Tag Archives: Iron & Wine

35 najlepszych płyt roku 2009

Pora przywitać się na nowo, a jednocześnie domknąć rok zestawieniem 35 (tym razem – kto śledził moje zapiski wcześniej, ten wie, dlaczego właśnie tyle). Jak zwykle pozwoliłem sobie uwzględnić w nim reedycje, pod warunkiem, że są to płyty po raz pierwszy dostępne na płycie CD albo pokazują jakieś nagrania w ogóle dotąd nieznane. Warto zwrócić uwagę na to, że do tegorocznej listy – bezwzględnie nieczułej na podziały Polska/świat, bo nie będę tu robił oddzielnego narodowego zestawienia – wskoczyły aż dwie krajowe płyty. Kto chce porównać tę bieżącą listę z poprzednimi, znajdzie archiwalne tutaj: rok 2007, rok 2008. Długie milczenie postaram się nadrobić w najbliższym czasie. Zresztą pewne szczegóły na tej stronie – poza tym jednym wpisem – już sygnalizują mój powrót do pisania bloga. Dzięki za miłe sygnały w trakcie mojego milczenia. Poniżej już po prostu lista. Jak zwykle posortowana ALFABETYCZNIE.

Akron/Family – Set ‚Em Wild, Set ‚Em Free (Dead Oceans)
Skopana przez krytykę za to, że jest nie-tak-dobra-jak-poprzedni-album, podczas gdy jest wciąż lepsza-niż-większość-tegorocznych-albumów. Do folku i psychodelii dorzucili trochę rocka progresywnego i odjechali może nie tak daleko jak poprzednio, ale i tak słuchana po wielu miesiącach, ta płyta z lekkością potwierdza wielką klasę. A ja potwierdzam to, co o niej napisałem tutaj, jeszcze w lipcu. Ale jeszcze raz podkreślam – Akron/Family otwierają to zestawienie dzięki pierwszeństwu w alfabecie.

Alarm Will Sound – a/rhythmia (Nonesuch)
Świetny koncept związany z poszukiwaniami w zakresie współczesnej rytmiki, pozwalający skojarzyć na jednej płycie Conlona Nancarrowa, Autechre i György Ligetiego. Rewelacyjne wykonania orkiestry z Rochester (znanej z „Acoustiki” z ich wersjami utworów Aphex Twina), która na polu minimalizmu i transkrypcji utworów elektronicznych na akustyczne instrumentarium nie ma sobie równych. Specem od tak zwanej poważki nie jestem, ale to jest album, który tego rodzaju specjalizacji nie wymaga. Więcej było tutaj (i może ktoś w końcu skomentuje, bo się z tym dość samotnie czuję).

Alva Noto – Xerrox, vol. 2 (Raster-Noton)
Nie gorsza niż „jedynka” z tej samej serii. Wprawdzie Carsten Nicolai w swoim podsumowaniu roku na Boomkacie lansuje chyba wszystkie tegoroczne wydawnictwa Raster-Noton z wyjątkiem swojego, to jego płyta była znów najmocniejszym punktem katalogu R-N w tym nie najmocniejszym dla tej firmy roku. Nieco więcej było tutaj.

Animal Collective – Merriweather Post Pavilion (Domino)
Trochę się odcinałem od powszechnej egzaltacji na początku roku (ślad tego pozostał tutaj). Pod koniec roku za to dziwiłem się, że w naszym „Przekrojowym” podsumowaniu nie wygrał AC, bo to jednak płyta, która pogodziła różne gusta muzyczne. Powinienem dopisać + „Fall Be Kind”, w końcu EP-ka, która wyszła w listopadzie przypomniała o tym, kto zdominował (może to prawdziwe znaczenie nazwy wytwórni?) ten rok.

The Antlers – Hospice (Frenchkiss)
Jedna z licznych w tym roku płyt, które dopiero jako album właśnie, a nie zbiór luźno poukładanych piosenek, mają sens. Mojej sympatii dałem już wyraz tutaj, więc pozostanę przy tym, że to dla mnie jedno z największych odkryć roku.

Black To Comm – Alphabet 1968 (Type)
Powyższą uwagę mógłbym powtórzyć i tutaj – mało było w 2009 roku albumów tak bogatych, jeśli chodzi o różne środki wyrazu, które zarazem tak dobrze kleiłyby się jako całość. Marc Richter nagrał świetny album.

The Bran Flakes – I Have Hands (Illegal Art)
Jeszcze raz pokłonię się złodziejom z Illegal Artu, których jestem stałym klientem i jeszcze innym wciskam to, co ukradną (to się już chyba nazywa paserstwo, co?). Ten rok nie był dla nich tak wielki jak poprzedni, ale The Bran Flakes słuchałem przez całą wiosnę. Pisałem o nich w kwietniu.

Bill Callahan – Sometimes I Wish We Were An Eagle (Drag City)
Nikogo pewnie nie zdziwi fakt, że to była najczęściej przeze mnie słuchana płyta roku 2009. I chyba najczęściej na tym blogu wspominana. Znam większych fanów artysty niż ja, ale z drugiej strony dla mnie to jest właśnie szczytowy moment Callahana. Dojrzała, piosenkowa, elegancka płyta. Na koncercie czegoś mi zabrakło, ale płyta jest od pierwszej do ostatniej nuty arcydziełem.

Camera Obscura – My Maudlin Career (4AD)
Nie wiem, jak ta dobra popowa płyta wytrzyma próbę czasu. Staroświeckie zacięcie C.O. może za parę lat brzmieć śmiesznie, ale zdarłem  ten album w roku 2009. Dialogowałem też wewnętrznie na jego temat tutaj, więc wszystko powinno być w miarę jasne. Z naciskiem na „w miarę”, bo grają tu też rolę jakieś prywatne emocje, których sam do końca nie zrozumiem.

Jamie Cullum – The Pursuit (Decca)
Dopiero co Camera Obscura, a teraz jeszcze to? Może Was dziwić obecność tej płyty w zestawieniu. Chociaż nie powinna. W porządku, uznajcie to za jedną z moich tegorocznych „guilty pleasures”, jeśli to uprości sprawę. Problem w tym, że wcale nie czuję się „guilty”. Recenzja tego albumu była na stronach „Przekroju”.

Dan Deacon – Bromst (Carpark)
Bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre. Inne, mniej rytmiczne refleksje tutaj.

Death …For The Whole World To See (Drag City)
To nie death metal rzecz jasna, tylko zagubiona płyta protopunkowej grupy z połowy lat 70.  W tym wypadku odnoszę się do legendy, a zatem krótko: album nie jest tak pionierski muzycznie, jak mówią, ale z całą pewnością jest tak dobry jak mówią. Przy okazji: Drag City znów rządzi!

The Flaming Lips – Embryonic (Warner)
Kiedy już wiem, że wzięli się za coverowanie „Dark Side Of The Moon”, łatwiej przychodzi mi zrozumieć „Embryonic”. Majstersztyk brzmieniowy, płyta świetna jako całość, chociaż możecie mi nie ufać: każda płyta Wayne’a Coyne’a z ostatnich lat trafiłaby do mojego rocznego zestawienia. 😉 W „Przekroju” napisałem nieco więcej.

Fuck Buttons – Tarot Sport (ATP Records)
Kolejny z kategorii zagęszczonych rytmicznie i transowych albumów, w jakie obfitował ten rok. Bardzo dobra kontynuacja „Street Horrrsing”, dalej cudownie prymitywna,  jak gdyby F.B. wychowywali się w dżungli ostatnim hajpem, na jaki się załapali, byłby Tarzan. Ale jednocześnie nie powtarzająca wprost patentów z pierwszej płyty.

Iron & Wine – Around The Well (Sub Pop)
Wiadomo, że Sam Beam nie nagrał złej płyty. Wszystko wskazywało zatem na to, że archiwa też ma niekiepskie. Skuteczność jak zwykle stuprocentowa. I kolejny powód, by uwzględniać w zestawieniach także kompilacje i archiwa, jeśli mają taką wartość jak ta. Trzy słowa więcej tutaj.

Junior Boys – Begon Dull Care (Domino)
Że zacytuję jednego z tutejszych blogowych bywalców: jak nic wróci w zestawieniach rocznych. I wraca. Choć po intensywnym okresie słuchania wiosną zapomniałem o tej płycie na jesieni. Trzy powody, dla których warto wrócić – tutaj.

King Midas Sound – Waiting For You (Hyperdub)
Jedna z ostatnich wielkich płyt roku. I powrót  Kevina Martina, który przed rokiem dominował w zestawieniach jako The Bug. Tutaj nazwa wytwórni mówi wszystko – atmosfera jak z nagrań Buriala czy Kode9, a do tego znakomite wokale. Ciekawe jest to, że „Waiting For You” pachnie już trochę ślepą uliczką dubstepu jako gatunku, w którym już wszystko powiedziano, jeśli chodzi o brzmienie, a zarazem wyprowadza ten gatunek na zupełnie inne wody – potencjał „Waiting For You” w dotarciu z tego typu muzyką do szerokiej publiczności jest moim zdaniem olbrzymi.

Leyland Kirby – Sadly, The Future Is Not Longer What It Was (History Always Favours The Winners)
Ścieżka dźwiękowa do tegorocznej jesieni. Rozkłada na łopatki nowy album Basinskiego, tegoroczne płyty ambientowe i nowych kameralistów z Arnaldsem i Richterem na czele. I to za jednym zamachem – w końcu trzy płyty to kilka godzin słuchania, a zbierany przez długie miesiące zestaw kompozycji Kirby’ego, to rzecz ogromnie charakterystyczna i wciągająca emocjonalnie. Mam nadzieję uzupełnić braki i dopisać kilka słów na temat tego artysty, którym w gorszym dla bloga czasie zająłem się bardzo obszernie na antenie Dwójki.

Loop – The World In Your Eyes (Revolver) 3CD
Olbrzymią przyjemność sprawiły mi wszystkie reedycje Loop, ale nie wiedziałem, że utwory spoza zasadniczych albumów (bo ta trzypłytowa wersja wydawnictwa to o wiele więcej niż oryginalne „The World In Your Eyes”) sprawią mi największą i najmilszą niespodziankę. Więcej dywagacji na temat Loop było tutaj.

Mordant Music – SyMptoMs (Mordant Music)
Jedyny pozytywny wpływ tegorocznego (wyjątkowo kiepskiego, moim zdaniem) podsumowania roku w „The Wire”. Wróciłem do Mordant Music i zasłuchałem w tej płycie. Bo niby zasłużona w ostatnich latach brytyjska wytwórnia, ale dotąd nie miałem do niej osobistego stosunku. „SyMptoMs” ten stosunek mi dały. Baaardzo pozytywny.

Mount Eerie – Wind’s Poem (P.W.Elverum & Sun)
Jeszcze jeden album, którego nie zdążyłem opisać na blogu tej pracowitej jesieni. Bardzo mroczna, ponura, a jednocześnie niezwykle plastyczna płyta Phila Elveruma.  Folk, który połknął black metal.

Mountains – Choral (Thrill Jockey)
Ocieplony partiami gitary elektroniczny ambient, który próbowałem lansować zim ą jako antidotum na plotki na temat Jacksona. Nie wiedziałem, że dużo łatwiej by to było wylansować przez hasło Michael Jackson w lecie. Tutaj można przeczytać tamtą notkę. Mętny ma trochę (notka oczywiście) charakter, ale płyty warto posłuchać.

Natural Snow Buildings – Shadow Kingdom (Blackest Rainbow)
Olśnienie tego roku. Zupełnie inny świat dźwięków. Folk, psychodelia, Indianie, horror, przestery i przeszkadzajki. Zabrało mi to czas, który zwykle poświęcam na przesłuchanie jakichś dziesięciu lub więcej nowych płyt. Więc jeśli to zestawienie ma Waszym zdaniem niepełny charakter – wiecie, że ta dwójka Francuzów jest wszystkiemu winna. Podtrzymuję to, co pisałem tutaj.

Paristetris – Paristetris (Lado ABC)
To był świetny rok w polskiej muzyce. Zacząłem nabierać nadziei na kilka naprawdę eksportowych (ech, te nasze kompleksy) zespołów. Idealnym pomysłem na początek jest Paristetris, w zasadzie w jednej trzeciej z importu. Sam się na moment w tych zawiłościach pogubiłem (dowody tutaj), ale – jak to mówią – lepiej z Paristetris zgubić niż z Paris Hilton znaleźć.

Rob Mazurek Quintet – Sound Is (Delmark)
Lider w świetnej formie, do tego John Herndon z Tortoise w formie lepszej niż u siebie, Matthew Lux z Isotope 217 i nie tylko. Zaskakująco dobra płyta jazzowa,  swobodna, ale jednocześnie dość przystępna, konkretna, precyzyjna. Rzecz nieco retro w klimacie, żyje duchem cool jazzu. Słychać, że Mazurkowi dobrze zrobił epizod współpracy z Billem Dixonem (patrz moje zestawienie sprzed roku).

Alasdair Roberts – Spoils (Drag City)
Dostało mi się za ocenę tej płyty. I przyznaję, że niesłusznie aż tak chłodno o niej napisałem. Ale w kontekście całego roku i dość rozczarowujących premier ze światka nowego folku i alt-country (a przypomnę, że w tym samym roku płyty wydali Oldham, Antony i Devendra Banhart), „Spoils” wyrasta na faworyta. Szczególnie, gdy doliczyć do tej płyty jeszcze minialbum „The Wyrd Meme”.

Różni wykonawcy – Dark Was The Night (4AD) 2CD
Składanka – jak to składanka – zawsze nieco zbyt obszerna, ale materiał złożony z piosenek (covery klasyków albo własne kompozycje) momentami może imponować, a zestaw wykonawców, cała śmietanka sceny folkowej i alternatywno-rockowej – imponuje już z całą pewnością. Przy okazji potwierdzając szczęście 4AD do składanek. Pisałem o tym wcześniej tu.

Różni wykonawcy – Mary Anne Hobbs: Wild Angels (Planet Mu)
Didżejka radiowa publicznego radia brytyjskiego? I czymże taka się różni od Marcina Kydryńskiego? Zaryzykuję: wszystkim, oprócz jednego: oboje wydają swoje kompilacje. Problem w tym, że Hobbs, pierwsza dama dubstepu i pilna obserwatorka brytyjskiej sceny elektronicznej wydaje albumy wypełnione wyjątkowymi nagraniami wyprzedzającymi duże wydawnictwa i dopiero zwiastującymi nowe postacie sceny. Jedne z najlepiej wydanych pieniędzy w roku 2009.

Sonic Youth – The Eternal (Matador)
Słyszałem już mnóstwo teorii na temat ostatnich kilku płyt Sonic Youth. W moim przekonaniu najbardziej prawidłowa jest wersja mówiąca, że od lat ta grupa nie nagrała złej płyty. „The Eternal” to hołd pamięci nieodżałowanego Rona Ashetona. Skromne posunięcie ze strony zespołu, który w tej chwili jest już dla alternatywnego świata legendą nie mniejszą niż The Stooges. Kilka zdań więcej tutaj.

Speech Debelle – Speech Therapy (Big Dada)
Lekko, miło i przyjemnie, o czym zresztą już pisałem. W tym roku ta artystka rekompensowała mi brak The Streets. Cieszyłem się, gdy dostała Mercury Music Prize, ale jeszcze bardziej cieszyłem się z tytułu „płyty dekady” w zestawieniu „Guardiana” dla Mike’a Skinnera. 😉

Sunn O))) – Monoliths & Dimensions (Southern Lord)
Nieco gorszą w tym roku formę dronowego metalu jako całości wynagradza jego główny przedstawiciel. Jeśli ktoś pamięta słowa (bodajże) Chruszczowa o tym, że rock progresywny to „wyziewy z latryny”, uzupełniam tę przenośnię: Sunn O))) to wyziewy z piekielnej latryny.

Terror Danjah – Gremlinz (The Instrumentals: 2003-2009) (Planet Mu)
Po raz kolejny brytyjski hip-hop mi wystarczał. Tego producenta – z ręką na sercu – nie rozpoznawałem, zanim trafił do mnie zbiór jego podkładów, z którego wyciąłbym co najwyżej wkurzające na dalszą metę (ale to znak rozpoznawczy artysty) dźwięki gremlinów. Reszta to kompletna rewelacja. Do tego też chętnie wrócę przy okazji, bo rzecz jest warta wsparcia.

Tomasz Stańko Quintet – Dark Eyes (ECM)
Cienki jak barszcz tytuł płyty, w dodatku zdrada narodowego składu muzyków… Eeee… Rzecz w tym, że Stańko znów jest w jakiejś kosmicznej formie i świetną płytę wydał w rocznicę ECM-u. Pisałem o niej w „Przekroju”.

White Rainbow – New Clouds (Kranky)
Dobrze znany syndrom: album jest gorszy od poprzedniego, „Prism Of Eternal Now”, ale czy to coś zmienia, jeśli wciąż pozostaje lepszy niż większość innych? Poza tym, o ile dobrze pamiętam, to jedyna premiera z Kranky, która mnie w tym roku naprawdę nie zawiodła, a to już coś, bo tę wytwórnię uwielbiam.

John Zorn – Alhambra Love Songs (Tzadik)
Poza Callahanem i Natural Snow Buildings najczęściej słuchany przeze mnie album tego roku. Ścieżka dźwiękowa do życia, która pozwala zachować dobry nastrój w każdej sytuacji. Fanom Zorna wydać się może przesłodzona, ale to, co się tu dzieje w warstwie rytmicznej, to zgranie – fenomen! Więcej tutaj (notabene z całej trójki opisywanych tam płyt tylko dla Sweet Billy Pilgrim straciłem nieco serca przez wiele miesięcy).

10 płyt przyjemnego słuchania (z ostatnich miesięcy)

Przez cały rok zbyt dużo czasu poświęcasz płytom, które są „wielkie”, „ważne”, „przełomowe”? Ten mały wakacyjny remanent pozwoli przypomnieć kilka takich, których przede wszystkim miło się słucha. A przy okazji pozwoli mi nadrobić zaległości…

akron_family_set_em_wildAKRON/FAMILY „Set ‚Em Wild, Set ‚Em Free”, Dead Oceans
premiera: 5.05.09, źródło: Amazon.com (CD)
8/10

Kompletnie nie rozumiem narzekań. Album może i gorszy od poprzednich, ale chłopaki mają wciąż trzymają się psychodelicznych wzorców, tylko już bardziej psychodeliczno-funkowych niż  hymnowo-hipisowskich, czasem wjeżdżają na obszar rocka progresywnego, by potem zagrać jak Crosby, Stills & Nash albo jak sam Bob Dylan. Bardzo różnorodna płyta, na której po dwóch miesiącach słuchania ciągle mam coś nowego do odkrycia.

Zaczynać od „The Alps & Their Orange Evergreen”. Tytuł nie brzmi jak klasyk, ale utwór już tak

gaba_kulka_hat_rabbitGABA KULKA „Hat, Rabbit”, Mystic
premiera: 4.06.09, źródło: promo-CD Mystic
6/10

Tak zwany własny styl upleciony na kanwie Kate Bush i Tori Amos. Przyjemne, perspektywiczne, w sumie nawet niebanalne, ale może tak troszeczkę, odrobinkę wykalkulowane? Jeśli dziesiątki słuchaczy (nie będę sobie pochlebiał – tysiące raczej tego nie czytają) krzykną w tym momencie „nie!”, to coś w tym musi być 😉

Zaczynać od: „Niejasności”, ale pewnie i tak już każdy słyszał

serge_gainsbourg_histoire_de_melody_nelsonSERGE GAINSBOURG „Histoire de Melody Nelson”, Light In The Attic – REEDYCJA
premiera: 24.03.71 / reedycja: 24.03.09, źródło: Amazon.com (CD)
9/10

Czasem robię testy największym sklepom płytowym stolicy, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że robić w nich zakupy można tylko na chybił-trafił. Ostatnio w czasie przypadkowej obecności nie udało mi się znaleźć w żadnym z trzech kontrolowanych sklepów EMPiK i Saturn albumów The Beatles „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” i Pink Floyd „Dark Side Of The Moon”.  Co dopiero mówić o Serge’u Gainsbourgu. W największym polskim sklepie internetowym Merlin.pl są aktualnie tylko trzy płyty Gainsbourga: mało reprezentatywny album reggae, wydany po latach zestaw z awangardowego Tzadika – sic! – oraz typowa składanka, ale za to opatrzona komentarzem: „towar trudno dostępny”. W tym samym czasie w Stanach – dokładnie 28 lat od premiery – wyszła nowa reedycja najważniejszej z perspektywy czasu płyty SG. Idealny obiekt snobizmu dla dzisiejszych Amerykanów z alternatywnego środowiska, ale obiektywnie – album bardzo dobrze znoszący upływający czas. Dzięki płynącym, lekko funkowym, czasem symfonicznym aranżom i wyciszonej, napiętej (także seksualnie, jak to u SG) narracji – słucha się go z niezwykłą przyjemnością. Chociaż to rzecz przewrotna, a nawet rodzaj lekkiej dewiacji, bo przecież „Histoire…” to zarazem concept-album, w dodatku mierzący się w swoim czasie raczej z The Moody Blues niż z Pink Floyd czy The Beatles. Efekt końcowy jest jednak – jak to bywało u Gainsbourga – zbyt wyrafinowany, żeby tak łatwo tę płytę zaszufladkować. A już tym bardziej – żeby o niej zapomnieć. Polecam. Wprawdzie to tylko 28 minut muzyki, ale za to gruba książeczka i jeszcze grubsza legenda.

Zaczynać od króciutkiej „Ballade de Melody Nelson”. I koniecznie zestawić to z początkami grupy Air 😉

grizzly_bear_veckatimestGRIZZLY BEAR „Veckatimest”, Warp
premiera: 26.05.09, źródło: Amazon któryśtam (CD)
7/10

Obiecałem w komentarzach pod recenzją Mariusza Hermy, że się nie będę wypowiadał, bo temat wyczerpany. No to się nie wypowiadam, ale nie wspominałem przecież nic o umieszczaniu tej płyty w różnego typu zestawach, więc umieszczam. Słucha się jej przecież… no tak, ale o tym miałem nie mówić.

Zaczynać od początku

iron_and_wine_around_the_wellIRON & WINE „Around The Well”, Sub Pop
premiera: 19.05.09, źródło: Amazon.com (CD)
8/10

Pokaż mi swoje archiwum niepublikowanych piosenek, a powiem ci, kim jesteś. O! Pan Sam Beam. Kłaniam się w pas. Kapitalne! Dwie płyty takiego materiału, że ja przepraszam. I jeszcze przechwycił pan takie klasyki jak „Waitin’ For The Superman”  TheFlaming Lips i „Love Vigilantes” New Order, robiąc z nich coś, co brzmi, jak gdyby Pan to sam napisał. Majstersztyk. „The Bootleg Series”? „Archives”? Jak Pan zamierza zatytułować tę tak pięknie rozpoczętą kolekcję?

Zaczynać od „Trapeze Swinger”, czyli od końca

nosaj_thing_the_driftNOSAJ THING „The Drift”, Alpha Pup
premiera: 9.06.09, źrodło: Boomkat.com (mp3)
7/10

Kolejny z nowej fali amerykańskich producentów elektronicznych, którzy potrafią dużo więcej niż zaszpanować na Miami Music Conference i zagrać do tańca dla kalifornijskich VIP-ów. Przede wszystkim album oszczędny w środkach, za to środki te wykorzystujący w sposób perfekcyjny do tworzenia lekko klaustrofobicznej atmosfery z pogranicza dubstepowych wynalazków.  Gdyby w warstwie kompozycji/koncepcji rzecz była tak biegła jak w warstwie brzmieniowej i gdyby nie drobiazgi psujące odbiór całości (naiwnie pocięte i zmultiplikowane uderzenia perkusji, efekt łatwego „choppingu” komputerowego), warta byłaby wyższej wyceny punktowej.

Zaczynać od „Fog”

phoenix_wolfgang_amadeus_phoenixPHOENIX „Wolfgang Amadeus Phoenix”, Glassnote
premiera: 25.05.09, źródło: Amazon.co.uk (CD)
7/10

Trochę jak przy Akron/Family – cień starszych płyt psuje zabawę, ale tylko dopóty, dopóki próbujemy całość analizować na zimno i pisać recenzje. Przedtem i potem będzie to po prostu zwarty zestaw pop-rockowych kompozycji. Pobudzających, pozytywnych, pozbawionych alternatywnego mazgajstwa i  wyprodukowanych tak, żeby konkurować z muzyką z list przebojów. A wydaje mi się, że niełatwo w tych rejonach znaleźć coś, co człowieka nie odrzuca od pierwszego słuchania.

Zaczynać od „Love Like a Sunset, Part 1”, bo chociaż niezbyt reprezentatywne – ale za to dobrze nastraja do możliwości zespołu

simone_white_yakiimoSIMONE WHITE „Yakiimo”, Honest Jon’s
premiera: 12.06.09, źródło: Boomkat.com (mp3)
6/10

Przeciwieństwo tej płyty powyżej. Delikatny, balladowy album wrażliwej osoby, na gitarę, głos, niezbyt natarczywie grającą sekcję rytmiczną i skrzypce. I żadnej „The Beep Beep Song” tym razem. Kiedy napisałem ostatnio o Simone, fraza „The Beep Beep Song słowa” była jednym z najczęściej wpisywanych w Google tekstów, po których do mnie zaglądano. Tak jakby te słowa kryły jakąś wielką tajemnicę. Jeśli już, to pewnie więcej tajemnic kryje się tutaj, wśród tych 15 nowych piosenek.

Zaczynać od „Victoria Ann”

speech_debelle_speech_therapySPEECH DEBELLE „Speech Therapy”, Big Dada
premiera: 1.06.09, źródło: promo-CD Festiwal Nowa Muzyka
8/10

Bezgraniczna sympatia do  The Streets – to mnie łączy ze Speech Debelle. Ma nade mną przewagę zasadniczą: wprawdzie ona najwyraźniej ceni sobie tylko te wycofane, balladowe kawałki Skinnera, ale za to ja nie potrafiłbym tej sympatii tak ładnie wyrazić muzycznie. Chociaż gościnnie pojawia się Roots Manuva, to nie dajcie się zmylić – mamy tu nieortodoksyjny hip hop pop po brytyjsku, melodyjny, z fortepianem, smyczkami i mnóstwem innych żywych instrumentów w aranżach. Mało skoncentrowany na brzmieniu i na pewno nie tak głęboki i potężny, jak u Roots Manuvy, za to z dość czytelnymi, rzewnymi wręcz – chciałoby się dodać – refrenami do pomachania ręką na koncercie (niedługo będzie okazja w Katowicach). Jeśli słuchajcie Lily Allen, to wymieńcie się szybko z kimś na Speech Debelle, póki jeszcze znajdzie się jakiś frajer. Ja w tym czasie posłucham jeszcze raz.

Zaczynać przewrotnie  – od: „Finish This Album”

wilco_the_albumWILCO „The Album”, Nonesuch
premiera: 30.06.09, źródło: Amazon.com (CD)
6/10

Jak ktoś tytułuje płytę „The Album” to albo nie miał nic nowego do powiedzenia, albo uważa, że stworzył właśnie swoje magnum opus. Nie wiem, co sobie myśleli członkowie Wilco, ale na pewno do tego ostatniego sporo brakuje.  Trudno żebym gorzej punktowo ocenićłpoziom wykonawczy tej grupy, w partiach poszczególnych instrumentów jest sporo do słuchania. Ale tak się jakoś składa, że album, który z racji nazwy zespołu na „W” znalazł się na końcu, jest również tym z całej niniejszej listy, do którego najmniej mi się chce wracać.

Zaczynać od „Wilco (the Song)”. Jeśli nie kupujecie, to spróbujcie „Bull Black Nova”. A jeśli i to Wam się nie spodoba, to znaczy, że w lekturze tego wpisu zabrnęliście za daleko, trzeba się było zatrzymać na jednej z poprzednich płyt!

Pukkelpop, 14.08

Cały festiwal to 3 dni, 8 scen i około 200 wykonawców. Wiele koncertów się pokrywa, więc jeśli widziałem fragment, będę się starał to wyraźnie zaznaczać. Cały wybór był dość subiektywny, reakcje pokoncertowe okrutne, dyktowane zmęczeniem, przesytem (zwykle nie słucham muzyki przez 12 godzin non-stop), głodem itd.

Spóźniliśmy się na Kaizers Orchestra, bo wymiana biletów na opaski festiwalowe okazała się dość wąskim gardłem, podobnie zresztą jak przechodząca przez Hasselt dwupasmówka, która zarazem służyła jako przejście dla pieszych pomiędzy terenem festiwalu a polem namiotowym. No i mieliśmy lekkie spóźnienie. W czwartek powitała nas więc Amy MacDonald – sympatyczna i bezpretensjonalna Szkotka śpiewająca na początek popołudnia na dużej scenie. Idealne do tego, żeby dokończyć frytki z majonezem, belgijski przysmak i festiwalowe pożywienie o najlepszym stosunku kaloryczności do ceny. Strategicznie ominęliśmy namiot z The Cribs, wychodząc z założenia, że to nie nasza bajka, i wylądowaliśmy pod sceną Dance Hall na występie Santogold. Zachwyty nad jej płytą trochę mnie ostatnio denerwowały, no bo jednak trochę wtórna w stosunku do M.I.A. Tymczasem ten przyjemny koncert udowodnił, że na scenie rzecz się sprawdza naprawdę dobrze, wykonanie studyjnych niuansów jest co najmniej przyzwoite, a chórek wokalistek-tancerek przebranych w lekko kiczowate stroje okazał się jedną z bardziej widowiskowych formacji na całym Pukkelpopie. Zdaniem mojej żony powinny dostać złoto w konkurencji tańca synchronicznego, gdyby na olimpiadzie ktoś taką wprowadził.

W przelocie rzuciliśmy uchem na również lekko kiczowatą, ale już znacznie mniej absorbującą muzykę Little Dragon na przesympatycznej scenie Chateau (mała, przytulna, z trybuną dla widzów i okrągłym kształtem – jedna z fajniejszych, jakie kiedykolwiek widziałem na letnich festiwalach, choć przy tym paskudnie duszna). Jaka płyta, taki live. Z pustego to i Salomon. Wiadomo.

Dalej byli Infadels. Zespół lubiany na festiwalach, na Pukkelpopie obecny po raz trzeci i mający tu swoją oddaną publiczność. Ja rozumiem mieć chwytliwe refreny. Ale ta grupa ma same refreny. Uciekliśmy więc, żeby zobaczyć od początku Menomenę w Chateau. I żeby się przekonać, że trzech facetów na scenie (przystojnych, to fakt) to bywa trochę za mało. Tym albo brakuje ogrania koncertowego, albo mają kłopoty z pokazaniem atutów swoich niezłych kompozycji w warunkach scenicznych. Tyle tytułem eufemizmów. Bo jeśli mam być bardziej precyzyjny: w aranżach ich koncertowych kawałków są takie dziury jak w ciele Lemoniadowego Joe po postrzale (to porównanie to taki mały test wiekowy dla czytelników niniejszego bloga). Ale zdzierżyliśmy twardo prawie do końca, bo na zewnątrz szalał Serj Tankian, jak się okazało – kompletnie nieszkodliwy koleś, który śpiewa dziś piosenki przy pianinie. Te czasy…

Pod namiotem Marquee (druga co do wielkości scena) zameldowaliśmy się punktualnie na koncert Joan As Police Woman. Nie widzieliśmy artystki w Hard Rock Cafe (i podobno słusznie, bo to lokal, w którym jeszcze nie udało się dobrze nagłośnić koncertu, a mówią, że ten w tej materii niczego nie zmienił), ale za to mamy piękne wspomnienia z jej poprzedniej trasy europejskiej i berlińskiego Lido. Tu spodziewałem się klapy, bo nowa płyta taka jakby mniej „koncertowa”, tymczasem występ sprawił, że zupełnie inaczej spojrzałem na album. A przede wszystkim na to, jak urosły umiejętności wokalne Joan między pierwszą a drugą płytą. Szkoda tylko braku Antony’ego w „I Defy”, ale basistka i nowy perkusista nieźle wybrnęli z zadania, dzieląc się partią Antony’ego po połowie. 🙂 Niektóre z nowych utworów – choćby „Holiday” – w wersji scenicznej na trzy instrumenty wypadły lepiej niż ze smyczkami i smaczkami studyjnymi. W sumie od tego koncertu zaczął się dla mnie festiwal.

Zostawiliśmy British Sea Power fanom British Sea Power i poszliśmy zobaczyć Tricky’ego. Tu było gęsto od ludzi i głośno, ale to, co usłyszeliśmy, tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że Tricky skończył się na „Maxinquaye”. Chwyta za pompatyczny, rockowy banał, ale robi to z mniejszym wdziękiem niż jego koledzy z Massive Attack, próbuje śpiewać, nie wychodzi mu źle, ale chciałbym nieśmiało przypomnieć, że chwilę wcześniej słuchaliśmy Joan Wasser. Okrucieństwo to jedyna słuszna reakcja pozwalająca w konsekwencji wycisnąć z festiwalu to, co najlepsze. Po obejrzeniu finału Tricky’ego, przebiegliśmy wystraszeni na drugi koniec imprezy, o drodze słysząc początek koncertu Iana Browna (widzieliśmy kiedyś i wystarczy). Na drugim końcu był namiot o nazwie Club, a w nim – koncert Hadouken!, grupy grindie (grime + indie), co przekładało się na efekt końcowy tak, że muzyka była bardziej grime, a wygląd bardziej indie. Średnia wieku spadła już chyba do 15 lat, a językiem dominującym wśród publiczności stał się angielski. Na scenie też zobaczyliśmy i usłyszeliśmy również młodzież – dużo energii, ale technika i pomyślunek gdzieś w tyle; co tu dużo kryć, mają jeszcze to, co najlepsze, przed sobą, ale na razie nie dorastają do pięt swojemu protektorowi Mike’owi Skinnerowi. Przebiegliśmy na Hot Chip, spodziewając się czegoś lepszego. Sparzyliśmy się w sposób tak zdecydowany, że aż poszliśmy po rozum do głowy i wylądowaliśmy na jednoosobowym występie Henry’ego Rollinsa, który zamiast śpiewać – opowiadał przez mikrofon przez półtorej godziny (jeśli nie liczyć setów didżejskich był to najdłuższy występ festiwalu!), co sądzi o Ameryce, świecie współczesnym, dalszym i bliższym Wschodzie oraz robalach. Wychodziliśmy z namiotu zadowoleni, a jednocześnie trochę rozbici, bo to był na razie (po Joanie) drugi najlepszy koncert dnia…

W dodatku przed nami był największy dylemat festiwalu. Co wybrać: Mercury Rev czy Iron & Wine. Ostatecznie daliśmy sobie spokój z widzianym wcześniej MR na rzecz grupy, którą przywiózł do Europy Sam Beam, a która z Iron & Wine znanym z płyt okazała się mieć niewiele wspólnego. Ba, to był nieco inny koncert niż ten na Offie (który znam tylko z radia), nieco bardziej, hmm… rockandrollowy. Więcej południowego rocka i improwizacji niż w Mysłowicach, ale trochę kosztem atmosfery. Zazdroszczę więc Offowiczom (a wiem, że byli także na Pukkelpopie, bo mignęła nam koszulka Off Festivalu w tłumie) wyjątkowego koncertu i akustycznego setu, którego zabrakło w Belgii. Choćz drugiej strony – wyszedłem bardzo usatysfakcjonowany, a reakcja publiczności w Hasselt była kapitalna.

Dzięki miłemu rozkładowi koncertów zdążyliśmy zobaczyć prawie całą Róisin Murphy na dużej scenie. Prawie całą dosłownie, bo przebiera się w tej chwili już nie co 15 minut, ale przed każdym utworem, a robi to na środku sceny. Zaczęła tylko w towarzystwie didżejów i chórku, brzmiało jak set do tańca, ale na szczęście rozwinęło się w miarę upływu czasu i wchodzenia kolejnych instrumentów. Jest czego słuchać (i na co popatrzeć), ale Moloko w wersji live to wciąż – jak dla mnie – rzecz nie do pobicia w tej kategorii. Poza tym kto by tam się zastanawiał nad wyższością Bożego Narodzenia nad Wielkanocą, skoro zaraz mieli grać The Flaming Lips. Pobiegliśmy więc do Marquee zająć miejsca. I słusznie, bo FL to ciągle precyzyjnie przygotowany (a zarazem – paradoksalnie – totalnie spontaniczny) show, jakiego nie robi nikt w świecie alternatywnego rocka. Wayne Coyne nie waha się zrobić cyrk z koncertu po to, żeby od początku podgrzać atmosferę. Zjeżdża ze sceny w plastikowej kuli już na powitanie i otwiera jak zwykle utworem „Race For The Prize” z wybuchami armatek wypełnionych konfetti, balonikami, a teraz jeszcze gromadą teletubisiów (przypominam, że to była wersja na Europę Zachodnią) zgromadzonych po obu stronach sceny. Ogólnie rzecz biorąc: jeśli chodzi o dramaturgię, The Flaming Lips zaczynają w takim punkcie, w którym inni kończą. A potem napięcie stopniowo rośnie. Gdyby nie anemiczna reakcja widowni i parę brzmieniowych zaniedbań i okrutnych zniekształceń, ten set utworów z ostatniej płyty i pojedynczych starszych hitów (były piosenki z wczesnego okresu kariery FL!) byłby skończonym mistrzostwem i najlepszym koncertem The Flaming Lips, jaki widziałem. Ale i tak był najlepszym momentem Pukkelpopu dla mnie prywatnie.

Może to wina poprzedników, ale koncert Holy Fuck – najlepszej młodej grupy koncertowej wg angielskiej prasy – nie zrobił już na mnie takiego wrażenia. Wszystko brzmiało nieco zbyt matematycznie, spodziewałem się jazgotliwego transu na koniec dnia, a tu zawiało chłodem. Zresztą w ogóle zimno się zrobiło, więc poszliśmy spać. Największy pożytek z takiego zakończenia dnia to fakt, że nazwa grupy, którą zobaczyliśmy jako ostatnią, nieźle oddała stan ducha kogoś, kto zobaczył właśnie na scenie The Flaming Lips.

Parę słów o dniu drugim niebawem. Muszę się wyspać, a po takich ilościach frytek z majonezem trudno się zasypia.

Piwo, frytki i The Flaming Lips

Przywieźliśmy jako łupy z wyprawy dwie paczki gofrów i sześciopak piwa Leffe.

W tym miejscu mógłbym urządzić mały konkurs na nazwę festiwalu, który odwiedziliśmy z żoną tego lata. Ale po co, skoro wszyscy zainteresowani i tak pewnie dawno już wiedzą. No bo gdzie indziej można było tego lata nadrobić niewidziane gwiazdy Off Festivalu, Nowej Muzyki i Open’era (no, powiedzmy, że w niewielkim stopniu), jeśli nie na Pukkelpopie?

Nigdy tu wcześniej nie byliśmy i muszę powiedzieć, że wrażenia są wyjątkowe. Po pierwsze, wyobraźcie sobie małe belgijskie miasteczko, w środku którego (wcale nie żartuję) od 23 lat odbywa się wielka impreza z muzyką alternatywną i wyrasta (również praktycznie w środku miasta) pole namiotowe na kilkadziesiąt tysięcy osób. I nie tylko nikt nie protestuje, ale jeszcze młodsze i starsze (piwo na jednym ze stanowisk nalewał nam 70-latek, frytki z majonezem podawała pani w wieku babci festiwalowiczów, a parkingu pilnował między innymi facet powyżej 60-tki) osoby z okolicy zaangażowane są w pracę nad imprezą. Po drugie, koncerty zaczynają się tu koło południa i kończą o 2.00 (co jest błogosławieństwem dla starych pryków takich jak ja). Po trzecie, pole namiotowe ma zadeklarowaną ciszę nocną od 2.00 (co jest błogosławieństwem…. i tak dalej).

Deklaracje okazały się niestety tylko deklaracjami, ale i tak było fajnie.

Pukkelpop ma długą tradycję i narodził się w Hasselt jako impreza związana najpierw z belgijską sceną New Beat i nowofalową, a potem prezentująca niezależny rock ze Stanów (Sonic Youth, Dinosaur Jr. i okolice). Od czasu do czasu przemykają więc przez teren festiwalu siwowłosi załoganci zainteresowani intelektualnym graniem gitarowym, co nie zmienia faktu, że gros publiczności to młodzież w okolicach lat 16, słowem: ludzie, którzy – bez obrazy – u nas jeżdżą jeszcze najczęściej na Przystanek Woodstock. Headlinerzy są bezpieczni i zapewniają wielotysięczną publiczność: Metallica, The Killers, Roisin Murphy, Sigur Rós, Editors, Bloc Party i Within Temptation. No ale nie przyjechaliśmy tu sprawdzać, ile włosów zostało Jamesowi Hetfieldowi ani posłuchać piosenki z reklamy Nike’ów, zatem zostawmy większość z powyższych w spokoju. Cały skład możecie sobie sprawdzić tutaj. Zastrzegam, że jako młodzi rodzice (w tym akurat jestem młody, przyznaję) oddaleni o 1250 km od swojej pociechy wybraliśmy wariant maksymalnych wrażeń w minimalnym czasie, więc na festiwalu byliśmy dwa dni i nie zobaczyliśmy wielu tak ciekawych artystów, że aż wstyd się przyznać, zresztą pewnie i tak sobie sprawdzicie pod powyższym linkiem i będziecie się nade mną pastwić. No ale uczciwość przede wszystkim. Nie będę ściemniał. Jechałem i tak przede wszystkim na wykonawców z pierwszego dnia imprezy: The Flaming Lips i Iron & Wine. I w sumie, jeśli mam być szczery, mógłbym te kilometry przejechać tylko dla nich. Reszta w tej sytuacji jest po prostu ciekawym bonusem, zatem nie należy czegokolwiek żałować, tylko cieszyć się z szansy zobaczenia jeszcze jednego dobrego festiwalu chociaż we fragmentach. I o tych fragmentach w kolejnym wpisie, bo długie wpisy mają to do siebie, że nikt ich nie chce czytać, a pisać to już tym bardziej…

KRÓTKIE PIŁKI 2.0

FLEET FOXES
„Sun Giant” (EP)
Sub Pop 2008
>>>4<<

Co to? Jakieś religijne szanty? – taka była mniej więcej moja myśl, gdy (bez przygotowania – poza mglistą wiedzą, że to „jakiś dobrze zapowiadający się zespół folkowy”) słuchałem po raz pierwszy „Sun Giant”. Wiem jedno: gdyby to usłyszeli wielbiciele Sub Pop (Fleet Foxes nagrywają dla tej wytwórni) i muzyki ze Seattle (są z tego miasta) w połowie lat 90., to pukaliby się w głowę. Dziś folkowe granie rządzi, dominuje także w katalogu SP, więc nikt się nie zdziwi samym kierunkiem. „Sun Giant” to w gruncie rzeczy mieszanka bardzo różnych folkowych wpływów: od brytyjskiego grania w przecudnej aranżacji w najlepszym na płycie „Mykonos”, przez Neila Younga i Beach Boys w środkowej partii EP-ki (tu mogą się kojarzyć na przykład z zeszłoroczną płytą Panda Bear, ale są IMHO lepsi), po barkowy pop. Tam, gdzie FF idą w stronę The Moody Blues czy Barclay James Harvest, bywa odrobinę nużąco. W ogóle niedobrze słuchać tej EP-ki z przeświadczeniem, że to będzie to skończone genialne dzieło. Nic podobnego – na razie to kapitalny szkic z dwoma-trzema rewelacyjnymi momentami. Największy podziw budzi to, jak jest śpiewany… Harmonie, chórki, melodie partii wokalnych, świetny głos Robina Pecknolda. Wszystko wskazuje, że debiut pełnometrażowy, który wychodzi 3 czerwca, ma szansę być co najmniej najlepszą wokalną płytą tego roku. Czyżby następcy Joanny Newsom AD 2008? Wyższą punktację na razie trzymam na czas oceniania długogrającego debiutu, gdyby ktoś pytał.

.


JAMIE LIDELL
„Jim”
Warp 2008
>>>4<<

„Multiply” nie była jak dla mnie płytą powalającą. „Jim” jest pełniejszy, bardziej równy i satysfakcjonujący, choć to wciąż w dużej mierze konfekcja. Na poprzedniej płycie Lidell w swojej stylizacji na Steviego Wondera był po prostu okrutnie bezczelny, tutaj tę bezczelność wspomaga jeszcze dużą pracą włożoną w brzmienie swoich wokali oraz całkiem niezłymi kompozycjami. W czasie zmierzającym do nieskończoności jest w stanie dogonić oryginał, więc mam nadzieję, że będzie dbał o zdrowie. Poza tym gdzie indziej można spotkać Gonzalesa, Peaches i Mocky’ego w czasie jednej sesji?

.


BABY DEE
„Safe Inside the Day”
Drag City 2008
>>>4<<

„Ta płyta nie ma nic wspólnego z albumami Antony’ego & the Johnsons” – coś takiego mogliby napisać na nalepce naklejonej na ten album, żeby ludzie przestali to źle odbierać. Bo album sam w sobie jest naprawdę niczego sobie, pod warunkiem, że patrzymy na niego jako na specyficzną, kabaretową formułę muzyczną, a udział Matta Sweeneya i Bonniego „Prince’a” Billy’ego uznamy za zabawny kaprys i ciekawe poszerzenie ich zawodowego pola widzenia. Traktowanie ze śmiertelną powagą tego, co zrobił(a) Baby Dee, ma podobny sens, co uznawanie „Priscilli – królowej pustyni” za społeczne kino drogi. Jeden fakt, który przemawia przeciwko tej płycie? Jest bardzo nierówna. I może jeszcze to, że ze względu na przepaść generacyjną trudno będzie się przebić do młodzieży 55-letniej artystce. W sumie mogłaby być moim ojcem. No właśnie – tylko czy na pewno mogłaby?

.


THE RACONTEURS
„Consolers of the Lonely”
Third Man Records 2008
>>>4<<

Z trudem jestem w stanie zdzierżyć taką dawkę rocka. Żadnego chwytu, którego byśmy nie znali. Znów Led Zeppelin, ciosana produkcja i riffy przypominające te z debiutu The R i z ostatnich albumów The White Stripes. W dodatku wątki muzyczne płynnie przechodzą między tymi dwoma projektami – da się zauważyć choćby to, że Jack White ma jakąś przepotężną „fazę” na brzmienia hiszpańskie. Jeśli coś mnie w tym nudzi to tylko częstotliwość, z jaką Jack White nagrywa albumy rockandrollowe. „Broken Boy Soldiers” był lepszy, zwarty, równy i pozbawiony jakichkolwiek przestojów. Ten je ma. Albo to płyta zmęczona – albo to ja, ilekroć jej słucham, jestem zmęczony. Może to, co napiszę, znów potraktujecie jako nadmiar czepialstwa, ale ja naprawdę mam słabość do White’a. I nawet ostatni album The White Stripes był lepszy od tego.
.

Wiem, same czwórki – aż się głupio człowiek czuje po takiej serii, ale płyty przyzwoite, choć każda inna. W sprawie ogłoszeń różnych, na pewno już wiecie, ale IRON & WINE w Mysłowicach!!! Husky, nie trzeba się wstydzić, wystarczy napisać (to a propos komentarza pod poprzednim postem) maila, taki skład artystów to już realny pretekst, żeby robić dużo szumu wokół tej imprezy!!!

No i wiem, ciągle mam parszywe opóźnienia, wybaczcie. W radiu na szczęście jesteśmy w miarę na bieżąco. 🙂

cdn.