwalowe okazała się dość wąskim gardłem, podobnie zresztą jak przechodząca przez Hasselt dwupasmówka, która zarazem służyła jako przejście dla pieszych pomiędzy terenem festiwalu a polem namiotowym. No i mieliśmy lekkie spóźnienie. W czwartek powitała nas więc Amy MacDonald – sympatyczna i bezpretensjonalna Szkotka śpiewająca na początek popołudnia na dużej scenie. Idealne do tego, żeby dokończyć frytki z majonezem, belgijski przysmak i festiwalowe pożywienie o najlepszym stosunku kaloryczności do ceny. Strategicznie ominęliśmy namiot z The Cribs, wychodząc z założenia, że to nie nasza bajka, i wylądowaliśmy pod sceną Dance Hall na występie Santogold. Zachwyty nad jej płytą trochę mnie ostatnio denerwowały, no bo jednak trochę wtórna w stosunku do M.I.A. Tymczasem ten przyjemny koncert udowodnił, że na scenie rzecz się sprawdza naprawdę dobrze, wykonanie studyjnych niuansów jest co najmniej przyzwoite, a chórek wokalistek-tancerek przebranych w lekko kiczowate stroje okazał się jedną z bardziej widowiskowych formacji na całym Pukkelpopie. Zdaniem mojej żony powinny dostać złoto w konkurencji tańca synchronicznego, gdyby na olimpiadzie ktoś taką wprowadził.

W przelocie rzuciliśmy uchem na również lekko kiczowatą, ale już znacznie mniej absorbującą muzykę Little Dragon na przesympatycznej scenie Chateau (mała, przytulna, z trybuną dla widzów i okrągłym kształtem – jedna z fajniejszych, jakie kiedykolwiek widziałem na letnich festiwalach, choć przy tym paskudnie duszna). Jaka płyta, taki live. Z pustego to i Salomon. Wiadomo.

Dalej byli Infadels. Zespół lubiany na festiwalach, na Pukkelpopie obecny po raz trzeci i mający tu swoją oddaną publiczność. Ja rozumiem mieć chwytliwe refreny. Ale ta grupa ma same refreny. Uciekliśmy więc, żeby zobaczyć od początku Menomenę w Chateau. I żeby się przekonać, że trzech facetów na scenie (przystojnych, to fakt) to bywa trochę za mało. Tym albo brakuje ogrania koncertowego, albo mają kłopoty z pokazaniem atutów swoich niezłych kompozycji w warunkach scenicznych. Tyle tytułem eufemizmów. Bo jeśli mam być bardziej precyzyjny: w aranżach ich koncertowych kawałków są takie dziury jak w ciele Lemoniadowego Joe po postrzale (to porównanie to taki mały test wiekowy dla czytelników niniejszego bloga). Ale zdzierżyliśmy twardo prawie do końca, bo na zewnątrz szalał Serj Tankian, jak się okazało – kompletnie nieszkodliwy koleś, który śpiewa dziś piosenki przy pianinie. Te czasy…

Pod namiotem Marquee (druga co do wielkości scena) zameldowaliśmy się punktualnie na koncert Joan As Police Woman. Nie widzieliśmy artystki w Hard Rock Cafe (i podobno słusznie, bo to lokal, w którym jeszcze nie udało się dobrze nagłośnić koncertu, a mówią, że ten w tej materii niczego nie zmienił), ale za to mamy piękne wspomnienia z jej poprzedniej trasy europejskiej i berlińskiego Lido. Tu spodziewałem się klapy, bo nowa płyta taka jakby mniej „koncertowa”, tymczasem występ sprawił, że zupełnie inaczej spojrzałem na album. A przede wszystkim na to, jak urosły umiejętności wokalne Joan między pierwszą a drugą płytą. Szkoda tylko braku Antony’ego w „I Defy”, ale basistka i nowy perkusista nieźle wybrnęli z zadania, dzieląc się partią Antony’ego po połowie. 🙂 Niektóre z nowych utworów – choćby „Holiday” – w wersji scenicznej na trzy instrumenty wypadły lepiej niż ze smyczkami i smaczkami studyjnymi. W sumie od tego koncertu zaczął się dla mnie festiwal.

Zostawiliśmy British Sea Power fanom British Sea Power i poszliśmy zobaczyć Tricky’ego. Tu było gęsto od ludzi i głośno, ale to, co usłyszeliśmy, tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że Tricky skończył się na „Maxinquaye”. Chwyta za pompatyczny, rockowy banał, ale robi to z mniejszym wdziękiem niż jego koledzy z Massive Attack, próbuje śpiewać, nie wychodzi mu źle, ale chciałbym nieśmiało przypomnieć, że chwilę wcześniej słuchaliśmy Joan Wasser. Okrucieństwo to jedyna słuszna reakcja pozwalająca w konsekwencji wycisnąć z festiwalu to, co najlepsze. Po obejrzeniu finału Tricky’ego, przebiegliśmy wystraszeni na drugi koniec imprezy, o drodze słysząc początek koncertu Iana Browna (widzieliśmy kiedyś i wystarczy). Na drugim końcu był namiot o nazwie Club, a w nim – koncert Hadouken!, grupy grindie (grime + indie), co przekładało się na efekt końcowy tak, że muzyka była bardziej grime, a wygląd bardziej indie. Średnia wieku spadła już chyba do 15 lat, a językiem dominującym wśród publiczności stał się angielski. Na scenie też zobaczyliśmy i usłyszeliśmy również młodzież – dużo energii, ale technika i pomyślunek gdzieś w tyle; co tu dużo kryć, mają jeszcze to, co najlepsze, przed sobą, ale na razie nie dorastają do pięt swojemu protektorowi Mike’owi Skinnerowi. Przebiegliśmy na Hot Chip, spodziewając się czegoś lepszego. Sparzyliśmy się w sposób tak zdecydowany, że aż poszliśmy po rozum do głowy i wylądowaliśmy na jednoosobowym występie Henry’ego Rollinsa, który zamiast śpiewać – opowiadał przez mikrofon przez półtorej godziny (jeśli nie liczyć setów didżejskich był to najdłuższy występ festiwalu!), co sądzi o Ameryce, świecie współczesnym, dalszym i bliższym Wschodzie oraz robalach. Wychodziliśmy z namiotu zadowoleni, a jednocześnie trochę rozbici, bo to był na razie (po Joanie) drugi najlepszy koncert dnia…

W dodatku przed nami był największy dylemat festiwalu. Co wybrać: Mercury Rev czy Iron & Wine. Ostatecznie daliśmy sobie spokój z widzianym wcześniej MR na rzecz grupy, którą przywiózł do Europy Sam Beam, a która z Iron & Wine znanym z płyt okazała się mieć niewiele wspólnego. Ba, to był nieco inny koncert niż ten na Offie (który znam tylko z radia), nieco bardziej, hmm… rockandrollowy. Więcej południowego rocka i improwizacji niż w Mysłowicach, ale trochę kosztem atmosfery. Zazdroszczę więc Offowiczom (a wiem, że byli także na Pukkelpopie, bo mignęła nam koszulka Off Festivalu w tłumie) wyjątkowego koncertu i akustycznego setu, którego zabrakło w Belgii. Choćz drugiej strony – wyszedłem bardzo usatysfakcjonowany, a reakcja publiczności w Hasselt była kapitalna.

Dzięki miłemu rozkładowi koncertów zdążyliśmy zobaczyć prawie całą Róisin Murphy na dużej scenie. Prawie całą dosłownie, bo przebiera się w tej chwili już nie co 15 minut, ale przed każdym utworem, a robi to na środku sceny. Zaczęła tylko w towarzystwie didżejów i chórku, brzmiało jak set do tańca, ale na szczęście rozwinęło się w miarę upływu czasu i wchodzenia kolejnych instrumentów. Jest czego słuchać (i na co popatrzeć), ale Moloko w wersji live to wciąż – jak dla mnie – rzecz nie do pobicia w tej kategorii. Poza tym kto by tam się zastanawiał nad wyższością Bożego Narodzenia nad Wielkanocą, skoro zaraz mieli grać The Flaming Lips. Pobiegliśmy więc do Marquee zająć miejsca. I słusznie, bo FL to ciągle precyzyjnie przygotowany (a zarazem – paradoksalnie – totalnie spontaniczny) show, jakiego nie robi nikt w świecie alternatywnego rocka. Wayne Coyne nie waha się zrobić cyrk z koncertu po to, żeby od początku podgrzać atmosferę. Zjeżdża ze sceny w plastikowej kuli już na powitanie i otwiera jak zwykle utworem „Race For The Prize” z wybuchami armatek wypełnionych konfetti, balonikami, a teraz jeszcze gromadą teletubisiów (przypominam, że to była wersja na Europę Zachodnią) zgromadzonych po obu stronach sceny. Ogólnie rzecz biorąc: jeśli chodzi o dramaturgię, The Flaming Lips zaczynają w takim punkcie, w którym inni kończą. A potem napięcie stopniowo rośnie. Gdyby nie anemiczna reakcja widowni i parę brzmieniowych zaniedbań i okrutnych zniekształceń, ten set utworów z ostatniej płyty i pojedynczych starszych hitów (były piosenki z wczesnego okresu kariery FL!) byłby skończonym mistrzostwem i najlepszym koncertem The Flaming Lips, jaki widziałem. Ale i tak był najlepszym momentem Pukkelpopu dla mnie prywatnie.

Może to wina poprzedników, ale koncert Holy Fuck – najlepszej młodej grupy koncertowej wg angielskiej prasy – nie zrobił już na mnie takiego wrażenia. Wszystko brzmiało nieco zbyt matematycznie, spodziewałem się jazgotliwego transu na koniec dnia, a tu zawiało chłodem. Zresztą w ogóle zimno się zrobiło, więc poszliśmy spać. Największy pożytek z takiego zakończenia dnia to fakt, że nazwa grupy, którą zobaczyliśmy jako ostatnią, nieźle oddała stan ducha kogoś, kto zobaczył właśnie na scenie The Flaming Lips.

Parę słów o dniu drugim niebawem. Muszę się wyspać, a po takich ilościach frytek z majonezem trudno się zasypia.