Arpcore rządzi w 2010

Nie tylko wszystko już było, ale wszystko już będzie. Nawet jeśli się człowiekowi wydaje, że wymyślił coś nowego, konfrontacja z Google’em może się okazać trudna. Tak było w wypadku arpcore’u – pojęcia, które piętnaście minut temu wymyśliłem dla młodych zdolnych, którzy swoją muzykę opierają w dużej mierze na syntezatorach, a przede wszystkim – na funkcjach arpeggiatora (automatyczne granie nuta po nucie w różnych układach i szybkościach wybieranych przez artystę akordów lub pojedynczych nut). Dziesięć minut temu je sprawdziłem i okazało się, że jedna osoba (dosłownie!) oznaczyła już takim tagiem coś na Last.fm. Wprawdzie gdzieś posiałem swoje dawno nieużywane hasło do lasta i nie mogłem znaleźć „tego czegoś”, ale bardzo możliwe, że chodziło na przykład o Oneohtrix Point Never. Ale co mi tam – tutaj przynajmniej arpcore znajdzie swoją definicję (i proszę producenta, żeby dopisał do tej koszulki z jednego z poprzednich moich wpisów).

Przenoszę się na chwilę z Polifonii na prywatny kanał, bo pisać będę o czymś, co mnie osobiście mocno ruszyło.

EMERALDS „Does It Look Like I’m Here?”
Editions Mego – 24.05 – CD
9/10

Rzecz w tym, że projekt Daniela Lopatina (czyli Oneohtrix) i grupa Emeralds Marka McGuire’a w tym momencie zamieniły się rolami. Ten pierwszy opierał muzykę na efektownych arpeggiach syntezatorów w stylu lat 70. Ten drugi robi to teraz, inteligentnie i konsekwentnie. Podbija rzecz wchodzącymi od czasu do czasu gitarami w stylu Göttschinga. Brzmi to kapitalnie i wsysa słuchacza od pierwszych taktów „Candy Shoppe”, przez monumentalny „Genetic”, po pełen syntetycznego szaleństwa utwór tytułowy i wreszcie wyciszający „Access Granted”. I nawet jeśli uśpi gdzieś po drodze, to sny – zapewniam – będą kolorowe.

To płyta warta więcej niż te arpeggia, album dość mylący przy pierwszym wrażeniu. Prosto zbudowany utwór „Genetic” jest chyba najbardziej poruszającą rzeczą, jaka do mnie dotarła w tym roku. Ale też zaskakująco spójnym brzmieniowo, konkretnym i eleganckim fragmentem dla tych wszystkich, którzy znają Emeralds chociażby z niedawnego  „What Happened”. Jeśli muzyka Emeralds bywała po śmieciarsku niepoukładana, to tu zapanowała idealna harmonia.

Editions Mego ledwie na dobre się rozgrzało po perturbacjach, jakie przeżyło kilka lat temu (zamknięcie starej wytwórni Mego i otwarcie eMego), a już pokazuje na tej płycie poziom nie gorszy niż za dobrych czasów Fennesza i Kevina Drumma. A prawie w tym samym czasie wyszedł u tego samego wydawcy nowy album Oneohtrix Point Never (czytać to należy podobno „o-ni-o-triks”), który… No właśnie, zacznijmy od napisów początkowych:

ONEOHTRIX POINT NEVER „Returnal”
Editions Mego – 21.06 – mp3 (Boomkat)
6/10

Lopatin, który z taka werwą rozpoznaje płyty w nowym wydaniu „The Wire” (i wychodzi na mniejszego odludka muzycznego, niż mi się wydawało) i odpowiedział na pytania PopUp Magazine w najświeższym numerze, na nowym albumie Oneohtrix stracił – jak dla mnie – wyrazistość. brzmi tak, jak gdyby do jego arpeggiów z płyty „Rifts” dolać wody. Momentami ciągle jest atrakcyjny, ale słychać, że „Rifts” było kondensatem, kompilacją utworów z dłuższego okresu, a króciutkie „Returnal” jest wprawką, którą zdążył nagrać w krótkim też dość okresie po tym, jak „The Wire” ogłosił go jednym z najważniejszych artystów roku.

Swoje pomysły Lopatin gubi gdzieś w pogłosach, które pewnie (tak zakładam) miały dać tej muzyce wielopoziomowość, a dodały jej tylko momentami new-age’owego kiczu. Banalizują rzecz zamiast potęgować tajemnicę obecną dotąd w jego w syntetycznych dronach. Ja wiem, że w myśl receptury na muzykę hauntologiczną czy też hipnagogiczną artysta powinien tych pogłosów nadużywać, żeby rozbełtać i odrealnić brzmienie, ale ja tam wolę Oneohtrix wyrazisty, nawet jeśli miałby brzmieć bardziej chałupniczo. Zresztą i Aphex Twin tworzył najwybitniejsze nagrania chałupniczymi metodami, w tej dziedzinie to możliwe.

A może po prostu Lopatin, przenosząc się do Mego, postanowił ubogacić swoje syntezatorowe wprawki hałasem, upozować swoja rosyjską duszę na styl zimnego austriackiego buntownika już w otwierającym płytę „Nil Admiari”? Ale to bez sensu, bo dotychczasowych jego fanów może to odrzucić, a u miłośników noise’u nie wywoła nawet drgnięcia powieki. Może myśli, że zyska paru nowych kolegów, jak zacznie mówić ich językiem. Ale ja nie mam dla takich sytuacji szacunku – tak jak noise’owcy nie mają kolegów, he he.

Poproszę jeszcze raz to samo, bo z tym moim nowym pojęciem zostanę na lodzie – jak Himilsbach z angielskim. Ale Oneohtrix z tym swoim noise’em wyjdzie, biedaczek, jeszcze gorzej.

10 responses to “Arpcore rządzi w 2010

  1. ja bym jednak zamienił oceny.
    6/10 – Emeralds robi sie niebezpiecznie ckliwe (kolejną płyta będzie pewnie brzmiała jak Efterklang czy coś w tym stylu), jak na mój gust zbyt mocno pachnie prog rockiem, ale to już bardzo subiektywne odczucie.
    9/10 – OPN – w mojej ocenie swoiste „rozmydlenie” i brak wyrazistości jest atutem tej płyty, osobiście bardzo odpowiada mi tego rodzaju klimat. A kawałek otwierający płytę to najlepszy noisowy jaki słyszałem od wielu lat, brzmi wyjatkowo świeżo w kontekście zalewającej nas zewsząd hypnagogii.

  2. Mnie też w pewnym momencie prog rockiem zapachniało, ale jak powszechnie wiadomo ja mam przewrażliwione receptory na punkcie prog rocka 🙂
    Co do Oneohtrix – ta płyta po prostu zawiodła mnie po „Rifts”. A co do uwagi na temat noise’u – akurat w Mego było parę dobrych przykładów tego ostatniego, więc może dlatego OPN mi podszedł w tej dziedzinie. Ale może nie słuchałem wystarczająco głośno tego „Nil Admiari”…

  3. To Emeralds kojarzy mi się bardzo z Ash Ra Tempel.

  4. @M –> A Ash Ra Tempel to właśnie Gottsching (plus jeszcze Schulze, którego solową twórczość też Emeralds przypominają)…

  5. Gdyby Emeralds nagrywali kilka dekad wcześniej, to dostaliby się pewnie do oprawy muzycznej Sondy.
    BTW, kto zna utwór z czołówki owego programu, niech da znać, bo wiele osób (w tym mnie) ten temat interesuje.
    Bartek perhaps?

    Tu link do dyskusji:
    http://astro4u.net/yabbse/index.php/topic,11262.0.html

  6. @Pablo –> Swego czasu na blogu Kamila Antosiewicza była cała rozpiska: http://promieniowanie.wordpress.com/2009/09/24/washed-out-grzebanie-w-pamieci/ – to zresztą chyba się zgadza z jednym z wpisów w tej dyskusji.

  7. @ Bartek
    Wątek opisu z YouTube mamy już dawno za sobą – wiadomo, że jest nieprawdziwy, dlatego właśnie zagadka jest tak ciekawa! Uwierz mi: to niezły orzech do zgryzienia.

    http://www.kurierlubelski.pl/blogi/blogoslawiony/269113,sonda-czyli-kto-popelnil-te-muzyke,id,t.html

  8. @Pablo –> No to mamy zgryz, rzeczywiście. Potrzebny ktoś z pełną dyskografią Tangerine Dream, Klausa Schulze i ferajny.🙂

  9. Pingback: Dzieci krautrocka ciąg dalszy | CHACIŃSKI

  10. Pingback: Polifonia » Archiwum bloga » 33 płyty roku 2010

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s