Category Archives: retrospekcje

2012: Rekolekcje z GRM

recollection_grm

Elektroniczna komórka Spectrum Spools trochę wytraciła impet w ostatnim roku, za to wytwórnia Editions Mego otworzyła nowy label poświęcony archiwaliom z kręgu muzyki elektronicznej – tym razem naprawdę wiekowym nagraniom z paryskiego studia GRM, Groupe de Recherches Musicales, którą Pierre Schaeffer zbudował pod koniec lat 50. na gruzach Groupe de Recherche de Musique Concrète.  Tę ostatnią zamknął wskutek konfliktów m.in. z Pierre’em Henrym o kierunek artystyczny i rozszerzanie grona zapraszanych do prac wykonawców. Dziś wystarczy dobry wgląd w katalog GRM-u, by się przekonać, że przy takiej liczbie ciekawych postaci, nowych gwiazd muzyki współczesnej i alternatywnej,  z pewnością demokratyzacja instytucji i otwarcie na młodszych kompozytorów, które postulował Schaeffer, miało sens. A ten dobry wgląd w katalog zapewnia nam właśnie seria Recollection GRM.

Prowadzący Mego Peter Rehberg nagrywał ostatnio ze Stephenem O’Malleyem (jako KTL) w studiu Ina-GRM, ale podobno pomysł na serię przyszedł mu do głowy niezależnie od tego. Zgodę na wydania (Francuzi w sumie z dorobkiem GRM-u robią u siebie niemało) uzyskał natychmiast, gdy w Ina-GRM dowiedzieli się, że chce tłoczyć wydania winylowe. W dodatku tłoczy je świetnie – nawet jeśli niektóre z prezentowanych utworów doczekały się już wcześniej wznowień, warto mieć je w tej wersji. Okładki projektuje O’Malley, więc mamy KTL w komplecie za sterami nowego przedsięwzięcia. Reszta to już zawartość, czyli katalog słynnego studia.

pierre_schaeffer_triedre

Gdzie indziej może zaczynają od Bacha, ale tutaj nie mogło się obyć bez ojca-założyciela studia i wynalazcy muzyki konkretnej w ogóle, czyli Pierre’a Schaeffera, z najostrzejszą w dotychczasowym zestawie, bezkompromisową i zimną „La trièdre fertile”, jedną z ostatnich jego kompozycji. To już lata 1975-76 – czasy rozbudowanych syntezatorów (które pomaga Schaefferowi okiełznać i zaprogramować Bernard Dürr), więc mamy też do czynienia z jedyną bodaj kompozycją czysto elektroniczną tego artysty, ściśle podporządkowaną regułom matematycznym i sprawiającą wrażenie, jak gdyby miała być ilustracją dźwiękową do podręcznika tego przedmiotu na wysokim, akademickim poziomie.

Ciekawie wypada uczeń Schaeffera (i Messiaena przy okazji) Guy Reibel, nieco mniej znany kompozytor ze studia. Zarówno „Granulation-Sillages”, jak i „Frange du Signe” są nieco przegadane, ale w jednym i drugim znajdziemy sporo fantastycznych niuansów. To, jak z nich ulepić akusmatyczną całość, żeby wyobrażanie sobie źródeł dźwięku stało się przygodą, pokazuje Bernard Parmegiani – chyba najbardziej ukochany kompozytor GRM-u w kręgach rocka i okolic, bardzo wpływowa postać w całej francuskiej awangardzie. Seria zbiera na jednej płycie jego dwa odległe w czasie (1970 i 1977) długie utwory.

Czwarta pozycja w serii to kompilacja „Traces One” ze zdecydowanie mniej sławnymi, ale bardzo ważnymi w historii studia postaciami. Po pierwsze, mamy tutaj paryskiego Eugeniusza Rudnika, czyli Francisa Régniera, inżyniera pomagającego wielkim kompozytorom realizować swoje pomysły w studiu. Po drugie – dwa rewelacyjne utwory, bruitystyczną impresję z fabryki „Turmac” Philippe’a Carsona, a wreszcie „I palpiti” Edgardo Cantona z Argentyny. Całość zebrali i opatrzyli komentarzem Christian Zanési i François Bonnet. Ma ona sens podwójnego odkrycia, bo nie dość, że brzmienie nagrań – stworzonych w latach 60. – jest wyjątkowo współczesne, to jeszcze nazwiska mało komu, poza kronikarzami muzyki konkretnej, coś mówią.

Piąta płyta, którą w ramach Recollection GRM austriacka firma zdążyła jeszcze w starym roku wydać, to album Luca Ferrariego z muzyką nieźle znaną ze wznowień (kompilacja utworów z cyklu „Presque rien”), ale absolutnie kanoniczną dla gatunku – w tym wydaniu też chcę to mieć. Recollection była jedną z najważniejszych archiwalnych serii roku 2012 i zanosi się na to, że jeszcze przez jakiś czas pozostanie w dziedzinie prezentacji klasyków muzyki elektronicznej kluczowa.

pierre_schaeffer_la_triedre_fertilePIERRE SCHAEFFER „La Triedre fertile”
Ina-GRM 1975-1976/Recollection GRM 2012
8/10

.

reibelGUY REIBEL”Granulations-Sillages/Franges du Signe”
Ina-GRM 1974, 1976 / Recollection GRM 2012
7/10

.

bernard_parmegianiBERNARD PARMEGIANI „L’oeil ecoute/Dedans-Dehors”
Ina-GRM 1970-1977/Recollection GRM 2012
8/10

.

va_traces_oneVA „Traces One”
Ina-GRM 1960-1970/Recollection GRM 2012
9/10

.

JURGEN MULLER: Nie znoszę tego mówić, ale…

…kto nie kupił tego w czerwcu (gdy reedycję albumu wydała firma Digitalis), ten może mieć problemy z zakupem teraz. Album Jürgena Müllera to marzenie kolekcjonerów i małych oficyn zajmujących się wznawianiem białych kruków. Dlaczego? Nagrany na początku lat 80. przez muzyka-amatora, a przy tym zawodowego twórcy filmów dokumentalnych o głębiach mórz i akademickiego oceanografa, wytłoczony został wówczas w mikroskopijnym nakładzie, więc ta reedycja przywraca album do życia. Trafia w dodatku w idealny moment, bo Müller zdradzał fascynację Klausem Schulze i całą elektroniczną szkołą lat 70. (studio miał na swojej łodzi), więc był prekursorem fali naśladowców spod znaku Oneothrix Point Never. Barw całości dodaje fakt, że fiksacja autora na oceanicznych głębiach ma bezpośrednie przełożenie na kompozycje, które miały być – co wskazuje zresztą tytuł „Science fo the Sea” – ilustracją eksploracji tejże głębi.

Przy tym wszystkim „Science…” to płyta zaskakująco miła w odsłuchu, ciepła, pełna nienachalnych arpeggiów i delikatnych melodii. Chwilami dostojny oceaniczny ambient, kiedy indziej – kosmiczne bąbelki analogowych syntezatorów. Wydane to zostało w limitowanym nakładzie, także na „pomarańczowym” (bardziej jest to po prostu czysta magenta) winylu. Mój egzemplarz od początku miał drobną ryskę na samym początku płyty, ale nawet nie próbowałem wymieniać, domyślając się, że to pewnie jeden z ostatnich. Dziś – po dwóch miesiącach – jest wart cztery razy tyle co cena zakupu, ale może znajdziecie jeszcze gdzieś w jakimś zakurzonym sklepiku internetowym nówkę po nominalnej cenie… A kto nie ma parcia na winyl, może za 7 dolców stać się legalnym posiadaczem wersji elektronicznej – tutaj.

JÜRGEN MÜLLER „Science of the Sea”
Neue Wissenschaft 1982 / Digitalis 2011
8/10
Trzeba posłuchać:
w całości.

HARALD GROSSKOPF: Rehabilitacja

 

Harald Grosskopf – wcześniej perkusista Ash Ra Tempel, ale i Scorpions – wygląda na zdjęciach w tym albumie jak król hipsterów, więc nie dziwota, że kimś takim zainteresowali się młodzi artyści (Oneohtrix Point Never, James Ferraro, Bronze itd.), postanawiając mu oddać hołd. Ale żeby akurat tej płycie? Przecież to rok 1980, schyłek tego, co w krautrocku dobre – i w dodatku drugoplanowa postać gatunku.

Nic bardziej błędnego. Po latach odkrywania niemieckich kapel z lat 70., tropem słynnej książki „Krautrocksampler” Juliana Cope’a, przychodzi czas na to, co ciekawe z lat 80. I w ten nurt wpisuje się wznowienie debiutanckiego albumu Grosskopfa. Ten pod koniec lat 70. dostał sprzęt nagraniowy – jak sam tu wspomina – w prezencie za udział w sesji nagraniowej Klausa Schulze i to skłoniło go do nagrania własnej płyty. Zrealizował ją zupełnie bez ciśnień, wykorzystując modne ówcześnie barwy syntezatorów analogowych. To przecież Jarre – zakrzyknęła w pewnym momencie moja żona. Owszem, Jarre, albo może Schulze czy jakiś inny pilny adept „szkoły berlińskiej”, ale za to z „żywą” perkusją w najlepszych fragmentach, bo HG nie zrezygnował tu całkiem ze swego głównego instrumentu. Dzięki temu m.in. ten album różni się od innych wydanych w tamtym czasie. I stąd ciekawy jest dla OPN, Stellar OM Source czy Ferraro. Choć oni w swoich przeróbkach i nawiązaniach dołączonych do tego winylowego wznowienia na płycie kompaktowej dowodzą, że i kosmiczne syntezatorowe plamy Grosskopfa robią dziś wrażenie. Ba, taka na przykład „Trauma” mogłaby spokojnie wyjść na płycie któregoś z nowych projektów wykorzystujących syntezatory.

Bardzo starannie wydany winyl z charakterystyczną, klejoną na wierzchu obwolutą i obszerną wkładką. Świetny dźwięk, jak na albumy produkowane w USA. No i limitowany nakład – w tej chwili jeszcze jest, ale wydawnictwa RVNG nie leżą latami na półkach.

HARALD GROSSKOPF „Synthesist/Re-Synthesist”
Sky Records 1980/RVNG Intl. 2011
8/10
Trzeba posłuchać: „So Weit, So Gut”, „Synthesist”, „Transcendental Overdrive”.

10 płyt przyjemnego słuchania, edycja 2010

Przez cały rok zbyt dużo czasu poświęcasz płytom, które są „wielkie”, „ważne”, „przełomowe”? Ten mały remanent nieopisywanych przeze mnie jeszcze (z jednym wyjątkiem!) tytułów z ostatnich miesięcy pozwoli przypomnieć kilka takich, których po prostu miło się słucha. Uwaga, to NIE JEST zestawienie najlepszych płyt roku. To co najwyżej poczekalnia. Ale za to spokojnie możecie posłuchać z rodziną przy obiedzie.

AFROCUBISM „Afrocubism”
World Circuit 2010
7/10
Zaczynać od:
„Karamo”.
Pisze się o tej płycie zaskakująco mało jak na ciężar wydarzenia. Oto Nickowi Goldowi udało się to, co zamierzał pod koniec lat 90., produkując na Kubie album Buena Vista Social Club. Wtedy miało dojechać do składu kilku muzyków afrykańskich, ale nie udało im się dotrzeć. Teraz – po latach sukcesów z Buena Vistą i muzyką z Afryki (ale osobno) – Gold zgromadził w studiu niedobitki BVSC (Eliades Ochoa) i paru wybitnych muzyków z Mali (Toumani Diabate, Bassekou Kouyate itd.). Oczekiwania miałem tak wyśrubowane, że efekt końcowy wydał mi się przewidywalny. Poza tym album zdominowała Afryka. Z drugiej strony – ciepła i przemiła płyta na niemiłe zimowe wieczory, więc nie żałuję wydanych pieniędzy.

BLACK DUB „Black Dub”
Sony 2010
6/10
Zaczynać od:
„Ring The Alarm”.
Nowy zespół kierowany przez producenta Daniela Lanois grający elegancki, „artystyczny” pop. W poszczególnych elementach słychać tu innych podopiecznych Kanadyjczyka: grupę U2 (gitary) i Robbiego Robertsona (gęsta perkusja). Do tego trochę dubu, pobrzękują gdzieniegdzie nawet echa starego piosenkowego Crimsona, chociaż wokale Trixie Whitley czerpią zdecydowanie ze współczesnego soulowego śpiewania.  W poszczególnych momentach słychać, że Lanois bardzo lubi podkradać drobne, ale charakterystyczne patenty aranżacyjne topowym artystom – tak jest z „Ring The Alarm” i kilkunutowym motywem fortepianu w tle kojarzącym się jako żywo z Arcade Fire. Szkoda, że robi to tak czytelnie, bo przyjemność byłaby większa.

CEE-LO GREEN „The Lady Killer”
Elektra 2010
7/10
Zaczynać od: „Fuck You” / „Forget You” (wersja oryginalna albo ocenzurowana).
Wielki pokrzywdzony całorocznych zestawień w magazynach muzycznych, gdzie – jeśli chodzi o świat czarnej muzyki – brylowali Kanye West, The Roots, Janelle Monae i Big Boi. Tego ostatniego jak dla mnie z powodzeniem mógłby zastąpić Cee-Lo. Jeden z najgenialniejszych wokalistów naszych czasów, w dodatku mający szczęście do rzadkich dziś nowych soulowych klasyków, czego przykładem singiel promujący ten album. Żona zamówiła u Mikołaja, podsłuchałem i jak zwykle muszę przyznać, że w tej dziedzinie muzycznej zna się na rzeczy. Z drugiej strony – wiadomo. The Lady Killer.

DARKSTAR „North”
Hyperdub 2010
6/10
Zaczynać od: „Deadness”.
Zamiast dubstepu – pop, trochę retro, syntezatorowy (przynajmniej to w zgodzie z profilem wytwórni) i melancholijny, z pociętymi wokalami, z połamanymi rytmami gdzieś w tle, trochę cośtam-wave, trochę cut’n’paste, trochę modny, trochę staromodny, ale jednak pop. Byli w tym roku lepsi w branży (James Blake), ale Darkstar też ma swój – dość nawet uniwersalny – urok.

EL GUINCHO „Pop Negro”
The Young Turks 2010
6/10
Zaczynać od: „Ghetto Fácil”.
Animal Collective w wersji latino. Płyta 27-letniego artysty z Wysp Kanaryjskich kompletnie nie ma znaczenia dla tego, jak wyglądał rok 2010 w muzyce, ale za to możecie bez problemu puścić to mamie, tłumacząc, jakie rzeczy dziś tworzy muzyczna młodzież. Bo ja wszystko z Kanarów, kojarzy się z leniuchowaniem i słońcem.

FLOATING POINTS ENSEMBLE „Post Suite/Almost In Profile”
Ninja Tune 2010
7/10
Zaczynać od: „Post Suite”.
Zaskakująca EP-ka (a właściwie 10″ singiel) nowej grupy Sama Shepherda wydana na koniec jubileuszowego dla Ninja Tune roku, który zarazem był dla tej firmy jednym z cieńszych lat. Tymczasem te dwa długie, bogato zaaranżowane utwory sięgające do klimatów muzyki filmowej z lat 70. (Lalo Schifrin itp.), a także do soulu i muzyki Cinematic Orchestra, są przynajmniej niezłą wróżbą na rok przyszły. Ledwie kilkanaście minut uduchowionej muzyki z kapitalnymi wokalami niejakiej Fatimy Bramme Sey zmiata większość długogrających płyt w tym zestawieniu, przy okazji bijąc także tegoroczne Bonobo, a wyższe noty i miejsca w zestawieniach szykuję dla przyszłorocznego (mam nadzieję) LP.

LLOYD MILLER & THE HELIOCENTRICS „Lloyd Miller & The Heliocentrics”
Strut 2010
7/10
Zaczynać od: „Electricone”.
Kolejna płyta grupy The Heliocentrics z artystą starszego pokolenia. Po Mulatu Astatke czas na brytyjskiego muzykologa (i muzyka) Lloyda Millera, lat 72. Spec od muzyki z Iranu, znany z niezłej płyty persko-europejskiego fusion „A Lifetime in Oriental Jazz”, wnosi tu zaskakujące skale i instrumenty, a młodzi Brytyjczycy – swój coraz lepszy warsztat. Wspominałem o tej płycie dosłownie w dwóch zdaniach (graliśmy za to obszerne fragmenty w Dwójce), więc na prawach wyjątku musiałem to uwzględnić tutaj. Przy okazji – to jeszcze jeden dowód na tegoroczną supremację wytwórni Strut na wielu polach (patrz zestawienie reedycji i składanek).

BENOîT PIOULARD „Lasted”
Kranky 2010
7/10
Zaczynać od: „RNO”.
Nigdy nie przypuszczałem, że w tego rodzaju zestawieniu i towarzystwie znajdzie się miejsce dla reprezentacji Kranky, ale Pioulard (prywatnie Meluch) napisał serię piosenek śnieżnie przysypanych ambientem i wychodzących nawet z poziomu piano na jakieś – powiedzmy – mezzo forte. Jedna z najlepszych płyt w niniejszej dziesiątce, a jak tak posłucham jeszcze raz czy dwa, to kto wie, może się załapie i wyżej…

STORNOWAY „Beachcomber’s Windowsill”
4AD 2010
6/10
Zaczynać od: „Zorbing” (niektórzy mogą na tym skończyć)
Sympatyczna i pogodna płyta między folkiem w stylu Fleet Foxes a popem w stylu retro (Belle And Sebastian). Do salonu, do obiadu, do samochodu. Ładnie śpiewana i nienadająca się do głębszej analizy. Gdybyż jeszcze cała była taka dobra jak otwierający ją singiel!

CASSANDRA WILSON „Silver Pony”
Blue Note 2010
7/10
Zaczynać od: „Saddle Up My Pony” (jeśli potrzebujecie zaskoczenia)
Ani najlepsza, ani najgorsza z płyt amerykańskiej wokalistki jazzowej, ani wyłącznie studyjna, ani do końca koncertowa, ani całkowicie nowa, ani do końca retrospektywna, ale z pewnością płyta bardzo przyjemna. Niektórym wystarczy już samo to, że zawiera próbkę jej kontraltu, pozostali znajdą tu parę ciekawych opracowań utworów innych autorów (Charlie Patton, Stevie Wonder, The Beatles). Bluesa i soul w ofercie Cassandry Wilson już mieliśmy i wiadomo nie od dziś, że to osobowość nie tyle elastyczna, co dominująca – jest w stanie przejąć i przekształcić na swoją modłę wszystko. Miłośników rodzynków ucieszy obecność Johna Legenda w utworze ostatnim i saksofonowe solo Raviego Coltrane’a w czwórce.

5 razy Peter Christopherson

Okazja jest niewesoła. Sześć lat temu w listopadzie zmarł Jhonn Balance. Jego partner muzyczny i życiowy Peter Christopherson sam ogłaszał smutne wieści. Dzisiaj na tej samej stronie wita gości od paru dni inna ponura wiadomość – 25 listopada zmarł sam Christopherson. Miał 55 lat. W czasie gdy ludzie masowo wpisują się do księgi kondolencyjnej, ja potraktuję ten wpis jako szansę na odnotowanie odejścia „Sleazy’ego”. Zamiast biogramu – pięć momentów z artystycznego życia Christophersona, które dla mnie były muzycznymi olśnieniami.

THROBBING GRISTLE „Second Annual Report”
Industrial Records 1977/The Grey Area 1993
8/10 (10/10, gdy chodzi o wpływ na muzykę eksperymentalną)
Olśnienie:
„Slug Bait”.
Nie od dziś wiadomo, że Sex Pistols byli wielkim szwindlem. Jeśli ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, to powinien posłuchać tej płyty. Kiedy Sex Pistols przyszli i nabluzgali w telewizji, Throbbing Gristle robili performance z analno-waginalnym samogwałtem dwojga muzyków grupy i innymi rzeczami, których nie dopuszczono by na odległość stu metrów od studia TV (przy czym rzeczy, które Carter i Christopherson robili z taśmami – już muzycznie – a potem samplerami-samoróbkami i syntezatorami w TG od początku były dość świadome, a po zamknięciu zespołu w 1981 roku – nawet pionierskie). Szczegóły w tej znakomitej książce. Kiedy Sex Pistols znali tylko kilka akordów, Throbbing Gristle nie znali żadnych akordów. Kiedy „Never Mind the Bollocks…” wychodziło, „Second Annual Report” był już na rynku. Trudno nazwać tę płytę fajną, ale mało było tak wpływowych. Kiedy usłyszałem ją po raz pierwszy, doszedłem do wniosku, że niczego straszniejszego w życiu nie usłyszę. Ale nikt nie przewidział oratoriów Rubika.

THROBBING GRISTLE „20 Jazz Funk Greats”
Industrial Records 1979/The Grey Area 1997
9/10
Olśnienie:
numery 5 i 7, a potem 9 – syntezatory!
„Co za licho?” – myślałem sobie, przegrywając na kasetę tak zatytułowaną płytę (pierwszy album TG, jaki wpadł mi w ręce). Ani mi było w głowie wtedy słuchanie jazzu i funku. Na szczęście album nie przynosił żadnego z powyższych. Zimna, beznamiętna muzyka wyprzedzająca syntezatorowe kombinowanie lat 80., a nawet brzmienia techno. Momentami przynosiła przedłużenie krautrockowych pomysłów i była zaskakująco „muzyczna” w porównaniu z „rocznymi raportami”. Przy okazji jedna z najlepszych okładek, jakie widziałem w życiu (koniecznie przód i tył!). O jej zaprojektowanie podejrzewam zresztą samego Christophersona, w końcu wcześniej zarabiał na życie okładkami płyt, pracując w firmie Hipgnosis (odpowiedzialnej za okładki albumów Pink Floyd, Led Zeppelin, Petera Gabriela i wielu innych). Aha, niedługo wcześniej Krafterk wydali „The Man-Machine”. Co jest jednym z dowodów prawdziwości teorii o tym, że gdy wydaje nam się, że rzeczy w muzyce dzieją się po kolei (w sensie awangardowych odpowiedzi na pewne popowe zjawiska), dzieją się wszystkie naraz.

throbbing gristle – hot on the heels of love (edit) – (1979) by deepbeep

COIL „Love’s Secret Domain”
Torso 1991
9/10
Olśnienie:
po całości.
Spotkanie wszystkich najważniejszych wątków muzycznych Christophersona. Piosenki i acid house w stylu Psychic TV, a nawet ślady późniejszych płyt syntezatorowych. Najbardziej naturalny punkt startowy pośrodku kariery PC.

Coil – The Snow EP – 07 – Windowpane by boy5274

COIL „Musick To Play In The Dark” + „Musick To Play In The Dark 2”
Chalice 1999 / Chalice 2000
10/10 i 9/10
Olśnienia:
Jak dla mnie „Red Birds Will Fly Out…” na pierwszej części i „Tiny Golden Books” na drugiej.
Rzadko kiedy tytuł płyty jest tak adekwatny do zawartości. Obie części płyty duetu Jhonn Balance + Peter Christopherson, dziś już nieobecnego w całości, to nadragowane, elektroniczne, ambientowe misterium. A że prawie całe (post-)industrialne grono to przy okazji fani limitowanych edycji, tych płyt praktycznie nie ma w handlu (zostaje eBay). Ogólnie stare wydania TG i Coila są sporo warte i nawet jeśli macie najpopularniejszą w Polsce wersję piracką (rosyjska ArsNova) „Love’s Secret Domain”, to możecie za nią w Londynie zainkasować jakieś 25 funciaków.

Batwings (A Limnal Hymn) by elmonofeliz

SOISONG (a właściwie to Derek Jarman)
Płyta „xAj3z” nie spełniła moich nadziei, ale duet Christophersona i Coha (czyli… Sona), Rosjanina znanego z barw Raster-Noton, wydawał się bardzo obiecujący. Występowali w ubiegłym roku na Wrocław Industrial Festival (Był ktoś? Jakie wrażenia?), a wcześniej – i może dlatego przyszedł mi tu do głowy ten ostatni epizod kariery PC – grywali nowe wersje utworów do filmów Dereka Jarmana. Mam słabość do tych ostatnich, bo to kontakt z nimi na Warszawskim Festiwalu Filmowym był dla mnie zarazem pierwszym kontaktem z muzyką grupy Coil, jednego z ulubionych zespołów kontrowersyjnego reżysera.
Swoją drogą, jaki to zbieg okoliczności (poza ściśle alfabetycznym), że w wydanej niedawno encyklopedii muzyki industrialnej Rafała Kochana dwie nazwy ze sobą sąsiadują: COH i COIL.
To na koniec dwa fragmenty wideo związane z ostatnimi działaniami Christophersona (dźwięk z pierwszego filmu tylko w lewym kanale). Ciekaw jestem, co zostawił po sobie. Jego artystyczny testament prawdę mówiąc interesuje mnie bardziej niż ten Michaela Jacksona. Dochodzą klipy, projekty, różnego typu związki muzyczne… Spora część świata muzyki industrialnej i elektronicznej odchodzi wraz z PC.

Dzięki dla Bionulora, od którego dowiedziałem się o smutnych wieściach z obozu Throbbing Gristle, oraz dla Rafała Kochana, który dawno temu zainteresował mnie muzyką TG i samego Christophersona.

Dzieci krautrocka znalezione w kapuście

Nie ma rady, czasami trzeba skręcić jakiś mebel z ikei. Tu pojawia się dylemat: skorzystać z ogólnodostępnej muzyki służącej do wbijania gwoździ, która obejmuje jakieś 40 procent oferty empiku, włączyć radio Eska, czy może poszukać czegoś na tyle motorycznego, że będzie pasować, a na tyle ciekawego, że uda się miło wykorzystać nieabsorbującą czynność. Na szczęście przesyłka z nowym podwójnym albumem londyńskiej Soul Jazz Records była już w skrzynce na listy.

RÓŻNI WYKONAWCY „Deutsche Elektronische Musik. Experimental German Rock and Electronic Musik 1972-83”
Soul Jazz – 5.04 – 2CD
9/10

Płyta długa jak jej tytuł. Temat banalny jak wzornictwo ikeowskiego zestawu Billy, ale jednocześnie tak głęboki jak ich magazyn samoobsługowy w najgłębszym miejscu. I pełen zaskoczeń – przynajmniej w tym wydaniu – jak… nie, z ikeą akurat to nie ma nic wspólnego. Jest zarazem „Deutsche Elektronische Musik” zaprzeczeniem tezy o gorszości składanek, które według opinii, którą sam czasem wygłaszam, nie posuwają zanadto do przodu przyzwoitej kolekcji płytowej, w której wszystko jest na swoim miejscu. Nieprawda! Wystarczy posłuchać tej kompilacji, żeby się przekonać, że taki album może być świetnie edytorsko przygotowanym zestawem, który aż się gotuje od potencjalnych nowych odkryć. Historia krautrocka opowiadana jest tu muzyką – kontrowersyjnie – od 1972 roku, co sprawia, że wczesne Amon Düüle, Cany i Kraftwerki (ten ostatni nawet w całości) są poza nawiasem. Rzecz o tyle zabawna, że książeczka dołączona do albumu – jak zwykle w wypadku Soul Jazzu obszerna i ciekawa – opowiada słowem i obrazkami głównie historię pierwszych lat i kształtowania się kapuścianej muzyki w Niemczech. A utwory mamy z okresu dojrzałego.

Największą prowokacją jest Can – mamy utwór z dość powszechnie nielubianej przez fanów płyty z roku 1979 oraz utwór grany przez tę grupę w brytyjskim Top of the Pops. Lepiej jest już z innymi filarami gatunku: Faust ma klasyczne „It’s a Rainy Day”, Neu! bezwzględnie totalne „Hallo Gallo”, przy Popol Vuh – utwory ze złotego okresu. U innych wybór jest efektem pójścia na dość naturalny w tym wypadku kompromis, bo najlepsze numery były zbyt długie, by je tu zamieścić (to dotyczy choćby Ash Ra Tempel – zresztą z podobnych powodów pewnie brak solowego Manuela Göttschinga). Wybór późnego okresu Tangerine Dream, gdy się już posłucha „No Man’s Land”, okazuje się wcale nie taki głupi. Jeśli chodzi o kosmiczno-folkowy wymiar krautrocka, jest jeszcze lepiej. Between w najlepszym kawałku „Devotion”, czujnie wybrana Gila – brakuje tylko Witthüser & Westrupp z tych najbardziej mitycznych. No i całego nurtu prog-krautowego (Hoelderlin, Wallenstein itd.), ale wtedy trzeba by dorzucić trzecią płytę. Przede wszystkim jednak mnie, mającemu całkiem sporą kolekcję krautrocka (zbieranego niegdyś po części tropem świetnej książki „Krautrocksampler” Juliana Cope’a), składanka ta otworzyła oczy na parę nowych nazw i nazwisk. Po pierwsze leciutki jazzrockowy Kollektiv, po drugie funkujący Ibliss z drugiej płyty zestawu. Cała ścieżka czystej elektroniki (Michael Bundt, new-wave’owy E.M.A.K., Conrad Schnitzler z rzadkiej EP-ki „Aus dem Schwarzen Kanal”) jest tak rewelacyjna, że już czuję, jak mi portfel chudnie. Trzeba będzie tak jak w ikei – zapłacić kartą.

Gdy tego słucham, widzę tak potężny gatunek, że po prostu trudno mi sobie wyobrazić, by gdziekolwiek i kiedykolwiek supremacja sceny anglosaskiej mogła zostać w ten sposób zagrożona (czy wręcz wyśmiana momentami – w dziedzinie mieszania rocka z elektroniką) jak w Niemczech lat 70. Właściwie to mam ochotę przestać na jakiś czas słuchać nowości i uruchomić na tym blogu jakiś stały krautrockowy cykl, jak za dawnych czasów na łamach pisma „Off”.

Tyle rodzice, teraz ich mnożące się ostatnimi czasy (kiedy zresztą ich nie było) dzieci. Płyty tylko z ostatnich tygodni.

TO ROCOCO ROT „Speculation”
Domino – 8.03 – CD
6/10

Kiedy trio Lippok-Lippok-Schneider przyjeżdżało w latach 90., w epoce przednapsterowej (okolice płyt „Veiculo” i „The Amateur View”) na koncerty do Polski pod flagą post-rocka, miałem pewne wątpliwości, czy oni rzeczywiście godnie reprezentują ten gatunek i czy nie bywają u nas częściej z powodów geograficznych. Trudno było dotrzeć do nagrań całej czołówki gatunku, więc wydawało się, że w Anglii mogą być dwa tuziny lepszych zespołów. Nieodtwarzający się już CD-R z albumem „The Amateur View”, który właśnie musiałem przekopiować przy pomocy komputera mówi mi, że to było bardzo dawno. Wspomnienie Radiostacji tylko potwierdza sprawę. Dopiero po latach można to zweryfikować jak należy. „The Amateur View” z tej perspektywy okazuje się dość sterylną, ale też bardzo udaną płytą. Czerpie z motoryki krautrocka – tak jak połowa postrockowych kapel  – ale zarazem ma niezwykłą czystość, klarowność, minimalizm pomysłów.  Tutaj jak najbardziej żywa sekcja przypomina stylem gry Can (z lekko dubowym zacięciem – jak w „Seele”) albo Harmonię („Horses”) . Nawet gdy wchodzą w sferę wpływów disco, to też filtrują te brzmienia przez wrażliwość późnego Can. A w „Ship” przegląda się połowa krautrockowych kapel.

Jakby ten obraz wpływów był jeszcze niepełny, gościnnie w ostatnim na płycie utworze „Fridays” mamy Hansa-Joachima Irmlera z grupy Faust na organach.

PRINS THOMAS „Prins Thomas”
Full Pupp – 29.03 – mp3
7/10

Neu!, Harmonia, Kraftwerk, Tangerine Dream, Cluster i Can to zapewne ulubione zespoły Thomasa Moena Hermansena. O dziwo dla mnie, bo zawsze mi się wydawało, że w jego duecie z Lindstrømem to on był stroną bardziej dyskotekową. A tu proszę – krautrockowiec zagubiony w czasach clubbingu ujawnia na solowej płycie swoje prawdziwe oblicze. Tempa średnie, powtarzające się w nieskończoność arpeggia syntezatorów, mocna pulsacja basu, automatyczna perkusja. I jeszcze więcej syntezatorów na wierzchu plus błądząca sfuzzowana gitara przepuszczona przez delay. Orgazm dla fana starych niemieckich kapel, którego nie zakłóci nawet kilka drobnych wycieczek w świat disco, na jakie jednak Norweg sobie tu pozwala.

Jakby tego było mało, utwór czwarty nosi tytuł „Sauerkraut” – od ulubionego dania Niemców. I Polaków, tyle że u nas kiszona kapusta nie przeorała do tego stopnia umysłów muzycznej młodzieży w latach 70. Szkoda. Kiszona kapusta podobno psuje doznania audiofilskie – ciekawe skądinąd, czy dobrze wpływa na orgazm. Może ktoś gdzieś czytał?

MANUAL „Drowned In Light”
Make Mine Music/Darla – 19.04 – mp3
6/10

Redaktor Najsztub zwykł mawiać, że okładka nie jest jeszcze dość zepsuta. A psuł ją w jego opinii dopiero krytyczny wysiłek osób postronnych nieznających się na rzeczy, podczas gdy pierwotną wersję tworzył wykształcony i doświadczony grafik. Duńczyk Jonas Munk znany ze świetnego „Until Tomorrow” i z paru innych płyt mógłby się czegoś od niego nauczyć. Jego instrumentalne, elektroniczne nagrania wyrastające gdzieś daleko z krautrockowego korzenia są zbyt ładne, wypolerowane, przewidywalne – stanowczo ktoś powinien je trochę popsuć. Brzmieniowo wszystko jest ok, motoryczne podkłady, długo snujące się melodie – to też cieszy. Kiedy wchodzą gitary, też jeszcze całość brzmi elegancko, ale mimo wszystkich zalet po minucie czy dwóch odchodzi często w muzykę tła. Najgorsze jest to, że nic nie jest w stanie mnie powstrzymać przed zakupem kolejnej płyty Munka, bo jest w tych długich melodiach mimo wszystko coś magnetycznego. Zaczynajcie od „Phainomenon”, jeśli chcecie usłyszeć to coś – i jeśli chcecie poczuć krautrock w Göttschingowskim stylu w roku 2010.

Jakby tego było mało – proszę zwrócić uwagę na nazwę projektu. Manual = Manuel? Blisko w każdym razie.

Więcej o tych płytach – i nie tylko – w kolejnym (niemieckim) wydaniu HCH, za dwa dni – ze środy 12 na czwartek 13 maja. Szczegóły tutaj. A gdyby ktoś sobie życzył jakichś niekrautrockowych recenzji, to coraz więcej (np. nowe CocoRosie, Shining i inni) znajdzie w Polifonii.

Wiosenne porządki non-stop

Najważniejsze to łączyć przyjemne z pożytecznym. Zamiast myć okna czy sprzątać w szafie odkurzyłem stertę starych numerów „Non Stopu” i „Rock’n’Rolla” z przełomu lat 80. i 90. Ten pierwszy był wtedy krótko pod rządami Zbigniewa Hołdysa (naczelny) i Mirosława Makowskiego (naczelny grafik – w zasadzie bardziej wpływowa wówczas postać; możecie go zobaczyć w dokumencie „Beats of Freedom”, który swoją drogą wart jest oddzielnej notki). Nie powiem, żeby to był mój ulubiony okres pisma, ale skład dziennikarzy był wtedy imponujący: Filip Łobodziński, Sławomir Gołaszewski, Krzysztof Wacławiak (ktokolwiek widział? ktokolwiek wie? gdzie ten człowiek?)… Z kolei „Rock’n’Roll” to była efemeryda, ale kapitalna – z Łobodzińskim, Brzozowiczem i Wacławiakiem, Piotrem Bratkowskim wśród współpracowników, etosem pisma prawdziwie muzycznego, no i jeszcze czytelną, świetną na owe czasy grafiką projektu Jacka Królaka – tego samego, który niedawno pożegnał się ze światem. Ech… gdyby tak w tę stronę poszło dziennikarstwo muzyczne w tym kraju, byłoby nie najgorzej. Owszem, dawało się wówczas odczuć prześmieszne skrzywienie na amerykański soft-metal (który był w tym gronie hajpem w rodzaju dzisiejszego dance-punka albo innego nu-rave’u), ale dawało się to znieść i wybaczyć, tym bardziej, że skutkowało zabawnymi opisami okładek, mnóstwem erotycznych skojarzeń wychodzących daleko poza granicę akceptowalności współczesnych mediów i te pe.

Przy odkurzaniu nastawiałem się na kawałki, z których można dziś bezkarnie się ponabijać. Tymczasem znalazłem raczej całkiem sensowne materiały i sporo recenzji, z którymi dziś nie mogę się nie zgodzić i ledwie parę drobiazgów, które czytane dzisiaj wywołują mocniejsze zdziwienie (np. pean Roberta Leszczyńskiego na cześć Michaela Jacksona – ciekawa niekonsekwencja dla tych, którzy skreślili RL po jego wypowiedzi dla TVN24 po śmierci MJ). Co się nawdychałem kurzu, to moje. Ale paroma strzępkami otrzepanymi z kurzu się tutaj podzielę. Takich rzeczy teraz już nigdzie nie znajdziecie. Najpierw relacja Wacławiaka z koncertu. Ba, z całego festiwalu, który najwyraźniej nie przeżywał najlepszych czasów:

Kto by sobie dzisiaj pozwolił na coś takiego?

Zacząłem skanować sobie i archiwizować dłuższe teksty FL i GB z tamtych starych wydań, gdy nagle trafiłem na coś takiego:

To recenzja „Wire”, którą pamiętam z tamtych czasów bardzo dobrze. Problem w tym, że przy ówczesnym dostępie do płyt i pomocy naukowych nie miałem pojęcia, o jakim zespole mowa. I wydaje mi się, że po tych słowach Tomka Ryłki skreśliłem ten zespół na długo.

Zabawne, że obok długaśnych recenzji średnich polskich albumów i elaboratów na cześć bluesmanów i amerykańskim rockandrollowców można sobie było pozwolić na tego typu żarty z bądź co bądź grup bardzo istotnych. No ale to była część wspomnianego etosu „Non Stopu”. Zresztą może to ten cynizm odebrał potem czytelników „Rock’n’Rollowi” i dał zwycięstwo frakcji afirmacyjnej z „Tylko Rocka”.  Kiedy indziej otworzę archiwum „TR”, no i „Magazynu Muzycznego”. Na razie jeszcze jeden fragment z „NS” – ważny punkt w historii, bo nie pamiętam starszej recenzji pisanej w formie dialogu podchwyconej później przez fanziny, a w Internecie kultywowanej na łamach Porcysa. Oto ona. Tytuł płyty wiele dziś nie mówi, ale jej okładka mnóstwo. No i sporo się dowiadujemy o gustach poszczególnych redaktorów „NS”. Piękne zagranie PR-u redakcyjnego:

I na koniec drobiazg. Nie mogłem się powstrzymać – Jan Pospieszalski ze stałej rubryki „Tego słucham” i z czasów, gdy nie słuchał jeszcze Radia Maryja:

Exotica. Tropem Mitchów na Hawaje – i dalej

Rzadko mi się zdarza zajmować się tutaj kanapową muzyką spod znaku chilloutu i easy listening. Rzadko też odstawiam nowości, żeby napisać coś o archiwaliach, ale Mitch & Mitch (a dodatkowo jeszcze głosy na temat tego, że pokpiłem i nie dość wnikliwie odniosłem się do Mitchów) zmusili mnie do ponownego zainteresowania płytami z lat 50., które wywołały całe to zamieszanie.

Za wszystko odpowiedzialny jest ten sam facet, który skomponował najpopularniejszy („gwizdany”) temat z serialu „Lassie wróć”, jeśli ktoś to jeszcze pamięta i ten sam, który był szefem orkiestry na płycie „Music Out Of The Moon”, opisywanej przeze mnie przy okazji rocznicy lądowania na Księżycu. Czyli Les Baxter. Spec od aranżacji orkiestrowych i muzyki ilustracyjnej. Na początku lat 50. stworzył suitę – przypominającą zresztą muzykę filmową – na motywach rzekomej muzyki polinezyjskiej, z którą niewiele rzecz miałą wspólnego. Ale egzotyczna była – to na pewno. „Capitol reklamował wtedy Baxtera jako obieżyświata i etnomuzykologa, podczas gdy on podróżował po świecie nie więcej niż George W. Bush w wyścigu po prezydenturę” – napisała Laura Taylor w dołączonym do reedycji jego płyty, zatytułowanej „Ritual of the Savage” i wydanej w roku 1952. Album ma świetne brzmienie jak na tamte czasy (co zresztą było wyróżnikiem gatunku exotica także później). Jako aranżer i szef duego zespołu odnosił się do egzotyki w sposób dość naturalny – tak jak Duke Ellington w „Caravanie”. Punktem wyjścia był dla niego jazz i muzyka filmowa, którą pisywał bez trudu. Był idealnym, bardzo pracowitym rzemieślnikiem, który – jak podkreślał – „nigdy nie odrzucał ofert”.

Les Baxter nie miał szczęścia o tyle, że wyprzedził koniunkturę. W 1953 w Kalifornii wybuchła bowiem moda na surfing, w prasie pojawiły się zdjęcia surferów ślizgających się po wielkich falach na Hawajach, więc amerykańska klasa średnia – w kraju wreszcie uspokojonym po wojnie – zaczęła marzyć o wyjeździe na wyspy, stające się wtedy symbolem egzotyki. Z kolei symbolem samych wysp stał się słynny hotel Hawaiian Village w Honolulu, świeżo wybudowany przez miliardera Henry’ego J. Kaisera. A w hotelu grał do kotleta na kilkutygodniowym kontrakcie zespół innego aranżera, Martina Denny’ego (nic nie poradzę na polską odmianę nazwiska, która wprowadza tutaj niepożądany element oceny). Tu nastąpiło drugie „bum”.

Denny grywał na miejscu różne utwory, w tym kompozycje Baxtera z płyty „Ritual of the Savage”. Któregoś dnia – jak wspomina – wykonywali utwór „Quiet Village”, w którym, jak zwykle w tym miejscu, towarzyszyły im wieczorne odgłosy żab. Żaby zaczynały razem z zespołem i kończyły, gdy cichła muzyka. Denny i jego ekipa byli tym już tak zirytowani, że w pewnym momencie sami zaczęli udawać głosy żab i egzotycznych ptaków. Następnego dnia podszedł do nich ktoś z hotelowych gości i zapytał, czy zagrają jeszcze ten utwór z odgłosami zwierząt. Stąd pomysł, by nagrać Baxtera jeszcze raz, ale pojechać po całości – jeśli Baxter stworzył oszukańczy folklor, to należało doprowadzić pomysł do absurdu, wzbogacić instrumentami perkusyjnymi z Dalekiego Wschodu – i jeszcze dograć w studiu udawane odgłosy żab i ptaków!

Tak powstała płyta „Exotica”, wydana w roku 1957. Od niej z kolei wziął nazwę gatunek, przypisywany odtąd przede wszystkim Denny’emu, choć na 12 kompozycji aż pięć pochodziło z wcześniejszej płyty Baxtera. Utwór „Quiet Village” okazał się hitem 1959 roku (oczywiście w wykonaniu orkiestry Martina Denny’ego) – trafił na drugie miejsce na liście „Billboardu”. Oto jego wersja oryginalna z roku 1952, a potem ta, która zdobyła sławę:

Les Baxter and his orchestra „Quiet Village”

Martin Denny „Quiet Village”

Denny nie tylko lepiej wyczuł koniunkturę na fałszywe wyspiarskie nagrania. Wiedział też, jak je opakować. Jego kolejne płyty – od „Exotiki”, przez „Primitivę”, po „Afro-desię” (znajdziecie je na stronie wytwórni Rev-Ola wznawiającej po latach jego muzykę) – miały na okładkach ładne dziewczyny, chwilami w dość wyzywających (jak na epokę) pozach. W latach 90. różne serie składanek lounge’owych odwoływały się do tego wzorca. W ogóle w latach 90. ten wzorzec wrócił na dobre, wraz z modą na easy listening, który to gatunek kształtowali również Baxter i Denny. Wcześniej i później exotica podbiła serca koneserów postępowych brzmień, włącznie ze sceną industrialną (Boyd Rice i Genesis P-Orridge byli fanami Denny’ego!), wreszcie nowojorskim kręgiem jazzowym (Zorn). Może dzięki temu, że taka ponadczasowa? A może dlatego, że tak dobrze nagrania – bo to, co wtedy zrobiono na poziomie produkcji w zasadzie do dziś nie razi archaizmem.

Solową karierę robił później także Arthur Lyman – wibrafonista z zespołu Denny’ego, który jako jedyny mógł się przynajmniej pochwalić tym, że urodził się na Hawajach. Wszystkich trzech – Baxtera, Denny’ego i Lymana – wymienia jako swoich mistrzów John Zorn, twierdząc w wywiadzie dla JazzTimes, że dawał sygnały tego wpływu już na długo przed uformowaniem The Dreamers. Z kolei w Polsce kaganek oświaty zapalili właśnie Mitche, wykonując na nowej płycie między innymi swoją wersję tej oto kompozycji, znanej z „Exotica vol. II” Martina Denny’ego:

Martin Denny „Japanese Farewell Song”

O całym gatunku opowiadaliśmy nieco szerzej całkiem niedawno w dwójkowym Nokturnie, wspólnie z Jackiem Hawrylukiem. A jeszcze trochę o nowej płycie Mitch & Mitch na stronie „Przekroju”.

Pa pa, A-ha – po 25 latach

Jeśli nie masz trzydziestu lat, to nie uznawaj z miejsca autora tej notki za idiotę. Po prostu bez odrobiny nostalgii trudno będzie zrozumieć, jak można od Natural Snow Buildings przejść do A-ha. A wiadomość jest duża. Elektryzujący (w latach 80.) Norwegowie od „Take On Me” właśnie ogłosili, że kończą działalność. I wiecie, co mnie w tej sytuacji najbardziej dziwi? Fakt, że przetrwali ćwierć wieku. Gdybym teraz zrobił rewind swoich uczuć i przeniósł się do stanu z roku 1984 (wspomniany już singiel – a kto jeszcze pamięta jego bardzo dobrą drugą stronę „Love Is Reason”?) albo choćby do roku 1985 (mój ulubiony „The Sun Always Shines On TV”), to myślałbym: „O, fajny zespół, pograją rok lub dwa!”. Ba, pamiętam dobrze, że wtedy tak myślałem. Już z tą niewielką wiedzą o świecie muzyki, jaką może mieć 10-latek, byłem święcie przekonany, że to gwiazdy kilku przebojów. Dlatego tak bardzo ucieszyłem się ze sposobu, w jaki dziś się tłumaczą – że to była po prostu „chłopięca przygoda”. Niby miałem nosa, ale mimo wszystko się pomyliłem. I o to w tym wszystkim chodzi.

30 lat pierwszego hiphopowego singla

No dobra, jest kilka innych teorii na temat pierwszego nagrania hiphopowego dostępnego w handlu, ale „Rapper’s Delight” grupy Sugarhill Gang i tak pozostanie symbolicznym początkiem hip-hopu na płytach – jako bystra inicjatywa wydawnicza, niezły kawałek pokazujący specyfikę nowego nurtu (włącznie z dyskotekowym samplem z piosenki Chic poddanym tu zgrabnemu recyklingowi) i jeszcze słowa, które dały gatunkowi jego nazwę. Owszem, sam hip-hop jest starszy. Ma już nawet 36 lat (jeszcze jeden starszy ode mnie!), jeśli jako jego początek liczyć moment, gdy Kool Herc zrobił biletowaną prywatkę w Nowym Jorku na Bronksie pod adresem  1520 Sedgwick Avenue, by zebrać pieniądze na fajne ciuchy dla siostry przed nowym rokiem szkolnym, a przy okazji wypróbować nową umiejętność miksowania breaków wynajdywanych na winylowych płytach swojego ojca. Ale dziś – w 30. rocznicę wydania singla The Sugarhill Gang – jest dobry moment, by symbolicznie poświętować i pokiwać biodrami do oldskulowego nagrania. BBC też świętuje. Dziś hip-hop nie przeżywa swojego najlepszego okresu, więc tym bardziej życzmy staruszkowi wszystkiego najlepszego.

Nie będę się więcej mądrzył, bo w linkach obok jest parę stron ludzi, którzy wiedzą trochę więcej ode mnie o historii czarnej muzyki. Ale zawsze warto sobie przypomnieć, jak to drzewiej bywało. Wiecie, że staram się nie zaśmiecać wpisów fragmentami z YouTube’a, ale tym razem te cztery minuty powiedzą więcej niż mój elaborat: