Tag Archives: Bill Dixon

34 najlepsze płyty roku 2008

Ale nuda. Wieszam tu w końcu podsumowanie płytowe roku, mimo niedokończonych alfabetycznych rekolekcji (to be continued, w miarę wolnego czasu). To prawdopodobnie ostatnie zestawienie najlepszych albumów, jakie gdziekolwiek przeczytacie, więc zapewne nie jest już nikomu potrzebne. Ale ten dłuższy czas był mi w tym roku naprawdę potrzebny – to był rok może nie tyle ważnych, co przynoszących sporo przyjemności albumów. A sporządzenie tego zestawienia kosztowało mnie wiele rwania włosów z głowy i dodatkowych przesłuchań. I to bez żadnej gwarancji, bo kto wie, jak na to zestawienie popatrzę za rok, ba, za miesiąc. Sporządziłem je w pełni subiektywnie, jak zwykle bez kolejności (bo jak coś jest już najlepsze, to nie bardzo widzę powód, by odróżniać „lepsze” od „jeszcze lepszych”) i niespecjalnie oglądając się na opinie innych. No dobra – powiecie – ale przecież tu są płyty lepsze od innych. Oczywiście, w zależności od tego, pod jakim kątem na nie spojrzeć. Ale wszystkie skupiały moją uwagę wyjątkowo długo. Starałem się wybierać płyty, które kupiłbym za własne pieniądze raz jeszcze, nawet jeśli już je posiadam. Oto więc trzydzieści cztery najlepsze płyty 2008 roku moim skromnym zdaniem. Dlaczego akurat tyle? Jeśli ktoś zna moją listę sprzed roku, pamięta być może, że były na niej 33 pozycje. I jeśli teraz nie jest jeszcze wszystko jasne, to może za kilka lat uda mi się bardziej rozjaśnić, jeśli tylko wytrwam w woli prowadzenia tego bloga.
Dzięki dla paru osób, które mi podsuwały różne płyty w tym roku. A ponieważ te osoby same dobrze o tym wiedzą, pozwalam sobie nie wyróżniać ich z nazwiska.

t r z y d z i e ś c i   c z t e r y   p ł y t y   r o k u   2 0 0 8

{{{SUNSET}}} „The Glowing City”, Autobus
bo tylu piosenkowych pomysłów na jednej płycie nie słyszałem w tym roku

ARTHUR RUSSELL „Love Is Overtaking Me”, Audika
bo okazał się brakującym ogniwem między sceną starej awangardy i nowego folku

ATLAS SOUND „Let the Blind Lead Those Who Can See But Cannot Feel”, Kranky
bo lider Deerhuntera solo okazał się jeszcze lepszy

BAR KOKHBA “Lucifer. The Book of Angels vol. 10”, Tzadik
bo to jedna z najlepiej wykonanych płyt z muzyką Zorna w ogóle

BASIC CHANNEL „BCD-2”, Basic Channel
bo to był klasyk, zanim jeszcze wyszedł na CD

BILL DIXON WITH EXPLODING STAR ORCHESTRA “Entrancing”, Thrill Jockey
bo to spotkanie dwóch improwizatorów o wielkiej wyobraźni

BON IVER „For Emma, Forever Ago”, Jagjaguwar/4AD*
bo to najbardziej klimatyczna płyta roku

BONNIE ‚PRINCE’ BILLY “Lie Down In the Light”, Drag City
bo Bonnie stylistycznie wrócił do starych czasów i utrzymał formę

CARL CRAIG & MORITZ VON OSWALD “Recomposed by”, Deutsche Grammophon
bo tak remiksowanej muzyki klasycznej jeszcze nie słyszałem

DEERHUNTER “Microcastle”, Kranky
bo to muzyka, która do Bradforda Coxa przekona prawie każdego, a dzięki temu ludzie trafią na jego inne płyty 😉

DUNGEN „4”, Kemado Records
bo to najpiękniejsza psychodeliczna płyta tego roku

ESBJÖRN SVENSSON TRIO “Leucocyte”, Act
bo to lepsza płyta niż ostatnie i wielki krok naprzód stylistycznie

FLEET FOXES „Fleet Foxes”, Sub Pop
bo to największe odkrycie tego roku pod każdym względem

FUCK BUTTONS “Street Horrrsing”, ATP
bo to pomysł, który – choć prosty – ma niezwykłą siłę przyciągania

GAS „Nah und Fern”, Kompakt
bo to płyta, którą można się żywić przez cały rok i (dla mnie) wykonawca odkryty po czasie

GIRL TALK „Feed the Animals”, Illegal Art
bo to album, przy którym można jednocześnie poruszać nogą i głową

GROUPER „Dragging a Dead Deer Up a Hill”, Type
bo to płyta autorska, której nie sposób pomylić z żadną inną

JOHN CALE & TERRY RILEY „Church of Anthrax”, Wounded Bird Records**
bo to historyczne i idealne połączenie dwóch światów: rocka i awangardy

JOSEPHINE FOSTER “This Coming Gladness”, Bo’Weavil Recordings
bo to głos i ekspresja, obok której nie można przejść obojętnie

LINDSTRØM „Where You Go I Go Too”, Smalltown Supersound
bo czegoś takiego jeszcze nie słyszałem (nawet w wykonaniu Lindstrøma)

MGMT „Oracular Spectacular”, Columbia
bo to najlepsza popowa płyta z przebojami, jaką słyszałem w 2008 roku

NICO MUHLY „Mothertongue”, Bedroom Community
bo to świetne utwory łączące wszystkie najlepsze wątki rodem z Bedroom Community

PATTI SMITH & KEVIN SHIELDS „The Coral Sea”, Pask Records
bo to album do słuchania na szczególne okazje

PORTISHEAD „Third”, Island
bo okazali się nadzwyczajnym zespołem, który wciąż, mimo upływu lat, potrafił się nie zepsuć

RÓŻNI WYKONAWCY „African Scream Contest”, Analog Africa
bo to najlepsza dawka pozytywnej energii, a przy tym najlepsza płyta z muzyką z Afryki w tym roku

RÓŻNI WYKONAWCY „Dancehall. The Rise Of Jamaican Dancehall Culture”, Soul Jazz
bo to historia gatunku, jakiej od dawna poszukiwałem

SPIRITUALIZED “Songs in A & E”, Sanctuary
bo ta płyta przypomniała wreszcie wielkie Spiritualized

SPRING HEEL JACK, “Songs & Themes”, Thirsty Ear
bo to album, którego każde kolejne przesłuchanie (wciąż) przynosi lepsze efekty

STEINSKI „What Does It All Mean? 1983-2006 Retrospective”, Illegal Art
bo to kolejny punkt wyjścia – dla kilku gatunków muzycznych na raz

SUN KIL MOON “April”, Caldo Verde
bo to jedna z najlepszych songwriterskich płyt roku

TERRY RILEY “The Last Camel in Paris”, Elision Fields
bo to kolejne arcydzieło z archiwum Rileya

THOMAS BRINKMANN “When Horses Die”, Max Ernst
bo to, jak często wracałem do tej płyty, to dla mnie największe zaskoczenie tego roku

TV ON THE RADIO “Dear Science”, 4AD
bo potrafią aranżować i żonglować konwencjami z precyzją godną mechaniki precyzyjnej

WHY? „Alopecia”, Anticon
bo ujął mnie bezczelnością muzyczną i potrafił przywiązać do swojej płyty na długie tygodnie

* Tak, wiem, wyszła wcześniej. Kto ją znał w roku 2007 – ręka do góry. 🙂

** Tak, wiem, to czystej wody reedycja albumu z 1971 roku, ale płyta nigdy dotąd nie wyszła na CD

PS  Temat podsumowania i końca roku będzie jeszcze wracał na tym blogu w kilku odsłonach, bo nowy rok, jak wiadomo, oficjalnie zaczyna się dopiero wraz z premierą nowej płyty Animal Collective 😉

B jak Barbara Morgenstern, Beck, Bill Dixon, The Black Keys, Brian Wilson i The Bug (REKOLEKCJE, cz. 2)

barbaramorgenstern_bm>>>4<<
BARBARA MORGENSTERN „BM”, Monika

premiera: listopad 2008,  źródło: promo-CD Gusstaff Records

Niczego sobie. A nawet jedna z lepszych płyt tego roku śpiewanych po polsku. Nie, nie pomyliłem się. Przy okazji jedna z lepszych płyt z wokalami po polsku w ocenie Pitchforka. Ha. Naprawdę. Może dlatego, że Pitchfork nie pisał w tym roku o zbyt wielu śpiewanych po polsku płytach, chyba nawet żadnej poza tą. Tak więc Barbara Morgenstern z Berlina (blisko Polski, jak by nie patrzeć) reprezentuje nas w tym gronie, choć zaśpiewała nieco łamaną polszczyzną i zaledwie kilka partii. Ale za to jakie zaskoczenie! Zła wiadomość jest taka, że jak zwykle Pitchfork wykazał się brakiem krytycyzmu do wszystkiego co nieamerykańskie (tu się nie dziwię –  siedzieć w centrum wydarzeń czasem bywa nudno, fetyszyzuje się więc wszystko, co przychodzi z zagranicy). No dobra, bo znów się rozgadałem i nie starczy miejsca na tzw. merytoryczną ocenę.
Ogólnie jest ciekawie, bo bohaterka porzuca chwilami w ogóle instrumentarium elektroniczne, siadając przy fortepianie (który stał się tym samym ostatecznie najmodniejszym syntezatorem roku). Udają jej się tu przynajmniej 3-4 piosenki, a kilka spośród introwertycznych pasaży instrumentalnych też jest wartych grzechu. Gościnny udział Roberta Wyatta w nagraniu płyty zasługuje na osobne wyróżnienie, ale jak to rapował Łona, tacy goście to diabły. Przychodzi ci taki i zabiera kawałek, albo przynajmniej udaje mu się rzecz zdominować. Lepiej nie porównywać gospodyni i gościa, tylko sobie posłuchać dla przyjemności wieczorem. W każdym razie Pitchfork, jak już mówiłem, lekko przegiął.

beck_modernguilt-18-40-29>>>4<<
BECK „Modern Guilt”, Interscope

premiery: lipiec 2008, źródło: Amazon.com

Jaki jest Beck, każdy widzi. Albo raczej słyszy. Tym bardziej, że na tym albumie jest jeszcze bardziej taki jak zwykle, bez względu na to, że produkował go Danger Mouse (nb. najbardziej rozchwytywany producent roku, któremu ewidentnie w tym roku skończyły się chwilowo pomysły – patrz The Black Keys nieco niżej). Najbardziej mi się u niego podoba fakt, że nigdy nie odpuszcza jakości. Płyta „Modern Guilt” to znowu rzecz solidna, gdy chodzi o rzemiosło wykonawcze i kompozycje. Choć jej największa zaleta to fakt, że jest krótka, dzięki czemu przy średnim jak na Becka poziomie i niewielkim zagęszczeniu nowych pomysłów i tak robi niezłe wrażenie.

billdixon_explodingstarorchestra-18-40-29>>>>5<
BILL DIXON WITH EXPLODING STAR ORCHESTRA „Entrancing”, Thrill Jockey

premiera: luty 2008, źródło: Bleep.com, Amazon.com

83-letni trębacz, nestor amerykańskiej awangardy, a zarazem wielki nauczyciel dla młodych gwiazd jazzu był moim zdaniem jedną z kluczowych postaci 2008 roku. Przede wszystkim dzięki zrealizowanemu wspólnie z Robem Mazurkiem (i jego licznymi kolegami z Chicago i okolic) projektowi „Entrancing”. Improwizacyjne międzypokoleniowe wyścigi trąbek w dwóch kanałach nagrania to jedne z najbardziej ekscytujących momentów muzycznej wirtuozerii, z jakimi miałem do czynienia ostatnio. A cała reszta instrumentów (rzucę teraz parę nazwisk: John Herndon, Jeff Parker, Jim Baker…) wprowadza sporo szaleństwa, czyniąc z tej płyty kawałek niezłego free jazzu, przynajmniej w porównaniu ze wszystkim, co ten zespół wcześniej nagrał. Dość powiedzieć, że jest to jedyna płyta, którą kupiłem w tym roku dwa razy – najpierw w pliku mp3, a potem na płycie kompaktowej. I nie uważam, żebym przepłacił. Ale i tak zalecam „try before you buy” z wiadomych względów. Dzika muzyka, ot co. Nie każdemu może się spodobać. Hardkorowym wielbicielom Dixona polecam również album „17 Musicians In Search Of A Sound: Darfur” (Arts For Art 2008). Tutaj trąbka lidera znajduje dla siebie arcypotężną oprawę, jeszcze bardziej monumentalną niz na ażurowo brzmiącej płycie z ESO, a całość działa w pierwszej kolejności na emocje. Po przesłuchaniu tej płyty nawet Marcin Kydryński straciłby sympatię dla Chrisa Bottiego (patrz poprzedni wpis rekolekcyjny pod literą A).

black_keys>>3<<<
THE BLACK KEYS „Attack & Release”, Nonesuch

premiera: kwiecień 2008, źródło: Amazon.com

W sumie jedne z gorzej zainwestowanych pieniędzy w całym roku, bo kupiłem ten album zwiedziony pierwszymi dobrymi recenzjami i nazwiskiem Danger Mouse’a (patrz Beck) jako producenta. Płyta ma kapitalną okładkę i to by było na tyle rzeczy kapitalnych. Z rzeczy ciekawych mamy tu liczne naśladownictwa The White Stripes, mniej lub bardziej udolne w zależności od kawałka. Z rzeczy złych – ciekawą powierzchowność w sensie brzmieniowym, która każe Wam kilka razy przynajmniej wysłuchać w skupieniu albumu, który kryje w sobie materiał na dwa czy trzy dobre single i nic poza tym. Im dłużej się go słucha, tym bardziej człowiek ma ochotę wciskać „skip”. A mimo to nie sposób jej do końca odmówić uroku. Nie potrafię tego wyjaśnić, niestety. Ale słuchać też już nie potrafię.

brianwilson_thatluckoldsun-18-40-29>>3<<<
BRIAN WILSON „That Lucky Old Sun”, Brimel/Captitol

premiera: sierpień 2008, źródło: Amazon.com

Najpierw było pozytywne zaskoczenie przy okazji „Smile”. Lider The Beach Boys wracał po latach i to po bardzo niedobrych dla niego (w większości) latach. Ten album, zaczynający się od dynamicznego i melodyjnego utworu tytułowego okazuje się jednak nieco zbyt cukierkowy i nieco zbyt w stylu lat 70. jak na mój gust (oczekiwałem raczej brzmienia lat 60.). Nie jest to prosta kontynuacja The Beach Boys, choć głosu Wilsona słucha się z łezką w oku, a aranżacje wchodzą momentami w takie rokoko, że ho ho. Raczej już typowy średni pod względem siły przebicia album powracającej gwiazdy sprzed lat, coś jak The Eagles niedawno temu. Jeszcze jeden pochopny zakup w 2008 roku, nad którym – po doświadczeniach ze „Smile” – nie zastanawiałem się ani chwili.

thebug_londonzoo-18-40-29>>>4<<
THE BUG „London Zoo”, Ninja Tune

premiera: kwiecień 2008, źródło: Bleep.com

Dancehall to trzeba mieć we krwi. A jeśli ktoś Wam mówi, że to dubstep, to trzeba mieć to gdzieś. The Bug to muzyka tak „upbeatowa”, do przodu, że po prostu kompletnie się nie klasyfikuje  do tego, żeby stać w bezpośredniej bliskości Buriala. Owszem, źródła są te same, ale daleko padło jabłko od jabłoni… w przypadku Buriala oczywiście. W wypadku The Bug całkiem blisko. Owszem, mamy tu też charakterystyczne dla grime’u syntezatory i takie chórki, jakich próżno szukać u jamajskich dancehallowców, ale nie dajcie się zwieść. To po prostu nieco inna odmiana tej muzyki. I właśnie za inność należą się oklaski. „London Zoo” to jeszcze ani oszlifowany brylant, ani rewolucja na rynku, ale być może pierwsza jaskółka czegoś nowego. Płyta momentami męcząca, ale przynosząca jakiś świeży pomysł. Wśród konkretnych kompozycji mam jednak i swoje typy. „Jah War” z Flowdanem (jeśli ktoś go polubił, to niech koniecznie sprawdzi wspólną płytę z Pole’em to wykreślam jako błąd oczywisty, Flowdan mi się z Fat Jonem pomylił!) to świetny singiel. „Skeng” z udziałem tego samego też należy do najlepszych utworów na płycie. Ale jest szansa, że każdy znajdzie tu dla siebie coś innego. Pod warunkiem, że nie szukał dubstepu, oczywiście. 😉

To oczywiście nie wszystkie tegoroczne płyty na „B”. Pisałem już na tych stronach o albumach Baby Dee, Bar Kokhby, Bon Iver, Barry’ego Adamsona, Bena Weavera, Bonniego Prince’a Billy’ego oraz Byetone. A dwa razy tyle kolejnych w tym miejscu po prostu brutalnie ignoruję. Choć Beach House i Black Mountain ominąłem jednak z braku czasu – oba albumy warte przynajmniej pojedynczego odsłuchu!