Pukkelpop 2009. Dzień 3.

pukkelpop-4

Czterodniowy festiwal to długi festiwal. Trzy dni są w sam raz. Pod warunkiem, że nogi nie odmawiają posłuszeństwa. Zwinęliśmy namiot i udaliśmy się na koncerty, bo w planach był wcześniejszy wyjazd. Dead Confederate okazało się warte tej dyscypliny. 11.20 to wczesna pora jak na start, ale tym razem się opłaciło. Znów zespół grający trochę muzykę z amerykańskiego Południa, a trochę w stylu Seattle. Pochodzący z Athens w Georgii – tak jak R.E.M. Młodzi i energiczni. Zamówiona  po festiwalu płyta już w drodze. Telepathe miałem okazję poznać z pojedynczych nagrań (niezłe), potem z płyty (gorzej), a na koncercie w Chateau było widać, że dziewczyny nie przepracowywały się i większa część ich setu to niestety mizernie zakamuflowany playback. Potem – w zasadzie przypadkiem – trafiliśmy na występ Edward Sharp & The Magnetic Zeros. Moja żona stwierdziła, że to najwyraźniej jakaś sekta. Dodałbym do tego, że z lekką domieszką szant i tańca hula. W każdym razie bardzo dziwne, co w pewnych sytuacjach jest zaletą – ale my nie byliśmy w stanie dostrzec w nich tego, co najnowszy numer „Rolling Stone’a” opisujący ich jako nadzieję.

Odpuściliśmy sobie Micachu, mając w pamięci jej sceniczne zmagania na Offie, za to Jack Peñate – polecany mi również na tym blogu (vlad.pavlovy – dzięki!) – okazał się żwawy i wciągający, choć troszeczkę monotonny stylistycznie. No ale przynajmniej nauczyłem się wymawiać jego nazwisko – bardziej z hiszpańska niż z angielska. Jeszcze lepsze wrażenie zrobił na mnie Hudson Mohawke. W Chateau nagle zmieniła się atmosfera, bo z namiotu specjalizującego się w alt-country i folku stali się przyczółkiem elektroniki do słuchania. Szykuje się w każdym razie kapitalna płyta HM.

Tu doszło do jednego z cięższych wyborów Pukkelpopu. Deerhunter albo Gang Gang Dance. Wybrałem Deerhuntera, czyli to, co na płycie lubię bardziej. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem. Brandford Cox – który sam sobie stroił gitarę i ustawiał dźwięk przed koncertem, więc chyba jeszcze nie nabawił się syndromu gwiazdy – był dość niemrawy. Choć, z drugiej strony, ludzi jego postury oceniam z góry jako niemrawych, często bez uzasadnienia. Energią nadrabiał jego zespół. Podobno na Gang Gang energii i żywiołowości jest mnóstwo – ktoś opowie parę słów?

Z przykrością odsiałem tego dnia prawie wykonawców ze sceny elektronicznej – w tym dubstepowców. Nie było klimatu, żeby oglądać ich o 16.00, a potem było już za późno. Wybraliśmy Rolo Tomassi – gitarzysta najwyraźniej już wyzdrowiał od czasu Off Festivalu, ale moim zdaniem nie straciliśmy wiele w Mysłowicach. Hanne Hukkelberg nieco poniżej oczekiwań, choć muszę przyznać, że nie za bardzo się do tego koncertu przygotowałem. Zupełnie inaczej w wypadku Dinosaur jr. Od rana majaczyli w tłumie kolesie w t-shirtach ze znajomą tandetną czcionką z logotypu tej zacnej grupy. Wyszli na dużą scenę i zagrali pod słońce 45 minut konkretnego, fajnego koncertu, rozpoczętego „Just Like Heaven” z końcówką, w której uwierzyłem, że naprawdę wszystko im siadło. Było z grubsza tak, jak się spodziewałem, zestaw największych „hitów”, zagrali nawet „Feel The Pain” w bardzo dziarskiej wersji. Duża scena – w dodatku w pełnym słońcu – to z reguły kiepskie miejsce na koncert, ale ten zostawił po sobie pewnie kilkuset nowych fanów zespołu. Może nawet wśród tych, którzy przyszli tego dnia tylko na 50 Centa i N.E.R.D., a sądząc po obłędnych tłumach, było ich sporo. Wyszedłem z poczuciem niedosytu na ostatni nasz koncert tego dnia – The Whitest Boy Alive. Miło skończyć takim akcentem swoją wizytę na festiwalu. Erlend Oye miał tak zadziwiające przyjęcie jak Bon Iver – może nawet bardziej, bo przecież jego zespół nie stał się ulubieńcem krytyki w takim stopniu co grupa Vernona. The Whitest…, pobudzeni reakcją, zagrali kapitalnie, przechodząc z utworu w utwór, żonglując swoimi kawałkami jak didżej płytami, a przy tym ani na moment nie gubiąc tego swojego specyficznego funkowego groove’u, a Oye wyglądał, jak gdyby brał jakieś środki wspomagające, choć nie podejrzewam, żeby jego uśmiech był efektem działania innej chemii niż ta między publiką a wykonawcą na scenie. Publika zresztą coś wiedziała – zespół grał tu dwa lata wcześniej, więc byli przygotowani na niezłe widowisko.

My wyjeżdżaliśmy zmęczeni i usatysfakcjonowani, więc nie pytajcie, co straciliśmy. I tak udało nam się pobyć w Hasselt dłużej niż rok temu. Pozdrowienia dla wszystkich, którzy tam byli. Ta relacja jest wprawdzie przydługa, ale jak widzicie i tak tylko po łebkach przejechałem się po poszczególnych wykonawcach. To duża impreza i wymaga dużo energii. Brakuje jej nieco bardziej awangardowych akcentów. Jak dla mnie zbiera się tu już zbyt wielki tłum, a część wykonawców kompletnie wychodzi poza mój krąg zainteresowań. Z drugiej strony, gdyby nie oni, to ciągle musielibyśmy dokonywać takich wyborów jak ten między Gang Gang Dance i Deerhunterem albo między Andrew Birdem a Grizzly Bear.

Teraz pora na PRAWDZIWE wakacje, więc przez chwilę mogę się nie odzywać. Wszystko jednak wskazuje na to, że kiedy wrócę, z koncertów przerzucę się z powrotem na płyty.

6 responses to “Pukkelpop 2009. Dzień 3.

  1. no właśnie, kilka nazw z tegorocznego lineupu trochę mnie zaniepokoiło. Pan moneta, czy kilku danceowych dj-ów w Boiler Roomie jakoś nie pasowało mi do tej imprezy. Mam nadzieje ze to zbieranie sił na 25lecie i za rok będzie więcej pryszczy w tym popie🙂

  2. 1). Ależ proszę pana, pan mówi, że 4 dni to za długo… ja po każdym festiwalu, na którym bywam, płaczę, że muszę wracać do domu.
    2) Hudson Mohawke – oczywiście, że się szykuje kapitana płyta. Epka posiada smaczki a na Nowej Muzyce w Katowicach chłopak porwał zasypiający tłum o 3:00 nad ranem. Też szalałem. Nawet Flying Lotus szalał wśród publiki.
    3) Erlend i wspomagacze? Raz coś w tym temacie zamanifestował (ostatnie 20 sekund tego 10-minutowego wywiadu): http://www.youtube.com/watch?v=0QFhb4vdMFs
    Mógłby w końcy trafić do Polandu – jak nie z TWBA, to z KoC (zbliża się album i trasa europejska).

  3. 4 dni to wcale nie jest długo;-) Przy dobrym zaplanowaniu koncertów i innych zajęć mija z zawrotną prędkością.

    Co od Jacka Penate ja bym już przy pierwszej płycie powiedział światu jak się nazywam. Penjate (czy jakoś tak) to nie to samo co ‚Pinate’, ‚Pinejt’ czy jakoś inaczej^^ Nowa płyta bardzo mi się spodobała mimo że jest to taka muzyczna zmiana prawie o 180 stopni. Szczerze polecam;-)

    pan-audytor
    http://audytor.blox.pl

    {powyższy komentarz zawierał linki i musiałem go zatwierdzić ręcznie, stąd pojawił się dopiero po moim powrocie z urlopu – autora komentarza przepraszam – bch}

  4. komentarz testowy (komentarze wcześniej nie śmigały)

  5. Ok. Działają;-)

    Po pierwsze to 4 dni – to nie jest długo przy dobrym kalendarzu koncertów.

    Po drugie: Jack Penate powinien już przy pierwszej płycie nauczyć publikę poprawnie wymawiać swoje nazwisko a nie teraz tak wyskakiwać z konopii;-)

    ‚Penjate’ (tak w wymowie powinno brzmieć) nagrał drugi studyjny album, który jest naprawdę dobry (!) mimo, że pod względem muzycznym różni się o 180 stopni od poprzedniego;-) Polecam!

  6. ja jak zwykle nie na temat, ale repertuar listopadowego Ars Cameralis powala:
    – Matt Elliott;
    – Josephine Foster;
    – Andrew Bird;
    – Micah P. Hinson;
    – Grizzly Bear;
    – Yo La Tango.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s