A gdyby tak nie było The Beatles?

beatles-revolver

The Beatles wielkim zespołem był. Powiedzmy to sobie na początek, żeby nie było później żadnych niedomówień i pretensji w komentarzach.

Ale mając to stwierdzenie już za sobą, mogę przejść do rzeczy, czyli do czynności znacznie ciekawszej, jaką zawsze było podszczypywanie największych tego świata. Tym bardziej, że przybyło mi nieco energii po dwutygodniowym urlopie (przepraszam za blogową małomówność w tym czasie, ale urlop i blog – w wypadku osoby uzależnionej od Internetu w tym stopniu co ja – wykluczają się). A jedną z milszych rzeczy, które czekały na mnie po wakacjach, był komplet zamówionych na Amazonie remasterów najlepszych (w moim skromnym mniemaniu) płyt The Beatles.

I od razu pierwsza dygresja: zakupione przez Internet, w przedsprzedaży płyty te kosztowały mnie po 9,99 dolarów za sztukę, czyli 27,90 przy dzisiejszym kursie dolara. Plus jakieś pięć dolców za przesyłkę (przyspieszoną) za każdą i lądujemy koło 40 zł. W polskim sklepie internetowym wydałbym – nie licząc przesyłki – 58,49 zł. Czy ktoś się jeszcze zastanawia, dlaczego w Ameryce mają więcej zdolnych młodych muzyków, którzy przesłuchali żelazną klasykę muzyki rozrywkowej? W każdym razie znów z przykrością muszę polecić import. Zamawiając cztery płyty The Beatles, pewnie jeszcze załapiecie się na import bezcłowy, a zawsze można zamówić w dwóch kawałkach. Koniec dygresji.

Co to ja mówiłem? Aha, cztery najlepsze płyty. Powinienem w tym miejscu wspomnieć, o które chodzi. Nie będę oryginalny. Ta czwórka to: „Revolver”, „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, „The Beatles” (tzw. Biały Album) oraz „Abbey Road”. Brzmią w tej edycji rzeczywiście lepiej. Nie są to przy tym zmiany brzmieniowe ingerujące w oryginalny materiał w sposób pozbawiony kontroli. Nie jest to, słowem, skompresowana wersja Beatlesów jak na „Love”. Chociaż nieco bardziej skompresowana na pewno, skutkiem czego głośniejsza. Przy okazji odsłuchu z zaskoczeniem stwierdziłem, że wersja „Revolver”, którą posiadałem dotąd na CD – a wstyd się przyznać, jest to wersja firmy Selles, legalna w swoim czasie, jak najbardziej – ma wszystko odwrócone w miksie. To znaczy, że z grubsza to, co jest w kanale lewym u Sellesa, w oryginale jest po prawej stronie. I odwrotnie. Mogę więc spokojnie powiedzieć, że bardzo istotną w dyskografii The Beatles płytę poznawałem zupełnie od nowa. I od niej zacznę. Bo postanowiłem zadać sobie pytanie o to, czy w czasie, gdy kolejne płyty The Beatles określano mianem nowatorskich, naprawdę pionierskich wyczynów nie dokonywał aby ktoś zupełnie inny?

The Beach Boys „Pet Sounds” (Capitol) , maj 1966
VS.
The Beatles „Revolver” (Parlophone), sierpień 1966

Beach Boysi byli pierwsi. Problem polega na tym, że z dzisiejszej perspektywy tamte trzy miesiące z łatwością można zaniedbać. Z drugiej strony, przy spójnej wizji artystycznej, jaką miał Brian Wilson, „Revolver” jest płytą rozedrganą i rozdartą między ludycznym „Yellow Submarine” a eksperymentatorskim „Love You To”, między leciutkim „Taxmanem” a zagadkowym i głębokim „Tomorrow Never Knows”. O płycie Beatlesów mówi się, że to album niezwykle ważny w karierze rocka psychodelicznego. „Pet Sounds” po prostu takim albumem jest – wśród wielu albumów ostatniej dekady rozpoznamy jasny wpływ „Pet Sounds”, a czy z „Revolverem” sprawa nie będzie już aby bardziej złożona? Przez lata producencko Beatlesi wydawali mi się też słabsi od grupy Briana Wilsona. Ale kiedy posłuchałem nowych wersji, muszę przyznać: przewaga czterech śladów na korzyść The Beach Boys (w USA nagrywano już na 8-ścieżkowych magnetofonach, Wielka Brytania była w tyle) nie robi różnicy. I tylko różnice klasy kompozycji są słyszalne aż nadto – cena demokratycznych stosunków w zespole Lennona i McCartneya, podczas gdy w The Beach Boys o wszystkim decydował jeden człowiek. „Revolver” jest dla mnie bezwzględnie lepszym zestawem piosenek, w dodatku lepiej nagranych. Ale jeśli pomyślimy o znaczeniu dla przyszłości muzyki i precyzyjnej wizji – górą są wtedy The Beach Boys. Chociaż dziś wolę sobie posłuchać nowego remastera Beatlesów.

Frank Zappa „Freak Out!” (Verve), lipiec 1966
VS.
The Beatles „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” (Parlophone), czerwiec 1967

Frank Zappa „Freak Out!” to concept-album na kilku poziomach dorównujący „Sierżantowi Pieprzowi”. Ba, może nawet lepszy. O ile dzieło Beatlesów miało być ironiczne, o tyle płyta Zappy jest samą ironią. Jeśli chodzi o wykorzystywanie awangardy muzyki współczesnej, Zappa był wtedy bardziej wykształconym kolegą Lennona. Eksperymenty z taśmą u niego służyły wprawdzie świrowaniu, ale zarazem służyły czemuś. No i szły dalej niż marketingowo dobrze wykorzystane próby Beatlesów na „Sierżancie”. Starcia producentów w tym wypadku dobrze by było nie robić. Bez obrazy, Sir George Martin pozostanie wybitnym producentem Beatlesów. Tom Wilson, współtwórca świetnie brzmiącej do dziś płyty Zappy, zaliczył wcześniej Boba Dylana, a później choćby The Velvet Underground. Zappa miał ponadto do dyspozycji studio dużo nowocześniejsze niż to, do którego dostęp mieli Beatlesi. To wciąż efekt przepaści technologicznej, o której wspominałem wyżej. Choć trzeba zaznaczyć: Automatic Double Tracking – czyli automatyczne podwajanie nagrywanej ścieżki, by dźwięk był potężniejszy, pełniejszy – było jednak technologią stworzoną specjalnie dla Beatlesów. Nie zmienia to faktu, że nieopierzony wąsacz nagrał pierwszy dwupłytowy debiut w historii, grając na nosie wszystkim, także Beatlesom. Rok po „Sierżancie” wyda zresztą album „We’re Only In It For The Money”, na którym zestawi Beatlesów z hipisami, sparodiuje styl słynnej Czwórki, a w dodatku jeszcze wyśmieje koncept okładki „Pieprza”. Problem w tym, że traktowano go jako satyryka, więc – co jest regularnie w takim wypadku popełnianym błędem – nie traktowano poważnie.

The Velvet Underground „The Velvet Underground & Nico” (Verve), marzec 1967
VS.
The Beatles „The Beatles” (Parlophone), listopad 1968

Nie przyjmuję argumentu, że byłem złośliwy, zestawiając właśnie te dwa albumy. TB mieli genialne momenty na swojej płycie, TVU mieli genialne na swojej. TB mieli transcendentną medytację, TVU mieli narkotyki. Nad TB unosił się duch Fluxusu, grupy artystycznej, w której działała Yoko Ono nawiedzająca ich studio nagraniowe, nad TVU unosił się duch pop-artu (wiadomo) i La Monte Younga oraz również Fluxusu (John Cale pracował z Johnem Cage’em). TB mieli okładkę, która była efektem znajomości najnowszych trendów na rynku sztuki. TVU mieli okładkę, która była dziełem sztuki. TB mieli listy przebojów, TVU mieli naśladowców, którzy mieli listy przebojów i mają je do dziś.

The Stooges „The Stooges” (Elektra), sierpień 1969
Led Zeppelin „Led Zeppelin II” (Atlantic), październik 1969,
Captain Beefheart & His Magic Band „Trout Mask Replica”  (Straight), czerwiec 1969
VS.

The Beatles „Abbey Road” (Parlophone), wrzesień 1969

Teraz to nawet mnie będzie bolało, bo uważam „Abbey Road” za płytę, z którą czas obszedł się doskonale. Ma rockową drapieżność, dynamikę, miksowana była z myślą o stereo, wszystko jest tu nowoczesne i stanowi bez dwóch zdań punkt wyjścia dla całego brytyjskiego rocka lat 90. – przy czym gdy chodzi o klasę kompozycji broni się po latach lepiej niż właściwie cały Brit-pop. Ale znów pisanie o tym, że to pionierski album pod względem techniki studyjnej jest trochę na wyrost. Co prawda płyta była nagrywana na magnetofon 8-ścieżkowy, ale używano tych samych tricków co poprzednio. Królestwo dalej było w tyle za USA i ten sam muzyk, którego nazwisko wymieniłem poprzednio – czyli Frank Zappa – był znów w awangardzie. Gdy Beatlesi mocowali się z ośmioma ścieżkami, jego „Hot Rats” w tym samym roku nagrywane było szesnastu trackach. Reklamowanie przywiezienia przez The Beatles do studia „jednego z pierwszych syntezatorów Mooga” już kompletnie nie ma sensu. The BBC Radiophonic Workshop działał w najlepsze, w czołówce brytyjskiej listy przebojów był przebój „The Minotaur” Dicka Hymana nagrany TYLKO z użyciem mooga, a dwa lata wcześniej maszynką Mooga bawili się w studiu The Doors. White Noise nagrali rewelacyjny album na syntezatorach. Ba, amerykańskie klony Beatlesów z The Monkees byli pierwsi w pogoni za moogiem, choć to już zakrawa na złośliwość losu.
Zostaje nam więc pionierskość rockowej wizji Beatlesów w samych kompozycjach. Hm. I tu mam parę kolejnych problemów. „Abbey Road” wyszło pod koniec września. Wcześniej ukazał się epokowy album The Stooges. Gdzie im tam do kompozycji Beatlesów. No ale zamiast zdrowo konkurować po prostu rozsadzili rynek muzyczny. Uznać ostrego brzmienia Beatlesów za sygnał powstawania metalu też się nie godzi, bo miesiąc później Zeppelini zameldowali się ze swoją „dwójką”. Ich wkład w dzieło rocka alternatywnego nie mnie oceniać, skoro Captain Beefheart swoje opus wydał na świat w czerwcu tegoż samego roku. Ciężki to musiał być rok, jeśli tak ciężką muzyką stał. I ciężko mieli Beatlesi. Nic z powyższych (powtarzam to po raz setny chyba, ale z konieczności) nie zmienia faktu, że „Abbey Road” to kapitalna płyta.

Na koniec pomodlę się jednak chwilę do Beatlesów, jak każdy porządny sympatyk muzyki rockowej. Otóż żadne z powyższych porównań nie zmienia faktu, że Beatlesi byli co roku au courant najważniejszych zmian w muzyce. I że cały zestaw swoich klasyków zawartych na trzynastu płytach nagrali i wydali w ciągu siedmiu lat. To tyle, ile w tej chwili zajmuje popularnemu zespołowi wydanie dwóch płyt. W dodatku łatwo się zderza poszczególne albumy Beatlesów z najlepszymi często albumami innych wykonawców. Ale zderzyć całą dyskografię – tu już nie byłoby tak prosto. Dowolny album Beatlesów można zestawić z tym, co w odpowiednim okresie było najciekawsze, i wyjdzie na to, że tylko oni dawali rade ciągle być w czołówce. Ba, użyję tu mojego ulubionego słowa: powtarzalność (w sensie powtarzalności wyników) mieli wielką. I choć właściwie wszystko mogłoby się wydarzyć w muzyce i bez nich, pozostaje jeden problem: nie byłoby Beatlesów, stałego punktu odniesienia.

No to teraz możecie mnie zlinczować, ale posłuchajcie sobie wcześniej remasterów dla poprawy nastroju. I rzućcie okiem, bo to bardzo ładnie wydane płyty. Możecie też sobie o nich poczytać w tekście Mariusza Hermy tutaj.

51 responses to “A gdyby tak nie było The Beatles?

  1. Linczu nie będzie, bo nie ma za co. Piero Scaruffi od początku na swojej stronie powtarza, że The Beatles to najbardziej przeceniony zespół XX wieku. Rzecz jasna na wyrost, ale każdy ma swoje zdanie. Porównania są interesujące, bo zestawiłeś sam kanon ówczesnej muzyki. Racja, że „Pet Sounds” w tej chwili ma większy wkład w muzykę niż „Revolver” (wystarczy spojrzeć jak wszyscy chcą odwzorować harmonie wokalne grupy). To znowu świetne, że Wilson i McCartney ze sobą rywalizowali wtedy, dzięki temu dostaliśmy jedne z najwybitniejszych płyt muzyki popularnej. Zappa nie był tak popularnym muzykiem i jego twórczość była trudniejsza do przyswojenia, stąd innowacje artysty przeszły jakoś bokiem, a sierżanta do tej pory uważają za coś prosto z nieba (sam na egzaminie musiałem napisać akurat o tym albumie czemu jest ważny). Świetne punkty styczne między bananem i białym, a „Abbey Road” konkurencję miał niesamowitą (i tak Miles Davis z „In A Silent Way” wymiótł wszystkich, ale trzymajmy się rocka :P). Jakby tak spojrzeć to wszystkie eksperymenty słynnej czwórki dlatego były i są uważane za ważne, bo wykonała je grupa na szczycie, która nie bała się zaryzykować zmianą stylu (fakt, że było stać ich na ewentualną porażkę :P)

    Ja również uwielbiam płyty Beatelsów, szczególnie od „Rubber Soul” do „Abbey…”, ale co raz rzadziej ich słucham. Koherencja to był ich znak firmowy i główny atut według mnie. Swoją drogą zrobiłeś mi ochotę na te remastery swoim wpisem, ale to był jeden z zamiarów zapewne😛

  2. mrukmakaruk

    ech, uwielbiam czytać o naszych cenach płyt, więc pozwolę sobie na dygresję;-) Wpolskim sklepie płacimy głównie za VAT (22%, w Stanach go nie ma, Anglicy mają 15%, Niemcy, Holandia 19 itd.), koszty transportu (ok. 4-6 zł za płytę), koszty przelewów/prowizje (+/- 1 zł/płytę) no i wysokie ceny hurtowe u polskich dystrybutorów, którzy odbijają sobie tym samym rabaty dla merlinów i innych MM. O ile mainstreamowa płyta w UK kosztuje 21 zł, to ten sam tytuł u nas jest po 40 zł (hurt oczywiście). To smutne, po prostu.

  3. Rozumiem, ze ta zacheta do linczu, jest prowokacja do aktywnej dyskusji. Chyba byloby niesprawiedliwie, dokonywac linczu, za prawdziwe stwierdzenie. Ja jestem bardzo zobowiazany za ten wpis, bardzo duzo dowiaduje sie z tych artykulow. Poza tym, chyba nie kazdy, moze pisac o The Beatles : ) Szacunek! Wyglada na to, ze wakacje byly udane, chociaz tematyka wpisow nieco monotematyczna w swym psychodelizmie. Ale to tam, zdaje sie, znajduje sie Punkt G – muzyki. Chi, chi.
    Na pytanie, a co by bylo…?
    W mojej ocenie muzyka The Beatles wprowadzila pure acid pod strzechy. Krolowa wrecza tytuly szlacheckie za zaslugi dla imperium. The Beatles swa harmonia zmienilo umysly ludzi. 1984 George’a Orwell’a bylo opisem Brytanii nie systemu komunistycznego. Wielki Brat The Bitels, czy to nie budzi skojarzen z robakami interetowymi? Dorzucmy do tego Lema, Philip’a Dick’a i bedziemy mieli interesujaca historie. Chi, chi. Mysle ze esencja produkowana przez The Beatles osiagnela taka sile ze mogla zmienic umysly ludzi przez swa totalnosc i w dodatku rzucilo kamieniami stonheadge w muze swiatowa budujac brytyjskie imperium muzyczne. Chociaz. Ostatnio ogladalem Help w telewizji i … to nie jest dobry film : )

    You Welcome! Thanks for add.

    Ostatnie pytanie. Czy bedzie wpis o Yo La Tengo? Ja pelzam przed ta plyta, ale ja jestem emocjonalnie niezrownowazony. Chcialbym poznac opinie. Skoro nie obawiasz sie pisac o The Beatles… : )
    Pozdrawiam.

  4. Komentarz nade mną nie ma sensu.

    A poza tym – dobra wpis, Bartku, ale Ameryki nie odkryłeś, prawdę mówiąc…

    • Wszystkim trzymającym łapy na dorobku Fab Four życzę jak najszybszego wyjścia z trzeciego świata i podpięcia się pod e-dystrybucję. Ptaszki ćwierkają o przyszłym roku choć z drugiej strony, na reedycję wersji CD albumów czekano i czekano…

  5. @xxyy50
    Nie obraz sie stary, ale… Jestes Gupi.

    ———————————————-
    call me shrek

  6. @część dyskutantów –> Spokojnie, spokojnie.🙂

    @ vlad.pavlovy –> Będzie o YLT na pewno cosik. Ja też z tych, którzy przed nimi klęczą.

    @Kamil –> In a Silent Way kładzie wszystkich, Teo Macero był najlepszy.🙂 Gdyby on wyprodukował Beatlesów, to byłby kosmos! No ale już za późno. Nie ma komu produkować, no i nie ma kogo…

  7. No niestety. Stara, dobra szkoła albo już umarła albo zbliża się do tego:/ Ale by żuczki brzmiały, gdyby Macero produkował ich którąś płytę, masakra😛 A niedługo rok 1989 u ciebie w audycji! Już listę mam dawno, trzeba będzie wysłać. Ciekawe czym zaskoczycie. Obstawiam, że u ciebie Bartku będzie bardzo wysoko, być może koło 1 miejsc Galaxie 500 z „On Fire” i Spacemen 3 „Playing With Fire”😛

  8. Jakoś tak w świecie muzyki jest, że równie niezbędni są innowatorzy i ci, którzy „tylko” podglądają, syntetyzują i wprowadzają do szerszego obiegu.

    Elvis „tylko” syntetyzował”, Prince „tylko” syntetyzował”, tak samo Aphex Twin czy Radiohead (zawsze mnie śmieszy krytykowanie tych ostatnich pod hasłem „Autechre wymyśliło to już kilka lat wcześniej”). I oczywiście Beatlesi – po Twojej wyliczance widać, jak imponująco szybko reagowali na nowe bodźce.

    Przed momentem rozmawiałem z Karlem Bartosem, który zszokował mnie lekko stwierdzeniem, że bez Beatlesów nie tylko nigdy nie trafiłby do Kraftwerku, ale i w ogóle by nie pomyślał o graniu muzyki. Jego mistrz perkusji? Ringo Starr…

  9. @Kamil –> Wygląda na to, że Ciebie niczym nie zaskoczę🙂

    @Mariusz –> Kraftwerk? A co to takiego?? Sądząc z wyglądu – jakiś pozbawiony wdzięku klon The Beatles…😉
    Co do innowatorów – zgadzam się w zupełności.

  10. Być może nie czołówką Bartku, ale dalszymi pozycjami😀 Też się zgadzam z Mariuszem. Celna uwaga z Radiohead, a z Kraftwerk (lubię, ale nigdy fanem nie byłem, wolę Neu!, Klausa Schulze, Cluster czy Tangerine Dream) to potwierdza się stara prawda – na kogo ci czterej panowie nie mieli wpływu, więc lepiej się już nie dziwić nawet😛

  11. Pingback: Ziemia niczyja | Mariusz Herma » Blog Archive » David Sylvian

  12. Nice try, Bartku, ale rzecz sprowadza się tak naprawdę tylko do jednego – Beatlesi mieli najlepsze piosenki😉

  13. @szubrycht –> Ależ nie przeczę, choć nie o tym pisałem.🙂 Z drugiej strony – wszystko zależy od kryteriów „najlepszości” piosenek.
    Z lekkim przymrużeniem oka, tak dla żartu, w weźmy pod uwagę taką na przykład „zanucalność” jako kryterium. I tu TB obrywają od TVU. Bez przygotowania z pamięci jestem w stanie zanucić 8 z 11 tematów Reeda i Cale’a. Podobnego współczynnika nie ma u mnie nawet „Please Please Me”, nie mówiąc już o późniejszych albumach Beatlesów. Rozstrząsanie, czy „Venus In Furs” jest lepszą piosenką, czy może „A Day In The Life”, to trochę powyżej mojego poziomu. Wiem, że obie są cholernie dobre. Tak więc zgadzam się z Twoją opinią, pod jednym wszakże warunkiem – że zmodyfikujemy nieco zdanie i powiemy: „Beatlesi mieli NAJWIĘCEJ najlepszych piosenek”.

  14. Tak, o to mi chodziło, ale nie potrafiłem tego tak ładnie ująć. Najwięcej najlepszych! \m /

  15. Zacznijmy od tego kto zna Piera Scaruffiego ;] ( jeśli ktoś lubi o studiowanie nisz to polecam , generalnie każda muzyka improwizowana wychodzi lepiej u scaruffiego , kryteria jego oceniania dotyczą kreatywności i „wizjonerstwa” muzyków , nie zaś kreatywność popowej , tworzenia nośnych piosenek popowych , których Beatlesi byli mistrzami (wiem że mi się dostanie za tą „nośność” – pewnie powiecie że to faux pas i tak dalej (stare śpiewki) , ale ja naprawdę jestem ich fanem , really…

  16. Beatlesi byli wizjonerami w popie , ja popu słucham najczęściej i … oby tak zostało😉

  17. Niezły wykład z historii muzyki.

    Dopisuję się do fanów „In a Silent Way”. Można jeszcze „Forever Changes” Love porównać z materiałem z kompaktowej reedycji „Magical Mystery Tour”. Wiem, że bardzo naciągane, ale dla mnie MMT to prawie najfajniejsza płyta Beatlesów (choć nieprawdziwa, bo sklejana).

    Chyba też zacznę zakupy od „Revolver”, bo też mam wersję z pozamienianymi kanałami. Z drugiej strony, jest duża szansa, że głośniki mam odwrotnie podpięte i słyszę „remaster” :]

  18. Racja z tym co napisałeś o Pierze, ale mylisz się w kwestii jego gardzenia kreatywną muzyką popową. Na swojej stronie z gatunkami listę popową ma całkiem dobrą, ale jak wiadomo każdy słuchacz ma swoje preferencje. Jak chcę dobry pop sobie znaleźć to zaglądam częściej do Roberta Christgau dla przykładu😀 Scaruffi jest od szaleńców, dziwaków i wizjonerów, odwołując się do pewnych panów😛

  19. właśnie przed chwilą słuchałem „Forever Changes” Love , a od siebie dorzuciłbym porównanie do „The Piper at the gates of dawn” Pink Floydów…

    Jakoś wolę Scaruffiego od Christgau , co druga rzecz od Christgau ma kategorię (A) , ma nawet takie (nie chcę używać tutaj pewnych określeń , które byłyby akurat w tej sprawie najtrafniejsze) coś jak Offspring , więc wybacz😉

  20. a jeśli tak wizjonerskie dzieło jak „Spiderland” Slinta otrzymuje u niego kategorię(C + ) , no to wybacz stary , Scaruffiemu natomiast świetnie udało się wybrnąć z tysiąca krzyżujących się nurtów , wyłapać inspiracje i wpływy i tak dalej , wykonał on katorżniczą pracę / ba on zna się nawet na teoriach kongnitywistycznych – i jak tutaj nie popaść w kompleksy😉

  21. Też wolę Scaruffiego od Christgau. Fakt, jego oceny jak A- dla płyty Offspring, a niska dla Slint jest śmieszna, no ale Scaruffi też nie trafnie ocenia Beatlesów, więc jest po równo. Christgau lubi prostą muzykę rockową czy popową, aczkolwiek zazwyczaj nie prostacką, a jego styl pisarski jest rewelacyjny, bogaty w odniesienia kulturowe i pomysłowe konstrukcje recenzji. I nie zgodziłbym się, że co druga rzecz ma kategorię A. Spójrz dokładnie na jego listy i porównaj sobie z tym ile on słucha w ciągu roku. Jest cholernie ostry, a czytałem, że koleś 2000 płyt rocznie przesłuchuje, z czego jakieś 400 recenzuje, bo po 2 przesłuchaniu wydają mu się, że coś mają lub nie i jedzie dalej. To się nazywa system pracy heh. Scaruffi jak dla mnie czasami trochę za bardzo teoretyzuje i człowiek wydaje się przy nim głupi, a nie na tym polega pisanie recenzji, gdzie czytelnik nie ma pojęcia co czyta. Ale facet jest niesamowity i na kształtowanie mojego gustu muzycznego miał ogromny, jak nie największy wpływ.

  22. na kształtowanie mojego cały czas ma , również uważam że prawda zawsze leży pośrodku , a Piero wydaje się być trochę snobem w odniesieniu do The Beatles , to jest taka trochę kontrowersja na „siłę” , zainteresuje się teraz bardziej Christgau , ciekawie pisze również Starostin , aczkolwiek mało ma tych recenzji…

  23. Starostin tak jak Adrian Denning, nic ciekawego, bez większej erudycji, takie pisanie po którym nic nie zostaje w głowie. Jak już to ludzie typu Jon Pareles, Simon Reynolds, David Fricke (choć posiada wady każdego dziennikarza Rolling Stone) czy Ann Powers. Jest ich sporo, w stylu starej gwardii Greila Marcusa czy Dave Marsh’a, albo Nicka Kenta. Anglosasi dominują, co tu więcej mówić.

  24. Scaruffi? Albo geniusz, albo szaleniec. To można odnieść do niego samego. Jestem nieufny wobec ludzi, którzy twierdzą, że znają się na wszystkim, a to właśnie taki przypadek. Szanuję pracę Scaruffiego, czytam jego teksty, ale nie ufałbym jego sądom na temat poszczególnych płyt. Nie tylko jego niechęć do The Beatles uderza. Wg Scaruffiego soundtrack „Christmas On Mars” zawiera więcej pomysłów niż 5 ostatnich płyt The Flaming Lips, Radiohead jest najbardziej przecenianym zespołem dekady (brawurowe twierdzenie, ale każdy średnio rozgarnięty słuchacz znalazłby pięć bardziej przecenianych), a największym osiągnięciem grupy Kraftwerk na „Trans-Europe Express” była elektroniczna symulacja dźwięków podróży pociągiem (sic!).
    Christgau jest mi obcy, muszę przyznać (i nadrobić zaległości). Poczytam. Obawiam się jednak, że wystarczy zostać przy Reynoldsie, Robie Youngu czy Sashy Frere-Jonesie. Żaden z nich nie pisze w tej chwili historii świata, więc jest szansa, że rzeczywiście słuchają opisywanych płyt😉
    Poza tym nie da się słuchać 2 tysięcy płyt rocznie. Przynajmniej z mojego punktu widzenia to niemożliwe. Pamiętam dobrze wywiad z jednym z najbardziej znanych polskich dziennikarzy muzycznych, który twierdził, że słucha nowych płyt cały dzień, już od śniadania – że cały dzień spędza słuchając płyt. Nie chciałbym robić w tej chwili czegoś takiego, co musi robić ten pan. Wolę już „lenistwo” i przesłuchanie paru nowych albumów tygodniowo.

  25. No Scaruffi to jest taki typ, że czasem ręce opadają. Nauczyłem się nie zwracać uwagi na beznadziejne osądy na temat U2 czy Radiohead właśnie i szukać rzeczy, których nie znałem. Żaden krytyk muzyczny nigdy nie będzie się znał na wszystkim, bo to niemożliwe. A słuchanie dużej ilości muzyki ma swoje plusy i minusy, ale wolałbym mieć tak jak ty Bartku, jeśli już mam wybierać. Lepiej się nigdzie nie spieszyć, bo nie raz zmieniałem zdanie na temat płyty, którą uważałem za słabiznę. Roba Younga nie znałem, bo nie stać mnie jeszcze, by dać 40 zł za magazyn „Wire”.😛 New Yorker jest o tyle ciekawy, bo któryś z krytyków filmowych albo muzycznych, nie pamiętam dokładnie kto, powiedział, że jest to świetne miejsce do pisania i dobrego zarabiania. A rozgorzała dyskusja u Mariusza o „Manafon”. Co sądzisz o niej? Bo tak ostatnio brakuje tutaj twoich opinii na temat nowych płyt😛

  26. Zwracanie na siebie uwagi głównie ilością i/lub ostrością sądów mnie osobiście niezbyt odpowiada, ale w każdej dziedzinie życia znajdą się sportowcy, którym marzy się miejsce w księdze Guinessa.

    David Stubbs, Sasha Frere-Jones, Simon Reynolds – moje typy. Wszyscy urodzeni w latach 60. – dorastali na najlepszych rocznikach Rolling Stone’a?

  27. @Mariusz –> O, tak. Ma to coś z Guinessa na pewno.

    @Kamil –> „Manafon” jeszcze do mnie nie dotarł. Czekam z niecierpliwością i jak tylko przyjdzie, poświęcę mu trochę miejsca. „The WIre” można teraz kupić w cyfrowej prenumeracie – 30 funtów za rok, czyli niecałe 150 zł za 12 wydań + dostęp do pełnego kilkuletniego archiwum. Gra jest warta świeczki moim zdaniem, bo to najlepsze, co można z prasy muzycznej kupić za pieniądze.🙂 Za 30 dolców można mieć z kolei roczny dostęp do Rock’s Backpages – zbioru tekstów najlepszych muzycznych dziennikarzy. Akurat nie za bardzo lubię sprzedawanie tekstów w sieci, ale w tym wypadku warto się tym zainteresować.
    Aha – i do tej listy dziennikarzy dorzucam Jona Savage’a, troszkę starszy od reszty, no i bardziej dziennikarz niż krytyk, ale warto poznać jego teksty.

  28. Rock’s Backpages znam i ciągle się zastanawiam nad nim😛 (Ostatnio sobie sprawdzałem jakie mają teksty Reynoldsa i rzecz jasna szlak mnie trafił, że nie mogłem ich przeczytać :P) Z tym Wire faktycznie brzmi zachęcająco. Pomyślę, bo od dłuższego czasu bardzo przywiązuje uwagę do opinii tego magazynu. No ja poznawałem cały kanon muzyki XX wieku od lat 60-tych, dzięki właśnie ludziom piszącym dla Rolling Stone w latach 70-tych, jak wspomniany przeze mnie wcześniej Dave Marsh czy Paul Nelson. Od lat 80-tych niestety czasopismo nastawia się co raz bardziej komercyjnie (nic dziwnego) i po drodze popełniają potworki jak 3 gwiazdki dla „Daydream Nation” czy „Nevermind”, później zmieniając nagle osąd. Ale z przyzwyczajenia śledzę o czym oni piszą. A w Jona Savage’a prace będę musiał się zagłębić, bo widzę, że ciekawe rzeczy ma na koncie.

  29. Właśnie wróciłem z kilkudniowego wypadu do Liverpoolu, który jest wręcz obrandowany Beatlesami – od lotniska (Lennona), poprzez tematyczne puby, hotele (A Hard Day’s Night Hotel), pomniki w centrach handlowych po muzeum (Beatles’ Story) – ale reedycja przeszła bez echa (jedynie lokalne HMV zdobi ogromna plandeka ze zdjęciem Fab Four i tyle).

    Podpytywałem lokalesów czy coś miało miejsce, ale ci albo nie wiedzieli o czym mowa albo ze smutkiem stwierdzali „around here nobody gives a shit”. Dodam, że muzeum (Beatles’ Story) to chyba najgorszy tego typu obiekt w jakim byłem a trochę ich widziałem – wybiórczość instalacji, traktowanie po łebkach muzyki i skupienie się na encyklopedycznym wymiarze ich kariery. Serio, 2/10.

    Korzystając z okazji obkupiłem się prasą muzyczną – temat Beatlesów przewałkowany mocno, ale chyba tylko Mojo udało się wskrzesić romantycznego ducha muzyki przywołując tony anegdot ze studia (prace nad ostatnim krążkiem, personalne konflikty, wypowiedzi inżynierów dźwięku, w tym Alana Parsona). Q poległo skupiając się na jakiś pseudo ciekawostkach (etap Hamburga, pierwsze koncert, Lennon zwraca się do fanów per „Nazis”). Ale to i tak dużo więcej materiału niż stronka w Machinie i półtorej w Przekroju.

    BTW HMV wyprzedaje wszystko. Dosłownie. Książki Reynoldsa do nabycia po 4-5 funtów. Na półeczce świeżutkie Loops (nie pamietam ceny). A, autobiografia Briana Wilsona za 7-8funtów. Tona badziewia o Madchesterze („My life with Happy Mondays” Beza za 2funty choc to podajrzane ze ten cos z tamtegookresu pamieta;p). A u nas? Andrzej Buda ze swoją „encyklopedią”.

    Przy książkach będąc – o ile mnie pamięć nie myli to podobne opinie co do Twoich Bartku prezentowali już panowie Łobodziński-Brzozowicz w swoim potworze „100 płyt” (coś tam coś tam).

  30. @iammacio –> Dzięki za recenzję muzeum Beatlesów. Będę unikał.

    Co do „100 płyt, które wstrząsnęły światem” Brzozowicza i Łobodzińskiego – czas utwierdza mnie w przekonaniu , że to była bardzo dobra rzecz jak na polski rynek, ale z drugiej strony powinna się nazywać „100 płyt, które nie wstrząsnęły Polską”, bo wiem, że dziesięć lat temu nie było łatwo to sprzedać😉 Autorzy powinni zrobić nowe uzupełnione wydanie, bo mam wrażenie, że dziś książka mogłaby mieć bardziej, że tak powiem, wdzięcznego czytelnika, zważywszy na liczbę osób interesujących się historią muzyki pop i dobrze się w niej orientujących.

    W „Przekroju” było trochę więcej niż półtorej strony. Nie to, żebym miał coś wspólnego z tą powierzchnią, ale tak dla sprawiedliwości dziejowej muszę zaprotestować😉

    Jest już drugi numer „Loops”??

  31. @przekrój

    zaiste niedoszacowałem. no offence.

    @loops

    no to był pierwszy właśnie. pojęcie świeżości nieco rozszerzyłem. wszak ma się ukazywać 2razy do roku;]

    @100 płyt

    jestem za uzupełniem. ale jeżeli nowe wydanie ma kosztować tyle co pierwsze – cena na moim egzemplarzu to 89,90zł to „nie, dziękuje”.

  32. Racja. Książka „100 płyt…” była za droga. Niepotrzebnie wydali ją w albumowej formie. Kieszonkowy przewodnik kosztowałby trzy razy mniej, a zajmowałby mniej miejsca na półce.

  33. Pamiętam jak kupowałem tą książkę jakiś czas po wydaniu. Sprzedawca do mnie od razu powiedział, że pewnie by zrobił zupełnie inną setkę. Pytam się jaką? A on zamilkł heh. Też bym był za uzupełnieniem, ale za przystępną cenę. Rzecz była bardzo pomocna dla mnie (nie wliczając rzecz jasna prasy anglosaskiej), gdy zaczynałem wgłębiać się w historię muzyki popularnej. Może czas, byś ty Bartku coś napisał? Na przykład o eksperymentalnej muzyce rockowej lub coś w tym stylu? Na pewno będziesz miał pierwszego kupca😛

  34. Kamil, będę Cię trzymał za słowo i wszystko wskazuje na to, że wkrótce będzie okazja podrążyć temat🙂

  35. Bardzo mnie to cieszy🙂

  36. The Beatles nie byli wielkim zespolem

  37. a ta książką 1001 albumów , które musisz przesłuchać zanim umrzesz ?

    ja uważam że powyżej 2000 są rzeczy które wydają się niepotrzebne (Zutons , lol , Linkin Park , loooooooooooooooooooooool) , a brakuje takiego The Microphones , Xiu Xiu , Fiery Furnaces , Animal Collective , czy wybitnego dzieła …And You Will Know Us By The Trail of Dead „Source Tags and Codes” , jest tylko jedna płyta Fugazi , i brak takiego wybitnego zespołu jak Shellac chociażby , czy Don Caballero , czy ja wiem Bardo Pond (sic!) , a tak od 1950 do 1995 całkiem w pytę.

  38. awfully.naked

    gdyby nie było bowiego to by chyba było smutniej😛

  39. awfully.naked

    pretensje będą, bo przesłuchałem sobie te remasternięte 4 płyty – stwierdzam: słabizna; po chwili zanurzyłem się w płycie typu tribute this immortal coil, która żuczki kładzie na łopatki; toż nawet ostatnia i przedostatnia yoko ma więcej do zaoferowania; wszystkie piosenki tb sprawiają wrażenie opartych na jednym schemacie, odstępstwa od którego można uznać za wypadek przy pracy; proszę mnie poprawić, jeśli bluźnię;powtarzam: gdyby nie było bowiego, to by było niefajnie;

  40. Sam posiadam mnóstwo płyt od Selles(kupował ojciec bo ja w tym czas chyba do podstawówki wyruszałem). Ciekawa sprawa z tymi legalnymi piratami, w sumie wiele im zawdzięczam, bo w czasie gdy mój komputer śmigał na dosie, a muzyka kojarzyła mi się z graniem na flecie w szkole;-) mogłem poznać, z „oryginałów” takie płyty jak DSotM, Revolver, debiut Led Zepplin… Było to o tyle ciekawsze, że słuchałem z zerową wiedzą na ich temat i bez żadnych oczekiwań. O ileż inne to doświadczenie niż teraz, kiedy zanim czegokolwiek dotknę to muszę znaleźć pare rekomendacji i upewnić się że warto.

  41. Zanim zacznę odnosić się do dość smakuśnego wpisu, pragnę się z państwem przywitać, bo to mój pierwszy i być może nie ostatni raz tutej.

    Witam.

    Odnoszę wrażenie, że główna teza, po dokładniejszym przyjrzeniu, może być uznana za prawdopodobną. Być może Zeppelini obyliby się bez Helter Skelter’a a Pink Floyd bez I Want You (She’s so heavy). Dla mnie to bez znaczenia.

    Gdyby nie było The Beatles, nie byłoby przede wszystkim The Beatles.

    Nie interesuje mnie bajanie o „influence”, które dominuje w dzisiejszej historiografii popu – po prostu, wpływy, inspiracje to rzecz na przestrzeni lat coraz bardziej drugorzędna. Więcej, szkodliwa.

    Beatlesi, Hendrix, Beach Boys, VU, Zappa miliony innych z lat 60, oni wszyscy byli czyści od pewnych dzisiejszych naleciałości. Jakim wpływem mógł być Chuck Berry, opierający wszystkie swoje piosenki na tym samym schemacie? Jakim wpływem byli bluesmani, opierający wszystkie swoje piosenki na tym samym schemacie? Oczywiście, spłaszczam (jestem fanem czarnego bluesa, dla jasności) -w każdym razie, to właśnie z braku silnej wspólnej inspiracji ten genialny i nigdy później nie powtórzony kocioł z 60’s mógł mieć miejsce.

    Oni szukali – Zappa znalazł Varese, Harrison znalazł Indie, Cale miał Cage’a, Beach Boys i Zombies (zapomniani a szkoda, „Odyseys and the Oracle” moim zdaniem deklasuje „Pet Sounds”) Bacha, Clapton z Allmanem gapili się w bluesmanów. Nie było jeszcze pierwotnego wzorca zespołu pop-rockowego, takiego, jakim stali się właśnie Beatlesi.

    Teraz sprawa jest prosta – chcesz grać pop-rock, słuchasz Beatlesów, chcesz grać prog-rock słuchasz Pink Floyd i King Crimson, tak dalej. Spłaszczam. Idea jest jednak niegłęboka – nikt nie szuka poza głównym garncem.

    Sądzę, że jakiekolwiek mainstreamowe inspiracje w większej formie prowadzą prędzej czy później do wtórności i dlatego Beatlesów należy oceniać tylko przez pryzmat ich własnej twórczości. Genialnej, ponadczasowej.

    Reszta jest dyskusyjna.

  42. @Cyryl –> Co do jednego się zgadzam: cała ta grupa twórców z lat 60. nie miała prostych do nakreślenia wpływów. Co do drugiego – że Beatlesi stali się pierwotnym wzorcem dla popu i rocka – również. Co do meritum, pewnie bym podyskutował, no ale ja już swoje zdanie wyraziłem we wpisie.
    W każdym razie mam nadzieję, że to nie Twój ostatni komentarz tutaj.

    @awfully.naked –> This Immortal Coil to re-we-la-cyj-na płyta, tu pełna zgoda. Dawno nie słyszałem hołdu dla kogokolwiek, który tak bardzo by się bronił niezależnie od sposobu patrzenia.

    @collandus –> To były takie czasy, tak, a nie inaczej można było tę klasykę poznawać. Mam wrażenie, że jeszcze kiedyś stare pirackie płyty i takie jak Selles – korzystające z luk prawnych – wydania będą na rynku kolekcjonerskim sporo warte😉

  43. porco.azurro

    A ja mam pytanie praktyczne: gdzie kupiłeś zremasterowane płyty The Beatles po 9,99$ sztuka?🙂

  44. Na Amazonie w pre-orderze.🙂

  45. Lata ’60 ogólnie były okresem eksperymentów nagraniowych, więc ciężko powiedzieć czasem kto był pierwszy. Jednak Beatlesi z każdą płytą chcieli iść zawsze do przodu i kiedy wszyscy myśleli, że niczym innym już nie zaskoczą, oni wymyślali coś nowego. To właśnie jest fenomenalne, że każda ich następna płyta jest lepsza od poprzedniej. To oni jako pierwsi nagrali sprzężenie. Oni też mieli kompletnie zwariowane pomysły (a szczególnie Lennon, który chciał śpiewać Tommorow Never Knows podwieszony za nogi do sufitu).
    Jeśli chodzi o brytyjskie studia nagraniowe, to Lennon od zawsze na nie narzekał i zdawał sobie sprawę z tego, że brak odpowiedniego sprzętu ogranicza zespół. Dlatego też zatrudnił Magic Alexa – zwariowanego eksperymentatora, który obiecał Beatlesom, że stworzy studio z siedemdziesięcioma dwoma ścieżkami do dyspozycji. Oczywiście nie dotrzymał obietnicy.
    Znowu Lennon, w późniejszych swoich wypowiedziach umniejszał rolę producenta w nagraniach Beatlesów. Twierdził, że i tak wszystkie pomysły pochodziły od zespołu, a rola Martina była znikoma. Nie wiadomo na ile to prawda, bo Lennon w wywiadach zawsze był skłonny do lekkiej przesady.

  46. Poczytałem sobie tego Scaruffiego, a potem posłuchałem sobie znów płyt Beatlesów i muszę przyznać, że zgadzam się z nim w 90%, nawet co do konkretnych płyt i piosenek. Powtarzanie mantry, że Beatlesi byli „genialni i ponadczasowi” zadziwiająca swoją powtarzalnością i uporczywością. Właśnie słucham Rubber Soul i które piosenki zasługują na takie superlatywy? Moim zdaniem Michelle, Girl i Norwegian Wood, czyli hity. Ludzie powtarzają, że Beatlesi to tacy nowatorzy, ale w porównaniu do tego, co robili wtedy inni wypadają blado. Raczej absorbowali te wszystkie nowinki i okraszali nimi swoje szlagiery – bynajmniej nie była to twórcza synteza. Jest bardzo niewiele piosenek bealtesów które chciałbym zapętlić i słuchać na okrągło – one same w sobie jakoś specjalnie się nie bronią. Czyżbym ja słyszał jakoś inaczej?

  47. @wtret
    > Czyżbym ja słyszał jakoś inaczej?

    Z pewnością.

  48. Przykro mi, ale jeśli ktoś uważa jakieś tam przyśpiewki chłopców z plaży albo kabareciarza Zappę (taki pierwszy Big Cyc) za lepszych od The Beatles to powinien się szczerze zastanowić nad swoim powołaniem.

  49. Jasiu, uznaję Twoją szarżę za żartobliwą prowokację.

  50. Pingback: Polifonia » Archiwum bloga » Apple wreszcie przyłącza się do Apple

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s