W pogoni za jazzem, czyli najmniej popularny wpis roku

Pozwalam sobie z góry zawyrokować, bo wiecie, jak na ludzi działa hasło jazz – nawet na tych, którzy jazzu słuchają, działa czasem odstraszająco, bo jak je słyszą, to już się kulą na myśl o jakiejś pigule mdłego chilloutu, który za chwilę ktoś im rzuci w twarz. Nigdy nie byłem jakimś zwolennikiem prawilności w jazzie, słuchałem yassów, wspierałem wywrotowców, ale to problem, gdy jazzem można nazwać wszystko, co się rusza (a nawet i to co, od dawna nie żyje – mam tu na myśli gatunki, nie ludzi). W każdym razie odreagowuję chyba opisanie ultrapopularnego Gorillaz, zajmując się albumem…

YOUNG JAZZ REBELS „Slave Riot”
Stones Throw – 5.04 – mp3
5/10

Młodzi jazzmani (no dobra – dałem się wpuścić w maliny – więcej w komentarzach) pod skrzydłami hiphopowego producenta Madliba, o którego płycie ze Strong Arm Steady pisałem tutaj niedawno. Płyta, która powstała jakby na moje prywatne zamówienie wyrażone w tamtej recenzji, bo Madlib jest tu w zasadzie… dobrym duchem, współtwórcą brzmienia (świadomie „postarzonego”, głębokiego, stylizowanego na stare winyle). Niby możemy się cieszyć, że młodzi ludzie posłuchali jazzu na winylu i teraz reagują na to swoją – jak to opisuje katalog Stones Throw – awangardą. Ale awangarda to oczywiście nie jest. Nie ma w tym przede wszystkim przekonującej fuzji hip-hopu i jazzu. Jest ten ostatni, w pierwszej części dość prosty, bo budowany zapętlonymi motywami rytmicznymi (zresztą sekcja rytmiczna odwala tu większość roboty) – tyle że takie rzeczy to na polskiej scenie post-yassowej można usłyszeć, i to w lepszym wydaniu..

I już kiedy chcemy wstać i iść po zwrot pieniędzy do Stones Throw, na odchodnym dostajemy wieloczęściowy freejazzowy utwór tytułowy. To zupełnie nowa jakość na tej płycie, bo wcześniej ani improwizacyjnej współpracy między muzykami, ani też błyskotliwych tematów melodycznych nie uświadczymy na „Slave Riot”. Jest za to cała modna w tej chwili otoczka – nawiązanie do wolnościowej tematyki, rebelii, murzyńskich protestów, polirytmia itd. To ja już wolę sobie posłuchać Sun Ra albo składanek Soul Jazzu.

Aha – piękna okładka w wersji CD i LP (co lepiej widać tutaj). Jaka szkoda, że wcześniej zainwestowałem już w mp3, bo bym sobie na ścianie powiesił.😉

POLAR BEAR „Peepers”
Leaf/Gusstaff – 1.03 – CD
6/10

Tu już lepiej, przynajmniej dla tych, którzy lubią brytyjski jazz. Melodii jest przeciwnie do Young Jazz Rebels – sporo – a przy tym sympatyczna powściągliwość w zespołowym graniu, gdy wchodzą w improwizację. Większa część albumu to utwory melancholijne, wręcz elegijne, więc na wyrywki można słuchać w ten weekend nawet w okolicy Wawelu i placu Piłsudskiego. Najładniejsze momenty („The Love Didn’t Go Anywhere”) kojarzyć się mogą trochę z The Cinematic Orchestra czy Tied & Tickled Trio, chociaż w recenzjach czytam o członkach Polar Bear w samych superlatywach, tymczasem bez przesady, wirtuozi to nie są. Można się też czepiać tego, że znów nie ma pomysłu na łączenie elektroniki z jazzem. Leafcutter John częściej sięga po gitarę. No ale może po prostu całe środowisko doszło do ściany dążąc do stworzenia elektronicznego jazzu nowej ery.

Ostatnio temat odświeżył mi Michał Margański z Trójki, zadając parę pytań i prezentując składankę „Athens” zebraną przez Underworld & The Misterons (tak, tak, ten Underworld z Karlem Hyde’em!), a prezentującą nagrania jazzowe – Alice Coltrane, Soft Machine, Squarepusher obok Mahavishnu Orchestra i tak dalej. Bardzo dobry wybór – i zachęcający do zainteresowania pewnym rejonami jazzu (7/10). Do tego ukazała się jeszcze kolejna próba połączenia techno z jazzem – płyta Cobblestone Jazz „The Modern Deep Left Quartet”, ale bardzo nieudana, daleko w tyle nawet za albumami Carla Craiga z lat 90. (4/10 to wszystko, co mogę dać kanadyjskiej grupie). Tu okładki sobie na ścianie nie powiesicie, że tak sobie pozwolę przypuszczać.

Że taki negatywny jestem dzisiaj? Bez przesady, przy okazji chciałbym zaproponować coś, co pewnie parę kolejnych osób przekona do muzyki jazzowej:

JOHN COLTRANE „Kulu Sé Mama”
Impulse! – 1967 – CD
9/10

Płyta, którą kupiłem sobie w zeszłym roku, gdy wznowiono ją w serii Originals. Nagrana w roku 1965, niedługo po klasycznej „A Love Supreme” i w bardzo podobnym składzie – tyle że zamiast Archiego Sheppa (jednak nieobecnego na podstawowej wersji płyty – patrz komentarze) mamy tu Pharoah Sandersa. Jeśli ktoś rzeczywiście szuka Afryki w nagraniach jazzowych, to znajdzie ją już w pierwszej natchnionej kompozycji tytułowej z Julienem Lewisem jako wokalistą. Jeśli Young Jazz Rebels sygnalizują polirytmię, to tu jest polirytmia pełna gębą. Zresztą na polu przenikania afrykańskich brzmień do jazzu „Kulu Se Mama” jest płytą wyjątkową, trochę – mam wrażenie – niedocenianą. Ale może Coltrane ma zbyt bogaty katalog, żeby sprawiedliwie obrastały legendami wszystkie zasługujące na to albumy. Fani Sun Ra Arkestra albo późniejszych solowych płyt Sandersa (dla nich „Kulu…” to wręcz wzorzec) po prostu muszą to znać.

Przy okazji, znów trochę wyłamując się z ogólnego nastroju, słucham sobie nowego LCD Soundsystem, które tutaj (dodam jeszcze ten nawias, żeby było łatwiej trafić myszką) udostępnił zespół – zakładam, że nastąpił wcześniej jakiś wyciek, bo płyta wychodzi w połowie maja. Brzmi to nieźle.

O, zapomniałem, że wszyscy teraz słuchają Autechre i MGMT. Obiecuję się poprawić, gdy chodzi o takie grube rzeczy już niebawem, szczegóły – też niebawem, ale trochę szybciej.

15 responses to “W pogoni za jazzem, czyli najmniej popularny wpis roku

  1. Dawno temu, w liceum, wymyśliłem sobie płytę: nazywałaby się „Synestezja” i byłaby (nie)możliwie eklektyczna. Każdy utwór w innym gatunku, stare i nowe, głośne i ciche, ale całość sklejona pewnym klimatem i wrażliwością autora – w domyśle mnie. Byłem przekonany, że to byłby hit.

    To nowe Polar Bear przypomniało mi o tamtym pomyśle i ucieszyłem się, że jednak nie podjąłem wyzwania. Ciekawa i przyjemna płyta, świetni instrumentaliści o niespotykanie (!) szerokich horyzontach, teoretycznie wszystko gra, a mimo wszystko… nie bardzo wiadomo, jak, dlaczego i do czego tego słuchać.

    Mówiąc krótko – tak.

  2. Ta notka została napisana, jakby na zamówienie dla mnie🙂 Skoro mowa o jazzie, polecam również Jazz Libertorz (z rapowymi wstawkami) i ostatnią płytę Mulatu Astatke nagraną z The Heliocentrics. Pozdrawiam!

  3. Tego albumu Coltrane’a sobie z chęcią posłucham. Ciągle czekam aż usłyszę coś na miarę „A Love Supreme” w jego dyskografii. Może to będzie właśnie ten album.

  4. Heliocentrics z Mulatu to pierwsza quasiafrykańska płyta jazzowa, jaka mi się kiedykolwiek spodobała. Rewelacja.
    Also: Clutchy Hopkins!

  5. @Kamil –> Ten może jeszcze nie, ale spróbuj „Africa/Brass”, jeśli jeszcze nie słyszałeś.🙂

  6. czekam czekam na mgmt🙂

  7. Bartku, uściślając – słuchają Autechre, mówią o MGMT. Słuchać się nie da…

  8. @szubrycht –> Ha, coś w tym jest.

  9. Się czepiać bym nie chciał, ale na „“A Love Supreme” to Archiego Sheppa raczej nie było. Pozdrawiam🙂

  10. A jednak, znalazłem – pojawił się w jakimś alternate take’u

  11. W „Acknowledgement”
    Bartek widocznie zakłada, że jego czytelnicy gremialnie posiadają deluxe’a Love Supreme, gdzie są te wersje i koncertowe nagranie z Antibes😉

  12. @tixe, PopUp –> Trochę przeholowałem, fakt – ale w sumie jeśli chodzi o „A Love Supreme”, to nie ma sensu kupować jednopłytowej wersji. Poza tym Pharoah na „Kulu Se Mama” pojawia się też gościnnie – podobnie jak Shepp w tych alternate take’ach. Trzon zespołu ten sam.

  13. Nie wiem na ile w tej recenzji gry konwencją ale przecież Young Jazz Rebels = Melvin Hampson, Juggy Lewis, Lena Hamilton, Mary Jane, Tyrone Crumb, Lamont Parker, Monk Hughes, Brother Dave L. = Madlib. Wszystkie nazwiska to alter ego producenta. Pozdrawiam serdecznie.

  14. 😮 O żeż, przeczytałem „Young Jazz Rebels is a Madlib jazz group from the Yesterdays Universe collective”. Zobaczyłem nazwiska i wyszedłem z założenia, że to nie tylko Madlib (mimo doświadczeń z jego poprzednimi aliasami), dałem się zrobić. Z drugiej strony, oczywiście żywi muzycy tu muszą być, przynajmniej w „Slave Riot”, tylko domyślam się, że to pewnie jacyś stali sidemani typu Karriem Riggins? A może ktoś wie, kto dokładnie zagrał na płycie??

  15. Na pewno Madlibowi pomaga przy całym projekcie YJR właśnie wspomniany Riggins oraz Ivan Conti z brazylijskiego jazz-trio Azymuth.

    @ headphonesporno

    Jazz Liberatorz są mistrzowscy, ale to znacznie bardziej hip hop niż jazz, w dodatku sto procent samplingu. Z podobnych projektów równie godne uwagi są Jazz Addixx, Soul Providers i tysiąc sto pięćdziesiąt trzy płyty wydawane przez amerykańskich producentów na rynek japoński. Tam to kochają.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s