Tag Archives: Alva Noto

35 najlepszych płyt roku 2009

Pora przywitać się na nowo, a jednocześnie domknąć rok zestawieniem 35 (tym razem – kto śledził moje zapiski wcześniej, ten wie, dlaczego właśnie tyle). Jak zwykle pozwoliłem sobie uwzględnić w nim reedycje, pod warunkiem, że są to płyty po raz pierwszy dostępne na płycie CD albo pokazują jakieś nagrania w ogóle dotąd nieznane. Warto zwrócić uwagę na to, że do tegorocznej listy – bezwzględnie nieczułej na podziały Polska/świat, bo nie będę tu robił oddzielnego narodowego zestawienia – wskoczyły aż dwie krajowe płyty. Kto chce porównać tę bieżącą listę z poprzednimi, znajdzie archiwalne tutaj: rok 2007, rok 2008. Długie milczenie postaram się nadrobić w najbliższym czasie. Zresztą pewne szczegóły na tej stronie – poza tym jednym wpisem – już sygnalizują mój powrót do pisania bloga. Dzięki za miłe sygnały w trakcie mojego milczenia. Poniżej już po prostu lista. Jak zwykle posortowana ALFABETYCZNIE.

Akron/Family – Set ‚Em Wild, Set ‚Em Free (Dead Oceans)
Skopana przez krytykę za to, że jest nie-tak-dobra-jak-poprzedni-album, podczas gdy jest wciąż lepsza-niż-większość-tegorocznych-albumów. Do folku i psychodelii dorzucili trochę rocka progresywnego i odjechali może nie tak daleko jak poprzednio, ale i tak słuchana po wielu miesiącach, ta płyta z lekkością potwierdza wielką klasę. A ja potwierdzam to, co o niej napisałem tutaj, jeszcze w lipcu. Ale jeszcze raz podkreślam – Akron/Family otwierają to zestawienie dzięki pierwszeństwu w alfabecie.

Alarm Will Sound – a/rhythmia (Nonesuch)
Świetny koncept związany z poszukiwaniami w zakresie współczesnej rytmiki, pozwalający skojarzyć na jednej płycie Conlona Nancarrowa, Autechre i György Ligetiego. Rewelacyjne wykonania orkiestry z Rochester (znanej z „Acoustiki” z ich wersjami utworów Aphex Twina), która na polu minimalizmu i transkrypcji utworów elektronicznych na akustyczne instrumentarium nie ma sobie równych. Specem od tak zwanej poważki nie jestem, ale to jest album, który tego rodzaju specjalizacji nie wymaga. Więcej było tutaj (i może ktoś w końcu skomentuje, bo się z tym dość samotnie czuję).

Alva Noto – Xerrox, vol. 2 (Raster-Noton)
Nie gorsza niż „jedynka” z tej samej serii. Wprawdzie Carsten Nicolai w swoim podsumowaniu roku na Boomkacie lansuje chyba wszystkie tegoroczne wydawnictwa Raster-Noton z wyjątkiem swojego, to jego płyta była znów najmocniejszym punktem katalogu R-N w tym nie najmocniejszym dla tej firmy roku. Nieco więcej było tutaj.

Animal Collective – Merriweather Post Pavilion (Domino)
Trochę się odcinałem od powszechnej egzaltacji na początku roku (ślad tego pozostał tutaj). Pod koniec roku za to dziwiłem się, że w naszym „Przekrojowym” podsumowaniu nie wygrał AC, bo to jednak płyta, która pogodziła różne gusta muzyczne. Powinienem dopisać + „Fall Be Kind”, w końcu EP-ka, która wyszła w listopadzie przypomniała o tym, kto zdominował (może to prawdziwe znaczenie nazwy wytwórni?) ten rok.

The Antlers – Hospice (Frenchkiss)
Jedna z licznych w tym roku płyt, które dopiero jako album właśnie, a nie zbiór luźno poukładanych piosenek, mają sens. Mojej sympatii dałem już wyraz tutaj, więc pozostanę przy tym, że to dla mnie jedno z największych odkryć roku.

Black To Comm – Alphabet 1968 (Type)
Powyższą uwagę mógłbym powtórzyć i tutaj – mało było w 2009 roku albumów tak bogatych, jeśli chodzi o różne środki wyrazu, które zarazem tak dobrze kleiłyby się jako całość. Marc Richter nagrał świetny album.

The Bran Flakes – I Have Hands (Illegal Art)
Jeszcze raz pokłonię się złodziejom z Illegal Artu, których jestem stałym klientem i jeszcze innym wciskam to, co ukradną (to się już chyba nazywa paserstwo, co?). Ten rok nie był dla nich tak wielki jak poprzedni, ale The Bran Flakes słuchałem przez całą wiosnę. Pisałem o nich w kwietniu.

Bill Callahan – Sometimes I Wish We Were An Eagle (Drag City)
Nikogo pewnie nie zdziwi fakt, że to była najczęściej przeze mnie słuchana płyta roku 2009. I chyba najczęściej na tym blogu wspominana. Znam większych fanów artysty niż ja, ale z drugiej strony dla mnie to jest właśnie szczytowy moment Callahana. Dojrzała, piosenkowa, elegancka płyta. Na koncercie czegoś mi zabrakło, ale płyta jest od pierwszej do ostatniej nuty arcydziełem.

Camera Obscura – My Maudlin Career (4AD)
Nie wiem, jak ta dobra popowa płyta wytrzyma próbę czasu. Staroświeckie zacięcie C.O. może za parę lat brzmieć śmiesznie, ale zdarłem  ten album w roku 2009. Dialogowałem też wewnętrznie na jego temat tutaj, więc wszystko powinno być w miarę jasne. Z naciskiem na „w miarę”, bo grają tu też rolę jakieś prywatne emocje, których sam do końca nie zrozumiem.

Jamie Cullum – The Pursuit (Decca)
Dopiero co Camera Obscura, a teraz jeszcze to? Może Was dziwić obecność tej płyty w zestawieniu. Chociaż nie powinna. W porządku, uznajcie to za jedną z moich tegorocznych „guilty pleasures”, jeśli to uprości sprawę. Problem w tym, że wcale nie czuję się „guilty”. Recenzja tego albumu była na stronach „Przekroju”.

Dan Deacon – Bromst (Carpark)
Bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre-bardzotodobre. Inne, mniej rytmiczne refleksje tutaj.

Death …For The Whole World To See (Drag City)
To nie death metal rzecz jasna, tylko zagubiona płyta protopunkowej grupy z połowy lat 70.  W tym wypadku odnoszę się do legendy, a zatem krótko: album nie jest tak pionierski muzycznie, jak mówią, ale z całą pewnością jest tak dobry jak mówią. Przy okazji: Drag City znów rządzi!

The Flaming Lips – Embryonic (Warner)
Kiedy już wiem, że wzięli się za coverowanie „Dark Side Of The Moon”, łatwiej przychodzi mi zrozumieć „Embryonic”. Majstersztyk brzmieniowy, płyta świetna jako całość, chociaż możecie mi nie ufać: każda płyta Wayne’a Coyne’a z ostatnich lat trafiłaby do mojego rocznego zestawienia. 😉 W „Przekroju” napisałem nieco więcej.

Fuck Buttons – Tarot Sport (ATP Records)
Kolejny z kategorii zagęszczonych rytmicznie i transowych albumów, w jakie obfitował ten rok. Bardzo dobra kontynuacja „Street Horrrsing”, dalej cudownie prymitywna,  jak gdyby F.B. wychowywali się w dżungli ostatnim hajpem, na jaki się załapali, byłby Tarzan. Ale jednocześnie nie powtarzająca wprost patentów z pierwszej płyty.

Iron & Wine – Around The Well (Sub Pop)
Wiadomo, że Sam Beam nie nagrał złej płyty. Wszystko wskazywało zatem na to, że archiwa też ma niekiepskie. Skuteczność jak zwykle stuprocentowa. I kolejny powód, by uwzględniać w zestawieniach także kompilacje i archiwa, jeśli mają taką wartość jak ta. Trzy słowa więcej tutaj.

Junior Boys – Begon Dull Care (Domino)
Że zacytuję jednego z tutejszych blogowych bywalców: jak nic wróci w zestawieniach rocznych. I wraca. Choć po intensywnym okresie słuchania wiosną zapomniałem o tej płycie na jesieni. Trzy powody, dla których warto wrócić – tutaj.

King Midas Sound – Waiting For You (Hyperdub)
Jedna z ostatnich wielkich płyt roku. I powrót  Kevina Martina, który przed rokiem dominował w zestawieniach jako The Bug. Tutaj nazwa wytwórni mówi wszystko – atmosfera jak z nagrań Buriala czy Kode9, a do tego znakomite wokale. Ciekawe jest to, że „Waiting For You” pachnie już trochę ślepą uliczką dubstepu jako gatunku, w którym już wszystko powiedziano, jeśli chodzi o brzmienie, a zarazem wyprowadza ten gatunek na zupełnie inne wody – potencjał „Waiting For You” w dotarciu z tego typu muzyką do szerokiej publiczności jest moim zdaniem olbrzymi.

Leyland Kirby – Sadly, The Future Is Not Longer What It Was (History Always Favours The Winners)
Ścieżka dźwiękowa do tegorocznej jesieni. Rozkłada na łopatki nowy album Basinskiego, tegoroczne płyty ambientowe i nowych kameralistów z Arnaldsem i Richterem na czele. I to za jednym zamachem – w końcu trzy płyty to kilka godzin słuchania, a zbierany przez długie miesiące zestaw kompozycji Kirby’ego, to rzecz ogromnie charakterystyczna i wciągająca emocjonalnie. Mam nadzieję uzupełnić braki i dopisać kilka słów na temat tego artysty, którym w gorszym dla bloga czasie zająłem się bardzo obszernie na antenie Dwójki.

Loop – The World In Your Eyes (Revolver) 3CD
Olbrzymią przyjemność sprawiły mi wszystkie reedycje Loop, ale nie wiedziałem, że utwory spoza zasadniczych albumów (bo ta trzypłytowa wersja wydawnictwa to o wiele więcej niż oryginalne „The World In Your Eyes”) sprawią mi największą i najmilszą niespodziankę. Więcej dywagacji na temat Loop było tutaj.

Mordant Music – SyMptoMs (Mordant Music)
Jedyny pozytywny wpływ tegorocznego (wyjątkowo kiepskiego, moim zdaniem) podsumowania roku w „The Wire”. Wróciłem do Mordant Music i zasłuchałem w tej płycie. Bo niby zasłużona w ostatnich latach brytyjska wytwórnia, ale dotąd nie miałem do niej osobistego stosunku. „SyMptoMs” ten stosunek mi dały. Baaardzo pozytywny.

Mount Eerie – Wind’s Poem (P.W.Elverum & Sun)
Jeszcze jeden album, którego nie zdążyłem opisać na blogu tej pracowitej jesieni. Bardzo mroczna, ponura, a jednocześnie niezwykle plastyczna płyta Phila Elveruma.  Folk, który połknął black metal.

Mountains – Choral (Thrill Jockey)
Ocieplony partiami gitary elektroniczny ambient, który próbowałem lansować zim ą jako antidotum na plotki na temat Jacksona. Nie wiedziałem, że dużo łatwiej by to było wylansować przez hasło Michael Jackson w lecie. Tutaj można przeczytać tamtą notkę. Mętny ma trochę (notka oczywiście) charakter, ale płyty warto posłuchać.

Natural Snow Buildings – Shadow Kingdom (Blackest Rainbow)
Olśnienie tego roku. Zupełnie inny świat dźwięków. Folk, psychodelia, Indianie, horror, przestery i przeszkadzajki. Zabrało mi to czas, który zwykle poświęcam na przesłuchanie jakichś dziesięciu lub więcej nowych płyt. Więc jeśli to zestawienie ma Waszym zdaniem niepełny charakter – wiecie, że ta dwójka Francuzów jest wszystkiemu winna. Podtrzymuję to, co pisałem tutaj.

Paristetris – Paristetris (Lado ABC)
To był świetny rok w polskiej muzyce. Zacząłem nabierać nadziei na kilka naprawdę eksportowych (ech, te nasze kompleksy) zespołów. Idealnym pomysłem na początek jest Paristetris, w zasadzie w jednej trzeciej z importu. Sam się na moment w tych zawiłościach pogubiłem (dowody tutaj), ale – jak to mówią – lepiej z Paristetris zgubić niż z Paris Hilton znaleźć.

Rob Mazurek Quintet – Sound Is (Delmark)
Lider w świetnej formie, do tego John Herndon z Tortoise w formie lepszej niż u siebie, Matthew Lux z Isotope 217 i nie tylko. Zaskakująco dobra płyta jazzowa,  swobodna, ale jednocześnie dość przystępna, konkretna, precyzyjna. Rzecz nieco retro w klimacie, żyje duchem cool jazzu. Słychać, że Mazurkowi dobrze zrobił epizod współpracy z Billem Dixonem (patrz moje zestawienie sprzed roku).

Alasdair Roberts – Spoils (Drag City)
Dostało mi się za ocenę tej płyty. I przyznaję, że niesłusznie aż tak chłodno o niej napisałem. Ale w kontekście całego roku i dość rozczarowujących premier ze światka nowego folku i alt-country (a przypomnę, że w tym samym roku płyty wydali Oldham, Antony i Devendra Banhart), „Spoils” wyrasta na faworyta. Szczególnie, gdy doliczyć do tej płyty jeszcze minialbum „The Wyrd Meme”.

Różni wykonawcy – Dark Was The Night (4AD) 2CD
Składanka – jak to składanka – zawsze nieco zbyt obszerna, ale materiał złożony z piosenek (covery klasyków albo własne kompozycje) momentami może imponować, a zestaw wykonawców, cała śmietanka sceny folkowej i alternatywno-rockowej – imponuje już z całą pewnością. Przy okazji potwierdzając szczęście 4AD do składanek. Pisałem o tym wcześniej tu.

Różni wykonawcy – Mary Anne Hobbs: Wild Angels (Planet Mu)
Didżejka radiowa publicznego radia brytyjskiego? I czymże taka się różni od Marcina Kydryńskiego? Zaryzykuję: wszystkim, oprócz jednego: oboje wydają swoje kompilacje. Problem w tym, że Hobbs, pierwsza dama dubstepu i pilna obserwatorka brytyjskiej sceny elektronicznej wydaje albumy wypełnione wyjątkowymi nagraniami wyprzedzającymi duże wydawnictwa i dopiero zwiastującymi nowe postacie sceny. Jedne z najlepiej wydanych pieniędzy w roku 2009.

Sonic Youth – The Eternal (Matador)
Słyszałem już mnóstwo teorii na temat ostatnich kilku płyt Sonic Youth. W moim przekonaniu najbardziej prawidłowa jest wersja mówiąca, że od lat ta grupa nie nagrała złej płyty. „The Eternal” to hołd pamięci nieodżałowanego Rona Ashetona. Skromne posunięcie ze strony zespołu, który w tej chwili jest już dla alternatywnego świata legendą nie mniejszą niż The Stooges. Kilka zdań więcej tutaj.

Speech Debelle – Speech Therapy (Big Dada)
Lekko, miło i przyjemnie, o czym zresztą już pisałem. W tym roku ta artystka rekompensowała mi brak The Streets. Cieszyłem się, gdy dostała Mercury Music Prize, ale jeszcze bardziej cieszyłem się z tytułu „płyty dekady” w zestawieniu „Guardiana” dla Mike’a Skinnera. 😉

Sunn O))) – Monoliths & Dimensions (Southern Lord)
Nieco gorszą w tym roku formę dronowego metalu jako całości wynagradza jego główny przedstawiciel. Jeśli ktoś pamięta słowa (bodajże) Chruszczowa o tym, że rock progresywny to „wyziewy z latryny”, uzupełniam tę przenośnię: Sunn O))) to wyziewy z piekielnej latryny.

Terror Danjah – Gremlinz (The Instrumentals: 2003-2009) (Planet Mu)
Po raz kolejny brytyjski hip-hop mi wystarczał. Tego producenta – z ręką na sercu – nie rozpoznawałem, zanim trafił do mnie zbiór jego podkładów, z którego wyciąłbym co najwyżej wkurzające na dalszą metę (ale to znak rozpoznawczy artysty) dźwięki gremlinów. Reszta to kompletna rewelacja. Do tego też chętnie wrócę przy okazji, bo rzecz jest warta wsparcia.

Tomasz Stańko Quintet – Dark Eyes (ECM)
Cienki jak barszcz tytuł płyty, w dodatku zdrada narodowego składu muzyków… Eeee… Rzecz w tym, że Stańko znów jest w jakiejś kosmicznej formie i świetną płytę wydał w rocznicę ECM-u. Pisałem o niej w „Przekroju”.

White Rainbow – New Clouds (Kranky)
Dobrze znany syndrom: album jest gorszy od poprzedniego, „Prism Of Eternal Now”, ale czy to coś zmienia, jeśli wciąż pozostaje lepszy niż większość innych? Poza tym, o ile dobrze pamiętam, to jedyna premiera z Kranky, która mnie w tym roku naprawdę nie zawiodła, a to już coś, bo tę wytwórnię uwielbiam.

John Zorn – Alhambra Love Songs (Tzadik)
Poza Callahanem i Natural Snow Buildings najczęściej słuchany przeze mnie album tego roku. Ścieżka dźwiękowa do życia, która pozwala zachować dobry nastrój w każdej sytuacji. Fanom Zorna wydać się może przesłodzona, ale to, co się tu dzieje w warstwie rytmicznej, to zgranie – fenomen! Więcej tutaj (notabene z całej trójki opisywanych tam płyt tylko dla Sweet Billy Pilgrim straciłem nieco serca przez wiele miesięcy).

Stawiać na półce obok Piotra Rubika

Porcja kulturalnej awangardy dla wszystkich. Nie wierzycie? No pewnie, ja też nie wierzę, na podstawie własnych doświadczeń, że robione za pieniądze z moich podatków festiwale są dla każdego

Alva Noto + Ryuichi Sakamoto + Ensemble Modern - utp_ALVA NOTO & RYUICHI SAKAMOTO & ENSEMBLE MODERN „utp_”, Raster-Noton
premiera: 25.05.09, źródło: Boomkat.com (mp3)
6/10

Wcale nie żartowałem z Rubikiem. Oto przykład z tej samej półki, tyle że pozytywny – tak powinno się inwestować pieniądze podatnika. W tym wypadku jednak dobrze ulokowano nie polskie, tylko niemieckie fundusze. Podobnie jak szereg polskich miast, zamawiających oratoria u autora „Golgoty Świętokrzyskiej”, tak i 400-letnie Mannheim postanowiło uczcić jubileusz – już dwa lata temu – wielkim multimedialnym przedsięwzięciem, porcją nowoczesnej muzyki z orkiestrą i znanymi solistami. Jako miasto szczególne – rodzaj architektonicznej utopii XVII wieku, której plan został ułożony z równomiernie doklejanych do siebie klastrów ulic – wybrali szczególnych artystów. Są wymienieni powyżej, więc nie będę się powtarzał.

Alva Noto tym razem nie ingeruje w partie instrumentów klasycznych, tylko działa na równych prawach, jako jeden ze współwykonawców. Przynajmniej takie wrażenie odnosi się po przesłuchaniu „utp_”. Reprodukuje pojednycze tony na bardzo niskich częstotliwościach i emituje co jakiś czas sekwencje białego szumu. Kompozycje na „utp_” są nieprawdopodobnie rozciągnięte w czasie, minimalistyczne, niemal pozbawione rytmicznej ciągłości, a jeśli nawet czytelny rytm się pojawia i towarzyszy nam przez kilka minut, to i tak – tu uwaga dla miłośników tytułowego bohatera niniejszego wpisu – nie da się przy nich klaskać.

Powiedziałbym nawet, że fragmenty „utp_” są za długie, za to pod względem wachlarza wykorzystanych środków – a towarzyszący dwóm liderom Ensemble Modern to bardzo elastyczny zespół muzyki współczesnej – zaskoczeń jest znacznie więcej niż we wszystkich dotychczasowych nagraniach duetu Sakamoto-Noto. W kilku momentach bardzo wyraźnie kłania się Gavin Bryars (obie części „Plateaux”, szczególnie majestatyczna część druga – skądinąd jedne z lepszych utworów na płycie), w paru innych łatwiej wyczuwalne są elektroniczne korzenie Carstena Nicolai, czyli Alva Noto (tu warto posłuchać „Broken Line 2” – to rzecz najbardziej satysfakcjonująca z punktu widzenia wcześniejszych płyt japońsko-niemieckiego duetu), tak czy owak gra się cały czas tu nie tylko dźwiękiem, ale i ciszą.

Na tle poprzednich płyt Alva Noto i Ryuichiego Sakamoto „utp_” trochę zawodzi, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, jak potężne narzędzia mieli tym razem w rękach, ale poza kontekstem broni się całkiem nieźle. W każdym razie jeśli któreś z polskich miast zacznie w tego rodzaju projekty inwestować, mogę obiecać, że pomogę – i sam będę klaskać.

PS1 Od jutra Musica Genera, że tak pozwolę sobie przypomnieć.

PS2 Jak widać powyżej, ostatecznie kapituluję w kwestii ocen. Dalej nie lubię aptekarstwa, nic się nie zmieniło, ale cóż z tego, skoro wszyscy moje oceny od 1 do 6 inni – a pojawiają się już w Polsce metaserwisy z recenzjami – tłumaczą potem na system od 1 do 10 albo od 1 do 5 i wychodzą z tego bzdury. Koniec z tym. Teraz będzie nudno i konformistycznie, ale za to czytelnie.

Oto Noto i niezbyt wybuchowy Atom

Nie mówcie nikomu, że sprawę z poprzedniego wpisu odreagowywałem słuchając płyt z Raster-Noton, bo znowu będzie szum, że aspiruję do bycia kimś, kim nie jestem, albo że usłyszałem pierwszy raz R-N, gdy już się skończył. Oficjalna wersja (tę proszę powtarzać) brzmi tak: w nowych płytach z R-N chodzi jak zwykle o dość skrajny minimalizm, więc może chociaż ten pozwoli mi się komunikować jasno i wyraźnie. Choćby i przez moment.

Czy już mówiłem, że od tej pory w ogóle postaram się pisać jasno i wyraźnie? Tak mi dopomóż…

alva_noto_xerrox2>>>>5<
ALVA NOTO „Xerrox, vol. 2”, Raster-Noton

premiera: 26.01.2009, źródło: Amazon.com

Drugi odcinek serii samplowanych nagrań współzałożyciela Rastra, człowieka, który całe swoje poczucie humoru (znacie już tę ponura minę?) oddał za talent do pracy na mikroskopijnych próbkach dźwięków i tworzenia z nich laboratoryjnie sterylnej muzyki pełnej – paradoksalnie – cyfrowych zanieczyszczeń. Niczym Robert Johnson duszę diabłu na rozstaju dróg. Wcześniej musiał być chyba komikiem, bo tego talentu po transakcji starczyło już na kilkanaście niezłych płyt (a propos – na początek polecam serię „Trans-”), jeśli wliczyć w to wszystkie projekty poboczne i duety. Pierwsza część „Xerroxa” była zestawem potężnych tekstur dźwiękowych zbudowanych z sampli, które Nicolai dostał od hoteli i linii lotniczych. Koncentrował się na mechanizmie powielania drobnych sampli w nieskończoność. Podobnie i tutaj, tyle że za dostawców sampli tym razem robili – oprócz zwyczajowych linii lotnicznych – Ryuichi Sakamoto, Stephen O’Malley i Michael Nyman (jeśli ogoś dziwi to ostatnie nazwisko, to jeszcze bardziej zdziwi go najnowszy „The Wire”, który donosi o współpracy Nicolai z Nymanem!). Oczywiście równie dobrze Alva Noto mógł wykorzystać próbki z nagrań kogoś zupełnie innego, i tak nikt by się nie zorientował – taka już specyfika tej pracy. Nie jest to może szczytowe osiągnięcie Niemca, ale otwierający płytę „Xerrox Phaser Acat 1” i trzeci na płycie „Xerrox Soma” to mistrzostwo w dziedzinie obróbki dźwięku, po którego natężeniu i barwie nigdy by mi nie przyszło do głowy, że to może być układanka z powielonych i przetworzonych sampli.

.

atomtm_liedgut>>3<<<
ATOM™ „Liedgut”, Raster-Noton

premiera: 26.01.2009, Boomkat.com (mp3)

Zupełnie inny rodzaj sztuki manipulowania samplami opanował Uwe Schmidt, bardziej znany jako Atom Heart, Señor Coconut albo połowa duetu Flanger. To mistrz, gdy idzie o rytmiczne granie krótkimi samplami – urywki barw syntezatora albo ludzkiego głosu zamienia sprawnie w dźwięki o charakterze perkusyjnym (tyle że na „Liedgut” ma mniej okazji, by to udowodnić). Gdyby szukać bliskiego mu znanego artysty, trzeba by wskazać Matthew Herberta. Ale to „komercha” w porównaniu z Niemcem. [Co prawda to Herbert, nigdy nie zapomina o zawartości muzyki w muzyce, ale] to za Schmidtem stoi dłuższe doświadczenie. On też jest bardziej śmiałym artystą – czego dowodem „Liedgut”. Tym razem pracował przecież  dla awangardowej wytwórni Raster-Noton i mógł sobie pozwolić na szaleństwo. Wszystkim tym, którzy szukają mistrzostwa Schmidta w rozrywkowej wersji polecam choćby „Replicant Rumba Rockers”. Tutaj znajdą szczyptę porównywalnych z tamtymi melodii, ale podanych na zimno, bez latynoskiej miękkości. I sporo denerwujących zabiegów – choćby dwuczęściowy „Interferenz” z  muzycznym przetworzeniem charakterystycznych interferencji wywoływanych przez telefony komórkowe. Każdy słyszał, ale nie każdy zrobił z tego melodię. „The Wire” słusznie moim zdaniem szuka na tej płycie niemieckiego romantyzmu pomiędzy dźwiękami zakłóceń I kiedy skojarzenia z Kraftwerk wracają coraz natrętniej, w kulminacyjnym momencie, w utworze zatytułowanym „Weiβes Rauschen” gościnnie na płycie słyszymy… Floriana Schneidera, co prawda z głosem zniekształconym przez wokoder, ale w końcu takim go właśnie znamy. I razem z charakterystycznym kraftwerkowym motywem syntezatora jego głos roztapia się w tytułowym „Białym szumie”, wokół którego Uwe Schmidt osnuł doć mętną teorię dotyczącą tego albumu. Pewnie spędził nad jej tworzeniem więcej czasu niż przy tym wyjątkowo krótkim, ledwie naszkicowanym i jednak mało satysfakcjonującym albumie.

To mnie zbliża do napisania paru słów o odchodzącym (co do tego nie mam większych wątpliwości po ostatnich oświadczeniach) Kraftwerku. Jak na pewno już wiecie, Florian pożegnał się z Ralfem. Podobno Florian nie uczestniczył już w całej zeszłorocznej trasie grupy, a ponieważ w Nowej Hucie nie byłem, poratujcie wiedzą: czy tam na scenie aby na pewno stał Forian?

Dwie nowe recenzje, okrutnie skrócone w wyniku permanentnego braku miejsca na łamach, znajdziecie w „Przekroju”. Wziąłem w obronę Springsteena (link) i bardzo miło obszedłem się z nową Marianne Faithfull (płyta zeszłoroczna z coverami, która dopiero teraz wyszła w Polsce, link). Nie są to jakieś wielkie albumy, ale nie radzę ich sobie odpuszczać bez przesłuchania pierwszego utworu z „Working On A Dream” i wersji „Children Of Stone” grupy Espers wykonywanej przez Marianne Faithfull. Oceny są przekładalne na tutejszą skalę, więc Springsteen dostałby naciąganą czwórkę, a Faithfull czwórkę tak po prostu, już bez naciągania.

Weekend spędziłem w zaspach śniegu, odcięty od świata, nadrabiałem więc braki informacyjne, czytając wpis Jarka Szubrychta o polskich eliminacjach do Eurowizji oraz wywiad Mariusza Hermy z Joanną Newsom. Komentarze pod poprzednim wpisem czytam na bieżąco, ale postanowiłem jednak iść za głosem rozsądnych podpowiedzi i dalej już nie komentować.

Galeria Raster-Noton (krótkie piłki odc. 0111)

Słuchane w kwadrans po obejrzeniu starych „Gwiezdnych wojen” (telewizja emisję zaczęła i nie skończyła, a klient był niezaspokojony) nowe płyty z Raster-Noton brzmią jeszcze bardziej futurystycznie niż wcześniej. Pamiętajcie, że w „Gwiezdnych wojnach” nie mieli komórek, kolorowych ekranów LCD w komputerach, a nawet głupiego USG (nie wiedzieli w końcu, że Amidali urodzi się dwójka niemowląt, a nie tylko jedno)? Za to potrafili dusić na odległość, bez problemu sprawić komuś nową, w pełni sprawną (z funkcją dłubania w nosie włącznie) metalową kończynę, no i znali hipernapęd (owszem, czasem się psuł, ale wystarczyło walnąć mocno w statek kosmiczny i już ruszał…). Tym się różni SF w wersji „soft”, luźnej i fantazyjnej, od tej w wersji „hard”, wspartej latami badań naukowych i w ogóle.

Dobra, wiem, że szkoda czasu na rozwodzenie się na temat tej różnicy, ale ona się istotnie przekłada na oficynę Raster-Noton. Tworzyli ją bowiem do niedawna ludzie z gatunku hard SF, skupieni faceci przy oscyloskopach i panelach syntezatorów modularnych, pracujący nad pojedynczym dźwiękiem, który zniszczy świat. Nowe pokolenie, które wyrasta obok nich to przedstawiciele nurtu „soft” – o tyle że ich działania okazują się już nie tak minimalistyczne, skupione częściej na rozbudowywaniu kompozycji, a nie tylko prezentacji brzmieniowej, ba – o zgrozo – grający cieplejsze utwory. Nie jest to może jeszcze taka różnica jak między Alva Noto a Orbitalem, ale z pewnością niektóre z nowych propozycji od tego, co było, dzieli przepaść. Po tych trzech drobnych zdaniach na początek pora na cztery zdania o poszczególnych premierach, póki jeszcze się nie przeterminują (czyli póki im się nie pomieszają zera i jedynki, bo to jedyny sposób na zepsucie się czegoś w tej jakże prostej branży. Na początek mały zawód, a potem odkrycia.

>>3<<<
Alva Noto , „Unitxt”, Raster-Noton R-N 095

premiera: maj 2008, źródło: Bleep.com

Słowo „monotonia” na nikim nie zrobi wrażenia. Przynajmniej na nikim osłuchanym chociaż trochę z muzyką niemiecką ostatniego ćwierćwiecza. A ta płyta  – choć z pozoru trochę się zaleca do słuchacza prostą i mocno wyeksponowaną rytmiką – jest monotonna jak żadna inna w dorobku Carstena Nikolai. Strzępki rachunkówi innych przypadkowych dokumentów czytanych wypranym z emocji głosem, które okazjonalnie tę muzykę przerywają, tylko dopełniają wrażenia monotonii, owszem, są ciekawe, ale tylko przy jednokrotnym słuchaniu. Jeśli więc uznamy, że ta muzyka funkcjonuje na zasadzie przedsięwzięcia galeryjnego (obejrzeć raz, odczytać, zrozumieć, przeżyć i już nigdy do tego nie wracać)  to świetnie, nawet fenomenalnie. Tylko ja czegoś innego oczekuję od muzyki. Na pocieszenie mamy tu minimalistyczne, eleganckie syntetyczne brzmienia, które porównywać można spokojnie z tymi, jakie w swoim studiu Klang Klang generuje grupa Kraftwerk.
PS Niemal jednocześnie z premierą nowego materiału w R-N ukazało się wznowienie płyty „Transform” Alvy Noto i to polecam w pierwszej kolejności. Znacznie lepiej oddaje charakter wytwórni i pokazuje umiejętności jej szefa – włącznie z tworzeniem dźwięku o psychoakustycznych wręcz właściwościach. Wygląda tak:

>>>>5<
Alva Noto „Transform”, Raster-Noton 2001/2008 (reed.)

premiera: marzec 2008, źródło: Bleep.com

Hipnotyzuje.

A teraz już pora na…

>>>4<< (ale tylko za znaczenie historyczne)
Ryoji Ikeda „1000 Fragments”, Raster-Noton 1995/2007

premiera: maj 2008, źródło: Bleep.com

oraz…

>>>4<< (ale tylko za wrażenie ogólne)
Ryoji Ikeda „Test Pattern”, Raster-Noton 2008
premiera: luty 2008, źródło: Bleep.com

Japończyk jest ojcem duchowym rastrowców i wciąż najbardziej eksperymentalnym, najbardziej bezkrompromisowym twórcą spośród nich (odkąd dołączył do ich grona, nagrywając po raz pierwszy dla R-N), więc należy od niego wymagać więcej. Przy okazji „1000 Fragments” z odbiorem jest jednak trudno, bo dostajemy młodzieńcze dzieło, które zostało pobite wielokrotnie pod każdym względem – i przez samego Ikedę, i przez następców. Kolaż złożony z brzmień nowoczesnej techniki i trochę nieco naiwnych rytmów w stylu IDM, strzępki głosów, urywki z klasyki. Plus to, z czego zasłynął później: rzecz nazwana tutaj „the most beautiful ugly sound in the world”. Kapitalna definicja. Z drugiej strony – drugiego takiego Ikedy nie znajdziecie. Ten nowy jest tak hipernowoczesny, że nie wiem, czy się kiedykolwiek zestarzeje, a „1000 Fragments” to jednak coś w stylu „Gwiezdnych wojen”. Z wyjątkiem może kompozycji „Zone”. Ta mogłaby się znaleźć na jednej z jego późniejszych płyt. No, fakt – na pewno nie na „Test Pattern”, bo to – po „Dataplex” – kolejny album pokazujący konstruowanie utworu z cyfrowych klików od podstaw: od hałasu po zorganizowane rytmicznie, a nawet melodycznie (!) struktury. Zachwycający jest tutaj sam proces, bardzo powolny, męczący w pierwszej części – szczególnie odstraszający z pewnością dla tych, którzy z Ikedą nie mieli do czynienia. W tle czają się bowiem na nas znów te „najpiękniejsze orkopne dźwięki  na świecie”, które łapią za gardło, niemal w dosłownym sensie, szczególnie przy głośnym słuchaniu. Ostrożnie, bo taka muzyka pali kolumny głośnikowe nawet na niewielkich poziomach wzmocnienia!
Tyle że – gwoli sprawiedliwości – „Dataplex” był jednak ciekawszy.

>>>4<<
Byetone „Death Of The Typographer”, Raster-Noton 2008

premiera: lipiec 2008, źródło: Bleep.com

Tym razem Olaf Bender, najmniej aktywny z trójki ojców-założycieli Rastra. Minimalistyczna metoda berlińskiego grania znana od dawna i sprawdzająca się bezbłędnie, szczególnie gdy zamienia się w hardkorowy minimalizm (dwuczęściowy „Capture This”, najlepszy na płycie), a do tego świetna okładka. Nowości w tym mało, prawie wcale, ale też można słuchać bez specjalnego zniechęcenia, bo to jest raczej niezłe tło dźwiękowe niż muzyka, po której spodziewalibyśmy się jakichś wybitnych doznań. Recenzja skutkiem tego wszystkiego też minimalistyczna. Czwórka, ale naciągana z sympatii dla R-N.

>>>4<<
Kangding Ray „Automne Fold”, Raster-Noton R-N 094

premiera: kwiecień 2008, źródło: Bleep.com

Niemiecki Francuz powraca po niezłym albumie „Stabil”. I znów jest dobrze – „Automne Fold” to płyta przystępna, przyjemna w słuchaniu, niemal popowa jak na standardy Raster-Noton (autor grywał postrocka, stąd ta komunikatywność), a zarazem nieprzewidywalna. Trudno zgadnąć, w jakim kierunku wyewoluują te utwory, gdzie pojawią się sample z klasycznych instrumentów, gdzie odezwie szepczący głos, gdzie David Letellier zasłucha się w jakąś ambientową plamę, a gdzie pchnie wszystko w stronę klikowego techno. Przeróżnych rzeczy można się tu doszukiwać, sympatii do mrocznych brzmień nowofalowych modnych w Berlinie (gdzie Letellier mieszka) od zawsze, a nawet pewnych lekkich inspiracji dubstepem. Jest miejsce dla erudycji, ale i dla przyjemności słuchania.

Gdyby kogoś to zastanawiało – tytuł niniejszego przydługiego wpisu przenosi numerację „krótkich piłek” na moment w świat binarny.