Tag Archives: Bill Callahan

35 najlepszych płyt roku 2009

Pora przywitać się na nowo, a jednocześnie domknąć rok zestawieniem 35 (tym razem – kto śledził moje zapiski wcześniej, ten wie, dlaczego właśnie tyle). Jak zwykle pozwoliłem sobie uwzględnić w nim reedycje, pod warunkiem, że są to płyty po raz pierwszy dostępne na płycie CD albo pokazują jakieś nagrania w ogóle dotąd nieznane. Warto zwrócić uwagę na to, że do tegorocznej listy – bezwzględnie nieczułej na podziały Polska/świat, bo nie będę tu robił oddzielnego narodowego zestawienia – wskoczyły aż dwie krajowe płyty. Kto chce porównać tę bieżącą listę z poprzednimi, znajdzie archiwalne tutaj: rok 2007, rok 2008. Długie milczenie postaram się nadrobić w najbliższym czasie. Zresztą pewne szczegóły na tej stronie – poza tym jednym wpisem – już sygnalizują mój powrót do pisania bloga. Dzięki za miłe sygnały w trakcie mojego milczenia. Poniżej już po prostu lista. Jak zwykle posortowana ALFABETYCZNIE.

Akron/Family – Set ‚Em Wild, Set ‚Em Free (Dead Oceans)
Skopana przez krytykę za to, że jest nie-tak-dobra-jak-poprzedni-album, podczas gdy jest wciąż lepsza-niż-większość-tegorocznych-albumów. Do folku i psychodelii dorzucili trochę rocka progresywnego i odjechali może nie tak daleko jak poprzednio, ale i tak słuchana po wielu miesiącach, ta płyta z lekkością potwierdza wielką klasę. A ja potwierdzam to, co o niej napisałem tutaj, jeszcze w lipcu. Ale jeszcze raz podkreślam – Akron/Family otwierają to zestawienie dzięki pierwszeństwu w alfabecie.

Alarm Will Sound – a/rhythmia (Nonesuch)
Świetny koncept związany z poszukiwaniami w zakresie współczesnej rytmiki, pozwalający skojarzyć na jednej płycie Conlona Nancarrowa, Autechre i György Ligetiego. Rewelacyjne wykonania orkiestry z Rochester (znanej z „Acoustiki” z ich wersjami utworów Aphex Twina), która na polu minimalizmu i transkrypcji utworów elektronicznych na akustyczne instrumentarium nie ma sobie równych. Specem od tak zwanej poważki nie jestem, ale to jest album, który tego rodzaju specjalizacji nie wymaga. Więcej było tutaj (i może ktoś w końcu skomentuje, bo się z tym dość samotnie czuję).

Alva Noto – Xerrox, vol. 2 (Raster-Noton)
Nie gorsza niż „jedynka” z tej samej serii. Wprawdzie Carsten Nicolai w swoim podsumowaniu roku na Boomkacie lansuje chyba wszystkie tegoroczne wydawnictwa Raster-Noton z wyjątkiem swojego, to jego płyta była znów najmocniejszym punktem katalogu R-N w tym nie najmocniejszym dla tej firmy roku. Nieco więcej było tutaj.

Animal Collective – Merriweather Post Pavilion (Domino)
Trochę się odcinałem od powszechnej egzaltacji na początku roku (ślad tego pozostał tutaj). Pod koniec roku za to dziwiłem się, że w naszym „Przekrojowym” podsumowaniu nie wygrał AC, bo to jednak płyta, która pogodziła różne gusta muzyczne. Powinienem dopisać + „Fall Be Kind”, w końcu EP-ka, która wyszła w listopadzie przypomniała o tym, kto zdominował (może to prawdziwe znaczenie nazwy wytwórni?) ten rok.

The Antlers – Hospice (Frenchkiss)
Jedna z licznych w tym roku płyt, które dopiero jako album właśnie, a nie zbiór luźno poukładanych piosenek, mają sens. Mojej sympatii dałem już wyraz tutaj, więc pozostanę przy tym, że to dla mnie jedno z największych odkryć roku.

Black To Comm – Alphabet 1968 (Type)
Powyższą uwagę mógłbym powtórzyć i tutaj – mało było w 2009 roku albumów tak bogatych, jeśli chodzi o różne środki wyrazu, które zarazem tak dobrze kleiłyby się jako całość. Marc Richter nagrał świetny album.

The Bran Flakes – I Have Hands (Illegal Art)
Jeszcze raz pokłonię się złodziejom z Illegal Artu, których jestem stałym klientem i jeszcze innym wciskam to, co ukradną (to się już chyba nazywa paserstwo, co?). Ten rok nie był dla nich tak wielki jak poprzedni, ale The Bran Flakes słuchałem przez całą wiosnę. Pisałem o nich w kwietniu.

Bill Callahan – Sometimes I Wish We Were An Eagle (Drag City)
Nikogo pewnie nie zdziwi fakt, że to była najczęściej przeze mnie słuchana płyta roku 2009. I chyba najczęściej na tym blogu wspominana. Znam większych fanów artysty niż ja, ale z drugiej strony dla mnie to jest właśnie szczytowy moment Callahana. Dojrzała, piosenkowa, elegancka płyta. Na koncercie czegoś mi zabrakło, ale płyta jest od pierwszej do ostatniej nuty arcydziełem.

Camera Obscura – My Maudlin Career (4AD)
Nie wiem, jak ta dobra popowa płyta wytrzyma próbę czasu. Staroświeckie zacięcie C.O. może za parę lat brzmieć śmiesznie, ale zdarłem  ten album w roku 2009. Dialogowałem też wewnętrznie na jego temat tutaj, więc wszystko powinno być w miarę jasne. Z naciskiem na „w miarę”, bo grają tu też rolę jakieś prywatne emocje, których sam do końca nie zrozumiem.

Jamie Cullum – The Pursuit (Decca)
Dopiero co Camera Obscura, a teraz jeszcze to? Może Was dziwić obecność tej płyty w zestawieniu. Chociaż nie powinna. W porządku, uznajcie to za jedną z moich tegorocznych „guilty pleasures”, jeśli to uprości sprawę. Problem w tym, że wcale nie czuję się „guilty”. Recenzja tego albumu była na stronach „Przekroju”.

Dan Deacon – Bromst (Carpark)
Bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre. Inne, mniej rytmiczne refleksje tutaj.

Death …For The Whole World To See (Drag City)
To nie death metal rzecz jasna, tylko zagubiona płyta protopunkowej grupy z połowy lat 70.  W tym wypadku odnoszę się do legendy, a zatem krótko: album nie jest tak pionierski muzycznie, jak mówią, ale z całą pewnością jest tak dobry jak mówią. Przy okazji: Drag City znów rządzi!

The Flaming Lips – Embryonic (Warner)
Kiedy już wiem, że wzięli się za coverowanie „Dark Side Of The Moon”, łatwiej przychodzi mi zrozumieć „Embryonic”. Majstersztyk brzmieniowy, płyta świetna jako całość, chociaż możecie mi nie ufać: każda płyta Wayne’a Coyne’a z ostatnich lat trafiłaby do mojego rocznego zestawienia. 😉 W „Przekroju” napisałem nieco więcej.

Fuck Buttons – Tarot Sport (ATP Records)
Kolejny z kategorii zagęszczonych rytmicznie i transowych albumów, w jakie obfitował ten rok. Bardzo dobra kontynuacja „Street Horrrsing”, dalej cudownie prymitywna,  jak gdyby F.B. wychowywali się w dżungli ostatnim hajpem, na jaki się załapali, byłby Tarzan. Ale jednocześnie nie powtarzająca wprost patentów z pierwszej płyty.

Iron & Wine – Around The Well (Sub Pop)
Wiadomo, że Sam Beam nie nagrał złej płyty. Wszystko wskazywało zatem na to, że archiwa też ma niekiepskie. Skuteczność jak zwykle stuprocentowa. I kolejny powód, by uwzględniać w zestawieniach także kompilacje i archiwa, jeśli mają taką wartość jak ta. Trzy słowa więcej tutaj.

Junior Boys – Begon Dull Care (Domino)
Że zacytuję jednego z tutejszych blogowych bywalców: jak nic wróci w zestawieniach rocznych. I wraca. Choć po intensywnym okresie słuchania wiosną zapomniałem o tej płycie na jesieni. Trzy powody, dla których warto wrócić – tutaj.

King Midas Sound – Waiting For You (Hyperdub)
Jedna z ostatnich wielkich płyt roku. I powrót  Kevina Martina, który przed rokiem dominował w zestawieniach jako The Bug. Tutaj nazwa wytwórni mówi wszystko – atmosfera jak z nagrań Buriala czy Kode9, a do tego znakomite wokale. Ciekawe jest to, że „Waiting For You” pachnie już trochę ślepą uliczką dubstepu jako gatunku, w którym już wszystko powiedziano, jeśli chodzi o brzmienie, a zarazem wyprowadza ten gatunek na zupełnie inne wody – potencjał „Waiting For You” w dotarciu z tego typu muzyką do szerokiej publiczności jest moim zdaniem olbrzymi.

Leyland Kirby – Sadly, The Future Is Not Longer What It Was (History Always Favours The Winners)
Ścieżka dźwiękowa do tegorocznej jesieni. Rozkłada na łopatki nowy album Basinskiego, tegoroczne płyty ambientowe i nowych kameralistów z Arnaldsem i Richterem na czele. I to za jednym zamachem – w końcu trzy płyty to kilka godzin słuchania, a zbierany przez długie miesiące zestaw kompozycji Kirby’ego, to rzecz ogromnie charakterystyczna i wciągająca emocjonalnie. Mam nadzieję uzupełnić braki i dopisać kilka słów na temat tego artysty, którym w gorszym dla bloga czasie zająłem się bardzo obszernie na antenie Dwójki.

Loop – The World In Your Eyes (Revolver) 3CD
Olbrzymią przyjemność sprawiły mi wszystkie reedycje Loop, ale nie wiedziałem, że utwory spoza zasadniczych albumów (bo ta trzypłytowa wersja wydawnictwa to o wiele więcej niż oryginalne „The World In Your Eyes”) sprawią mi największą i najmilszą niespodziankę. Więcej dywagacji na temat Loop było tutaj.

Mordant Music – SyMptoMs (Mordant Music)
Jedyny pozytywny wpływ tegorocznego (wyjątkowo kiepskiego, moim zdaniem) podsumowania roku w „The Wire”. Wróciłem do Mordant Music i zasłuchałem w tej płycie. Bo niby zasłużona w ostatnich latach brytyjska wytwórnia, ale dotąd nie miałem do niej osobistego stosunku. „SyMptoMs” ten stosunek mi dały. Baaardzo pozytywny.

Mount Eerie – Wind’s Poem (P.W.Elverum & Sun)
Jeszcze jeden album, którego nie zdążyłem opisać na blogu tej pracowitej jesieni. Bardzo mroczna, ponura, a jednocześnie niezwykle plastyczna płyta Phila Elveruma.  Folk, który połknął black metal.

Mountains – Choral (Thrill Jockey)
Ocieplony partiami gitary elektroniczny ambient, który próbowałem lansować zim ą jako antidotum na plotki na temat Jacksona. Nie wiedziałem, że dużo łatwiej by to było wylansować przez hasło Michael Jackson w lecie. Tutaj można przeczytać tamtą notkę. Mętny ma trochę (notka oczywiście) charakter, ale płyty warto posłuchać.

Natural Snow Buildings – Shadow Kingdom (Blackest Rainbow)
Olśnienie tego roku. Zupełnie inny świat dźwięków. Folk, psychodelia, Indianie, horror, przestery i przeszkadzajki. Zabrało mi to czas, który zwykle poświęcam na przesłuchanie jakichś dziesięciu lub więcej nowych płyt. Więc jeśli to zestawienie ma Waszym zdaniem niepełny charakter – wiecie, że ta dwójka Francuzów jest wszystkiemu winna. Podtrzymuję to, co pisałem tutaj.

Paristetris – Paristetris (Lado ABC)
To był świetny rok w polskiej muzyce. Zacząłem nabierać nadziei na kilka naprawdę eksportowych (ech, te nasze kompleksy) zespołów. Idealnym pomysłem na początek jest Paristetris, w zasadzie w jednej trzeciej z importu. Sam się na moment w tych zawiłościach pogubiłem (dowody tutaj), ale – jak to mówią – lepiej z Paristetris zgubić niż z Paris Hilton znaleźć.

Rob Mazurek Quintet – Sound Is (Delmark)
Lider w świetnej formie, do tego John Herndon z Tortoise w formie lepszej niż u siebie, Matthew Lux z Isotope 217 i nie tylko. Zaskakująco dobra płyta jazzowa,  swobodna, ale jednocześnie dość przystępna, konkretna, precyzyjna. Rzecz nieco retro w klimacie, żyje duchem cool jazzu. Słychać, że Mazurkowi dobrze zrobił epizod współpracy z Billem Dixonem (patrz moje zestawienie sprzed roku).

Alasdair Roberts – Spoils (Drag City)
Dostało mi się za ocenę tej płyty. I przyznaję, że niesłusznie aż tak chłodno o niej napisałem. Ale w kontekście całego roku i dość rozczarowujących premier ze światka nowego folku i alt-country (a przypomnę, że w tym samym roku płyty wydali Oldham, Antony i Devendra Banhart), „Spoils” wyrasta na faworyta. Szczególnie, gdy doliczyć do tej płyty jeszcze minialbum „The Wyrd Meme”.

Różni wykonawcy – Dark Was The Night (4AD) 2CD
Składanka – jak to składanka – zawsze nieco zbyt obszerna, ale materiał złożony z piosenek (covery klasyków albo własne kompozycje) momentami może imponować, a zestaw wykonawców, cała śmietanka sceny folkowej i alternatywno-rockowej – imponuje już z całą pewnością. Przy okazji potwierdzając szczęście 4AD do składanek. Pisałem o tym wcześniej tu.

Różni wykonawcy – Mary Anne Hobbs: Wild Angels (Planet Mu)
Didżejka radiowa publicznego radia brytyjskiego? I czymże taka się różni od Marcina Kydryńskiego? Zaryzykuję: wszystkim, oprócz jednego: oboje wydają swoje kompilacje. Problem w tym, że Hobbs, pierwsza dama dubstepu i pilna obserwatorka brytyjskiej sceny elektronicznej wydaje albumy wypełnione wyjątkowymi nagraniami wyprzedzającymi duże wydawnictwa i dopiero zwiastującymi nowe postacie sceny. Jedne z najlepiej wydanych pieniędzy w roku 2009.

Sonic Youth – The Eternal (Matador)
Słyszałem już mnóstwo teorii na temat ostatnich kilku płyt Sonic Youth. W moim przekonaniu najbardziej prawidłowa jest wersja mówiąca, że od lat ta grupa nie nagrała złej płyty. „The Eternal” to hołd pamięci nieodżałowanego Rona Ashetona. Skromne posunięcie ze strony zespołu, który w tej chwili jest już dla alternatywnego świata legendą nie mniejszą niż The Stooges. Kilka zdań więcej tutaj.

Speech Debelle – Speech Therapy (Big Dada)
Lekko, miło i przyjemnie, o czym zresztą już pisałem. W tym roku ta artystka rekompensowała mi brak The Streets. Cieszyłem się, gdy dostała Mercury Music Prize, ale jeszcze bardziej cieszyłem się z tytułu „płyty dekady” w zestawieniu „Guardiana” dla Mike’a Skinnera. 😉

Sunn O))) – Monoliths & Dimensions (Southern Lord)
Nieco gorszą w tym roku formę dronowego metalu jako całości wynagradza jego główny przedstawiciel. Jeśli ktoś pamięta słowa (bodajże) Chruszczowa o tym, że rock progresywny to „wyziewy z latryny”, uzupełniam tę przenośnię: Sunn O))) to wyziewy z piekielnej latryny.

Terror Danjah – Gremlinz (The Instrumentals: 2003-2009) (Planet Mu)
Po raz kolejny brytyjski hip-hop mi wystarczał. Tego producenta – z ręką na sercu – nie rozpoznawałem, zanim trafił do mnie zbiór jego podkładów, z którego wyciąłbym co najwyżej wkurzające na dalszą metę (ale to znak rozpoznawczy artysty) dźwięki gremlinów. Reszta to kompletna rewelacja. Do tego też chętnie wrócę przy okazji, bo rzecz jest warta wsparcia.

Tomasz Stańko Quintet – Dark Eyes (ECM)
Cienki jak barszcz tytuł płyty, w dodatku zdrada narodowego składu muzyków… Eeee… Rzecz w tym, że Stańko znów jest w jakiejś kosmicznej formie i świetną płytę wydał w rocznicę ECM-u. Pisałem o niej w „Przekroju”.

White Rainbow – New Clouds (Kranky)
Dobrze znany syndrom: album jest gorszy od poprzedniego, „Prism Of Eternal Now”, ale czy to coś zmienia, jeśli wciąż pozostaje lepszy niż większość innych? Poza tym, o ile dobrze pamiętam, to jedyna premiera z Kranky, która mnie w tym roku naprawdę nie zawiodła, a to już coś, bo tę wytwórnię uwielbiam.

John Zorn – Alhambra Love Songs (Tzadik)
Poza Callahanem i Natural Snow Buildings najczęściej słuchany przeze mnie album tego roku. Ścieżka dźwiękowa do życia, która pozwala zachować dobry nastrój w każdej sytuacji. Fanom Zorna wydać się może przesłodzona, ale to, co się tu dzieje w warstwie rytmicznej, to zgranie – fenomen! Więcej tutaj (notabene z całej trójki opisywanych tam płyt tylko dla Sweet Billy Pilgrim straciłem nieco serca przez wiele miesięcy).

Pukkelpop 2009. Dzień 2.

pukkelpop2

Kolejka do pryszniców wyglądała jak mała katastrofa. Część kolejkowiczów zabrała ze sobą nawet krzesełka, alkohol i muzykę. Zdecydowaliśmy, że jedzenie jest jednak znacznie bardziej palącą potrzebą. I kawa. W tym roku można się było napić nie najgorszej na terenie festiwalu. O piwie nie wspomniałem przed rokiem. Miejscowy browar, a kultura spożycia nakazuje organizatorom rzadki zwyczaj niedolewania do piwa wody, co w naszych warunkach wydaje się tak egzotyczne, jak fakt, że pijących i jedzących nie zamykają w ogrodzonym siatką getcie. Co więcej, z przyniesionej na teren imprezy dużej butelki wody strażnik przy wejściu zabierze wam… tylko nakrętkę. A świętym prawem wchodzących na teren jest wniesienie własnoręcznie zrobionych kanapek (starzy bywalcy festiwalowi korzystali z tego skwapliwie – tak jest zdrowiej, no i dużo taniej).

Zaczęliśmy od obiecującej nazwy – The Gay Blades. Kryło się pod nią kolejne duo nieco w stylu The White Stripes (perkusja + gitara z wokalem), a w składzie kolejni brodacze. Broda wraca do łask, jakby co. Poprawni. Ale brody więcej niż poprawne. Więcej niż poprawni byli również muzycy Alberta Cross, którzy grali przed 14.00 w Marquee. Angielscy uciekinierzy na Brooklynie, nie dziwota, że wybrali Stany, skoro grają muzykę z okolic My Morning Jacket. A grają – dodajmy – swobodnie i bardzo zajmująco. Debiut „Broken Side Of Time” już w drodze, zdam relację, gdy już do mnie trafi. W A Place To Bury Strangers zawsze podobała mi się nazwa, więc zajrzałem do namiotu The Shelter, żeby zostać przy swoim wyjściowym stanowisku. Za to świetnie się bawiłem na Puppetmastaz. Poznana wcześniej para z Berlina mówiła, żeby koniecznie, a jakoś wcześniej nie mieliśmy do nich szczęścia na festiwalach. To przedni kabaret, ale zarazem kapitalny warsztatowo rap – pięciu kolesi ukrywa się za kotarą i odgrywają koncert na kilkanaście różnych marionetek zwierząt, wymyśliwszy im wcześniej głosy, sposób rapowania, historyjki itd. Wolę to niż pozostałe gwiazdy hiphopowe tegorocznego Pukkelpopu – z całym szacunkiem dla samego gatunku. Poza tym zabawnie było popatrzeć na konsternację młodocianych fanów hip-hopu, którym najwyraźniej się podobało, ale głupio okazywać skrajny entuzjazm, gdy się ma mało dystansu do hh, a scenicznymi bohaterami są kurczak i nosorożec. Dopiero gdy panowie wyszli zza kotarki było wachlowanie rękami i skoki pod sufit. To trzeba zobaczyć.

Nogi nas bolały już w połowie pierwszego dnia, więc omijaliśmy namiot Dance Hall usytuowany na drugim końcu terenu Pukkelpopu. Dlatego zamiast na Buraka Som Sistema udaliśmy się dać sobie po wątrobie (frytki+piwo) i udaliśmy się na Eagles Of Death Metal. Po Puppetmastaz to niezbyt dobry cel, bo ci też wyglądają jak marionetki, tylko wszystko tak jakby za bardzo na poważnie. No ale przed rokiem pisałem, że przy festiwalu pracuje cały przekrój społeczny, więc dobrze, że ma to odzwierciedlenie na scenie. W każdym razie przebierałem już nóżkami przed kolejnym koncertem, faceta, którego klasą można by obdzielić wszystkich członków Eagles Of Death Metal. Proszę Państwa, nie dziwię się, że Bill Callahan wyrwał Joannę Newsom – piękny nie jest, ale ma w sobie coś magnetycznego. I wprawdzie nie zaśpiewał, że „it’s time to put God away”, to więcej zarzutów nie mam. Zagrał prawie całą nową płytę i jeszcze raz udowodnił, że to jeden z najmocniejszych zestawów piosenek w tym roku. Jako że (już było o tym) trudno utrzymać uwagę po dobrym koncercie, The Ting Tings (całkiem spektakularne na koncercie, trzeba przyznać) potraktowaliśmy jako przystawki do piwa i frytek. Zdążyliśmy na kawałek legendarnych The Jesus Lizard, żeby się przekonać, że to nie nasza bajka i wpadliśmy w niepotrzebny dryf, biegnąc – znów na chwilę – na Squarepushera. Nie złapaliśmy nawet klimatu. Skądinąd myślałem, że może Jenkinson po albumie nagranym na gitarze basowej pokazuje coś innego niż na dawnych koncertach. Ale przecież na żywo on zawsze grał głównie z wykorzystaniem basu.

Największym pozytywnym zaskoczeniem imprezy okazał się dla mnie Patrick Wolf. Ten sam nieszczęsny Club, w którym bez efektu miotali się poprzedniego dnia muzycy Grizzly Bear, ten człowiek wykorzystał w stu procentach. Kapitalne wejście, image jak z kosmosu – krzyżówka Bowiego, The Human League i Skid Row. Świetny wokal (bardzo, bardzo w stylu lat 80.), mocny wybór utworów z nastawieniem na eksponowanie riffów gitarowych i podrywającego tłum rytmu. Nie było nic z agresji, o której wspomina w przeglądzie prasy Mariusz Herma. Ale nie było też momentu, w którym Wolf straciłby raz ściągniętą uwagę publiki. Jakże inne to było od późniejszego Snow Patrol na dużej scenie, których utwory przerywane były regularnie przez „You’re fucking gorgeous” frontmana. „I love you”. „You’re great”. Skoro to już padło, to teraz znów: „You’re fucking gorgeous”. Ja rozumiem, że staż u boku Bono uczy jak w Szkocji kwestować na afrykańskie dzieci i najbardziej zdystansowanych zdobywać choćby per rectum (mój kolega ostatnio użył tego jako przenośni i ludzie się strasznie wzburzyli, chciałem tak tylko zamanifestować swoje poparcie). Ale żeby aż tak?? Ja się tego dnia czułem wystarczająco dobrze.

Dla odmiany Fever Ray próbowali nas nastraszyć. Zamiast świateł – lampki nocne na całej scenie. Ciemności, wymalowane na trupio blady kolor twarze, dziwne stroje – wygladali bardziej jeszcze gotycko niż brzmią. Muzycznie dalej mnie to nie przekonuje, ale show był – ciekaw jestem, czy podobnie to wyglądało w Katowicach. Zajrzeliśmy na Hanka III & Assjack, żeby zobaczyć jak wnuk Hanka Williamsa (!) w towarzystwie brodatych radykałów machających instrumentami podbija punkową publiczność dźwiękami hillbilly. Bezcenne. Ale i tak wybraliśmy powtórkę z Off Festivalu i obejrzeliśmy raz jeszcze koncert Crystal Antlers. Równie dobry wykonawczo, co w Mysłowicach, w małym namiocie Chateau brzmiał nawet trochę lepiej. No ale publikę mieli lepszą w Polsce. Na koniec dEUS, z krótkim featuringiem w postaci Karin Dreijer Andersson z Fever Ray. Ogólnie chyba bardzo dobry koncert, obudziły się w nas wspomnienia sprzed dekady z okresu ich trasy „The Ideal Crash”, tylko muzycy jacyś starsi. Ale to były takie wspomnienia, jakie się ma na chwilę przed zaśnięciem. Pobiegliśmy do namiotu i przy dźwiękach Kraftwerku dobiegających z dużej sceny już usypiałem. Proszę mnie tylko za to nie piętnować – w końcu Florian Schneider juz odszedł, więc Kraftwerk – bezwzględnie genialny zespół – to dziś w zasadzie one-man-band, jeśli tutaj w ogóle można jeszcze mówić o czynniku ludzkim. O rety, muszę kończyć, literówki poprawię chyba już jutro. Jutro też – mam nadzieję – część ostatnia wrażeń i wzruszeń.

Po co jeszcze słuchać albumów?

Zestaw argumentów do tak zwanej pasjonującej popołudniowej dyskusji weekendowej w gronie znajomych. Albo z samym sobą, gdy nie ma obok znajomych. Odcinek sponsoruje chłopak Joanny Newsom

bill_callahan_sometimes>>>>5<
BILL CALLAHAN „Sometimes I Wish We Were An Eagle”
, Drag City
premiera: 14.04.09, źródło: Amazon.com

– Widziałeś ten tekst w nowym numerze [tu tytuł gazety]?
– Ten o upadku albumu? Czytałem. Ale to ten dziennikarz pisał, u którego zawsze coś upada albo się rodzi. Spoko. Ja tam wydaję cały czas masę kasy na albumy.
– I właściwie po co? Bez sensu, ściągnij sobie utwory…
– Przyzwyczaiłem się. Jak sobie zgrywam pojedyncze utwory, to zapominam, gdzie je mam, nie mam mobilizacji, żeby do nich zajrzeć, gubią mi się.
– Bo ich nie porządkujesz. Układaj jakoś według dat czy coś. Poza tym to jest wolność. Możesz nawet według dni tygodni sobie ułożyć, według wyrazów w tytułach, skojarzeń, cholera, rusz głową!
– Ale płyty mają dramaturgię. Jeśli są dobrze skomponowane jako całość, to dają ci więcej niż tylko sumę składników.
– Sranie w banię i rzężenie starego pierdziela, co zgrywał płyty z radia, a nie z rapidshare’a.
– No ale jest jakaś tajemnica w tym, że ktoś pracuje nad paroma kawałkami i dopiero za jakiś czas je wypuszcza…
– Od tego masz epki w cyfrze. Idealny format. Cztery kawałki, ściągasz i nie ma lipy. Pamiętasz, co mówił Spector o longplejach: dwa hity, a reszta to śmieci.
– Tylko że sam parę dobrych albumów nagrał. Taki artysta może się na płycie pokazać z różnych stron. Wokalista – pośpiewać trochę jak Kurt Wagner, a trochę jak Stuart Staples, a może nawet jak Michael Gira. Może pokazać beatlesowskie aranże smyczkowe w jednym kawałku, a potem zaskoczyć transowym kawałkiem w stylu Swans. Raz grać jak Oldham, a potem dać psychodeliczny kawałek instrumentalny na organy. Rozpiętość, mój drogi, rozpiętość.
– Rozpiętość to ty dostaniesz, jak sobie zgrasz playlistę na ipoda…
– Daj spokój z tą playlistą. Nigdy się nie zastanawiałeś, dlaczego czasem sztuka lepiej działa w sekwencji? Dlaczego maluje się serie obrazów albo robi cykle zdjęć zamiast tylko jednego? A jak pisarz wydaje zbiór opowiadań, to zawsze uważałeś, że zebrał je w przypadkowej kolejności wydawca?
– Bez jaj. I bez takich porównań. Muzyka to co innego. Zresztą masz setki form – od piosenki do opery. Każda oddzielna.
– Ale jeśli chcesz prześledzić, jak artysta się zmienił, jak wpłynęły na niego ostatnie wydarzenia w życiu – na przykład związek z inną ambitną młodą artystką – powinieneś dostać większą próbkę jego muzyki. A jeśli ten związek w krótkim czasie skutkuje swego rodzaju konkurencją? Jeśli ona jest młodsza, ale też nagrywa staroświecko skomponowane longpleje, to może i jemu się nie spieszy do wydawania singli w mp3.
– I tak jesteś tak dobry, jak twoja ostatnia piosenka.
– Ale tylko na płycie zobaczysz cały trend. Jedna piosenka może się trafić byle komu. A gdy słyszysz jedną świetną, twoje apetyty rosną. Gdy słyszysz drugą jeszcze lepszą, twoje oczekiwania są jeszcze większe. A co będzie, jeśli nagle najlepsze okazują się numery 6 i 7. A potem chwila spadku napięcia i ostatni cię rozwala. Album to zabawa w stopniowanie napięcia, jak w filmie, zaspokajanie tych rosnących oczekiwań. Poza tym produkcja… tylko przy kilku kawałkach docenisz robotę producenta, który zrobił do tego idealne brzmienie, gdzie sekcja gra w punkt, a nie rozłazi się na boki, gdzie w stereo…
– Wiesz, co Spector mówił o stereo.
– …gdzie masz organy w funkcji generatora dziwnych efektów, mówiłem już o smyczkach, po tym dopiero poznajesz producenta, jak rozstawił mikrofony…
– Dobra. Zostawmy już to, bo widzę, że cię nie przekonam. W ogóle masz poglądy z pogranicza jakiegoś oszołomstwa. Widziałeś, co napisali o tobie w przeglądzie prasy na [tu nazwa serwisu]?
– Tak.
– I co, ustosunkujesz się jakoś?
– Tylko po co? Żeby napisać jeszcze raz, że „Zaireeka” nie była sygnałem, że za chwilę pojawi się  „Soft Bulletin”? Dla niezainteresowanych dalsze rozważania nie mają sensu. Zainteresowani i tak wiedzą swoje.
– No pewnie, każdy dziesięciolatek, który w 1997 odpalał na czterech kompaktach „Zaireekę” wiedział, że „Soft Bulletin” nadejdzie, że trzeba tylko czekać.
– No widzisz, wtedy nie było empetrójek i jakoś dało się żyć.
– Ale trzeba było mieć cztery odtwarzacze!
– A tobie się dziś nie chce jednego używać!
– Żeby jeszcze ukazało się coś takiego, co mnie przekona, że było warto…
– Wiesz co, daj spokój, posłuchaj po prostu nowego Callahana.