5 razy Peter Christopherson

Okazja jest niewesoła. Sześć lat temu w listopadzie zmarł Jhonn Balance. Jego partner muzyczny i życiowy Peter Christopherson sam ogłaszał smutne wieści. Dzisiaj na tej samej stronie wita gości od paru dni inna ponura wiadomość – 25 listopada zmarł sam Christopherson. Miał 55 lat. W czasie gdy ludzie masowo wpisują się do księgi kondolencyjnej, ja potraktuję ten wpis jako szansę na odnotowanie odejścia „Sleazy’ego”. Zamiast biogramu – pięć momentów z artystycznego życia Christophersona, które dla mnie były muzycznymi olśnieniami.

THROBBING GRISTLE „Second Annual Report”
Industrial Records 1977/The Grey Area 1993
8/10 (10/10, gdy chodzi o wpływ na muzykę eksperymentalną)
Olśnienie:
„Slug Bait”.
Nie od dziś wiadomo, że Sex Pistols byli wielkim szwindlem. Jeśli ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, to powinien posłuchać tej płyty. Kiedy Sex Pistols przyszli i nabluzgali w telewizji, Throbbing Gristle robili performance z analno-waginalnym samogwałtem dwojga muzyków grupy i innymi rzeczami, których nie dopuszczono by na odległość stu metrów od studia TV (przy czym rzeczy, które Carter i Christopherson robili z taśmami – już muzycznie – a potem samplerami-samoróbkami i syntezatorami w TG od początku były dość świadome, a po zamknięciu zespołu w 1981 roku – nawet pionierskie). Szczegóły w tej znakomitej książce. Kiedy Sex Pistols znali tylko kilka akordów, Throbbing Gristle nie znali żadnych akordów. Kiedy „Never Mind the Bollocks…” wychodziło, „Second Annual Report” był już na rynku. Trudno nazwać tę płytę fajną, ale mało było tak wpływowych. Kiedy usłyszałem ją po raz pierwszy, doszedłem do wniosku, że niczego straszniejszego w życiu nie usłyszę. Ale nikt nie przewidział oratoriów Rubika.

THROBBING GRISTLE „20 Jazz Funk Greats”
Industrial Records 1979/The Grey Area 1997
9/10
Olśnienie:
numery 5 i 7, a potem 9 – syntezatory!
„Co za licho?” – myślałem sobie, przegrywając na kasetę tak zatytułowaną płytę (pierwszy album TG, jaki wpadł mi w ręce). Ani mi było w głowie wtedy słuchanie jazzu i funku. Na szczęście album nie przynosił żadnego z powyższych. Zimna, beznamiętna muzyka wyprzedzająca syntezatorowe kombinowanie lat 80., a nawet brzmienia techno. Momentami przynosiła przedłużenie krautrockowych pomysłów i była zaskakująco „muzyczna” w porównaniu z „rocznymi raportami”. Przy okazji jedna z najlepszych okładek, jakie widziałem w życiu (koniecznie przód i tył!). O jej zaprojektowanie podejrzewam zresztą samego Christophersona, w końcu wcześniej zarabiał na życie okładkami płyt, pracując w firmie Hipgnosis (odpowiedzialnej za okładki albumów Pink Floyd, Led Zeppelin, Petera Gabriela i wielu innych). Aha, niedługo wcześniej Krafterk wydali „The Man-Machine”. Co jest jednym z dowodów prawdziwości teorii o tym, że gdy wydaje nam się, że rzeczy w muzyce dzieją się po kolei (w sensie awangardowych odpowiedzi na pewne popowe zjawiska), dzieją się wszystkie naraz.

throbbing gristle – hot on the heels of love (edit) – (1979) by deepbeep

COIL „Love’s Secret Domain”
Torso 1991
9/10
Olśnienie:
po całości.
Spotkanie wszystkich najważniejszych wątków muzycznych Christophersona. Piosenki i acid house w stylu Psychic TV, a nawet ślady późniejszych płyt syntezatorowych. Najbardziej naturalny punkt startowy pośrodku kariery PC.

Coil – The Snow EP – 07 – Windowpane by boy5274

COIL „Musick To Play In The Dark” + „Musick To Play In The Dark 2”
Chalice 1999 / Chalice 2000
10/10 i 9/10
Olśnienia:
Jak dla mnie „Red Birds Will Fly Out…” na pierwszej części i „Tiny Golden Books” na drugiej.
Rzadko kiedy tytuł płyty jest tak adekwatny do zawartości. Obie części płyty duetu Jhonn Balance + Peter Christopherson, dziś już nieobecnego w całości, to nadragowane, elektroniczne, ambientowe misterium. A że prawie całe (post-)industrialne grono to przy okazji fani limitowanych edycji, tych płyt praktycznie nie ma w handlu (zostaje eBay). Ogólnie stare wydania TG i Coila są sporo warte i nawet jeśli macie najpopularniejszą w Polsce wersję piracką (rosyjska ArsNova) „Love’s Secret Domain”, to możecie za nią w Londynie zainkasować jakieś 25 funciaków.

Batwings (A Limnal Hymn) by elmonofeliz

SOISONG (a właściwie to Derek Jarman)
Płyta „xAj3z” nie spełniła moich nadziei, ale duet Christophersona i Coha (czyli… Sona), Rosjanina znanego z barw Raster-Noton, wydawał się bardzo obiecujący. Występowali w ubiegłym roku na Wrocław Industrial Festival (Był ktoś? Jakie wrażenia?), a wcześniej – i może dlatego przyszedł mi tu do głowy ten ostatni epizod kariery PC – grywali nowe wersje utworów do filmów Dereka Jarmana. Mam słabość do tych ostatnich, bo to kontakt z nimi na Warszawskim Festiwalu Filmowym był dla mnie zarazem pierwszym kontaktem z muzyką grupy Coil, jednego z ulubionych zespołów kontrowersyjnego reżysera.
Swoją drogą, jaki to zbieg okoliczności (poza ściśle alfabetycznym), że w wydanej niedawno encyklopedii muzyki industrialnej Rafała Kochana dwie nazwy ze sobą sąsiadują: COH i COIL.
To na koniec dwa fragmenty wideo związane z ostatnimi działaniami Christophersona (dźwięk z pierwszego filmu tylko w lewym kanale). Ciekaw jestem, co zostawił po sobie. Jego artystyczny testament prawdę mówiąc interesuje mnie bardziej niż ten Michaela Jacksona. Dochodzą klipy, projekty, różnego typu związki muzyczne… Spora część świata muzyki industrialnej i elektronicznej odchodzi wraz z PC.

Dzięki dla Bionulora, od którego dowiedziałem się o smutnych wieściach z obozu Throbbing Gristle, oraz dla Rafała Kochana, który dawno temu zainteresował mnie muzyką TG i samego Christophersona.

12 responses to “5 razy Peter Christopherson

  1. Dzięki za ten wpis, myślałem już, że w świecie mainstreamowych mediów śmierć Sleazy’ego przejdzie bez echa (w sumie przeszła), a to cholernie ważna dla muzyki postać. Warto też wspomnieć o całej masie remiksów, jakie popełnił COIL w swojej karierze, a remiksowali wielu, od Nine Inch Nails, po Depeche Mode.

  2. Rafał Kochan

    Dzięki Bartku za ten refleksyjny tekst o dorobku SLEAZY’EGO. Wybór płyt jak najbardziej trafny – strzał w przysłowiową „10”. Cieszę się również z tego powodu, że pragniesz popularyzować piękną muzykę, choć czasami pozornie może się wydawać trudna lub antypatyczna. Nie wiedziałem natomiast, że przyczyniłem się do Twojego zainteresowania tego rodzaju muzyką… jest mi tym bardziej miło i czuję się wyróżniony…

  3. @Rafał Kochan –> Przy okazji znalazłem wywiad Filipa Łobodzińskiego dla „Machiny” z Genesisem P-Orridge’em (całkiem ciekawy zresztą) i bio GPO Twojego autorstwa, nie wiem, czy o tym pamiętasz? Mogę Ci przesłać na priva.

  4. Rafał Kochan

    Oczywiście, że pamiętam i posiadam ten wywiad z bio GPO. Nie zdarza się mi często publikowanie swoich tekstów lub ich współredagowanie w tak popularnych pismach.🙂 Rzeczywiście, ten wywiad jest bardzo dobry, kilka odpowiedzi GENESISA z tego wywiadu posłużyło mi do pełniejszej analizy zjawiska muzyki industrialnej, co znalazło swoje miejsce chociażby w dość wyczerpującym artykule, który napisałem dla GLISSANDO jakoś w 2006 roku.

  5. … u mnie na ścianie wisi moje wspólne zdjęcie z Jhonnem Balancem i Peterem Christophersonem – dziwne uczucie, kiedy teraz na nie patrzę… nie ma już TU chyba najważniejszych dla mnie artystów, i to nie tylko z kręgu „muzyki”… choć wreszcie obaj są znów razem – TAM… kiepskie są listopady dla fanów Coil… ;(

  6. Cześć Bartku;

    Byłem, byłem – i cieszę się, że udało mi się zobaczyć Sleazy’ego w Polsce, zanim jeszcze Kostucha położyła na nim łapsko.
    Pierwsze co zwracało uwagę – Peter był całkiem… witalny. Przechadzał się, dowcipkował, drugiego dnia festiwalu wparował na scenę podczas przygotowań do koncertu Psychic TV (genialnego, tak swoją drogą!), by wymienić soczystego buziaka z Genesisem.
    Sam SoiSong – hm… Muzycznie trochę niezborne (zwłaszcza, kiedy chłopcy chcieli popuścić wodzy fantazji i zdać się na improwizacyjny żywioł), ale z fantastycznymi, transującymi momentami. No i przede wszystkim: kapitalne wizualizacje, świetnie współgrające z muzyką.
    Szkoda jak cholera, bo projekt wydawał się mieć przed sobą przyszłość, i słychać było, że Sleazy wciąż szuka tego swojego muzycznego Graala (którego był już tak bliski w czasie nagrywania z Coilem).

    Co do listy płyt – moja piątka wygląda podobnie, tylko Coilowe LSD zamieniłbym na „Horse Rotorvator”: pierwszą usłyszaną płytę Coila, do tej pory najbardziej łapiącą za serce.

  7. Cóż, bardzo smutna informacja. Miesiąc po odejściu Genesisa z koncertowej wersji TG tym razem odchodzi Sleazy. Na zawsze. Dla mnie zamknęła się pewna epoka.
    Twórczość TG zacząłem zgłębiać stosunkowo późno, bo dopiero u schyłku studiów. Wówczas wpadło mi w ręce „Second Annual Report”. To był chyba ostatni raz, kiedy coś, co płynęło z głośników poraziło tak mocno, jakbym otrzymał obuchem w łeb. To było porażające.
    Na scenie widziałem ich w sumie 6 razy (jakoś tak zawsze trafiałem, że grali po 2 różne sety jeden po drugim) i dobrze, że chociaż to zostało. Wspomnienia.
    Nasz psychiczny personel zaczyna się wykruszać…

  8. Witam,

    Dla fanow to ogromna strata. Ja ze swej strony zdecydowanie dodalbym „The Angelic Conversation” oraz plyty z „przesilen” plus oczywiscie „Music to play in te Dark” to dla mnie esencja.

  9. Skoro Bart wywołał ten temat, to jeszcze kilka słów o okładce „20 Jazz Funk Greats”. Otóż frontowe zdjęcie zostało wykonane na Beachy Head (patrz track 2), klifie znanym ze swojego piękna, ale też i z tego, że było ono ulubionym miejscem samobójców. I właśnie m.in. z tej przyczyny TG wybrali ten pejzaż jako tło dla samych siebie.
    Sam album, mimo że jest najbardziej przystępnym do słuchania zestawem utworów zrealizowanym przez grupę, spotkał się z lawiną negatywnych recenzji angielskich krytyków.

  10. Pingback: Polifonia » Archiwum bloga » 14 płyt nagrobnych

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s