Psychodeliczne kreskówki

To jest zupełnie nowy wpis. Piszę tak na wszelki wypadek, bo oglądając okienka rss-ów można by przegapić ten – rzadki ostatnio – moment, gdy na tym blogu pojawia się coś nowego. Zresztą – bywało gorzej. Polifonia żyje pełnią życia, a tutaj, hm, troszkę ubogo. Cóż, to naczynia połączone, w których cieczą jest mój czas, że tak powiem.  Poza tym przez ostatnie dni bawiłem się w edycję wideo, żeby zaprezentować Wam coś, o czym myślę od dawna (tu zeszło mi się trochę od Dnia Dziecka, który wywołuje tego typu tematy w sposób naturalny).

Otóż kiedy tak patrzę na te wszystkie fenomenalne wychodzące ostatnio składanki w stylu „Deutsche Elektronische Musik” albo „Pomegranates”, przychodzi mi do głowy myśl, że warto by było opublikować składak pod tytułem „Psychedelic & Concrete Music For Children Animation”  albo coś w tym stylu (propozycje tytułu mile widziane). Jako ciągle dość świeży rodzic spędzam mnóstwo czasu na oglądaniu filmów animowanych w towarzystwie mojego dziecka i dochodzę do wniosku, że – poza różnymi innymi walorami – kreskówki z przełomu lat 60. i 70. mają mnóstwo zalet czysto muzycznych. Ja wiem, Antonisz i te sprawy, ale mam tu na myśli zwykłe, telewizyjne serie, głównie produkcji czechosłowackiej (tak się wtedy kraj nazywał, a w filmach kraj produkcji został zakonserwowany na stałe).

Najpierw „Krecik”. Muzyka z późnych wydań tej serii jest wprawdzie banalna, nieco trąci kiepską ludowizną, najwcześniejsze odcinki w ogóle nie mają poważnej oprawy dźwiękowej, ale gdzieś w środku serii zdarzają się momenty genialne, takie jak ten poniżej. Po pierwsze, jest to w całości jedna z najbardziej psychodelicznych animacji, jakie widziałem (zwracam uwagę na absurdalność pomysłu i jego hipisowski charakter – walki bez walki), po drugie – ma momenty pokazujące, jak bardzo muzyka konkretna przenikała w latach 70. do mainstreamu. Co dziś, z całym szacunkiem dla współczesnych oprawiaczy muzycznych kreskówek, nie byłoby możliwe.  Poniższy przykład pochodzi z roku 1972. Kluczowe jest ostatnie 20 sekund materiału (jak materiał i w jakiej formie przyjmowali autorzy – nie wnikam).

Kolejny przykład to cała seria o Żwirku i Muchomorku, czyli bodajże „Bajki z mchu i paproci”, o ile mnie pamięć nie myli. Koniec lat 60., początek 70. Epoka syntezatora analogowego, co słychać na każdym kroku. Tutaj całość ma znakomita oprawę muzyczną. Niektórych motywów nie powstydziliby się dzisiejsi twórcy nurtów ambient i modern classical. Ale najciekawsze są właśnie momenty, gdy pojawia się syntezator analogowy (jaki, tego nie wiem – jakość dubbingowanych filmów jest na tyle kiepska, że trudno nawet próbować to odgadnąć, ale może ktoś wie?) i efekty dźwiękowe.

Po kolei dwa fragmenty – „Jagodowe powidła” i fenomenalny urywek (trzeba chwilę poczekać) w epizodzie o Strugawiórku.

Oczywiście same fabuły bajek o Żwirku i Muchomorku to już czysta psychodelia (czasem się zastanawiam, czy to nie przeprogramowuje po cichu dziecięcego mózgu), ale w muzyce – tak jak w wypadku innych czechosłowackich kreskówek – dodatkowo słychać, że to na południe od Polski tworzyli The Plastic People of the Universe i że to tam był dobry klimat dla hipisów. Choć z drugiej strony – przecież te utwory równie dobrze mogły powstawać w studiu eksperymentalnym Polskiego Radia.

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie i ktokolwiek ma w tej sprawie coś do dodania, proszony jest w tym momencie o głos. I propozycje na składankę, którą możemy potem wcisnąć jakiemuś Finders Keepers albo innemu Soul Jazzowi, chyba że w kraju ktoś to wyda. Ktokolwiek chętny na to ostatnie, niech już grzeje maszyny.

Przy okazji – uaktualniłem listę premier 2010 uwagi jak zwykle mile widziane. Za komentarze pod listą z góry (i z dołu) dziękuję.

15 responses to “Psychodeliczne kreskówki

  1. Super! Teraz na moich artystycznych studiach, jak człowiek robi film, to mu każą samemu robić dźwięk… :] a ja tego nienawidzę! i bardzo chętnie bym powspółpracowała z fajnymi muzykami którzy lubią komponować do krótkich metraży🙂

  2. Niezłe, niezłe.

    Szkoda, że nikt nie pokusił się w PRL-u, żeby zrobić kreskówkę na podstawie komiksów Baranowskiego. Same komiksy są totalnie psychodeliczne, a film przepaliłby dzieciom styki w mózgach.

  3. vlad. palovy

    Aaaa! Nie wiedzialem. No to wszystko jasne : )Ale jak czytam, to troche zabolalo. Wydaje mi sie, ze nie da sie prowadzic dwoch blogow. Chacinski byl uroczo kameralny, ale takie czasy : ) The National jest zachwycajacy.

  4. po przeczytaniu tytułu skojarzyło mi się instynktownie „suspended animation” Fantomasa. pędzę odświeżyć!

  5. o czechach niewiele, za to anglosasi

    jeden z odcinków

  6. Genialna tripowa muzyka jest w Tajemniczych Złotych Miastach. Tutaj urywek:

    pełną parą zaczyna się od 55 s.

  7. Informuję, że bezdzietni również kupują i oglądają DVD ze Żwirkiem i Muchomorkiem.

    Krecika nie posądzałbym o takie jazdy, choć i tak nie przebije to odcinka, gdzie odbiera poród.

    Tom i Jerry też mieli okres psychodeliczny, na początku lat 60-tych. Właśnie wyczytałem, że to dlatego, że odcinki z tego okresu powstawały… w Czechosłowacji.

    Jest jeszcze taka odjazdowa (ale zarazem piękna) kreskówka MGM p.t. „The Bear that Wasn’t”. I kreskówka Warner Brothers „Now Hear This”.

    W rosyjskim „Jeżyku we mgle” (w internecie oczywiście Hedgehog in the Fog) jest wspaniała muzyka. Wprawdzie nie elektroniczna, bardziej jak połączenie Czajkowskiego ze Strawińskim.

    A link Fanterliki przypomniał mi o francuskich kreskówkach, a szczególnie o „Był sobie kosmos”.

    Długi komentarz, ale to mój temat.

  8. ograniczenie ‚dla dzieci’ mocno zawęża, inaczej zmieściłby się w całości genialny i muzyczny Georges Schwizgebel: http://tinyurl.com/3y79gdj
    Pod linkiem wszystko, co da się znaleźć w wolnym dostępie. Muzycznie, albo bardzo klasyczna poważka, albo utwory komponowane specjalnie dla niego, wizualnie – nie ma słów do opisywania takich rzeczy.

  9. Marceli, słuszna uwaga. Choć mam wątpliwości, z myślą o kim tworzony był film, który chcę polecić. W sumie sam oglądałem go jako dziecko. A chodzi mi o „Gandahar” René Laloux. Autorem muzyki do tego obrazu jest Gabriel Yared, a za „conception sonore” odpowiedzialny był Christian Zanési. Niewtajemniczonych odsyłam do albumów „Arkheion” ( http://ligamusic.com/Album/2046891/Christian_Zanesi/Arkheion/download-mp3/ – tu można posłuchać, zwłaszcza „Les Voix de Pierre Schaeffer” warto) i „GRM Experience” (trio Ch. Zanési/Fennesz/Mika Vainio), albo do samego filmu.

  10. Panie Bartku,
    z dluzszych form, to automatycznie do glowy przychodzi mi „Fantastyczna Planeta”:

    a z krótszej to polecam gorąco tzw. „destkie pesni” czyli pioseneczki z sowieckich bajek dla dzieci (m.in. częściowo wspomniany juz tutaj „Jeżyk we mgle”):
    http://www.youtube.com/watch?v=VjgaGNRSFZA (full)

    ale także:


    i prawdziwy hicior:

  11. Wow! Zrobil sie z tego niezly temat. Mam dwoch synow przerobilem ten temat. Krecik! Yes, yes, yes! Komentarze sa arcy ciekawe : )

  12. Czyżby wszyscy zapomnieli o Panu Kleksie? Nie jest to może animacja sensu stricto i nie tak wczesna jak animacje czechosłowackie, ale ścieżkę dźwiękową ma świetną!

  13. @Maja –> Tutaj może tak, ale oddzielny wpis na Polifonii dotyka tematu:
    http://polifonia.blog.polityka.pl/2011/03/28/pres-ent/

    Antologia muzyki eksperymentalnej bez Kleksa byłaby niekompletna. Swoją drogą „Z pamiętnika młodego zielarza” to najlepszy tytuł płyty hiphopowej, jaki do tej pory nie został wykorzystany…🙂

  14. Przypomniała mi się polska (prawie na pewno) animacja, którą wiele lat temu oglądałem na Mini-Maksie. Na początku pokazano niewielkiego stworka, którego nazywałem „Chochlikiem” płynącego łódką po morzu. Po chwili kołysania się na falach została wciągnięta do ogromnej rury, która ni z tąd, ni zowąd pojawiła się na wodzie. Chochlik wpadł do wnętrza jakiejś ogromnej maszynerii czy fabryki, w której pełno było obracających się trybów i dziwacznych stworów wszelkiej maści, niektóre z nich przypominały hybrydy żywych istot i robotów – w pamięci ostały mi się latające abominacj ze śmigłami na czubku głowy. Jedną z nich pochwycił Chochlik, a ta poniosła go gdzieś wgłąb fabryki. Nie opiszę tu całej bajki, jednak główny bohater został w dość brutalny sposób „przemielony” przez całą maszynerię, zniekształcony, jakby zmutowany, po czym wypluty na zewnątrz. Wyciemnienie.
    Chochlik budzi się z powrotem na łódce. Rozgląda się, wzdycha z ulgą. Zerka za burtę i dostrzega swoją wykrzywioną twarz.
    Koniec.
    I wszystko bez żadnego słowa, przez cały seans towarzyszyła mi psychodeliczna kakofonia dźwięków maszyny, oraz schizowa muzyczka. Kreska przypominająca nieco „Bolka i Lolka”, choć kolorki mocno kwasowe, mocno podejrzewam głównego rysownika o nadużywanie dobrodziejstw Alberta Hoffmana.
    Co jeszcze pamiętam? Że po tym trwającym 20-30 minut seansie czystej psychodeli przez trzy dni nie oglądałem bajek na Mini-Maxie. Rad byłbym, gdyby ktoś pomógł w zidentyfikowaniu tego tworu chorego umysłu szalonego animatora. Pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s