Category Archives: podsumowanie roku 2008

Uwagi i zażalenia – podsumowania roku 2008 część ostatnia

W roku 2008 denerwowało mnie dość dużo różnych rzeczy, z których większość na szczęście od razu zapominałem (skleroza bywa błogosławiona), ale kilka niestety nie dawało mi spokoju nawet na początku Nowego Roku. Oto kilka z nich.

Czas. A raczej jego brak. W każdym aspekcie, w każdym momencie, od stycznia do grudnia – za każdym razem coś nowego przeszkadzało mi nie tylko utrzymywać kontakt z tym blogiem, ale czasem z rynkiem płytowym w ogóle. Z drugiej strony liczba wychodzących tytułów (to raczej pozytyw) powodowała, że nie sposób było posłuchać nawet wszystkich najważniejszych albumów. Na to wszystko – jak to się ładnie mówi – nałożyła się moja sytuacja osobista.

Sklepy z płytami. Głównie te polskie. Choć nie tylko. Usłyszałem od znajomego, że w empikopodobnych priorytetem są artykuł papiernicze, bo płyt się nie opłaca sprzedawać. Zaraz, to oni sprzedawali tam płyty? Moim zdaniem nawet nie zaczęli na dobre próbować… Nigdy tyle nie kupowałem przez internet. Przez większą część roku nawet w mp3, żeby było szybciej i taniej. Może teraz sprzedam (Mariusz Herma odkrył ostatnio niezłą rzecz – sklep z używanymi mp3 – szczegóły tutaj).

Reedycje lepsze niż nowe płyty. To trend obecny od kilku lat. Bardzo doskwierał w zeszłym roku, kiedy Neil Young i Charles Mingus zdominowali moją listę ulubionych płyt. W tym roku było jeszcze gorzej. Gas, Basic Channel, Steinski, Suicide, Dylan, Riley z Cale’em, serie afrykańskich składanek – to wszystko wygrywało z wieloma nowymi wydawnictwami. Suma sumarum jest dobrze, bo wychodzą kapitalne odkurzone (lub zupełnie dotąd nieznane!) płyty, ale czuję się przez to starszy niż jestem.

Najgorsze roczne zestawienie w „The Wire” odkąd czytam tę gazetę. A czytam ją regularnie już ponad 10 lat. Pierwszy egzemplarz znalazłem porzucony w szafie w redakcji „Machiny”. Na okładce był płonący globus i zapowiedź zestawienia „100 Records That Set The World On Fire”. Zdumiało mnie wtedy to, że z całej listy znam jakieś 2-3 płyty. Dziś znam jakoś między 30 a 40. Ciągle się czegoś dowiaduję z tego pisma, ciągle czegoś się uczę, ale w tym roku moja sympatia została wystawiona na ciężką próbę:
– na czele rocznego zestawienia The Bug, album w moim przekonaniu niezły, ale nie rewolucyjny pod żadnym względem;
– na drugim miejscu Philip Jeck, jedna z gorszych ostatnio płyt jednego z moich ulubionych artystów;
– na trzecim miejscu The Hospitals, zupełnie przypadkowy typ, średniej klasy noise-punkowa grupa, której jedyną zaletą jest to, że wydana została nakładem zespołu, w związku z czym zna ją niewiele osób;
– Tricky wyżej od Portishead (to zakrawa na jakiś żart!);
– Hercules & Love Affair wyżej od Arthura Russella (jeśli to miał być żart, to jest mało śmieszny);
– Vampire Weekend w 50-tce, w której brak Fleet Foxes, Grouper, Spring Heel Jack i którejkolwiek płyty Coxa.

Simon Reynolds (w tym samym zestawieniu) typuje Vampire Weekend na płytę roku. Ostatnie autorytety padają, jeśli ktoś chce być w zgodzie z samym sobą, może liczyć tylko na siebie.

Antony za 450 zł? Wolne żarty. Cieszę się, że jest w końcu koncert, ale kiedy w grudniu dowiedziałem się, ile będą kosztować bilety do Teatru Wielkiego, zadałem sobie trud sprawdzenia, ile płacą nasi unijni koledzy z Niemiec, Włoch czy Hiszpanii. Najdroższe bilety, jakie znalazłem za granicą, kosztowały 70 euro (280 zł). Owszem, jesteśmy biednym krajem, ale chyba mamy gest. Kiedy piszę te słowa, schodzą ostatnie bilety w Admiralspalast w Berlinie (po 35 euro), a więc… no dobra, wiem, że w końcu większość z Was jakoś znajdzie się w Teatrze Wielkim (i życzę Wam tego), ale trochę mi głupio. Nie żebym jakoś szczególnie pastwił się nad koncertem Antony’ego. Inne bywały stanowczo za drogie – przez cały rok. Święta zasada, że za bilet na koncert płaci się mniej więcej tyle co za płytę artysty nie obowiązuje już od dawna. Ale dziś nie płaci się nawet tyle co za dwie płyty, ba, niekiedy więcej niż za całą dyskografię wykonawcy, który do nas przyjeżdża. A przy tym mamy kilka miejsc w Warszawie (w innych miastach pewnie jest podobnie), gdzie w ogóle daje się słuchać muzyki. Większość sal, w których oczekują od Was 300 zł za koncert, jest do występów na żywo zwyczajnie nieprzygotowana. Akurat Teatru Wielkiego to nie dotyczy.

To już ostatnia część mojego podsumowania (daruję sobie najlepsze utwory, bo na tylu blogach znalazłem swoje typy, że nie ma już sensu wyważać otwartych drzwi, poza tym mam oldskulowe podejście i słucham płyt, a nie nagrań). Poza tym Nowy Rok już się zaczął wraz z dojechaniem pod moje drzwi poczty z nowym albumem Animal Collective. Słowo się rzekło…

10 polskich płyt roku 2008

Pierwsze płyty nowego roku docierają, pora więc kończyć zapowiadane od dawna ostatnie części podsumowania. Najpierw kilka zdań na temat polskich wykonawców roku. Kilka zdań bardzo zasłużonych, bo takiego roku w polskiej muzyce nie pamiętam od dość dawna. Kolejność jak zwykle alfabetyczna. Używam alfabetu, lubię alfabet, ot co. 😉

d z i e s i ę ć    p o l s k i c h    p ł y t    r o k u    2 0 0 8

GASOLINE „The New Discipline”, Homeless Records
Post-rock z dużą klasą, wyrafinowany, dobrze grany, na światowym poziomie, pisałem tu już o nich, więc nie będę się powtarzał

JACASZEK „Treny”, Gusstaff/Miasmah
Na styku elektronicznej muzyki ambient i czegoś, co na Zachodzie opisują jako muzyka post-klasyczna, w sumie płyta Michała Jacaszka zasłużyła na obecność nawet w światowych zestawieniach

KLIMT „Jesienne odcienie melancholii”, Requiem
Zaskakujący dla mnie solowy projekt Antoniego Budziińskiego, nie sądziłem, że ktoś w Polsce gra taki, przepraszam za wyrażenie, shoegaze

L.U.C. „Planet LUC”, Mystic
Kosmiczna płyta – bo koncept taki szeroki, bo taka multimedialna, bo z taką ambicją pisana i komponowana, bo tak daleko wykraczająca poza hip hop, a zarazem tak hiphopowa do szpiku kości. Przełom dla L.U.C.-a

PINK FREUD „Alchemia”, Universal
Rewelacyjny koncert z „Alchemii” łączy w sobie to, co lubiłem w starym „yassowym” obliczu Pink Freud, i to, co cenię w ich nowej muzyce

PINNAWELA „Soulahili”, Sony BMG
Najlepsza soulowa płyta roku w Polsce, zresztą konkurencji wielkiej w tej branży w tym roku nie było

PUSTKI „Koniec kryzysu”, Agora SA
Gdybym miał podać jeden tytuł, to zapewne podałbym właśnie ten. Wreszcie, po tylu latach i po trzech albumach grupy, na którą zawsze liczyłem, czuję się usatysfakcjonowany tym czwartym

SILVER ROCKET „Tesla”, Revolution 9
Kompletne zaskoczenie pod każdym względem: świetnie zbudowany koncept (można słuchać i czytać jednocześnie), kapitalne aranże, Makowiecki się tu broni, ba, nawet Brodka na tej płycie się broni 😉

T. GADOMSKI / T. MIRT „Si, si”, Monotype Records
Bezpretensjonalne, swobodne granie powstałe z nakładanych na siebie partii elektroniki i instrumentów perkusyjnych, oryginalna i przyjemna rzecz

WASILEWSKI / KURKIEWICZ / MISKIEWICZ „January”, ECM
Zapewne największa w tym roku kariera polskiej płyty na Zachodzie, więc warto poznać, nawet gdy ktoś nie lubi jazzu. A Wasilewskiego jako pianistę znać po prostu trzeba

34 najlepsze płyty roku 2008

Ale nuda. Wieszam tu w końcu podsumowanie płytowe roku, mimo niedokończonych alfabetycznych rekolekcji (to be continued, w miarę wolnego czasu). To prawdopodobnie ostatnie zestawienie najlepszych albumów, jakie gdziekolwiek przeczytacie, więc zapewne nie jest już nikomu potrzebne. Ale ten dłuższy czas był mi w tym roku naprawdę potrzebny – to był rok może nie tyle ważnych, co przynoszących sporo przyjemności albumów. A sporządzenie tego zestawienia kosztowało mnie wiele rwania włosów z głowy i dodatkowych przesłuchań. I to bez żadnej gwarancji, bo kto wie, jak na to zestawienie popatrzę za rok, ba, za miesiąc. Sporządziłem je w pełni subiektywnie, jak zwykle bez kolejności (bo jak coś jest już najlepsze, to nie bardzo widzę powód, by odróżniać „lepsze” od „jeszcze lepszych”) i niespecjalnie oglądając się na opinie innych. No dobra – powiecie – ale przecież tu są płyty lepsze od innych. Oczywiście, w zależności od tego, pod jakim kątem na nie spojrzeć. Ale wszystkie skupiały moją uwagę wyjątkowo długo. Starałem się wybierać płyty, które kupiłbym za własne pieniądze raz jeszcze, nawet jeśli już je posiadam. Oto więc trzydzieści cztery najlepsze płyty 2008 roku moim skromnym zdaniem. Dlaczego akurat tyle? Jeśli ktoś zna moją listę sprzed roku, pamięta być może, że były na niej 33 pozycje. I jeśli teraz nie jest jeszcze wszystko jasne, to może za kilka lat uda mi się bardziej rozjaśnić, jeśli tylko wytrwam w woli prowadzenia tego bloga.
Dzięki dla paru osób, które mi podsuwały różne płyty w tym roku. A ponieważ te osoby same dobrze o tym wiedzą, pozwalam sobie nie wyróżniać ich z nazwiska.

t r z y d z i e ś c i   c z t e r y   p ł y t y   r o k u   2 0 0 8

{{{SUNSET}}} „The Glowing City”, Autobus
bo tylu piosenkowych pomysłów na jednej płycie nie słyszałem w tym roku

ARTHUR RUSSELL „Love Is Overtaking Me”, Audika
bo okazał się brakującym ogniwem między sceną starej awangardy i nowego folku

ATLAS SOUND „Let the Blind Lead Those Who Can See But Cannot Feel”, Kranky
bo lider Deerhuntera solo okazał się jeszcze lepszy

BAR KOKHBA “Lucifer. The Book of Angels vol. 10”, Tzadik
bo to jedna z najlepiej wykonanych płyt z muzyką Zorna w ogóle

BASIC CHANNEL „BCD-2”, Basic Channel
bo to był klasyk, zanim jeszcze wyszedł na CD

BILL DIXON WITH EXPLODING STAR ORCHESTRA “Entrancing”, Thrill Jockey
bo to spotkanie dwóch improwizatorów o wielkiej wyobraźni

BON IVER „For Emma, Forever Ago”, Jagjaguwar/4AD*
bo to najbardziej klimatyczna płyta roku

BONNIE ‚PRINCE’ BILLY “Lie Down In the Light”, Drag City
bo Bonnie stylistycznie wrócił do starych czasów i utrzymał formę

CARL CRAIG & MORITZ VON OSWALD “Recomposed by”, Deutsche Grammophon
bo tak remiksowanej muzyki klasycznej jeszcze nie słyszałem

DEERHUNTER “Microcastle”, Kranky
bo to muzyka, która do Bradforda Coxa przekona prawie każdego, a dzięki temu ludzie trafią na jego inne płyty 😉

DUNGEN „4”, Kemado Records
bo to najpiękniejsza psychodeliczna płyta tego roku

ESBJÖRN SVENSSON TRIO “Leucocyte”, Act
bo to lepsza płyta niż ostatnie i wielki krok naprzód stylistycznie

FLEET FOXES „Fleet Foxes”, Sub Pop
bo to największe odkrycie tego roku pod każdym względem

FUCK BUTTONS “Street Horrrsing”, ATP
bo to pomysł, który – choć prosty – ma niezwykłą siłę przyciągania

GAS „Nah und Fern”, Kompakt
bo to płyta, którą można się żywić przez cały rok i (dla mnie) wykonawca odkryty po czasie

GIRL TALK „Feed the Animals”, Illegal Art
bo to album, przy którym można jednocześnie poruszać nogą i głową

GROUPER „Dragging a Dead Deer Up a Hill”, Type
bo to płyta autorska, której nie sposób pomylić z żadną inną

JOHN CALE & TERRY RILEY „Church of Anthrax”, Wounded Bird Records**
bo to historyczne i idealne połączenie dwóch światów: rocka i awangardy

JOSEPHINE FOSTER “This Coming Gladness”, Bo’Weavil Recordings
bo to głos i ekspresja, obok której nie można przejść obojętnie

LINDSTRØM „Where You Go I Go Too”, Smalltown Supersound
bo czegoś takiego jeszcze nie słyszałem (nawet w wykonaniu Lindstrøma)

MGMT „Oracular Spectacular”, Columbia
bo to najlepsza popowa płyta z przebojami, jaką słyszałem w 2008 roku

NICO MUHLY „Mothertongue”, Bedroom Community
bo to świetne utwory łączące wszystkie najlepsze wątki rodem z Bedroom Community

PATTI SMITH & KEVIN SHIELDS „The Coral Sea”, Pask Records
bo to album do słuchania na szczególne okazje

PORTISHEAD „Third”, Island
bo okazali się nadzwyczajnym zespołem, który wciąż, mimo upływu lat, potrafił się nie zepsuć

RÓŻNI WYKONAWCY „African Scream Contest”, Analog Africa
bo to najlepsza dawka pozytywnej energii, a przy tym najlepsza płyta z muzyką z Afryki w tym roku

RÓŻNI WYKONAWCY „Dancehall. The Rise Of Jamaican Dancehall Culture”, Soul Jazz
bo to historia gatunku, jakiej od dawna poszukiwałem

SPIRITUALIZED “Songs in A & E”, Sanctuary
bo ta płyta przypomniała wreszcie wielkie Spiritualized

SPRING HEEL JACK, “Songs & Themes”, Thirsty Ear
bo to album, którego każde kolejne przesłuchanie (wciąż) przynosi lepsze efekty

STEINSKI „What Does It All Mean? 1983-2006 Retrospective”, Illegal Art
bo to kolejny punkt wyjścia – dla kilku gatunków muzycznych na raz

SUN KIL MOON “April”, Caldo Verde
bo to jedna z najlepszych songwriterskich płyt roku

TERRY RILEY “The Last Camel in Paris”, Elision Fields
bo to kolejne arcydzieło z archiwum Rileya

THOMAS BRINKMANN “When Horses Die”, Max Ernst
bo to, jak często wracałem do tej płyty, to dla mnie największe zaskoczenie tego roku

TV ON THE RADIO “Dear Science”, 4AD
bo potrafią aranżować i żonglować konwencjami z precyzją godną mechaniki precyzyjnej

WHY? „Alopecia”, Anticon
bo ujął mnie bezczelnością muzyczną i potrafił przywiązać do swojej płyty na długie tygodnie

* Tak, wiem, wyszła wcześniej. Kto ją znał w roku 2007 – ręka do góry. 🙂

** Tak, wiem, to czystej wody reedycja albumu z 1971 roku, ale płyta nigdy dotąd nie wyszła na CD

PS  Temat podsumowania i końca roku będzie jeszcze wracał na tym blogu w kilku odsłonach, bo nowy rok, jak wiadomo, oficjalnie zaczyna się dopiero wraz z premierą nowej płyty Animal Collective 😉

E, F i G, czyli od Earth, przez Fuck Buttons, do Grouper (REKOLEKCJE, cz. 4)

earth_thebees>>>4<<
EARTH “The Bees Made Honey in the Lion’s Skull”, Southern Lord

premiera: luty 2008, źródło: Amazon.com

Nie będę się rozwodził na temat tego, jak ważny to wykonawca (o Dylana Carlsona mi chodzi), jak ważny zespół. Nadzieje były wielkie, tym bardziej, że to jedna z pierwszych poważnych premier roku, gościnnie Bill Frisell i w ogóle. Oczywiście, rewelacyjny w swej bezczelności jest zabieg powodujący, że proste bluesowe progresje przestają być czytelne, bo przy tak wolnym tempie między toniką, subdominantą i dominantą mijają całe wieki, więc zapominamy nawet w jakiej tonacji był utwór, a nie tylko jaki ma być kolejny akord. Między jednym a drugim akordem basista zdąży spokojnie zapytać gitarzystę, jaki akord będzie grał za chwilę, ba!, w zasadzie mogą razem wyskoczyć na piwo. Klimatyczna płyta, nie da się ukryć. Ale nie da się też ukryć, że miało być nudno z założenia i przy 3-4 słuchaniu już jest.

eleanoorarosenholm_ala>>>>4<<
ELEANOORA ROSENHOLM „Älä kysy kuolleilta, he sanoivat”, Fonal

premiera: wrzesień 2008, źródło: Boomkat.com

Ładna, kompletnie pozbawiona pretensji płyta pop od wydawców folku i ambientu. Najbliżej może Risto, jeśli chodzi o katalog Fonal. Eleanoora to zespół nagrywający z podobnym humorem, ale muzycznie jeszcze lżejszy. Nawiązuje do różnych, w tym naprawdę kiczowatych, wzorców z ostatnich dekad. U Finów ma dobre recenzje, co świadczy o tym, że śpiewane w ojczystym języku teksty (obdarzona miłym głosem Noora Tommila plus koledzy w chórkach) – rzecz, której prawdopodobnie nigdy nie zrozumiem – też mają niezłe.

elephant9_dodovoodoo>>>4<<
ELEPHANT9 „Dodovoodoo”, Rune Grammofon

premiera: maj 2008, źródło: na razie „znalezione”

Nie był to szczęśliwy rok dla Rune, zatem i ta płyta cieszy. Kapitalne połączenie organowego hard rocka i wyrafinowanego rytmicznie funku zadowoli różnych miłośników muzyki wczesnych lat 70. z osobna, albo i wszystkich na raz. Jeśli ktoś ma alergię na Emerson, Lake & Palmer, to może zareagować gwałtownie, ale jeśli wyobrazi sobie ELP z wszczepioną inteligencją rytmiczną w stylu elektrycznej grupy Milesa Davisa albo bardziej jeszcze Weather Report, to może da się namówić do posłuchania. Jedyny problem w tym, że to płyta nierówna. Liderujący triu Ståle Storløkken czuje się w drapieżnych krótkich formach jak ryba w wodzie, ale wszyscy trochę się gubią, gdy w tej konwencji przychodzi im nagrać utwór 13-minutowy. Bez Helge Stena klimaty w stylu Supersilent nie wychodzą mu już tak dobrze.  I w tym momencie pomoc w opanowaniu długiej formy ze strony dziadka Emersona byłaby może nawet i wskazana… 😉 Ale mimo zastrzeżeń wszystko wskazuje również na to, że to będzie mój ostatni zakup spośród ciekawych płyt roku 2008.

est_leucocyte>>>>5<
ESBJÖRN SVENSSON TRIO „Leucocyte”, Act

premiera: wrzesień 2008, źródło: promo-CD firmy Act

Svensson na swojej ostatniej, pośmiertnie wydanej płycie zbliża się do Supersilent, jeśli wziąć pod uwagę coraz bardziej dzikie eksperymenty z syntezatorami, a jego sekcja rytmiczna gra momentami ciężko jak zespół metalowy (choć ten kierunek sygnalizowali już na „Tuesday Wonderland” i koncertówce „Live In Hamburg”). Zdaję sobie sprawę, że zmarłych otacza zwykle najbardziej niezdrowy rodzaj hajpu, jaki można sobie wyobrazić, ale dajcie szansę tej płycie, jeśli ktoś z Was jeszcze tego nie zrobił. Mniej jest na niej charakterystycznej dla E.S.T. liryki, mniej może porywających tematów fortepianowych, za to więcej melancholii, mroku. Jest w niej zarazem coś z naukowego skupienia nad życiem (o życiu wszak traktuje, i to w sensie bardziej biologicznym – stąd te białke krwinki w tytule). Ale przepiękny fragment tytułowej suity pt. „Ad Mortem” (nomen omen w tym wypadku, cholera, jednak nie mogę się nie pochylić nad człowiekiem w tym wszystkim) wynagrodzi fanom „starego” E.S.T. wiele wysiłku i skupienia włożonego w słuchanie albumu. Wracając do Supersilent – to jest moim zdaniem bardziej udana próba tego, co zespół Helge Stena próbował zrobić na albumie „8”.

evangelicals_eveningdescends>>>4<<
EVANGELICALS „The Evening Descends”, Dead Oceans

premiera: styczeń 2008, źródło: Amazon.com

Jak to się stało, że do tej pory o tym jeszcze nie pisałem? Zespół z mojego ulubionego kręgu psychodelicznego pop-rocka, nie bez odniesień do The Flaming Lips. Płyta nagrana według jednego konceptu, pełna optymistycznego szaleństwa, z szerokim zestawem instrumentów (od elektrycznych gitar po dzwonki) i upodobań (od rocka progresywnego po barokowy pop), ale zarazem niezwykle melodyjna. Stanowczo warto poznać. Wrażenie psuje dość kiepska produkcja albumu, a przed byciem drugim Arcade Fire Ewangelików „broni” fakt, że są jednak zbyt eklektyczni i mają nie najlepszego wokalistę. Ale ogólnie krzyżyk na drogę i spotkamy się w kolejnych latach.

foals_antidotes>>>4<<
FOALS „Antidotes”, Sub Pop

premiera: marzec 2008, źródło: Amazon.com

Młoda kapela z Oksfordu (ręka do góry, kto po Radiohead odruchowo nie strzyże uszami, gdy słyszy nazwę tego miasta), reklamowana jako math rock i niemająca z math rockiem absolutnie nic wspólnego.  Wire, Gang Of Four – to są punkty odniesienia. Artystowski punk jednym słowem. Rzemiosło rockowe opanowali zresztą znakomicie, a w tym roku z łatwością nokautują takich na przykład Bloc Party czy The Faint (tak przy okazji: ktoś zauważył w ogóle, że te dwa zespoły jeszcze istnieją?). I pomyśleć, że tamci swego czasu mi się podobali. Czy to wystarczy w czasach, gdy hasło dance punk kojarzy się już z wyświechtanym trendem sprzed trzech sezonów? Owszem, wystarczy, żeby posłuchać. Potargować warto, ja w końcu kupiłem, gdy już zobaczyłem chłopaków na żywo. Będą z nich ludzie. Aha –  i bezwzględnie jedna z okładek roku!

fuckbuttons_street>>>>5<
FUCK BUTTONS „Street Horrrsing”, ATP

premiera: luty 2008, źródło: Boomkat.com

Połowa znajomych, którym to puścicie, wyjdzie z pokoju. Połowa drugiej połowy nie wyjdzie, ale drastycznie i błyskawicznie zmieni o Was opinię. Połowa z tych, co zostali, zacznie Wam udowadniać, że tak prymitywnej muzyki nie słyszało od czasu, gdy chodzili z dziewczyną, która studiowała zwyczaje Aborygenów. Połowa z drugiej połowy (tych, którzy zostali) uzna, że to niezły żart, może wyczuje jakąś prowokację. Bo prawdopodobnie w dowolnym kręgu towarzyskim będziecie jedynymi osobami, które nie są w stanie znieść mieszaniny plemiennych rytmów, nieartykułowanych głosów przepuszczonych przez dziwne efekty, noise’u i prostych, powtarzalnych motywów granych na syntezatorach (nie wliczam w to blogów i serwisów muzycznych, bo te z natury grupują zboczeńców z całego świata). Być może nawet Wy, którzy czytacie te słowa, w ogóle nie lubicie tej płyty. Owszem, nie jest może wybitna, na to trochę zbyt nierówno. Ale nie wmówicie mi, że to album przeciętny. Już czekam na następną propozycję FB.

gas_nahundfern>>>>>6
GAS „Nah und Fern”, Kompakt 2008

premiera: 1996-2000, reedycja: czerwiec 2008, źródło: Amazon

Do tej płyty jeszcze wrócę, co pewnie niespecjalnie dziwi kogokolwiek w kontekście nieuchronnej listy najlepszych płyt roku. Jeśli ktoś się spodziewał recenzji w tydzień po ukazaniu, muszę go zawieść – są 4 CD do przesłuchania, i to na tyle podobne stylistycznie, że nie łyknie się tego w jeden wieczór. Mnie przekonywanie się do „Nah und Fern” (bo oryginałów nie znałem, a całe czołobitne przyjęcie płyty odebrałem jak zwykle w takich wypadkach z olbrzymią rezerwą) zajęło miesiące. Jeśli nie aż tyle, to z całą pewnością warto poświęcić temu albumowi choć parę tygodni. 🙂

gasoline_thenewdiscipline>>>4<<
GASOLINE „The New Discipline”, Homeless Records

premiera: kwiecień 2008, źródło: promo-CD od zespołu

Biję się w piersi – to polskie trio braci Dawidowskich (gitara, elektronika, bas) i Dariusza Goska (perkusja) odrzuciłem najpierw jako klon klonów post-post-rockowców. To jest tak: dużo płyt trzeba w ciągu roku przesłuchać. Większość  dostaje szansę tylko raz. A z tym jednym razem to różnie bywa. Zależy od okoliczności. Ale jest też tak: mój syn, odkąd nauczył się chodzić, bierze ode mnie z półki jakąś płytę, wyjmuje i niesie do kompaktu, żeby mu puścić. Na początku myśleliśmy, że myli CD z DVD z bajkami. Nie. Potem – że nie będzie mu się podobało, kiedy mu będziemy puszczać, bo bierze cokolwiek, czasem jakąś płytę leżącą na podłodze, która wypadła z jakiegoś czasopisma i ma napis „Party Hits” i której nikt w domu dotąd nie słyszał. Otóż nie. Lucek chwyta od tygodnia tę samą – Gasoline. Chwyta i nosi. Puszczamy i co się okazuje? Mały jest fanem post-rocka i podryguje w rytm Gasoline (choć, powiedzmy od razu, mało to taneczna muzyka). Po prostu mu się podoba. W wyniku tego wysłuchałem jeszcze kilka razy całości. Jakoś tak światowo, bez obciachu, delikatnie do tego stopnia, że z Thrill Jockeya ucieka to chwilami w stronę Kranky. Ale jest ciepło, pozytywnie, gdy chodzi o klimat, dość melodyjnie. Panowie, brak czasu odebrał mi wcześniej bardzo dobrą polską płytę, może nawet jedną z ciekawszych, jakie się w tym roku ukazały… Jestem Wam winien przeprosiny. Zaraz, a czy nie będę musiał zaraz przepraszać drugi raz, że tak mało napisałem o samej muzyce? Nie sądzę, bo ci, którzy do niej dotrą i posłuchają więcej niż raz, docenią ją na pewno.

girl_talk>>>>5<
GIRL TALK „Feed the Animals”, Illegal Art

premiera: czerwiec 2008, źródło: illegalart.net

Najlepsza imprezowa płyta roku, najlepsza mashupowa płyta roku itp. itd. Napisałem już parę zachwytów na temat Gregga Gillisa na łamach „Przekroju”, tutaj nie będę się więc powtarzał. Aha – zapłaciłem 5 dolarów za tę płytę. Najlepiej wydane pięć dolarów w tym roku. Tym bardziej, że dolar wtedy stał koło 2 zł, a nie 3 zł. 😉

grails_doomsdayersholiday2>>3<<<
GRAILS „Take Refuge In Clean Living”, Important Records

premiera: maj 2008, źródło: Amazon
>>>4<<
GRAILS “Doomsdayer’s Holiday”, Temporary Residence

premiera: październik 2008, źródło: Amazon

Kolejna kapela, do której mam słabość i nie wiadomo kiedy zgromadziłem pół jej dyskografii. Pisałem już o nich przy okazji poprzedniego podsumowania roku. Od tamtej pory trochę mniej się zrobiło horroru i metalu w ich muzyce (i dobrze), minialbum „Take Refuge…” zawiódł mnie jeśli chodzi o jakość kompozycji. Za to na „Doomsdayer’s Holiday” zespół na szczęście wychodzi ze swoich kazamatów na jakieś świeże powietrze. Czysta psychodelia z lekką domieszką post-rocka, znajdzie to swoich amatorów z całą pewnością.

grouper_dragging>>>>5<
GROUPER „Dragging a Dead Deer Up a Hill”, Type

premiera: czerwiec 2008, źródło: Boomkat.com

Kapitalne brzmienie bardzo w stylu starego 4AD, chociaż bardziej to psychodeliczny folk niż oniryczny pop. Kilka utworów kwalifikuje się do listy najlepszych w roku, ale jednak słuchać tego wciąż i wciąż po prostu się nie da. I tu mam problem z punktacją dość – przyznaję – zasadniczy. Bo czy oceniać wyjątkowość i oryginalność brzmienia, czy zestaw kompozycji jako idealny, czy może wirtuozerię wykonania? Czy oceniać świeże wrażenie, jakie płyta robi na wąskiej grupie poszukiwaczy nowych doznań, czy przyjemność, jaką będą z niej mieli różni słuchacze? Bo Elizabeth Harris to artystka charakterystyczna, prawdziwe odkrycie, ale z drugiej strony – jej pomysł na gitarę, pogłosy i wokal nigdy nie będzie moim zdaniem pomysłem na cały genialny album. Znakomite za to jako muzyka do zasypiania. Podobnie jak w wypadku Fuck Buttons zaokrąglam ocenę mocno w górę za to, jakie wrażenie ta płyta robi jako stylistyczne odkrycie.

E w tym roku znaczyło również tyle co Ellen Allien. O jej płycie już pisałem (patrz link).  Nie zdążyłem napisać o Ecstasy Project,  Elbow, El Perro del Mar, Eryce Badu, Evangeliście i Emilianie Torrini. O Fleet Foxes (to spod F) pisałem już dwukrotnie: tu i tu. Nową płytę Fujiya & Miyagi opisałbym też, gdyby było warto. Zostawiam na marginesie Freda Fritha, Firewater i Fisza z Emade. The FLaming Lips też, bo nie zdążyłem dotąd obejrzeć filmu. Płyty Flying Lotus i Fennesza dotarły późno, ale niczego już nie zmienią w zestawieniu. Spod G brałem na warsztat… hm, chyba niczego do tej pory nie brałem. Ciąg dalszy nastąpi, choć jeśli będę jechał w takim tempie, to podsumowanie płytowe 2008 zamieszczę koło kwietnia. Chyba będę się streszczał w najbliższych dniach. W miarę możliwości i sił, oczywiście 😉

Licznik słów pokazał właśnie 1825. Darowałem sobie, jak widać, przydługie tytuły (tamten z C i D był rekordowo długi), za to nie daruję sobie długich wpisów.Tak, tak, komentować można dopiero tu, poniżej.

Odeszli w 2008 roku

Teo Macero, 82 lata, zmarł 19 lutego. Saksofonista, kompozytor, ale przede wszystkim producent jazzowy. Zrewolucjonizował spojrzenie na pracę studyjną jeszcze przed Lee Perrym i Brianem Eno, pracując jako „reżyser” albumów Milesa Davisa, szczególnie tych z przełomu lat 60. i 70., czyli edytując, tnąc i sklejając fragmenty długich sesji nagraniowych na prośbę mającego doń pełne zaufanie Davisa. Oprócz biografii (które nietrudno będzie znaleźć) polecam długi wywiad z Macero, który znajdziecie tutaj. Po resztę wystarczy sięgnąć do którejkolwiek biografii Davisa. Ten człowiek produkował mu płyty przez ponad 30 lat trzy kolejne dekady – od „Kind Of Blue” po „Tribute To Jack Johnson”! A to tylko jeden ze śmietanki jazzmanów, dla których pracował Macero.

Buddy Miles, 60 lat, zmarł 26 lutego. Perkusista znany przede wszystkim z grupy Band Of Gipsies Jimiego Hendrixa. Więcej tutaj.

Klaus Dinger, 61 lat, zmarł 21 marca. Znany z Kraftwerk i Neu! perkusista-minimalista, jeden z tych, którzy stworzyli brzmienie kraut rocka. Pomyślcie o TYM brzmieniu, które potem zaowocowało powstaniem całej sceny postrockowej. Więcej tu.

Albert Hofmann, 102 lata, zmarł 29 kwietnia. Szwajcarski chemik, który zsyntetyzował LSD w roku 1938, a potem robił doświadczenia z substancją (na sobie), pozostając rzecznikiem psychodelicznego undergroundu aż do śmierci. Skojarzcie z „Próbą kwasu w elektrycznej oranżadzie”, okładkami ery Day-Glo i rockiem psychodelicznym – od lat 60. po dziś – jeśli komuś brakuje podbudowy muzycznej. Jeśli komuś przeszkadza to, że narkotyki niszczą organizm, niech skojarzy z tą informacją wiek zmarłego chemika albo niech po prostu poczyta więcej tutaj.

Bo Diddley, 79 lat, zmarł 2 czerwca. Posiadacz najbardziej charakterystycznej gitary na świecie i równie charakterystycznego brzmienia. Jeden z ojców rock’n’rolla w latach 50.  A co było potem, znajdźcie sobie tu.

Esbjörn Svensson, 44 lata, zmarł 14 czerwca. Pianista i kompozytor, lider E.S.T., czołowa postać jazzu szwedzkiego, europejskiego, a wreszcie światowego, choć tym ostatnim faktem nie zdążył się nacieszyć, bo kariera E.S.T. w Ameryce dopiero się rozkręcała, gdy zginął w wypadku, nurkując przy jednej z wysp nieopodal Sztokholmu. Jeśli nawet nie zmienił oblicza jazzu, to na pewno zmienił odbiór jazzu, trafiając z nim do rockowej publiczności, o czym przekonać się można, przy okazji zdobywania wielu innych informacji, tutaj.

Isaac Hayes, 65 lat, zmarł 10 sierpnia. Król R&B, funku, soulu, wokalista i multiinstrumentalista, kucharz z „South Parku” i legenda wytwórni Stax. To nazwisko może rzadko gości na blogach poświęconych alternatywie rockowej i awangardzie, ale podejrzewam (a w paru wypadkach nawet wiem), że płyty Hayesa często goszczą za to w odtwarzaczach ludzi z tym kręgiem związanych. Poza tym sporo w jego dawnej muzyce odniesień do psychodelii. Ścieżkę dźwiękową do „Shafta” zna każdy – nawet jeśli nie zna Hayesa – ale warto też posłuchać na przykład „Hot Buttered Soul”. Po więcej wiadomości zapraszam tutaj.

Hector Zazou, 60 lat, zmarł 8 września. Francuz algierskiego pochodzenia. Producent i kompozytor działający na wielu polach muzyki alternatywnej i awangardowej, szczególnie dobrze łączący ich nurty z wpływami muzyki świata. Chorował długo, zdążył jeszcze nagrać przed śmiercią album „In The House Of Mirrors” – znakomitą pożegnalną płytę. Szukajcie informacji na stronach jego macierzystej wytwórni Crammed Discs, pod hasłem „Hector Zazou R.I.P.”.

Jimmy Carl Black, 70 lat, zmarł 1 listopada. Perkusista i wokalista grupy The Mothers Of Invention, czyli formacji Franka Zappy, od jej sławnych początków. Indianin z pochodzenia, freak z wyboru, można przypuszczać, że Zappa zawdzięcza mu wiele w dziedzinie poczucia humoru. Trzeba go posłuchać na „Freak Out!” i „We’re Only In It For The Money”, jeśli ktoś nie jest zaznajomiony z dyskografią Zappy – znajdzie tam Blacka i bębniącego, i gadającego. Więcej informacji we wspomnieniu w „New York Timesie”. Swoją drogą, co za paskudny rok dla perkusistów.

Freddie Hubbard, 70 lat, zmarł wczoraj, czyli 29 grudnia. Grał z Johnem Coltranem i Theloniousem Monkiem, na bardzo wielu płytach wytwórni Blue Note. Jeszcze jeden trębacz lepszy od Chrisa Bottiego na tym świecie, przynajmniej do wczoraj. Poważnie – bez porównania lepszy. Więcej tu.

Swoją drogą na pewno o kimś zapomniałem. Dopiszcie więc, kogo tu brakuje, żeby na początek podsumowań roku mieć za sobą to najsmutniejsze.