Natural Snow Buildings, że tak powiem, rządzą

natural_snow_buildings_shadNatural Snow Buildings „Shadow Kingdom” (Blackest Rainbow)
premiera: 7.09, źródło: Blackest Rainbow (2CD+komiks)
9/10

Grają jeden utwór, to fakt, ale jeszcze nie zdążył mi się znudzić. Jest coś tak nieprawdopodobnie pozaziemskiego w utworach NSB, że byli jedyną rzeczą, której słuchałem w tym roku w trakcie tygodniowego urlopu, na który zresztą nic innego poza muzyką tego duetu nie zabrałem, bo chciałem odpocząć od muzyki. I – to największy moim zdaniem komplement – działali na mnie tak, jak gdybym rzeczywiście nie słuchał muzyki w ogóle. Nie żeby to nie była muzyka – przeciwnie, rzecz jest najczystszą, nieprzewidywalną podróżą dźwiękową. Ale ponieważ podstawowe parametry takie jak tonacja, rytm i melodia traktowane są tu dość swobodnie, możecie to traktować jak szum fal, szelest liści. Tyle tylko, że w zwielokrotnionej formie i w ujęciu takim, że ten szelest, szmer czy szum – pozornie przypadkowy – niesie w sobie jednak precyzyjnie zamierzone emocje i klimat, który przeraża i zarazem hipnotyzuje.
Bo co, mam niby pisać, że przesterowane, sprzęgające się gitary, efekty, pogłosy, syntezatory w tle i zniekształcone partie wokalne? Przecież to nie shoegaze. Tych dwoje nawet nie patrzy pod nogi. Przez dwie płyty zestawu „Shadow Kingdom” nie kontrolują niczego, a zarazem osiągają szybko i precyzyjnie efekt, za jakim inni – patrząc pod nogi cały czas – uganiają się dniami i nocami. Po prostu wchodzą w ten nastrój, stawiając jeden pewny krok. Gdyby jakość doznań zamieniała się w uwagę mas, byliby teraz dziećmi Kasi Cichopek. Tylko odrobina przedsiębiorczości uczyniłaby z nich klejnot w koronie wytwórni Kranky. Ale nawet przejście do tak małej oficyny i publikacja normalnych nakładów zamiast 500 limitowanych kopii odarłoby ich z tajemnicy, która całe to brzmienie i klimat tylko potęguje.
Jest i oprawa wizualna, jeśli ktoś już musi się uczepić jakiegoś konkretu. Historia o wampirach, dość klasyczna kreska Solange Gularte – nieco zbytnio w stylu Roberta Crumba. Komiksy akurat widywałem lepsze. Ale oprócz tego już ani słowa krytyki. Z kolei laudacja na cześć Natural Snow Buildings była kiedy indziej na tym blogu, więc nie będę się powtarzał.

Natural Snow Buildings – Shadow Kingdom (Blackest Rainbow)
premiera: 7.09, źródło: Blackest Rainbow (2CD+komiks)

9/10

19 responses to “Natural Snow Buildings, że tak powiem, rządzą

  1. A niech graj ten jeden utwór do końca świata, takich płyt chce się słuchać. Z każdym kolejnym odsłuchem odkrywać coś nowego, jakieś drobiazgi ale jak cudownie wkomponowane w całość. Nowa rockowa rewolucja = Natural Snow Buildings.🙂

  2. czyżby ta wersja różniła się od mojej? moja ma utworów 16 i składa się z najmniej 16² różnych komponentów. sprowadzenie muzyki NSB do jednego utworu i szumu lasu, to jednak zbyt duże uproszczenie. może by tak jeszcze tydzień urlopu?

  3. Być może twoja się różni, bo jak słyszysz tam 16 różnych komponentów to czas byś wyruszył na jakieś późne wakacje. Różnorodność to nigdy nie będzie cecha jaką można przypisać temu zacnemu duetowi. To co fajnie robią, to sprytnie omijają braki techniczne umiejętnym kreowaniem spójnego nastroju. Szkoda, że nagrywają trochę za długie płyty, bo czasem potrafią znużyć niemiłosiernie, ale ich drony w większości posiadają sporo urody i hipnotyzmu. Od początku nagrywają to samo, ale jest to prawdopodobnie ich najlepsza płyta.🙂

  4. @Krzysiek –> Załatwisz? Biorę! I wiesz pewnie, na co spożytkuję.🙂
    A wersję masz winylową czy tylko CD? Bo jestem ciekaw, czy winyl ma coś ekstra w stosunku do programu kompaktu.

  5. Świetna ta płyta. Pierwszy utwór z dochodzącymi z oddala głosami, niczym z zepsutego radia, jest płynnym przejściem z Half Life 2, które właśnie kończę🙂 Mi się nasuwa skojarzenie z Birchville Cat Motel, które pewno znasz, tyle że Birchville jest bardziej smoliste i mniej przejrzyste, ale gdzieś tam podobne. Koniecznie musisz posłuchać Nowozelandczyka Petera Wrighta, np. „Desolation Beauty Violence” – to podobne magiczne dronowo-ambientowe klimaty. Podobnie Stevn. R. Smith (Thuja, Mirza, Ulan Khool, ale także solowe rzeczy, mniej folkowe, a bardziej monumentalne, np. „Lineaments”). Warto także Taiga Remains i ich sideproject Wire Thicket. Przychodzi mi jeszcze do głowy Zoviet France „The Decriminalization Of Country Music” – późne, świetnie wyprodukowane, potężne ale i piękne. Jak masz jakieś kontrpropozycje, to jestem otwarty na wymianę skojarzeń🙂

  6. @Kamil: kalkulator zdradził mi, że 256 nawet, chyba rzeczywiście przesadziłem😀 nie mniej jednak pozostaję przy tym, że na te często rozwlekłe kompozycje składa się wiele smaczków, których być może nie usłyszy się ślęcząc przed monitorem i odświeżając stronę z profilem na lastfm. Można za to położyć się pod kocyk i zamknąć oczy. Wtedy usłyszy się dużo więcej, i zobaczy, myślę.

    Cały problem pisania o NSB polega na ciągłym podkreślaniu jego fenomenu. Z recenzji wylewa się od egzaltacji autorów, którzy spokojnie mogliby założyć jakieś kółko różańcowe. Nie można za to znaleźć zbyt wiele konkretnych informacji o samej zawartości albumu! To nie NSB nagrywają wciąż jeden utwór, tylko recenzenci piszą w koło to samo o różnych przecież dokonaniach tej grupy, na które składa się multum pomysłów. Dlatego też marzę, ażeby kiedyś, jakiś „zboczony” muzykolog podjął się analizy ich utworów. Myślę, że byłoby to ciekawsze od piania chóru kogutów🙂

    @Bartek: Niestety jeszcze nie posiadam fizycznie tego albumu, natomiast z tego, co się orientuję, winyl w stosunku do wersji kompaktowej jest akurat uboższy o ostatni z utworów każdej części (tj. The Crystal Bird oraz A Burial at Sea). Limitowana edycja posiada zarówno trzy winyle jak i dwa CD. Święta coraz bliżej, czas zasiąść do pisania listu do św. Mikołaja😀

  7. Zabawna uwaga z tym last.fm. A znasz ludzi, co w taki sposób postępują? Bo ja nie😉 Każdy ma swój własny sposób obcowania z muzyką i jej przeżywania. Mi się ta płyta bardzo podoba, ale pewnych wad ominąć nie mogę. Cała ta histeria zapewne pochodzi od wyławiaczy nieznanych grup na RYM, które mają niewielką ilość głosów na początku, a później są wynoszone na piedestał. Dzięki temu teraz możemy doświadczyć zmasowanego unisono opinii jak wielka jest to muzyka. Skłaniam się ostrożnie do zdania, że może zmierzać w tym kierunku, ale bez przesady. Gdyby się tym zajął muzykolog, to by pewnie nic pozytywnego nie napisał (chyba, że jest też otwarty na inny rodzaj muzyki niż klasyczna heh).

  8. dla muzykologa w zasadzie wszystko co nie powstało w głowie akademika jest muzyką popularną, to jeden z powodów dla których zadzierają nosa.

    NSB nie robi najoryginalniejszej muzyki pod słońcem i chyba nie odkrywa ameryki – po prostu wiele osób żyjących w nieco innym świecie na nich trafia i tak oto są oni taką „entry level” awangardą🙂 . i oczywiście statystyki kłamią. 442 oceny dla The Dance Of The Moon… na to o 80 więcej niż ostatni 50 Cent.

  9. a mnie akurat guzik obchodzi opisywanie „warsztatowej” i „technicznej” strony muzyki. Jeżeli uznany recenzent (w tym wypadku Pan Chaciński) pisze że NSB jest „najczystszą, nieprzewidywalną podróżą dźwiękową”, to ja to kupuję, bo wiem że jak posłucham to mnie zabierze w siną dal. to odnośnie komentarza KRZYŚKA

  10. @Krzysiek -> Muszę poprzeć obu Kamilów, z analizy muzykologicznej nic by nie wynikło. Muzykologiczna terminologia i praktyka kończy się gdzieś w tym miejscu, gdzie zaczyna się liczyć głównie klimat, brzmienie, przytomne korzystanie z efektów itd, a przestają tradycyjne parametry kompozycji (metrum, rytmika, melodia, harmonia, dynamika). Nie to, żebym nie znał muzykologów, którzy byliby w stanie coś ciekawego powiedzieć o NSB. Tyle tylko, że gdyby to mówili, przełączyliby się niejako automatycznie na styl, w jakim my o tej muzyce teraz rozmawiamy. A może już w tej chwili czyta te słowa jakiś muzykolog i mógłby osatecznie rozstrzygnąć dyskusję?
    I jeszcze jedno: z zakupem musisz się spieszyć, w Blackest Rainbow patrzą na to wydawnictwo już jako na „past”: http://www.blackest-rainbow.moonfruit.com/#/past/4523430805

    @Kamil Antosiewicz –> Zawstydziłeś mnie, bo z tych wszystkich punktów odniesienia znam tylko Zoviet France (no, poza Half Life oczywiście…🙂 ) – ale poszukam!

    @karmazyn –> Dzięki. To miłe.

  11. czy ja wiem czy oni tak rządza , słuchać odniesienia tu do Dirty Three , tu do droningu Starsów , tu wyskoczy nagle jakieś Yume Bitsu a tu Hash Jar Tempo , jednak rzecz bardzo bardzo dobra , fakt😉

  12. Właśnie odkryłem, że jednak mam nagranie Thuja na wspólnej płycie z My Cat Is An Alien – i coś jest na rzeczy!

  13. ja sobie Bugskulla słucham , zajebista nisza – polecam !

  14. Panie Bartku, napiszę nie na temat.
    Bardzo chcieliśmy Panu podziękować za to, że wpisał się Pan do „Mikołajka”, którego podsunął Panu wczoraj w Trójce mój synek Kuba. Cieszył się🙂 bo lubi Pański „Totalny słownik najmłodszej polszczyzny”, a nie miał go przy sobie. Słownik dałałam mu, gdy przyszedł do mnie z prośbą o rozszyfrowanie skrótowca CHWDP. Akurat przy takiej okazji, no cóż, ale przynajmniej dostał objaśnienie z klasą.
    Sama też często korzystam z Pańskiego słownika w pracy (jestem tłumaczką). Pozdrawiam Pana i Kuba też Pana pozdrawia

    Magda

  15. dlatego też pozwoliłem sobie na te, nieco trywialne, określenie „zboczony”. może jednak istnieje kilka terminów, którymi można by operować opisując to, co robią Francuzi. po prostu fajnie by było odbić się czasem od tej abstrakcyjnej przestrzeni, po której my – słuchacze, krytycy mniej lub bardziej profesjonalni – się poruszamy. bo czy o to chodzi, żeby w tego typu tekstach oddawać atmosferę dzieła?
    nie wiem, może się mylę, ale wydaje mi się, że popadamy w jakieś strasznie nudne schematy przy pisaniu o wymykających się z tychże schematów Czarodziejach. nie mogąc operować konkretami, próbujemy odtworzyć nasz stan psychiczny towarzyszący słuchaniu, jednocześnie zapominając jakich środków używają muzycy, żeby wprowadzić nas w owy stan jedności z kosmosem🙂
    chociaż dla kogoś, kto zetknął się lub zetknie z daną nazwą po raz pierwszy na tym blogu, taki opis może być wystarczającą inspiracją. Zdają się to potwierdzać słowa karmazyna.
    a ja i tak naiwnie będę sobie wierzył, że ktoś, kiedyś, podejmie się napisania książki o Natural Snow Buildings, tak aby ich muzyka dotarła do jeszcze szerszego grona potencjalnych słuchaczy i żeby nie trzeba się było aż tak spieszyć z kupnem nowego albumu, przy całym poparciu tego, że ma to swój urok.

    a co do urlopu, to jeśli takowy będzie miał miejsce, to polecam wspomnianego już gdzieś wyżej Stevena R. Smitha. przebogata i zróżnicowana dyskografia. ostatni album potwierdza słuszność drogi jaką sobie obrał, a z której często zbacza w swych licznych projektach. Pod szyldem Hala Strana wydał dwa wybitne albumy, które, uważam, wyznaczają nową drogę w muzyce folkowej. Smith nie upiększa swych kompozycji, wykorzystuje przebogate instrumentarium nie gardząc możliwościami field recordingu i dronowym kurzem. uzyskuje w ten sposób dość surowe brzmienie, które jednak porusza najbardziej skryte struny w człowieku.

  16. Hala Strana mnie czeka , a teraz polecam wszystkim „Snakland” Bugkulla (koleś ma 7 500 odtworzeń na laście , w sprawie jego płyt piszcie do mnie , znajdziecie to na jednym blogu) , to jest po prostu odjazd , Shields spotyka Barretta , psychodeliczne lofi , połowa lat 90. , pre-Animal Collective , musicie !

  17. @maurug –> Odpowiem na ten komentarz oddzielnie, mailem.

    @Krzysztof –> Już biorę na celownik Stevena R. Smitha. Thuja mi się podoba, przesłucham resztę jego projektów.

  18. Opisać słowami niedefiniowalną ekspresję jaką jest muzyka to wyczyn nie lada dla ograniczonej jednostki jaką – póki co- jest człowiek. Wszelkie nadawanie muzyce etykiet jest dla niej-moim zdaniem- krzywdzące i sprowadza głębię i bezkres muzycznego świata to tego właśnie definiującego określenia. Zawsze byłem pełen podziwu dla „artystów” (czyt. dobrych recenzentów), którzy potrafili w sposób wyzuty z cynizmu oddać klimat i demiurga muzyki właśnie. Być może mam jeszcze przed oczami duszy przeżycia narratora głównego bohatera dzieła „Mdłości” Sartrea ale wiem to teraz i chyba wiedziałem to w głębi mego romantycznego serca od zawsze. Opis muzyki musi odzwierciedlać przeżycia opisującej ją osoby i być konsekwentnym zapisem emocjonalnego wzlotu „piłata” muzycznego dzieła, a co za tym idzie, powinna być oddaniem ducha i klimatu opisywanej muzyki. Nie zapominajmy o tym że muzyka jest sztuką a nie rzeczą i wszelkie przyziemne deskrypcje do niej nie pasują. (to odnośnie komentarzy krzyśka).

  19. Pingback: 35 najlepszych płyt roku 2009 « CHACIŃSKI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s