Exotica. Tropem Mitchów na Hawaje – i dalej

Rzadko mi się zdarza zajmować się tutaj kanapową muzyką spod znaku chilloutu i easy listening. Rzadko też odstawiam nowości, żeby napisać coś o archiwaliach, ale Mitch & Mitch (a dodatkowo jeszcze głosy na temat tego, że pokpiłem i nie dość wnikliwie odniosłem się do Mitchów) zmusili mnie do ponownego zainteresowania płytami z lat 50., które wywołały całe to zamieszanie.

Za wszystko odpowiedzialny jest ten sam facet, który skomponował najpopularniejszy („gwizdany”) temat z serialu „Lassie wróć”, jeśli ktoś to jeszcze pamięta i ten sam, który był szefem orkiestry na płycie „Music Out Of The Moon”, opisywanej przeze mnie przy okazji rocznicy lądowania na Księżycu. Czyli Les Baxter. Spec od aranżacji orkiestrowych i muzyki ilustracyjnej. Na początku lat 50. stworzył suitę – przypominającą zresztą muzykę filmową – na motywach rzekomej muzyki polinezyjskiej, z którą niewiele rzecz miałą wspólnego. Ale egzotyczna była – to na pewno. „Capitol reklamował wtedy Baxtera jako obieżyświata i etnomuzykologa, podczas gdy on podróżował po świecie nie więcej niż George W. Bush w wyścigu po prezydenturę” – napisała Laura Taylor w dołączonym do reedycji jego płyty, zatytułowanej „Ritual of the Savage” i wydanej w roku 1952. Album ma świetne brzmienie jak na tamte czasy (co zresztą było wyróżnikiem gatunku exotica także później). Jako aranżer i szef duego zespołu odnosił się do egzotyki w sposób dość naturalny – tak jak Duke Ellington w „Caravanie”. Punktem wyjścia był dla niego jazz i muzyka filmowa, którą pisywał bez trudu. Był idealnym, bardzo pracowitym rzemieślnikiem, który – jak podkreślał – „nigdy nie odrzucał ofert”.

Les Baxter nie miał szczęścia o tyle, że wyprzedził koniunkturę. W 1953 w Kalifornii wybuchła bowiem moda na surfing, w prasie pojawiły się zdjęcia surferów ślizgających się po wielkich falach na Hawajach, więc amerykańska klasa średnia – w kraju wreszcie uspokojonym po wojnie – zaczęła marzyć o wyjeździe na wyspy, stające się wtedy symbolem egzotyki. Z kolei symbolem samych wysp stał się słynny hotel Hawaiian Village w Honolulu, świeżo wybudowany przez miliardera Henry’ego J. Kaisera. A w hotelu grał do kotleta na kilkutygodniowym kontrakcie zespół innego aranżera, Martina Denny’ego (nic nie poradzę na polską odmianę nazwiska, która wprowadza tutaj niepożądany element oceny). Tu nastąpiło drugie „bum”.

Denny grywał na miejscu różne utwory, w tym kompozycje Baxtera z płyty „Ritual of the Savage”. Któregoś dnia – jak wspomina – wykonywali utwór „Quiet Village”, w którym, jak zwykle w tym miejscu, towarzyszyły im wieczorne odgłosy żab. Żaby zaczynały razem z zespołem i kończyły, gdy cichła muzyka. Denny i jego ekipa byli tym już tak zirytowani, że w pewnym momencie sami zaczęli udawać głosy żab i egzotycznych ptaków. Następnego dnia podszedł do nich ktoś z hotelowych gości i zapytał, czy zagrają jeszcze ten utwór z odgłosami zwierząt. Stąd pomysł, by nagrać Baxtera jeszcze raz, ale pojechać po całości – jeśli Baxter stworzył oszukańczy folklor, to należało doprowadzić pomysł do absurdu, wzbogacić instrumentami perkusyjnymi z Dalekiego Wschodu – i jeszcze dograć w studiu udawane odgłosy żab i ptaków!

Tak powstała płyta „Exotica”, wydana w roku 1957. Od niej z kolei wziął nazwę gatunek, przypisywany odtąd przede wszystkim Denny’emu, choć na 12 kompozycji aż pięć pochodziło z wcześniejszej płyty Baxtera. Utwór „Quiet Village” okazał się hitem 1959 roku (oczywiście w wykonaniu orkiestry Martina Denny’ego) – trafił na drugie miejsce na liście „Billboardu”. Oto jego wersja oryginalna z roku 1952, a potem ta, która zdobyła sławę:

Les Baxter and his orchestra „Quiet Village”

Martin Denny „Quiet Village”

Denny nie tylko lepiej wyczuł koniunkturę na fałszywe wyspiarskie nagrania. Wiedział też, jak je opakować. Jego kolejne płyty – od „Exotiki”, przez „Primitivę”, po „Afro-desię” (znajdziecie je na stronie wytwórni Rev-Ola wznawiającej po latach jego muzykę) – miały na okładkach ładne dziewczyny, chwilami w dość wyzywających (jak na epokę) pozach. W latach 90. różne serie składanek lounge’owych odwoływały się do tego wzorca. W ogóle w latach 90. ten wzorzec wrócił na dobre, wraz z modą na easy listening, który to gatunek kształtowali również Baxter i Denny. Wcześniej i później exotica podbiła serca koneserów postępowych brzmień, włącznie ze sceną industrialną (Boyd Rice i Genesis P-Orridge byli fanami Denny’ego!), wreszcie nowojorskim kręgiem jazzowym (Zorn). Może dzięki temu, że taka ponadczasowa? A może dlatego, że tak dobrze nagrania – bo to, co wtedy zrobiono na poziomie produkcji w zasadzie do dziś nie razi archaizmem.

Solową karierę robił później także Arthur Lyman – wibrafonista z zespołu Denny’ego, który jako jedyny mógł się przynajmniej pochwalić tym, że urodził się na Hawajach. Wszystkich trzech – Baxtera, Denny’ego i Lymana – wymienia jako swoich mistrzów John Zorn, twierdząc w wywiadzie dla JazzTimes, że dawał sygnały tego wpływu już na długo przed uformowaniem The Dreamers. Z kolei w Polsce kaganek oświaty zapalili właśnie Mitche, wykonując na nowej płycie między innymi swoją wersję tej oto kompozycji, znanej z „Exotica vol. II” Martina Denny’ego:

Martin Denny „Japanese Farewell Song”

O całym gatunku opowiadaliśmy nieco szerzej całkiem niedawno w dwójkowym Nokturnie, wspólnie z Jackiem Hawrylukiem. A jeszcze trochę o nowej płycie Mitch & Mitch na stronie „Przekroju”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s