Category Archives: rozjazdy

To jest to miejsce, gdzie się rozjeżdża, gdyby ktoś pytał

Limit to… the number of hits you can get

James Blake – który notabene dziś wieczorem w HCH, fajny, dobrze zapowiadający się artysta i w ogóle – wydał na początku listopada nowy singiel „Limit To Your Love” z tytułową piosenką (ta wychodzi też na specjalnej płytce 10″), którą Boomkat już uznał za hymn pokolenia:

James Blake – Limit to Your Love (Feist Cover) by Dewse

Jeśli jednak ma to być hymn pokolenia, to chyba generacji o problemach z pamięcią. Cztery lata temu na płycie Joan As Police Woman „Real Life” ukazała się taka piosenka, którą sam chętniej uznałbym za hymn czegokolwiek, bo oprócz chwytliwej zwrotki z motywem fortepianowym ma jeszcze powalający refren:

I Defy (Antony And the Johnsons with Joan as Police Woman) by irashi

Ja rozumiem, że nie do końca, ale prawie. Liczba możliwych wariantów hymnów pokoleniowych najwyraźniej jest mocno ograniczona.

Rock’n’roll? Sponsorowany przez Żywiec

Hasło? „Wszyscy muzycy to wojownicy”. Odzew? „Wszyscy artyści to prostytutki”. Ot, taka mała rock’n’rollowa zabawa w podchody. W tym wypadku koncern chłopaków podszedł skutecznie i jest płyta – króciutka, jeden utwór, trzech głównych bohaterów i jedna marka. Na scenę wchodzą kolejno:

Wojciech Waglewski, przedstawiany tu jako „duch muzycznie niepokorny”. Jego niepokorność polegała między innymi na tym, że długo unikał zaangażowania reklamowego. Teraz uznał, że pora niepokorność spieniężyć. Gdy Boba Dylana zmieszali z błotem po jego występie w reklamie Victoria’s Secret, byłem skłonny go bronić. Gdy jeden z moich ulubionych polskich artystów Wojciech Waglewski wystąpił w reklamówce – podobnie. Ale nie będę wspierał mieszania sztuki i reklamy, że tak zacytuję tekst tej piosenki „choćby cały świat próbował mnie zgłuszyć”.

Maciej Maleńczuk, przedstawiany tu jako „sztuka buntu”. Nie wiem, przeciwko czemu się tu buntuje, ale będę strzelał: Przeciwko sobie? A może tylko własnej sytuacji materialnej? „Bierzcie mnie weźcie, doceńcie wreszcie” – proponuje w tym nagraniu. Pamiętajcie, że słowo „docenić” w sposób naturalny niesie w sobie „cenę”. Ja wiem, że on pamięta czasy, gdy się śpiewało za piwo, ale żeby dla piwa?

Abradab, przedstawiany tu jako „rap broni się słowem”. Autor najsmutniejszej linijki w piosence: „Świat schodzi na psy, a one szczerzą kły”. Czyżby go coś ugryzło?

Żywiec, przedstawiający się jako sponsor całości. Zapowiada letnią trasę koncertową, na której zrozumiemy, że „siła, w oparciu o wierność przyjętym zasadom, pozwala przełamywać schematy i wyznaczać nową jakość”. A przede wszystkim, że o „to idee niezwykle bliskie marce Żywiec”. Najgroźniej w tym kontekście brzmi ich hasło reklamowe: „Najlepsze przed tobą”.

Męskie Granie „Wszyscy muzycy to wojownicy” – singiel, materiały reklamowe firmy Żywiec, 2010

W pogoni za jazzem, czyli najmniej popularny wpis roku

Pozwalam sobie z góry zawyrokować, bo wiecie, jak na ludzi działa hasło jazz – nawet na tych, którzy jazzu słuchają, działa czasem odstraszająco, bo jak je słyszą, to już się kulą na myśl o jakiejś pigule mdłego chilloutu, który za chwilę ktoś im rzuci w twarz. Nigdy nie byłem jakimś zwolennikiem prawilności w jazzie, słuchałem yassów, wspierałem wywrotowców, ale to problem, gdy jazzem można nazwać wszystko, co się rusza (a nawet i to co, od dawna nie żyje – mam tu na myśli gatunki, nie ludzi). W każdym razie odreagowuję chyba opisanie ultrapopularnego Gorillaz, zajmując się albumem…

YOUNG JAZZ REBELS „Slave Riot”
Stones Throw – 5.04 – mp3
5/10

Młodzi jazzmani (no dobra – dałem się wpuścić w maliny – więcej w komentarzach) pod skrzydłami hiphopowego producenta Madliba, o którego płycie ze Strong Arm Steady pisałem tutaj niedawno. Płyta, która powstała jakby na moje prywatne zamówienie wyrażone w tamtej recenzji, bo Madlib jest tu w zasadzie… dobrym duchem, współtwórcą brzmienia (świadomie „postarzonego”, głębokiego, stylizowanego na stare winyle). Niby możemy się cieszyć, że młodzi ludzie posłuchali jazzu na winylu i teraz reagują na to swoją – jak to opisuje katalog Stones Throw – awangardą. Ale awangarda to oczywiście nie jest. Nie ma w tym przede wszystkim przekonującej fuzji hip-hopu i jazzu. Jest ten ostatni, w pierwszej części dość prosty, bo budowany zapętlonymi motywami rytmicznymi (zresztą sekcja rytmiczna odwala tu większość roboty) – tyle że takie rzeczy to na polskiej scenie post-yassowej można usłyszeć, i to w lepszym wydaniu..

I już kiedy chcemy wstać i iść po zwrot pieniędzy do Stones Throw, na odchodnym dostajemy wieloczęściowy freejazzowy utwór tytułowy. To zupełnie nowa jakość na tej płycie, bo wcześniej ani improwizacyjnej współpracy między muzykami, ani też błyskotliwych tematów melodycznych nie uświadczymy na „Slave Riot”. Jest za to cała modna w tej chwili otoczka – nawiązanie do wolnościowej tematyki, rebelii, murzyńskich protestów, polirytmia itd. To ja już wolę sobie posłuchać Sun Ra albo składanek Soul Jazzu.

Aha – piękna okładka w wersji CD i LP (co lepiej widać tutaj). Jaka szkoda, że wcześniej zainwestowałem już w mp3, bo bym sobie na ścianie powiesił. 😉

POLAR BEAR „Peepers”
Leaf/Gusstaff – 1.03 – CD
6/10

Tu już lepiej, przynajmniej dla tych, którzy lubią brytyjski jazz. Melodii jest przeciwnie do Young Jazz Rebels – sporo – a przy tym sympatyczna powściągliwość w zespołowym graniu, gdy wchodzą w improwizację. Większa część albumu to utwory melancholijne, wręcz elegijne, więc na wyrywki można słuchać w ten weekend nawet w okolicy Wawelu i placu Piłsudskiego. Najładniejsze momenty („The Love Didn’t Go Anywhere”) kojarzyć się mogą trochę z The Cinematic Orchestra czy Tied & Tickled Trio, chociaż w recenzjach czytam o członkach Polar Bear w samych superlatywach, tymczasem bez przesady, wirtuozi to nie są. Można się też czepiać tego, że znów nie ma pomysłu na łączenie elektroniki z jazzem. Leafcutter John częściej sięga po gitarę. No ale może po prostu całe środowisko doszło do ściany dążąc do stworzenia elektronicznego jazzu nowej ery.

Ostatnio temat odświeżył mi Michał Margański z Trójki, zadając parę pytań i prezentując składankę „Athens” zebraną przez Underworld & The Misterons (tak, tak, ten Underworld z Karlem Hyde’em!), a prezentującą nagrania jazzowe – Alice Coltrane, Soft Machine, Squarepusher obok Mahavishnu Orchestra i tak dalej. Bardzo dobry wybór – i zachęcający do zainteresowania pewnym rejonami jazzu (7/10). Do tego ukazała się jeszcze kolejna próba połączenia techno z jazzem – płyta Cobblestone Jazz „The Modern Deep Left Quartet”, ale bardzo nieudana, daleko w tyle nawet za albumami Carla Craiga z lat 90. (4/10 to wszystko, co mogę dać kanadyjskiej grupie). Tu okładki sobie na ścianie nie powiesicie, że tak sobie pozwolę przypuszczać.

Że taki negatywny jestem dzisiaj? Bez przesady, przy okazji chciałbym zaproponować coś, co pewnie parę kolejnych osób przekona do muzyki jazzowej:

JOHN COLTRANE „Kulu Sé Mama”
Impulse! – 1967 – CD
9/10

Płyta, którą kupiłem sobie w zeszłym roku, gdy wznowiono ją w serii Originals. Nagrana w roku 1965, niedługo po klasycznej „A Love Supreme” i w bardzo podobnym składzie – tyle że zamiast Archiego Sheppa (jednak nieobecnego na podstawowej wersji płyty – patrz komentarze) mamy tu Pharoah Sandersa. Jeśli ktoś rzeczywiście szuka Afryki w nagraniach jazzowych, to znajdzie ją już w pierwszej natchnionej kompozycji tytułowej z Julienem Lewisem jako wokalistą. Jeśli Young Jazz Rebels sygnalizują polirytmię, to tu jest polirytmia pełna gębą. Zresztą na polu przenikania afrykańskich brzmień do jazzu „Kulu Se Mama” jest płytą wyjątkową, trochę – mam wrażenie – niedocenianą. Ale może Coltrane ma zbyt bogaty katalog, żeby sprawiedliwie obrastały legendami wszystkie zasługujące na to albumy. Fani Sun Ra Arkestra albo późniejszych solowych płyt Sandersa (dla nich „Kulu…” to wręcz wzorzec) po prostu muszą to znać.

Przy okazji, znów trochę wyłamując się z ogólnego nastroju, słucham sobie nowego LCD Soundsystem, które tutaj (dodam jeszcze ten nawias, żeby było łatwiej trafić myszką) udostępnił zespół – zakładam, że nastąpił wcześniej jakiś wyciek, bo płyta wychodzi w połowie maja. Brzmi to nieźle.

O, zapomniałem, że wszyscy teraz słuchają Autechre i MGMT. Obiecuję się poprawić, gdy chodzi o takie grube rzeczy już niebawem, szczegóły – też niebawem, ale trochę szybciej.

Max und Moritz plus Vladislav – trio tak gorące, że aż letnie

Moritz_Von_Oswald_TrioMORITZ VON OSWALD TRIO „Vertical Ascent”, Honest Jon’s
premiera: 22.06.09, źródło: Boomkat.com (mp3)
5/10

Pamiętacie pewnie frazę: „Piszę do Ciebie powoli, bo wiem, że czytasz powoli”? Otóż mnie się to przypomniało, kiedy słuchałem Moritz von Oswald Trio, najgorętszej supergrupy sezonu – bo lider to wiadomo, mój ulubieniec zresztą, do tego wiecznie modny Sasu Ripatti, który przechrzcił się dawno temu we Vladislava Delaya, do tego jeszcze Max Loderbauer nagrywający jako NSI. Tak gorącej jako pogoda dziś za oknem. A wiadomo, co taka pogoda potrafi zrobić z człowiekiem. No i powiem Wam – po kilkakrotnym przesłuchaniu tych czterech długaśnych kompozycji pisanych strumieniem świadomości każdego z tych muzyków z osobna (nie wyobrażajcie sobie precyzyjnie obmyślonych wspólnych nagrań jak na ostatniej płycie Oswalda z Carlem Craigiem, tylko raczej sumę partii w stylu poszczególnych trzech muzyków z dziurami w miejscu spoin, całość, która nie buduje specjalnego napięcia, wchodzi jednym uchem, a drugim wypada, grając trochę wyświechtanymi patentami rodem z muzyki współczesnej i świergotami kosmicznych syntezatorów tam, gdzie powinna zaskoczyć czymś nowym) – że być może jest to kawałek najlepiej brzmiącej nudy, jaki usłyszycie tego lata (kiedy trzech speców od brzmienia siada w studiu, to trudno, by nawet brzmienie sknocili). I że to może ta pogoda… Ale dość, miałem się przecież jakoś odnieść do tego zdania, którym otworzyłem niniejszy tekst, więc skoro ono już tam jest, to dopiszę już tylko jedno więcej, i to dość krótkie. No więc nie warto pisać zbyt długo o czymś, co nie było efektem przesadnie długich prac i przemyśleń.

Darujcie, ale jeszcze raz o „Berlin Calling”

Jeszcze á propos tego filmu, od którego odbili się tematycznie redaktorzy „Newsweeka” (vide poprzedni wpis). „Berlin Calling”, czyli impresji na temat niemieckiej sceny techno z Paulem Kalkbrennerem w roli głównej. Moje uwrażliwienie na temat spowodowało, że przeczytałem również, co o filmie napisała dzisiejsza „Polityka”. I tu o muzyce w zasadzie nic nie ma, czyli merytorycznie jest – wydawałoby się – ok. Za to recenzent Janusz Wróblewski zajął się szerzej poruszonym w filmie problemem narkotyków:

Opis klubowego środowiska, w którego żyłach mieszają się wszelkie odmiany chemicznych substancji, od ketaminy, amfetaminy, przez halucynogeny PMA, aż po znane chyba jedynie medycznym ratownikom THC (…)

Nie wynoszę z tego wprawdzie wielu informacji na temat samego filmu, ale bardzo wiele na temat wiedzy o THC w redakcji „Polityki”. Bez komentarza.

Sam film od strony fabularnej poznałem oglądając dwuminutowy trailer, co jest wyjątkowo paskudną zapowiedzią. Może broni go muzyka, autorstwa samego Kalkbrennera, choć mam wątpliwości. Zresztą obejrzyjcie poniżej sami, oczywiście ci, którzy nie chcecie gnać w piątek do kina. Czuję się trochę zażenowany tym zboczeniem ze zwyczajowego tonu na tym blogu, ale nie obiecuję, że to już koniec przeglądu prasy związanego z niemieckim techno. Bo a nuż coś się jeszcze ukaże…

20 lat kultury techno? No bez kitu proszę…

„Newsweek” opublikował właśnie tekst o Love Parade i 20-leciu muzyki techno (tutaj dostępny skrót, całość na razie tylko na papierze). Nie wypada mi zajmować stanowiska w tej sprawie na łamach „Przekroju”, bo jest dla „Newsweeka” słabszym nakładowo (bo słabszym), ale jednak konkurentem, z drugiej jednak strony głupio się nie odnieść do tego tekstu, bo jest niezłym dowodem na to, jak bardzo niezrozumiana – i w istocie bagatelizowana – jest muzyka techno. Mogę milczeć, gdy „Wprost” ogłasza co dwa tygodnie śmierć lub renesans rocka, ale trudno bagatelizować tekst napisany w gazecie poważnie traktującej kulturę i w tym wypadku – jak to mawia wieszcz – warto rozmawiać. Na warsztat wezmę tylko kilka fragmentów.

Techno uchodzi za idealną muzykę na imprezy, gdzie królują seks i narkotyki. Przez 20 lat istnienia kultura techno dowiodła, że znaczy znacznie więcej.

Nie czepiałbym się, gdyby nie to, że coś takiego najmocniej udowadniała właśnie ponad 20 lat temu, gdy kształtowała się jej estetyka. Kłócić się można, czy 24, czy może 25 lat temu, ale dwadzieścia? I muzyka, nie kultura. Jeśli zajmować się”kulturą”, a nie „muzyką”, to na upartego można by było szukać w Love Parade jakiegoś zarzewia kulturowego, ale zarzewia „kultury klubowej”, a to już szersze pojęcie.

Techno to ostatni z wielkich gatunków muzycznych. Po nim były tylko czasowe mody. A to avant pop, a to postrock czy powrót do new romantic. Wszystkie wykreowane przez wielkie wytwórnie muzyczne.

O ile z pierwszym zdaniem na upartego można się zgodzić (ku rozpaczy fanów grunge’u i paru innych gatunków oraz strasznie uogólniając problem), o tyle z kolejnymu już nie. Avant pop? To nawet nie jest gatunek, tylko etykietka wymyślona przez dziennikarzy po to, żeby wyróżnić oryginalną, „ambitną” muzykę pop (oksymoron w zasadzie) spośród papkowatej muzyki pop. A jeśli ktoś podejrzewa Warnera czy Universal o wylansowanie mody na avant pop, to niech zadzwoni do ich centrali i zapyta, czy wiedzą, co to jest ten avant pop. Post-rock? Simon Reynolds bardzo by się uśmiał, gdyby usłyszał, że wykreował czasową modę. I w dodatku, że postrockowcy nagrywali/nagrywają dla dużych wytwórni.

Także w Polsce techno w kanonicznej postaci okres rozkwitu przeżywało jedynie w latach 90.

Zdanie co najmniej wątpliwe. Od kiedy w zeszłym roku mijałem się na ulicach Katowic z tłumem zmierzającym na Mayday, nie pozwolę sobie na takie uproszczenie. Zresztą co oznacza „postać kanoniczna”? Love Parade czy jednak klasyczne Detroit techno? Znaczeniowo powinno chodzić o to drugie. A w wypadku Polski to jednak bardziej ostatnia dekada niż lata 90.

Techno stało się muzyką tworzoną dla ludu i przez lud. Przez lata jego twórcy dołożyli do melodii z gramofonów klawisze na żywo, potem komputery.

To bardzo ciekawa opinia. Szczególnie w odniesieniu dla bardzo elitarnego gatunku. Zapomnijmy na chwilę o cyrku, który odbywa się w czasie Love Parade, a zastanówmy nad tym, kto jest twórcą i kto odbiorcą techno (przy czym proszę nie mylić tego z muzyką dance – łatwą do wyprodukowania przy pomocy jednego klawisza). Wyjdzie na to, że dzieci bogatszej klasy średniej – na pewno częściej niż w wypadku wszystkich gatunków i podgatunków rocka i hip-hopu. Drugi problem to oczywiście ta kolejność: najpierw były automaty i syntezatory, a gramofon dopiero wtedy, gdy już ktoś wytłoczył to na płycie. Logiczne, prawda?

Andrezak (DJ Tanith) to jedna z trzech najważniejszych postaci niemieckiego techno. Wraz z Dr. Motte i Svenem Vathem stworzyli wersję techno, którą uznaje się dziś za kanoniczną.

Cóż za precyzja. I wyjaśnia się przy okazji, kto stworzył tę kanoniczną wersję. Nie Atkins, May i Saunderson, tylko Thomas Andrezak. Poleciałbym w te pędy go sobie kupić na jakiejś płycie , gdyby nie to, że gość był i jest DJ-em grającym pewnie w latach 80. ten sam repertuar z Detroit, który zaczynały rozpoznawać kluby w różnych miejscach na świecie. W sumie to wszystko nawet by się i trzymało kupy, gdyby  gdzieś w tekście zaznaczyć, że to historia NIEMIECKIEGO techno, a nie techno w ogóle.

(…) Tak narodził się acid house – muzyka, z której wyewoluowało mniej melodyjne techno.

Nic nie wyewoluowało, bo to był równoległy łańcuch ewolucji. A już na pewno nie mniej melodyjne. Z fascynacji acid house’em powstała co najwyżej późniejsza brytyjska fala techno, a potem IDM, czyli właśnie ten najbardziej melodyjny – jeśli już jesteśmy przy tym drugorzędnym dla techno składniku utworu muzycznego – odłam. No, może nie licząc trance’owców, ale o nich będzie niżej.

Miłośnicy techno uważali się za współczesnych hipisów (…). Pacyfkę zastąpili symbolem serca. Kwieciste ubrania – kolorowymi, rzucającymi się w oczy strojami. Byle były charakterystyczne, bo techno to subkultura indywidualności. Swego czasu jej członków można było poznać po oryginalnych białych rękawiczkach.

Kolejne gładko przechodzące porównanie, w którym jest tylko część prawdy. Bo owszem, uczestników zielonych rave’ów spod znaku tribal i trance, można by było pomylić z ostatnimi żywymi hipisami (szczególnie, że nad ranem musieli być półżywi), ale znów – minimalowcy i inna szlachta gatunku to już zupełnie, ale to zupełnie inna bajka. Z tym indywidualizmem przesadzać też nie należy – w zasadzie pierwotnym założeniem była równość, a nie różnorodność, w pewnym sensie nawet niewyróżnianie się, nie na darmo płyty najważniejszych wytwórni techno wyglądają tak samo, zmienia się tylko nazwisko na okładce. A czasem i tego nazwiska brak. Minimalizm totalny i totalna jednolitość, o, to dobre słowo (choć paru czytelników tego bloga go nie lubi): powtarzalność. Po białych rękawiczkach to można było poznać aberracje techno, a nie jego „typowych przedstawicieli”. Typowi przedstawiciele wyglądali pewnie tak jak autorzy cytowanego tekstu. W zasadzie w łatwy sposób można by było ich odróżnić przede wszystkim poziomem wiedzy o techno.

Autorom posyłam symbol serca, skoro to uniwersalny znak techno. A jeśli nie (mam spore podejrzenia, że tak właśnie jest), niech potraktują to jako znak moich dobrych intencji.

Z dziejów polskiej grafiki użytkowej

Tym razem same obrazki, bez komentarza. Polskie projekty jak zawsze oryginalne, gdzieżbym się tam śmiał czepiać. Ale śmiać się jakoś również nie śmiem…

wojna_polsko-ruska_2009

Muzyka filmowa „Wojna polsko-ruska”, rok 2009


trainspotting_1996
Muzyka filmowa „Trainspotting”, rok 1996

Cash Cash i jeszcze raz Cash

Koszmar pogrobowy, czyli dlaczego po śmierci na pewno zrobią cię na szaro

johnny_cash_remixed21<<<<<
JOHNNY CASH „Johny Cash Remixed”, Compadre Records

premiera: 16.03.09, źródło: promo-CD Warner

Po śmierci łatwiej skłonić ludzi do kompromisów. Można nawet podzielić kompromisy artystyczne na trzy grupy. Na jedne idą młodzi ludzie, żeby popchnąć swoją karierę. Na drugie – starzejący się muzycy, żeby utrzymać rodzinę i siebie. Trzecią grupę stanowią artyści za życia nieprzemakalni i niepokorni, których urobić można dopiero wtedy, gdy znajdą się sześć stóp pod ziemią. Z reguły to wtedy zaczynają nagrywać swoje najgorsze płyty. Nie muszę chyba dodawać, w której grupie jest Johnny Cash. W wypadku remiksów jego przebojów miałem najpierw złe przeczucia. Potem doszły nieprzychylne relacje znajomych. Na końcu przyszła pora na straszną konfrontację, bo rzeczywistość okazała się bardziej przerażająca niż najgorsze wyobrażenia. Od „Get Rhythm” (które powinno się nazywać „Get Lost”) Cash znika w oddali, ustępując miejsca twórcom elektroniki, dla których czas zatrzymał się na The Prodigy. I Snoop Doggowi („Walk the Line”), dla którego czas nigdy się nie liczył, w przeciwieństwie do złotych zegarków.

Jarek Szubrycht w zasadzie napisał o tym albumie wszystko, co ja bym mógł, więc pozwolę sobie tylko na skromną poradę. Otóż gdyby ktoś chciał sobie poprawić humor, niech zamiast „Johnny Cash Remixed” kupi album „26 Mixes for Cash”. Wbrew pozorom ta płyta, wydany kilka lat temu zbiór przeróbek cudzych utworów firmowany przez Aphex Twina, nie ma nic wspólnego z Cashem. Nie ma też nic wspólnego z porażką twórców „Johnny Cash Remixed”. Za to dużo wspólnego z udanym, inteligentnie zrobionym remiksem.

Porcys kąsa (a raczej ssie), czyli jestem zagubionym kosmitą

Serwis Porcys poświęcił mi dwa akapity. Z właściwym sobie lenistwem pastwią się przy okazji nad Andrzejem Budą i nad paroma starymi tytułami prasy drukowanej, więc pewnie liczą na gromadne klikanie na stronę Porcysa (jak ktoś sobie chce poklikać i ich poratować, to zapraszam – z boku jest link). Panowie, możecie liczyć na moją pomoc! Zaczynają tak oto:

A skoro jesteśmy przy redaktorach, zerknijmy na stronę internetową Bartka Chacińskiego. Niezaprzeczalnie sympatyczny pan Chaciński, jest to pan, który w latach dziewięćdziesiątych na zawsze zapadł mi w pamięć jako redaktor naczelny „Kaczora Donalda”, które to pismo czytałem jeszcze w zerówce.

Oho, pierwsze zdziwienie. Bo nigdy nie byłem redaktorem naczelnym „Kaczora Donalda”. Ale gdybym wiedział, że przyszli redaktorzy Porcysa się na tym tytule wychowują, na pewno bym na to stanowisko aplikował, choćby w trosce o wychowanie panów Zagroby i Konatowicza podpisanych pod tekstem. Osobników mi nieznanych, więc nie wiem, czy dalej mam być sympatyczny. Tym bardziej, że nie wiem również, z kim mam w istocie do czynienia. Na górze podpisany jest bowiem tylko Konatowicz, a na dole obaj.

W każdym razie potwierdza się twierdzenie o tym, że tak do 8-9 roku życia mamy kompletnie wykręcone wspomnienia. Otóż pracowałem przez pół roku w zupełnie innym tytule komiksowym, „Świecie Komiksu” – dla trochę, a chwilami nawet dużo starszych. W każdym razie nie dla zerówkowiczów. I nie jako redaktor naczelny, tylko sekretarz redakcji. Ale czytajmy dalej.

Potem bodaj (mogę się mylić!) zajmował się literaturą, by później pisać o prog-rocku w „Tylko Rocku”, a następnie o tym i owym w starej „Machinie”.

Brzmi tak, jakbym pisał książki, tymczasem pisałem o książkach i muzyce. Nie było wtedy Porcysia, więc uderzyłem do tak zwanych mainstreamowych mediów. Prog-rock jako uproszczenie daruję kolegom, którzy – jak wiemy z uwagi powyżej – wychowywali się niechybnie na punku, więc pewnie wszystko poniżej punka im się zlewa.

Ale koniec tego, bo dalej jest najlepsze.

Wkrótce odkrył internet, pitchforkmedia.com, dołączył do redakcji „City Magazine” i zaczął udawać, że się zna.

Kurczę, dlaczego dopiero wkrótce? Ja już wcześniej udawałem, że się znam. Udawanie czegokolwiek to moje hobby. Kiedyś nawet udawałem redaktora Porcysia, ale okazało się, że nie spotkało się to z życzliwym przyjęciem otoczenia. W jakieś dziesięć lat po odkryciu Pitchforka (którego czytałem jeszcze na papierze, jako dodatek do „Dziennika Ludowego”, ale o tym pp. Zagroba & Konatowicz mogą nie pamiętać) kupiłem sobie (i przesłuchałem, z pomocą pewnego kolegi, który dwukrotnie aplikował do Porcysia, ale nie wpuścili go, bo miał 50-procentową utratę słuchu i nie odróżniał Les Savy Fav od Savage) pierwszą płytę. A internet odkryłem jeszcze później. Opowiedziała mi o nim mama i stopniowo, krok po kroku, wprowadzała w kolorowy świat mądrych serwisów i starannie wyedukowanych redaktorów. Dziś zgromadziłem już trzy zakładki. Jedna z nich to Porcys. Pitchforkmedia to oczywiście pozostałe dwie. Na wszleki wypadek – gdyby jedna się za bardzo zużyła od klikania.

Obecnie, jak pewnie wszystkim wiadomo, jego niezmiennie i niezmiernie poczciwa twarz ozdabia felietony w „Przekroju”, gdzie też oczywiście publikowane są jego recenzje muzyczne. Wtem pan Bartek tak już się oswoił z siecią, że aż prowadzi popularnego bloga. Poczciwego, nudnawego, czasami zaskakująco wręcz żenującego. Jeśli chodzi o grudniowe notki, to i śmieszno, i strasznie jest. Mimo całej poczciwości i bezpretensjonalności pana Ch., nie sposób zrozumieć CZEMU WŁAŚCIWIE TEN CZŁOWIEK JEST AUTORYTETEM W DZIEDZINIE MUZYKI. Porównać That Lucky Old Sun do powrotu The Eagles? Da się. Oskarżyć Deerhoof o „brak powtarzalności” (JAKBY NIE O TO WŁAŚNIE CHODZIŁO)? Jasne.

Uwaga, będę udawał. Upadek Wilsona nie jest ani straszny, ani śmieszny. Po prostu jest dość oczywisty, biorąc pod uwagę, ile czasu spędził nad nową płytą w porównaniu z poprzednią. Gdyby nie to, że staram się zachować przed światłymi redaktorami P. choć odrobinę twarzy, powiedziałbym nawet, że jest gorsza o The Eagles. Chociaż prawda, czytałem dobrą recenzję tej płyty w jednym takim serwisie internetowym… Coś mi się nawet nazwisko kojarzy. Ale tym Deerhoofem to mnie zabiliście. Co za argument! Jaki kaliber monstrualny. Młot na dyletanctwo. Kurza twarz! Jak ja teraz w oczy spojrzę żonie. No ale rozumiem, że teraz „Chaciński Watch” się dopiero zacznie* i Porcys pójdzie po know-how do Kominka…**

Z grozą czytałem dalej.

No i oczywiście pozostaje sprawa Pitchforka, który wyskakuje u Chacińskiego jak Żydzi u Budy – często i niespodziewanie. Weźmy to: „Kurczę, kiedy ja ostatnio zgadzałem się z Porcysem? Grunt, że w tym wypadku mi to kompletnie nie przeszkadza. Lepsze to niż zgadzać się z Pitchforkiem w każdym razie” – rozumiem, że to jakiś obciach w środowisku Szubrychtów i Hawryluków lubić na przykład Person Pitch?

Aaaaaaa. Znów zostałem źle zrozumiany. O mój Boże, tyle pracy, tyle pisania i nic. Poza tym rozszyfrowali mnie – po raz kolejny znaleźli nazwę Pitchfork na moim blogu. O, grzechy młodości… Co ja zrobię… (dłuższa chwila zastanowienia) Zapytałem mamę i mi powiedziała, że jest taka strona Google i że jak się do niej wpisze adres dowolnej strony i jakieś hasło, to wyskoczy odpowiedź pokazująca, jaka jest problematyka tej strony. Właśnie wpisałem „dupa” i „Porcys.com”. I wiecie, ile mi wypluło rezultatów? 941. Doktorze, czy to już obsesja?

Co do tych Żydów, to lepiej zapytam znajomego Żyda, czy mam się śmiać czy nie. Żydzi znają się na dowcipie, a ja tego jednego kompletnie nie czaję. A Szubrychtowi i Hawrylukowi dajcie spokój. Znacie może Wujka Cięta Riposta? No, bo tak się składa, że to nasz wspólny wujek jest.

Ale lepszy jest ten fragment: „Zagubiony kosmita, gdyby przyleciał na naszą umuzykalnioną planetę i zebrał recenzje z prestiżowych magazynów (na pewno ktoś życzliwy szybko wskazałby mu Pitchforkmedia) z ostatnich lat, z całą pewnością uznałby ich za jeden z najważniejszych zespołów współczesnego świata”. Hm?! Apeluję do redaktora Chacińskiego, żeby zachował się jak mężczyzna i już odpuścił temu nieszczęsnemu PFM-owi, który mu zawinił tyle, że inni znali go wcześniej. Chyba, że zagubiony kosmita to sam pan Bartek. Na koniec polecam to, kultowe już, pewnie znacie, ale pominąć się nie da. Więcej kwiatków nie wychwycę, bo tego magazynu fizycznie nie da się czytać w formie w jakiej jest publikowany. Way to go! –Michał Zagroba & Łukasz Konatowicz

To Pitchfork to nie Porcys? Bo mi się te zakładki pomyliły jakiś czas temu i… No dobra, Chłopaki (jeśli mogę tak się zwrócić do Redaktorów Porcysia), jeśli nie jesteście w stanie wychwycić w tym cytowanym zdaniu aluzji do samych siebie i nie jesteście w stanie przeczytać jeszcze raz swojego tekstu ze zrozumieniem i zobaczyć, jak absurdalna jest taka gadka u przedstawicieli nieoficjalnego polskiego fan-klubu PFM, to chyba naprawdę przestanę udawać, że się znam, bo po co? Widzę, że lekcje angielskiego mieliście już od przedszkola, ale gdzie wyście byli, kiedy wynaleziono ironię, co?

Ale przecież wiem już – czytaliście „Kaczora Donalda”. Żaden powód do kompleksów w sumie. Jeśli na przyszłość będziecie grzeczniejsi, mogę Wam załatwić numer „KD” z autografem naczelnego. 😉

PS Niniejszy wpis został wygenerowany przez automatyczne narzędzie
WordPressa pod nazwą Polemizator. Autor tego bloga oczywiście nie byłby w stanie stanąć
na wysokości zadania, jakie wyznaczyli mu pp. Redaktorzy. Starość, jak to się mówi, nie radość.

* Ma to dobre strony. Z racji wspólnego w tej sytuacji położenia
Andrzej Buda może mi wreszcie dać spokój

** Rozpala mnie na samą myśl. Stare kości lubią ciepło.