Category Archives: dłuższe kawałki

2012: Rekolekcje z GRM

recollection_grm

Elektroniczna komórka Spectrum Spools trochę wytraciła impet w ostatnim roku, za to wytwórnia Editions Mego otworzyła nowy label poświęcony archiwaliom z kręgu muzyki elektronicznej – tym razem naprawdę wiekowym nagraniom z paryskiego studia GRM, Groupe de Recherches Musicales, którą Pierre Schaeffer zbudował pod koniec lat 50. na gruzach Groupe de Recherche de Musique Concrète.  Tę ostatnią zamknął wskutek konfliktów m.in. z Pierre’em Henrym o kierunek artystyczny i rozszerzanie grona zapraszanych do prac wykonawców. Dziś wystarczy dobry wgląd w katalog GRM-u, by się przekonać, że przy takiej liczbie ciekawych postaci, nowych gwiazd muzyki współczesnej i alternatywnej,  z pewnością demokratyzacja instytucji i otwarcie na młodszych kompozytorów, które postulował Schaeffer, miało sens. A ten dobry wgląd w katalog zapewnia nam właśnie seria Recollection GRM.

Prowadzący Mego Peter Rehberg nagrywał ostatnio ze Stephenem O’Malleyem (jako KTL) w studiu Ina-GRM, ale podobno pomysł na serię przyszedł mu do głowy niezależnie od tego. Zgodę na wydania (Francuzi w sumie z dorobkiem GRM-u robią u siebie niemało) uzyskał natychmiast, gdy w Ina-GRM dowiedzieli się, że chce tłoczyć wydania winylowe. W dodatku tłoczy je świetnie – nawet jeśli niektóre z prezentowanych utworów doczekały się już wcześniej wznowień, warto mieć je w tej wersji. Okładki projektuje O’Malley, więc mamy KTL w komplecie za sterami nowego przedsięwzięcia. Reszta to już zawartość, czyli katalog słynnego studia.

pierre_schaeffer_triedre

Gdzie indziej może zaczynają od Bacha, ale tutaj nie mogło się obyć bez ojca-założyciela studia i wynalazcy muzyki konkretnej w ogóle, czyli Pierre’a Schaeffera, z najostrzejszą w dotychczasowym zestawie, bezkompromisową i zimną „La trièdre fertile”, jedną z ostatnich jego kompozycji. To już lata 1975-76 – czasy rozbudowanych syntezatorów (które pomaga Schaefferowi okiełznać i zaprogramować Bernard Dürr), więc mamy też do czynienia z jedyną bodaj kompozycją czysto elektroniczną tego artysty, ściśle podporządkowaną regułom matematycznym i sprawiającą wrażenie, jak gdyby miała być ilustracją dźwiękową do podręcznika tego przedmiotu na wysokim, akademickim poziomie.

Ciekawie wypada uczeń Schaeffera (i Messiaena przy okazji) Guy Reibel, nieco mniej znany kompozytor ze studia. Zarówno „Granulation-Sillages”, jak i „Frange du Signe” są nieco przegadane, ale w jednym i drugim znajdziemy sporo fantastycznych niuansów. To, jak z nich ulepić akusmatyczną całość, żeby wyobrażanie sobie źródeł dźwięku stało się przygodą, pokazuje Bernard Parmegiani – chyba najbardziej ukochany kompozytor GRM-u w kręgach rocka i okolic, bardzo wpływowa postać w całej francuskiej awangardzie. Seria zbiera na jednej płycie jego dwa odległe w czasie (1970 i 1977) długie utwory.

Czwarta pozycja w serii to kompilacja „Traces One” ze zdecydowanie mniej sławnymi, ale bardzo ważnymi w historii studia postaciami. Po pierwsze, mamy tutaj paryskiego Eugeniusza Rudnika, czyli Francisa Régniera, inżyniera pomagającego wielkim kompozytorom realizować swoje pomysły w studiu. Po drugie – dwa rewelacyjne utwory, bruitystyczną impresję z fabryki „Turmac” Philippe’a Carsona, a wreszcie „I palpiti” Edgardo Cantona z Argentyny. Całość zebrali i opatrzyli komentarzem Christian Zanési i François Bonnet. Ma ona sens podwójnego odkrycia, bo nie dość, że brzmienie nagrań – stworzonych w latach 60. – jest wyjątkowo współczesne, to jeszcze nazwiska mało komu, poza kronikarzami muzyki konkretnej, coś mówią.

Piąta płyta, którą w ramach Recollection GRM austriacka firma zdążyła jeszcze w starym roku wydać, to album Luca Ferrariego z muzyką nieźle znaną ze wznowień (kompilacja utworów z cyklu „Presque rien”), ale absolutnie kanoniczną dla gatunku – w tym wydaniu też chcę to mieć. Recollection była jedną z najważniejszych archiwalnych serii roku 2012 i zanosi się na to, że jeszcze przez jakiś czas pozostanie w dziedzinie prezentacji klasyków muzyki elektronicznej kluczowa.

pierre_schaeffer_la_triedre_fertilePIERRE SCHAEFFER „La Triedre fertile”
Ina-GRM 1975-1976/Recollection GRM 2012
8/10

.

reibelGUY REIBEL”Granulations-Sillages/Franges du Signe”
Ina-GRM 1974, 1976 / Recollection GRM 2012
7/10

.

bernard_parmegianiBERNARD PARMEGIANI „L’oeil ecoute/Dedans-Dehors”
Ina-GRM 1970-1977/Recollection GRM 2012
8/10

.

va_traces_oneVA „Traces One”
Ina-GRM 1960-1970/Recollection GRM 2012
9/10

.

Reklamy

GRUPPO NPS i przyjaciel z Polski

Trzynaście urządzeń wypełniających ich studio w Padwie – włącznie ze wzmacniaczami i głośnikami – to nawet w latach 60. nie było wiele. Może dlatego Gruppo NPS bywali gośćmi w Polsce. Formacja działająca od 1964 roku wokół młodego inżyniera dźwięku Ennio Chiggio i pianistki-kompozytorki Teresy Rampazzi miała – niczym ich włoscy przodkowie, futuryści – sporo do zaproponowania w warstwie ideologicznej. Mówiąc krótko: żadnych emocji, żadnego pójścia na żywioł, nieprzewidywalności w występach na żywo. Ich utwory były studiami naukowymi na temat poszczególnych cech utworu, elementów dźwięku itd. Tytuły w rodzaju „Interferenze 2”, „Freq. Mod. 2” czy „Filtro 1” mówią same za siebie. Ale jako dźwiękowe doświadczenia – mimo niedoborów sprzętowych – świetnie zniosły próbę czasu.

Dzisiaj dorobek Gruppo NPS prezentuje Die Schachtel, kronikarska firma z Mediolanu zajmująca się przede wszystkim – jak ostatnio nasz Bołt na polskim rynku – porządkowaniem archiwum włoskiej muzyki elektronicznej. Pięknie wydany album Gruppo NPS spokojnie mógłby ukazać się dziś nakładem Raster-Noton albo PAN Records, względnie w Faitiche Jana Jelinka. Nawet archaicznie brzmiące generatory są czymś na tyle oryginalnym, by robić wrażenie w czasach komputerów, uwagę przyciąga także notacja graficzna grupy, pokazana w dołączonej do płyty książeczce.

Z opisu utworów wiedziałem od razu, że elementy niektórych były nagrywane w Studiu Eksperymentalnym PR w Warszawie. Uważna lektura „list płac” uświadomiła mi jednak, że Bohdan Mazurek (ostatnio przypomniany wydawnictwem Bołta właśnie) pełnił tu większą rolę niż tylko gościnny inżynier dźwięku. Komponował i udostępniał grupie całe moduły utworów. Figuruje wśród autorów czterech utworów, z czego jeden – dwuczęściową kompozycję „Masse” – stworzył razem z Teresą Rampazzi. Czyżby to ona była tą słynną osobą z Polski, dla której napisał już w latach 80. „List do przyjaciół”? Wiemy, że lubił Włochy, mógł więc tam mieć więcej znajomości, ale nie mam pojęcia, czy to nie jest Ragazzi. Coś jednak czuję, że owszem.

W każdym razie mam nadzieję, że na przykładach serii takich jak ten Die Schachtel wzorować się będą teraz wydawcy kolejnych tytułów tak pięknie rozpoczętego cyklu o Studiu Eksperymentalnym. O reedycjach muzyki ze studia pisałem już tutaj.

GRUPPO NPS „Nuove proposte sonore”
Die Schachtel 2011
8/10
Trzeba posłuchać:
Końcówka płyty – „Filtro 1″,”Hardlag”.

10 płyt przyjemnego słuchania, edycja 2010

Przez cały rok zbyt dużo czasu poświęcasz płytom, które są „wielkie”, „ważne”, „przełomowe”? Ten mały remanent nieopisywanych przeze mnie jeszcze (z jednym wyjątkiem!) tytułów z ostatnich miesięcy pozwoli przypomnieć kilka takich, których po prostu miło się słucha. Uwaga, to NIE JEST zestawienie najlepszych płyt roku. To co najwyżej poczekalnia. Ale za to spokojnie możecie posłuchać z rodziną przy obiedzie.

AFROCUBISM „Afrocubism”
World Circuit 2010
7/10
Zaczynać od:
„Karamo”.
Pisze się o tej płycie zaskakująco mało jak na ciężar wydarzenia. Oto Nickowi Goldowi udało się to, co zamierzał pod koniec lat 90., produkując na Kubie album Buena Vista Social Club. Wtedy miało dojechać do składu kilku muzyków afrykańskich, ale nie udało im się dotrzeć. Teraz – po latach sukcesów z Buena Vistą i muzyką z Afryki (ale osobno) – Gold zgromadził w studiu niedobitki BVSC (Eliades Ochoa) i paru wybitnych muzyków z Mali (Toumani Diabate, Bassekou Kouyate itd.). Oczekiwania miałem tak wyśrubowane, że efekt końcowy wydał mi się przewidywalny. Poza tym album zdominowała Afryka. Z drugiej strony – ciepła i przemiła płyta na niemiłe zimowe wieczory, więc nie żałuję wydanych pieniędzy.

BLACK DUB „Black Dub”
Sony 2010
6/10
Zaczynać od:
„Ring The Alarm”.
Nowy zespół kierowany przez producenta Daniela Lanois grający elegancki, „artystyczny” pop. W poszczególnych elementach słychać tu innych podopiecznych Kanadyjczyka: grupę U2 (gitary) i Robbiego Robertsona (gęsta perkusja). Do tego trochę dubu, pobrzękują gdzieniegdzie nawet echa starego piosenkowego Crimsona, chociaż wokale Trixie Whitley czerpią zdecydowanie ze współczesnego soulowego śpiewania.  W poszczególnych momentach słychać, że Lanois bardzo lubi podkradać drobne, ale charakterystyczne patenty aranżacyjne topowym artystom – tak jest z „Ring The Alarm” i kilkunutowym motywem fortepianu w tle kojarzącym się jako żywo z Arcade Fire. Szkoda, że robi to tak czytelnie, bo przyjemność byłaby większa.

CEE-LO GREEN „The Lady Killer”
Elektra 2010
7/10
Zaczynać od: „Fuck You” / „Forget You” (wersja oryginalna albo ocenzurowana).
Wielki pokrzywdzony całorocznych zestawień w magazynach muzycznych, gdzie – jeśli chodzi o świat czarnej muzyki – brylowali Kanye West, The Roots, Janelle Monae i Big Boi. Tego ostatniego jak dla mnie z powodzeniem mógłby zastąpić Cee-Lo. Jeden z najgenialniejszych wokalistów naszych czasów, w dodatku mający szczęście do rzadkich dziś nowych soulowych klasyków, czego przykładem singiel promujący ten album. Żona zamówiła u Mikołaja, podsłuchałem i jak zwykle muszę przyznać, że w tej dziedzinie muzycznej zna się na rzeczy. Z drugiej strony – wiadomo. The Lady Killer.

DARKSTAR „North”
Hyperdub 2010
6/10
Zaczynać od: „Deadness”.
Zamiast dubstepu – pop, trochę retro, syntezatorowy (przynajmniej to w zgodzie z profilem wytwórni) i melancholijny, z pociętymi wokalami, z połamanymi rytmami gdzieś w tle, trochę cośtam-wave, trochę cut’n’paste, trochę modny, trochę staromodny, ale jednak pop. Byli w tym roku lepsi w branży (James Blake), ale Darkstar też ma swój – dość nawet uniwersalny – urok.

EL GUINCHO „Pop Negro”
The Young Turks 2010
6/10
Zaczynać od: „Ghetto Fácil”.
Animal Collective w wersji latino. Płyta 27-letniego artysty z Wysp Kanaryjskich kompletnie nie ma znaczenia dla tego, jak wyglądał rok 2010 w muzyce, ale za to możecie bez problemu puścić to mamie, tłumacząc, jakie rzeczy dziś tworzy muzyczna młodzież. Bo ja wszystko z Kanarów, kojarzy się z leniuchowaniem i słońcem.

FLOATING POINTS ENSEMBLE „Post Suite/Almost In Profile”
Ninja Tune 2010
7/10
Zaczynać od: „Post Suite”.
Zaskakująca EP-ka (a właściwie 10″ singiel) nowej grupy Sama Shepherda wydana na koniec jubileuszowego dla Ninja Tune roku, który zarazem był dla tej firmy jednym z cieńszych lat. Tymczasem te dwa długie, bogato zaaranżowane utwory sięgające do klimatów muzyki filmowej z lat 70. (Lalo Schifrin itp.), a także do soulu i muzyki Cinematic Orchestra, są przynajmniej niezłą wróżbą na rok przyszły. Ledwie kilkanaście minut uduchowionej muzyki z kapitalnymi wokalami niejakiej Fatimy Bramme Sey zmiata większość długogrających płyt w tym zestawieniu, przy okazji bijąc także tegoroczne Bonobo, a wyższe noty i miejsca w zestawieniach szykuję dla przyszłorocznego (mam nadzieję) LP.

LLOYD MILLER & THE HELIOCENTRICS „Lloyd Miller & The Heliocentrics”
Strut 2010
7/10
Zaczynać od: „Electricone”.
Kolejna płyta grupy The Heliocentrics z artystą starszego pokolenia. Po Mulatu Astatke czas na brytyjskiego muzykologa (i muzyka) Lloyda Millera, lat 72. Spec od muzyki z Iranu, znany z niezłej płyty persko-europejskiego fusion „A Lifetime in Oriental Jazz”, wnosi tu zaskakujące skale i instrumenty, a młodzi Brytyjczycy – swój coraz lepszy warsztat. Wspominałem o tej płycie dosłownie w dwóch zdaniach (graliśmy za to obszerne fragmenty w Dwójce), więc na prawach wyjątku musiałem to uwzględnić tutaj. Przy okazji – to jeszcze jeden dowód na tegoroczną supremację wytwórni Strut na wielu polach (patrz zestawienie reedycji i składanek).

BENOîT PIOULARD „Lasted”
Kranky 2010
7/10
Zaczynać od: „RNO”.
Nigdy nie przypuszczałem, że w tego rodzaju zestawieniu i towarzystwie znajdzie się miejsce dla reprezentacji Kranky, ale Pioulard (prywatnie Meluch) napisał serię piosenek śnieżnie przysypanych ambientem i wychodzących nawet z poziomu piano na jakieś – powiedzmy – mezzo forte. Jedna z najlepszych płyt w niniejszej dziesiątce, a jak tak posłucham jeszcze raz czy dwa, to kto wie, może się załapie i wyżej…

STORNOWAY „Beachcomber’s Windowsill”
4AD 2010
6/10
Zaczynać od: „Zorbing” (niektórzy mogą na tym skończyć)
Sympatyczna i pogodna płyta między folkiem w stylu Fleet Foxes a popem w stylu retro (Belle And Sebastian). Do salonu, do obiadu, do samochodu. Ładnie śpiewana i nienadająca się do głębszej analizy. Gdybyż jeszcze cała była taka dobra jak otwierający ją singiel!

CASSANDRA WILSON „Silver Pony”
Blue Note 2010
7/10
Zaczynać od: „Saddle Up My Pony” (jeśli potrzebujecie zaskoczenia)
Ani najlepsza, ani najgorsza z płyt amerykańskiej wokalistki jazzowej, ani wyłącznie studyjna, ani do końca koncertowa, ani całkowicie nowa, ani do końca retrospektywna, ale z pewnością płyta bardzo przyjemna. Niektórym wystarczy już samo to, że zawiera próbkę jej kontraltu, pozostali znajdą tu parę ciekawych opracowań utworów innych autorów (Charlie Patton, Stevie Wonder, The Beatles). Bluesa i soul w ofercie Cassandry Wilson już mieliśmy i wiadomo nie od dziś, że to osobowość nie tyle elastyczna, co dominująca – jest w stanie przejąć i przekształcić na swoją modłę wszystko. Miłośników rodzynków ucieszy obecność Johna Legenda w utworze ostatnim i saksofonowe solo Raviego Coltrane’a w czwórce.

Dubstep wchodzi do mainstreamu

Długo nie wiedziałem co zrobić z najnowszą płytą Skreama, jednej z bardziej obiecujących postaci sceny dubstepowej – dopóki nie pojawił się kolejny album z jego udziałem, „Magnetic Man”. To zarazem płyta pierwszej dubstepowej supergrupy – obok Skreama gra tu Benga oraz Artwork, który nie jest dla mnie szczególnie znaną postacią, ale wierzę na słowo brytyjskim mediom, że może się równać z tamtymi dwoma. Już Skream zaskoczył mnie swoim otwartym podejściem do ewoluującego przez ostatnich osiem lat stylu. Nie to, żeby cały dubstep wydawał mi się podobny, przeciwnie. Ale to, co robi producent z Croydon, jest sygnałem, że po latach nieśmiałych prób dotarcia do szerszej publiczności (ścieżka dźwiękowa „Ludzkich dzieci”, współpraca Rusko z Prodigy, dubstepowe zakusy wielkich raperów – Xzibita i Snoop Dogga) dubstep zaczyna – i chce! – być rozpoznawany w szerokim gronie, by nie powiedzieć mainstreamie. Znalazłem u Skreama i na płycie projektu Magnetic Man trochę cech, które to ułatwiają.

1. Pogodne melodie. U Skreama obecne od instrumentalnego intro. Wesołe syntezatorowe arpeggia. Melodyjne wstawki rodem z amerykańskiego hip-hopu ze stajni Dr. Dre. Nawet zamykające jego płytę drum’n’bassowe „The Epic Last Song” zmiękczają tego typu motywy. W Magnetic Man – syntetyczne pasaże w „Anthemic” chociażby. To już nie jest ten sam mroczny gatunek, który prezentuje na przykład Shackleton – a przecież kilka lat temu panowie byli od siebie niedaleko.

2. Goście (featuringi). U Skreama – La Roux w hitowym utworze „Finally”. Sam Frank na obu wydawnictwach. Na płycie Magnetic Man – Ms. Dynamite, która ma dość blisko do stylistyki trzech panów, Katy B, której już nieco dalej, a wreszcie – i to najmocniejszy dowód przenikania do głównego nurtu – John Legend!

3. Koncern. Nowy album Skreama wyszedł wprawdzie w kolebce dubstepu – wytwórni Tempa. Ale już Magnetic Man to produkcja dla firmy Sony.

4. Popowe wokale. To w pewnym sensie kontynuacja punktu 2. Katy B nie zmienia swojego stylu śpiewania, ona go tu przynosi. Podobnie reszta – trudno wymagać od Johna Legenda, by hipnotyzował rapem jak dubstepowi MCs.

5. Smyczki. Koniec świata, wyobraźcie sobie, że zamiast dźwiękiem skrzypienia drzwi w pustej ulicy w środku nocy album Magnetic Man zaczyna się pięknym, słodkim intrem kwintetu smyczkowego („Flying Into Tokyo”). Zresztą niczego sobie – w dodatku chłopaki same – jak to mówią – se ten wstęp ułożyli. Skądinąd Skream smyczkowym akcentem w „Song for Lenny” się prawie kończy.

6. Autotune. Znak czasów. Są wokale, więc jest i poprawianie tychże. „How Real” u Skreama. „I Need Air” z Angelą Hunt u Magnetic Man.

Zaskakujące jest to, że i na jednej („Wibbler”), i na drugiej płycie są dowody – zazwyczaj instrumentalne – żywotności zjawiska. Dowody na to, że dubstepowi producenci potrafią wykrzesać wiele z pomocą bardzo wątłych środków, ale i strasznie przynudzać, gdy się ich wyjmie z ich przesiąkniętego grozą i mrokiem klimatu. Bardzo jestem ciekaw tego, jak ich pomysły przełożą się wkrótce na nagrania najbardziej znanych postaci popu. Słowem – czy będą ciągle przyciągać w magnetyczny (Magnetic Man) sposób, zarazem wychodząc z pudełka czy też szuflady („Outside the Box”), do której ich wrzucono. Moja diagnoza na dziś brzmi: niedobrze stawać w połowie drogi, jak to robi Skream, album Magnetic Man jest trochę bardziej konsekwentny, a przy tym pozbawiony aż tak ewidentnych kiksów. W adaptowaniu dubstepu do popowych realiów idzie dalej, ale zarazem nie traci pewnych cech dubstepu. Może dlatego, że jest pracą zbiorową?

SKREAM „Outside the Box”
Tempa 2010
5/10
Trzeba posłuchać:
„Wibbler”, „Finally”.

Skream – Finally feat. La Roux by bissnyytaa

MAGNETIC MAN „Magnetic Man”
Columbia 2010
6/10
Trzeba posłuchać:
„I Need Air”, „Anthemic”, „The Bug”

04-magnetic man – anthemic by Spa_Water

Lopatinologia stosowana

Czyli – krótko mówiąc – Daniel Lopatin razy pięć. Miało być razy sześć, ale singiel Games zdążyłem opisać na Polifonii, więc zostało mi pięć archiwalnych wydawnictw, które artysta udostępnił w plikach cyfrowych (na przykład w Boomkacie – tutaj). żeby była jasność – w sumie tych wznowionych wydawnictw jest jeszcze więcej, ale na tyle mi starczyło pieniędzy i zabrakło zdrowego rozsądku. Bo w sumie są to tylko elektroniczne płyty, od zrzutów w sieci różniące się tylko tym, że wpłacam dobrowolny datek na Lopatina i jego syntezatory.

Tak naprawdę wolałbym je oczywiście dostać za darmo od firmy Ridge Valley Digital, ale nie sądzę, żeby ta wytwórnia komukolwiek cokolwiek przydzielała w trybie promocyjnym, więc zostaje datek. Nawet bez zniżki, choć bezczelnie wspominam tu czasem o Boomkacie jako o jednym z moich ulubionych sklepów. Przy okazji – czy widzieliście, że do końca sierpnia (!) sprzedają ostatnie Yellow Swans za 6 funciaków, Black To Comm za pięć, a Brodericka już od czterech? No dobra, koniec reklamy. Pora na bryk z OPN, może komuś się to przyda przed przyjazdem Lopatina do Krakowa.

DANIA SHAPES – Soundsystem Pastoral
Naivsuper CD-R 2006 / Ridge Valley Digital 2010
7/10

Ciekawe dla tych, którzy śledzą karierę Lopatina, bo zupełnie inne niż to, co robił później. Nawet przy dużym skupieniu trudno tu jeszcze usłyszeć styl jego późniejszych nagrań, za to słychać, skąd czerpał wtedy inspiracje: przede wszystkim z niemieckiej elektroniki spod znaku błędów, trzasków i klików z – za przeproszeniem – ambientowego zagajnika. Słychać Raster-Noton, oj, słychać. I Fennesza. Rzecz nagrywana jeszcze w 2004 roku, więc nie dziwota. Jednocześnie dla miłośników europejskiej sceny elektronicznej w jej współczesnym wcieleniu to może być płyta niezmiernie atrakcyjna i łatwo przyswajalna.

ONEOHTRIX POINT NEVER – Transmat Memories
Dreamtime Taped Sounds (kaseta) 2008 / Ridge Valley Digital 2010
8/10

Wprawdzie „Transmat Memories” wydane zostały w roku 2008, tak jak większość opisywanych dziś nagrań, to jednak brzmią najbardziej archaicznie. Dlatego umieszczam je na początku zestawienia. Tangerine Dream i Klaus Schulze w końskiej dawce, kompletnie niestrawne dla kogoś, kto nie lubi syntezatorów, chwilami dość surowe dźwięki. Podchodziłem do tego trochę jak pies do jeża, tymczasem  „Im Still Alive” to lepszy noise niż ten, który stanął na początku płyty „Returnal”. W gruncie rzeczy to wszystko bardzo proste przebiegi falowe, doskonale się to ogląda na oscyloskopowej wizualizacji do np. Foobara2000 takie „Bad Guy Evacuation” – tego nie ma na kompilacji „Rifts”, która zbiera ledwie fragmenty ze wszystkich EP-ek i kaset wznowionych dziś przez Valley Ridge Digital.

ONEOHTRIX POINT NEVER – A Pact Between the Strangers
Gneiss Things (CD-R) 2008 / Ridge Valley Digital 2010
7/10

Delikatne arpeggia nagrywane w kościele w czasie mszy, gdy nagle organista przechodzi płynnie na syntezatory.  Tak to w skrócie brzmi i jest niezłym wprowadzeniem w twórczość Lopatina. Całość (30 minut) składa się z trzech utworów, w tym jednego, który błyszczałby na każdej z płyt OPN. Chodzi o nagranie „When I Get Back From New York”.

ONEOHTRIX POINT NEVER – Hollyr (EP)
Sound Holes 2008 (kaseta) / Ridge Valley Digital 2010
6/10

Dość eksperymentalne ćwiczenia na syntetycznych barwach z Kraftwerku czy sceny berlińskiej, które pokazują, jak można spojrzeć na niemiecką muzykę inwencją po latach. Okraszone nagraniami terenowymi (czy to Indianie w utworze numer 3?). Kaseta to był pewnie idealny nośnik na takie próby, ale skoro już jest na CD, i można sobie poprzełączać kawałki, to warto zacząć od środkowego utworu „Polygon Sexual Fantasy”.

ONEOHTRIX POINT NEVER – Ruined Lives
Young 2008 (kaseta) / Ridge Valley Digital 2010
8/10

Chwilami to OPN w wersji new age, ale bardzo smaczne i dość – hm – masowe w rażeniu. Trzeci numer – tytułowy – powinien zainteresować tą krótką płytą wiele osób. Genialny utwór do przechodzenia w stan snu, jakiś rodzaj „dream machine” w postaci utworu muzycznego. W dodatku – w przeciwieństwie do też bardzo dobrej reszty – jest to utwór, którego na głośnej kompilacji „Rifts” nie ma.

Ogólnie mam wrażenie, że w takich porcjach po 20-30 minut muzykę Lopatina konsumuje się o niebo lepiej niż na podwójnych albumach typu „Rifts” (czy nawet „Returnal”, której recenzję znajdziecie dwa ruchy kółkiem myszy niżej). W związku z czym na większą część zawartości tamtej płyty spojrzałem teraz przychylniej niż do tej pory. Poza tym znalazłem dużo utworów niesłusznie niewykorzystanych na „Rifts”. Gdyby ktoś chciał sobie stworzyć zestaw marzeń z utworów, których na tamtej płycie nie było, to bardzo proszę: Ruined Lives, Polygon Sexual Fantasy, Bad Guy Evacuation, Exit Strategies. A dla miłośników OPN, Fennesza i Antony’ego zakupem obowiązkowym jest singlowa wersja „Returnal”, na której utwór tytułowy w wersji na fortepian i głos (!) przygotował lider Antony and the Johnsons, a na drugiej stronie zremiksował to – już w mniej zaskakujący sposób – Christian Fennesz. Że tak ostatni raz odeślę do Boomkata – tutaj. Można też na eMego, czyli wprost od wydawcy. Okładka: Stephen O’Malley. Nakład limitowany, czyli bardziej snobistyczne od iPada, a przy tym o ile tańsze! 😉

Arpcore rządzi w 2010

Nie tylko wszystko już było, ale wszystko już będzie. Nawet jeśli się człowiekowi wydaje, że wymyślił coś nowego, konfrontacja z Google’em może się okazać trudna. Tak było w wypadku arpcore’u – pojęcia, które piętnaście minut temu wymyśliłem dla młodych zdolnych, którzy swoją muzykę opierają w dużej mierze na syntezatorach, a przede wszystkim – na funkcjach arpeggiatora (automatyczne granie nuta po nucie w różnych układach i szybkościach wybieranych przez artystę akordów lub pojedynczych nut). Dziesięć minut temu je sprawdziłem i okazało się, że jedna osoba (dosłownie!) oznaczyła już takim tagiem coś na Last.fm. Wprawdzie gdzieś posiałem swoje dawno nieużywane hasło do lasta i nie mogłem znaleźć „tego czegoś”, ale bardzo możliwe, że chodziło na przykład o Oneohtrix Point Never. Ale co mi tam – tutaj przynajmniej arpcore znajdzie swoją definicję (i proszę producenta, żeby dopisał do tej koszulki z jednego z poprzednich moich wpisów).

Przenoszę się na chwilę z Polifonii na prywatny kanał, bo pisać będę o czymś, co mnie osobiście mocno ruszyło.

EMERALDS „Does It Look Like I’m Here?”
Editions Mego – 24.05 – CD
9/10

Rzecz w tym, że projekt Daniela Lopatina (czyli Oneohtrix) i grupa Emeralds Marka McGuire’a w tym momencie zamieniły się rolami. Ten pierwszy opierał muzykę na efektownych arpeggiach syntezatorów w stylu lat 70. Ten drugi robi to teraz, inteligentnie i konsekwentnie. Podbija rzecz wchodzącymi od czasu do czasu gitarami w stylu Göttschinga. Brzmi to kapitalnie i wsysa słuchacza od pierwszych taktów „Candy Shoppe”, przez monumentalny „Genetic”, po pełen syntetycznego szaleństwa utwór tytułowy i wreszcie wyciszający „Access Granted”. I nawet jeśli uśpi gdzieś po drodze, to sny – zapewniam – będą kolorowe.

To płyta warta więcej niż te arpeggia, album dość mylący przy pierwszym wrażeniu. Prosto zbudowany utwór „Genetic” jest chyba najbardziej poruszającą rzeczą, jaka do mnie dotarła w tym roku. Ale też zaskakująco spójnym brzmieniowo, konkretnym i eleganckim fragmentem dla tych wszystkich, którzy znają Emeralds chociażby z niedawnego  „What Happened”. Jeśli muzyka Emeralds bywała po śmieciarsku niepoukładana, to tu zapanowała idealna harmonia.

Editions Mego ledwie na dobre się rozgrzało po perturbacjach, jakie przeżyło kilka lat temu (zamknięcie starej wytwórni Mego i otwarcie eMego), a już pokazuje na tej płycie poziom nie gorszy niż za dobrych czasów Fennesza i Kevina Drumma. A prawie w tym samym czasie wyszedł u tego samego wydawcy nowy album Oneohtrix Point Never (czytać to należy podobno „o-ni-o-triks”), który… No właśnie, zacznijmy od napisów początkowych:

ONEOHTRIX POINT NEVER „Returnal”
Editions Mego – 21.06 – mp3 (Boomkat)
6/10

Lopatin, który z taka werwą rozpoznaje płyty w nowym wydaniu „The Wire” (i wychodzi na mniejszego odludka muzycznego, niż mi się wydawało) i odpowiedział na pytania PopUp Magazine w najświeższym numerze, na nowym albumie Oneohtrix stracił – jak dla mnie – wyrazistość. brzmi tak, jak gdyby do jego arpeggiów z płyty „Rifts” dolać wody. Momentami ciągle jest atrakcyjny, ale słychać, że „Rifts” było kondensatem, kompilacją utworów z dłuższego okresu, a króciutkie „Returnal” jest wprawką, którą zdążył nagrać w krótkim też dość okresie po tym, jak „The Wire” ogłosił go jednym z najważniejszych artystów roku.

Swoje pomysły Lopatin gubi gdzieś w pogłosach, które pewnie (tak zakładam) miały dać tej muzyce wielopoziomowość, a dodały jej tylko momentami new-age’owego kiczu. Banalizują rzecz zamiast potęgować tajemnicę obecną dotąd w jego w syntetycznych dronach. Ja wiem, że w myśl receptury na muzykę hauntologiczną czy też hipnagogiczną artysta powinien tych pogłosów nadużywać, żeby rozbełtać i odrealnić brzmienie, ale ja tam wolę Oneohtrix wyrazisty, nawet jeśli miałby brzmieć bardziej chałupniczo. Zresztą i Aphex Twin tworzył najwybitniejsze nagrania chałupniczymi metodami, w tej dziedzinie to możliwe.

A może po prostu Lopatin, przenosząc się do Mego, postanowił ubogacić swoje syntezatorowe wprawki hałasem, upozować swoja rosyjską duszę na styl zimnego austriackiego buntownika już w otwierającym płytę „Nil Admiari”? Ale to bez sensu, bo dotychczasowych jego fanów może to odrzucić, a u miłośników noise’u nie wywoła nawet drgnięcia powieki. Może myśli, że zyska paru nowych kolegów, jak zacznie mówić ich językiem. Ale ja nie mam dla takich sytuacji szacunku – tak jak noise’owcy nie mają kolegów, he he.

Poproszę jeszcze raz to samo, bo z tym moim nowym pojęciem zostanę na lodzie – jak Himilsbach z angielskim. Ale Oneohtrix z tym swoim noise’em wyjdzie, biedaczek, jeszcze gorzej.

Dzieci krautrocka znalezione w kapuście

Nie ma rady, czasami trzeba skręcić jakiś mebel z ikei. Tu pojawia się dylemat: skorzystać z ogólnodostępnej muzyki służącej do wbijania gwoździ, która obejmuje jakieś 40 procent oferty empiku, włączyć radio Eska, czy może poszukać czegoś na tyle motorycznego, że będzie pasować, a na tyle ciekawego, że uda się miło wykorzystać nieabsorbującą czynność. Na szczęście przesyłka z nowym podwójnym albumem londyńskiej Soul Jazz Records była już w skrzynce na listy.

RÓŻNI WYKONAWCY „Deutsche Elektronische Musik. Experimental German Rock and Electronic Musik 1972-83”
Soul Jazz – 5.04 – 2CD
9/10

Płyta długa jak jej tytuł. Temat banalny jak wzornictwo ikeowskiego zestawu Billy, ale jednocześnie tak głęboki jak ich magazyn samoobsługowy w najgłębszym miejscu. I pełen zaskoczeń – przynajmniej w tym wydaniu – jak… nie, z ikeą akurat to nie ma nic wspólnego. Jest zarazem „Deutsche Elektronische Musik” zaprzeczeniem tezy o gorszości składanek, które według opinii, którą sam czasem wygłaszam, nie posuwają zanadto do przodu przyzwoitej kolekcji płytowej, w której wszystko jest na swoim miejscu. Nieprawda! Wystarczy posłuchać tej kompilacji, żeby się przekonać, że taki album może być świetnie edytorsko przygotowanym zestawem, który aż się gotuje od potencjalnych nowych odkryć. Historia krautrocka opowiadana jest tu muzyką – kontrowersyjnie – od 1972 roku, co sprawia, że wczesne Amon Düüle, Cany i Kraftwerki (ten ostatni nawet w całości) są poza nawiasem. Rzecz o tyle zabawna, że książeczka dołączona do albumu – jak zwykle w wypadku Soul Jazzu obszerna i ciekawa – opowiada słowem i obrazkami głównie historię pierwszych lat i kształtowania się kapuścianej muzyki w Niemczech. A utwory mamy z okresu dojrzałego.

Największą prowokacją jest Can – mamy utwór z dość powszechnie nielubianej przez fanów płyty z roku 1979 oraz utwór grany przez tę grupę w brytyjskim Top of the Pops. Lepiej jest już z innymi filarami gatunku: Faust ma klasyczne „It’s a Rainy Day”, Neu! bezwzględnie totalne „Hallo Gallo”, przy Popol Vuh – utwory ze złotego okresu. U innych wybór jest efektem pójścia na dość naturalny w tym wypadku kompromis, bo najlepsze numery były zbyt długie, by je tu zamieścić (to dotyczy choćby Ash Ra Tempel – zresztą z podobnych powodów pewnie brak solowego Manuela Göttschinga). Wybór późnego okresu Tangerine Dream, gdy się już posłucha „No Man’s Land”, okazuje się wcale nie taki głupi. Jeśli chodzi o kosmiczno-folkowy wymiar krautrocka, jest jeszcze lepiej. Between w najlepszym kawałku „Devotion”, czujnie wybrana Gila – brakuje tylko Witthüser & Westrupp z tych najbardziej mitycznych. No i całego nurtu prog-krautowego (Hoelderlin, Wallenstein itd.), ale wtedy trzeba by dorzucić trzecią płytę. Przede wszystkim jednak mnie, mającemu całkiem sporą kolekcję krautrocka (zbieranego niegdyś po części tropem świetnej książki „Krautrocksampler” Juliana Cope’a), składanka ta otworzyła oczy na parę nowych nazw i nazwisk. Po pierwsze leciutki jazzrockowy Kollektiv, po drugie funkujący Ibliss z drugiej płyty zestawu. Cała ścieżka czystej elektroniki (Michael Bundt, new-wave’owy E.M.A.K., Conrad Schnitzler z rzadkiej EP-ki „Aus dem Schwarzen Kanal”) jest tak rewelacyjna, że już czuję, jak mi portfel chudnie. Trzeba będzie tak jak w ikei – zapłacić kartą.

Gdy tego słucham, widzę tak potężny gatunek, że po prostu trudno mi sobie wyobrazić, by gdziekolwiek i kiedykolwiek supremacja sceny anglosaskiej mogła zostać w ten sposób zagrożona (czy wręcz wyśmiana momentami – w dziedzinie mieszania rocka z elektroniką) jak w Niemczech lat 70. Właściwie to mam ochotę przestać na jakiś czas słuchać nowości i uruchomić na tym blogu jakiś stały krautrockowy cykl, jak za dawnych czasów na łamach pisma „Off”.

Tyle rodzice, teraz ich mnożące się ostatnimi czasy (kiedy zresztą ich nie było) dzieci. Płyty tylko z ostatnich tygodni.

TO ROCOCO ROT „Speculation”
Domino – 8.03 – CD
6/10

Kiedy trio Lippok-Lippok-Schneider przyjeżdżało w latach 90., w epoce przednapsterowej (okolice płyt „Veiculo” i „The Amateur View”) na koncerty do Polski pod flagą post-rocka, miałem pewne wątpliwości, czy oni rzeczywiście godnie reprezentują ten gatunek i czy nie bywają u nas częściej z powodów geograficznych. Trudno było dotrzeć do nagrań całej czołówki gatunku, więc wydawało się, że w Anglii mogą być dwa tuziny lepszych zespołów. Nieodtwarzający się już CD-R z albumem „The Amateur View”, który właśnie musiałem przekopiować przy pomocy komputera mówi mi, że to było bardzo dawno. Wspomnienie Radiostacji tylko potwierdza sprawę. Dopiero po latach można to zweryfikować jak należy. „The Amateur View” z tej perspektywy okazuje się dość sterylną, ale też bardzo udaną płytą. Czerpie z motoryki krautrocka – tak jak połowa postrockowych kapel  – ale zarazem ma niezwykłą czystość, klarowność, minimalizm pomysłów.  Tutaj jak najbardziej żywa sekcja przypomina stylem gry Can (z lekko dubowym zacięciem – jak w „Seele”) albo Harmonię („Horses”) . Nawet gdy wchodzą w sferę wpływów disco, to też filtrują te brzmienia przez wrażliwość późnego Can. A w „Ship” przegląda się połowa krautrockowych kapel.

Jakby ten obraz wpływów był jeszcze niepełny, gościnnie w ostatnim na płycie utworze „Fridays” mamy Hansa-Joachima Irmlera z grupy Faust na organach.

PRINS THOMAS „Prins Thomas”
Full Pupp – 29.03 – mp3
7/10

Neu!, Harmonia, Kraftwerk, Tangerine Dream, Cluster i Can to zapewne ulubione zespoły Thomasa Moena Hermansena. O dziwo dla mnie, bo zawsze mi się wydawało, że w jego duecie z Lindstrømem to on był stroną bardziej dyskotekową. A tu proszę – krautrockowiec zagubiony w czasach clubbingu ujawnia na solowej płycie swoje prawdziwe oblicze. Tempa średnie, powtarzające się w nieskończoność arpeggia syntezatorów, mocna pulsacja basu, automatyczna perkusja. I jeszcze więcej syntezatorów na wierzchu plus błądząca sfuzzowana gitara przepuszczona przez delay. Orgazm dla fana starych niemieckich kapel, którego nie zakłóci nawet kilka drobnych wycieczek w świat disco, na jakie jednak Norweg sobie tu pozwala.

Jakby tego było mało, utwór czwarty nosi tytuł „Sauerkraut” – od ulubionego dania Niemców. I Polaków, tyle że u nas kiszona kapusta nie przeorała do tego stopnia umysłów muzycznej młodzieży w latach 70. Szkoda. Kiszona kapusta podobno psuje doznania audiofilskie – ciekawe skądinąd, czy dobrze wpływa na orgazm. Może ktoś gdzieś czytał?

MANUAL „Drowned In Light”
Make Mine Music/Darla – 19.04 – mp3
6/10

Redaktor Najsztub zwykł mawiać, że okładka nie jest jeszcze dość zepsuta. A psuł ją w jego opinii dopiero krytyczny wysiłek osób postronnych nieznających się na rzeczy, podczas gdy pierwotną wersję tworzył wykształcony i doświadczony grafik. Duńczyk Jonas Munk znany ze świetnego „Until Tomorrow” i z paru innych płyt mógłby się czegoś od niego nauczyć. Jego instrumentalne, elektroniczne nagrania wyrastające gdzieś daleko z krautrockowego korzenia są zbyt ładne, wypolerowane, przewidywalne – stanowczo ktoś powinien je trochę popsuć. Brzmieniowo wszystko jest ok, motoryczne podkłady, długo snujące się melodie – to też cieszy. Kiedy wchodzą gitary, też jeszcze całość brzmi elegancko, ale mimo wszystkich zalet po minucie czy dwóch odchodzi często w muzykę tła. Najgorsze jest to, że nic nie jest w stanie mnie powstrzymać przed zakupem kolejnej płyty Munka, bo jest w tych długich melodiach mimo wszystko coś magnetycznego. Zaczynajcie od „Phainomenon”, jeśli chcecie usłyszeć to coś – i jeśli chcecie poczuć krautrock w Göttschingowskim stylu w roku 2010.

Jakby tego było mało – proszę zwrócić uwagę na nazwę projektu. Manual = Manuel? Blisko w każdym razie.

Więcej o tych płytach – i nie tylko – w kolejnym (niemieckim) wydaniu HCH, za dwa dni – ze środy 12 na czwartek 13 maja. Szczegóły tutaj. A gdyby ktoś sobie życzył jakichś niekrautrockowych recenzji, to coraz więcej (np. nowe CocoRosie, Shining i inni) znajdzie w Polifonii.