Tag Archives: Fleet Foxes

Fleet Foxes na żywo. Równie dobre

fleet_foxes

Oto zespół, który powinien się znaleźć w tym roku w programie przynajmniej jednego z letnich festiwali w Polsce. Wiem, narzekam, chociaż plany festiwalowe imponujące. A jednak… Warto czasem poświęcić dolary wydane na gwiazdę o bardzo znanym nazwisku i przeznaczyć je na zespół o nazwie znanej na razie fanom sceny niezależnej, ale za to już wielki i rosnący w siłę. To również zespół, którego słuchanie polecam polskim wokalistom – Robin Pecknold to kolejny w ostatnich latach perfekcyjny wokalista, który również na żywo potrafi śpiewać idealnie. W dwóch solowych wejściach w czasie berlińskiego koncertu FF (w dość przyjemnej i pojemnej sali Huxley’s Neue Welt) pokazał to znakomicie. W chórkach, gdy włączały się jeszcze 3/5 zespołu – z wyjątkiem Skylera Skjelseta, który jakoś się do śpiewania nie palił – bywało nieco gorzej, ale w większości momentów ściana wokalna brzmiała potężniej niż ściana gitar na drugim planie.I bardzo dobrze.

FF zagrali w sumie 1,5-godzinny, porządny koncert z niemal całością płytowego repertuaru, bez długich improwizacji, za to z dobrym wyczuciem napięcia. Obiecali nowe nagrania, doliczyłem się co najmniej dwóch. Ponadto Pecknold solo zagrał i zaśpiewał piosenkę z repertuaru Joan Baez „Silver Dagger” (właściwie to utwór tradycyjny, tyle że przez Baez spopularyzowany). Największym odkryciem był dla mnie jednak nie Pecknold, ale Josh Tillman i jego poczucie humoru. Gość robi za konferansjera z drugiej linii, gdy panowie stroją gitary (a robią to dość często), fundując publiczności autotematyczne żarty na temat swojej własnej konferansjerki. Ogólnie zupełnie nie robi wrażenia tego zagłuszonego, delikatnego melancholika z ostatniej płyty solowej.

Jaka będzie nowa płyta FF? Tego na podstawie koncertu nie da się przewidzieć. Kompozycje wydają się mniej chwytliwe, ale może tylko pozornie. Najważniejsze, że słychać radość grania u Pecknolda i reszty, głód grania w pewnym sensie. Wszystko wskazuje na to, że nie poddadzą się po sukcesie pierwszej płyty. Gdzieś koło trzeciej,  gdy forma zacznie lekko spadać, wylądują w Polsce. A może spadać nie zacznie? W tedy tym bardziej warto ich zobaczyć, bo to jest jeszcze ten moment, kiedy w Europie grają w klubach o znośnej wielkości i nie myślą nawet o stadionach.

Przy okazji to, co powyżej, jest odpowiedzią na napływające do mnie pytania, czy jeszcze żyję. Kolejnymi odpowiedziami są: komplet tekstów LPD z „Różowej Księgi” we Wrzutni oraz wreszcie obszerniejsze uzupełnienia listy premier (na dniach).

34 najlepsze płyty roku 2008

Ale nuda. Wieszam tu w końcu podsumowanie płytowe roku, mimo niedokończonych alfabetycznych rekolekcji (to be continued, w miarę wolnego czasu). To prawdopodobnie ostatnie zestawienie najlepszych albumów, jakie gdziekolwiek przeczytacie, więc zapewne nie jest już nikomu potrzebne. Ale ten dłuższy czas był mi w tym roku naprawdę potrzebny – to był rok może nie tyle ważnych, co przynoszących sporo przyjemności albumów. A sporządzenie tego zestawienia kosztowało mnie wiele rwania włosów z głowy i dodatkowych przesłuchań. I to bez żadnej gwarancji, bo kto wie, jak na to zestawienie popatrzę za rok, ba, za miesiąc. Sporządziłem je w pełni subiektywnie, jak zwykle bez kolejności (bo jak coś jest już najlepsze, to nie bardzo widzę powód, by odróżniać „lepsze” od „jeszcze lepszych”) i niespecjalnie oglądając się na opinie innych. No dobra – powiecie – ale przecież tu są płyty lepsze od innych. Oczywiście, w zależności od tego, pod jakim kątem na nie spojrzeć. Ale wszystkie skupiały moją uwagę wyjątkowo długo. Starałem się wybierać płyty, które kupiłbym za własne pieniądze raz jeszcze, nawet jeśli już je posiadam. Oto więc trzydzieści cztery najlepsze płyty 2008 roku moim skromnym zdaniem. Dlaczego akurat tyle? Jeśli ktoś zna moją listę sprzed roku, pamięta być może, że były na niej 33 pozycje. I jeśli teraz nie jest jeszcze wszystko jasne, to może za kilka lat uda mi się bardziej rozjaśnić, jeśli tylko wytrwam w woli prowadzenia tego bloga.
Dzięki dla paru osób, które mi podsuwały różne płyty w tym roku. A ponieważ te osoby same dobrze o tym wiedzą, pozwalam sobie nie wyróżniać ich z nazwiska.

t r z y d z i e ś c i   c z t e r y   p ł y t y   r o k u   2 0 0 8

{{{SUNSET}}} „The Glowing City”, Autobus
bo tylu piosenkowych pomysłów na jednej płycie nie słyszałem w tym roku

ARTHUR RUSSELL „Love Is Overtaking Me”, Audika
bo okazał się brakującym ogniwem między sceną starej awangardy i nowego folku

ATLAS SOUND „Let the Blind Lead Those Who Can See But Cannot Feel”, Kranky
bo lider Deerhuntera solo okazał się jeszcze lepszy

BAR KOKHBA “Lucifer. The Book of Angels vol. 10”, Tzadik
bo to jedna z najlepiej wykonanych płyt z muzyką Zorna w ogóle

BASIC CHANNEL „BCD-2”, Basic Channel
bo to był klasyk, zanim jeszcze wyszedł na CD

BILL DIXON WITH EXPLODING STAR ORCHESTRA “Entrancing”, Thrill Jockey
bo to spotkanie dwóch improwizatorów o wielkiej wyobraźni

BON IVER „For Emma, Forever Ago”, Jagjaguwar/4AD*
bo to najbardziej klimatyczna płyta roku

BONNIE ‚PRINCE’ BILLY “Lie Down In the Light”, Drag City
bo Bonnie stylistycznie wrócił do starych czasów i utrzymał formę

CARL CRAIG & MORITZ VON OSWALD “Recomposed by”, Deutsche Grammophon
bo tak remiksowanej muzyki klasycznej jeszcze nie słyszałem

DEERHUNTER “Microcastle”, Kranky
bo to muzyka, która do Bradforda Coxa przekona prawie każdego, a dzięki temu ludzie trafią na jego inne płyty 😉

DUNGEN „4”, Kemado Records
bo to najpiękniejsza psychodeliczna płyta tego roku

ESBJÖRN SVENSSON TRIO “Leucocyte”, Act
bo to lepsza płyta niż ostatnie i wielki krok naprzód stylistycznie

FLEET FOXES „Fleet Foxes”, Sub Pop
bo to największe odkrycie tego roku pod każdym względem

FUCK BUTTONS “Street Horrrsing”, ATP
bo to pomysł, który – choć prosty – ma niezwykłą siłę przyciągania

GAS „Nah und Fern”, Kompakt
bo to płyta, którą można się żywić przez cały rok i (dla mnie) wykonawca odkryty po czasie

GIRL TALK „Feed the Animals”, Illegal Art
bo to album, przy którym można jednocześnie poruszać nogą i głową

GROUPER „Dragging a Dead Deer Up a Hill”, Type
bo to płyta autorska, której nie sposób pomylić z żadną inną

JOHN CALE & TERRY RILEY „Church of Anthrax”, Wounded Bird Records**
bo to historyczne i idealne połączenie dwóch światów: rocka i awangardy

JOSEPHINE FOSTER “This Coming Gladness”, Bo’Weavil Recordings
bo to głos i ekspresja, obok której nie można przejść obojętnie

LINDSTRØM „Where You Go I Go Too”, Smalltown Supersound
bo czegoś takiego jeszcze nie słyszałem (nawet w wykonaniu Lindstrøma)

MGMT „Oracular Spectacular”, Columbia
bo to najlepsza popowa płyta z przebojami, jaką słyszałem w 2008 roku

NICO MUHLY „Mothertongue”, Bedroom Community
bo to świetne utwory łączące wszystkie najlepsze wątki rodem z Bedroom Community

PATTI SMITH & KEVIN SHIELDS „The Coral Sea”, Pask Records
bo to album do słuchania na szczególne okazje

PORTISHEAD „Third”, Island
bo okazali się nadzwyczajnym zespołem, który wciąż, mimo upływu lat, potrafił się nie zepsuć

RÓŻNI WYKONAWCY „African Scream Contest”, Analog Africa
bo to najlepsza dawka pozytywnej energii, a przy tym najlepsza płyta z muzyką z Afryki w tym roku

RÓŻNI WYKONAWCY „Dancehall. The Rise Of Jamaican Dancehall Culture”, Soul Jazz
bo to historia gatunku, jakiej od dawna poszukiwałem

SPIRITUALIZED “Songs in A & E”, Sanctuary
bo ta płyta przypomniała wreszcie wielkie Spiritualized

SPRING HEEL JACK, “Songs & Themes”, Thirsty Ear
bo to album, którego każde kolejne przesłuchanie (wciąż) przynosi lepsze efekty

STEINSKI „What Does It All Mean? 1983-2006 Retrospective”, Illegal Art
bo to kolejny punkt wyjścia – dla kilku gatunków muzycznych na raz

SUN KIL MOON “April”, Caldo Verde
bo to jedna z najlepszych songwriterskich płyt roku

TERRY RILEY “The Last Camel in Paris”, Elision Fields
bo to kolejne arcydzieło z archiwum Rileya

THOMAS BRINKMANN “When Horses Die”, Max Ernst
bo to, jak często wracałem do tej płyty, to dla mnie największe zaskoczenie tego roku

TV ON THE RADIO “Dear Science”, 4AD
bo potrafią aranżować i żonglować konwencjami z precyzją godną mechaniki precyzyjnej

WHY? „Alopecia”, Anticon
bo ujął mnie bezczelnością muzyczną i potrafił przywiązać do swojej płyty na długie tygodnie

* Tak, wiem, wyszła wcześniej. Kto ją znał w roku 2007 – ręka do góry. 🙂

** Tak, wiem, to czystej wody reedycja albumu z 1971 roku, ale płyta nigdy dotąd nie wyszła na CD

PS  Temat podsumowania i końca roku będzie jeszcze wracał na tym blogu w kilku odsłonach, bo nowy rok, jak wiadomo, oficjalnie zaczyna się dopiero wraz z premierą nowej płyty Animal Collective 😉

KRÓTKIE PIŁKI 2.0

FLEET FOXES
„Sun Giant” (EP)
Sub Pop 2008
>>>4<<

Co to? Jakieś religijne szanty? – taka była mniej więcej moja myśl, gdy (bez przygotowania – poza mglistą wiedzą, że to „jakiś dobrze zapowiadający się zespół folkowy”) słuchałem po raz pierwszy „Sun Giant”. Wiem jedno: gdyby to usłyszeli wielbiciele Sub Pop (Fleet Foxes nagrywają dla tej wytwórni) i muzyki ze Seattle (są z tego miasta) w połowie lat 90., to pukaliby się w głowę. Dziś folkowe granie rządzi, dominuje także w katalogu SP, więc nikt się nie zdziwi samym kierunkiem. „Sun Giant” to w gruncie rzeczy mieszanka bardzo różnych folkowych wpływów: od brytyjskiego grania w przecudnej aranżacji w najlepszym na płycie „Mykonos”, przez Neila Younga i Beach Boys w środkowej partii EP-ki (tu mogą się kojarzyć na przykład z zeszłoroczną płytą Panda Bear, ale są IMHO lepsi), po barkowy pop. Tam, gdzie FF idą w stronę The Moody Blues czy Barclay James Harvest, bywa odrobinę nużąco. W ogóle niedobrze słuchać tej EP-ki z przeświadczeniem, że to będzie to skończone genialne dzieło. Nic podobnego – na razie to kapitalny szkic z dwoma-trzema rewelacyjnymi momentami. Największy podziw budzi to, jak jest śpiewany… Harmonie, chórki, melodie partii wokalnych, świetny głos Robina Pecknolda. Wszystko wskazuje, że debiut pełnometrażowy, który wychodzi 3 czerwca, ma szansę być co najmniej najlepszą wokalną płytą tego roku. Czyżby następcy Joanny Newsom AD 2008? Wyższą punktację na razie trzymam na czas oceniania długogrającego debiutu, gdyby ktoś pytał.

.


JAMIE LIDELL
„Jim”
Warp 2008
>>>4<<

„Multiply” nie była jak dla mnie płytą powalającą. „Jim” jest pełniejszy, bardziej równy i satysfakcjonujący, choć to wciąż w dużej mierze konfekcja. Na poprzedniej płycie Lidell w swojej stylizacji na Steviego Wondera był po prostu okrutnie bezczelny, tutaj tę bezczelność wspomaga jeszcze dużą pracą włożoną w brzmienie swoich wokali oraz całkiem niezłymi kompozycjami. W czasie zmierzającym do nieskończoności jest w stanie dogonić oryginał, więc mam nadzieję, że będzie dbał o zdrowie. Poza tym gdzie indziej można spotkać Gonzalesa, Peaches i Mocky’ego w czasie jednej sesji?

.


BABY DEE
„Safe Inside the Day”
Drag City 2008
>>>4<<

„Ta płyta nie ma nic wspólnego z albumami Antony’ego & the Johnsons” – coś takiego mogliby napisać na nalepce naklejonej na ten album, żeby ludzie przestali to źle odbierać. Bo album sam w sobie jest naprawdę niczego sobie, pod warunkiem, że patrzymy na niego jako na specyficzną, kabaretową formułę muzyczną, a udział Matta Sweeneya i Bonniego „Prince’a” Billy’ego uznamy za zabawny kaprys i ciekawe poszerzenie ich zawodowego pola widzenia. Traktowanie ze śmiertelną powagą tego, co zrobił(a) Baby Dee, ma podobny sens, co uznawanie „Priscilli – królowej pustyni” za społeczne kino drogi. Jeden fakt, który przemawia przeciwko tej płycie? Jest bardzo nierówna. I może jeszcze to, że ze względu na przepaść generacyjną trudno będzie się przebić do młodzieży 55-letniej artystce. W sumie mogłaby być moim ojcem. No właśnie – tylko czy na pewno mogłaby?

.


THE RACONTEURS
„Consolers of the Lonely”
Third Man Records 2008
>>>4<<

Z trudem jestem w stanie zdzierżyć taką dawkę rocka. Żadnego chwytu, którego byśmy nie znali. Znów Led Zeppelin, ciosana produkcja i riffy przypominające te z debiutu The R i z ostatnich albumów The White Stripes. W dodatku wątki muzyczne płynnie przechodzą między tymi dwoma projektami – da się zauważyć choćby to, że Jack White ma jakąś przepotężną „fazę” na brzmienia hiszpańskie. Jeśli coś mnie w tym nudzi to tylko częstotliwość, z jaką Jack White nagrywa albumy rockandrollowe. „Broken Boy Soldiers” był lepszy, zwarty, równy i pozbawiony jakichkolwiek przestojów. Ten je ma. Albo to płyta zmęczona – albo to ja, ilekroć jej słucham, jestem zmęczony. Może to, co napiszę, znów potraktujecie jako nadmiar czepialstwa, ale ja naprawdę mam słabość do White’a. I nawet ostatni album The White Stripes był lepszy od tego.
.

Wiem, same czwórki – aż się głupio człowiek czuje po takiej serii, ale płyty przyzwoite, choć każda inna. W sprawie ogłoszeń różnych, na pewno już wiecie, ale IRON & WINE w Mysłowicach!!! Husky, nie trzeba się wstydzić, wystarczy napisać (to a propos komentarza pod poprzednim postem) maila, taki skład artystów to już realny pretekst, żeby robić dużo szumu wokół tej imprezy!!!

No i wiem, ciągle mam parszywe opóźnienia, wybaczcie. W radiu na szczęście jesteśmy w miarę na bieżąco. 🙂

cdn.