Pukkelpop 2009. Dzień 2.

pukkelpop2

Kolejka do pryszniców wyglądała jak mała katastrofa. Część kolejkowiczów zabrała ze sobą nawet krzesełka, alkohol i muzykę. Zdecydowaliśmy, że jedzenie jest jednak znacznie bardziej palącą potrzebą. I kawa. W tym roku można się było napić nie najgorszej na terenie festiwalu. O piwie nie wspomniałem przed rokiem. Miejscowy browar, a kultura spożycia nakazuje organizatorom rzadki zwyczaj niedolewania do piwa wody, co w naszych warunkach wydaje się tak egzotyczne, jak fakt, że pijących i jedzących nie zamykają w ogrodzonym siatką getcie. Co więcej, z przyniesionej na teren imprezy dużej butelki wody strażnik przy wejściu zabierze wam… tylko nakrętkę. A świętym prawem wchodzących na teren jest wniesienie własnoręcznie zrobionych kanapek (starzy bywalcy festiwalowi korzystali z tego skwapliwie – tak jest zdrowiej, no i dużo taniej).

Zaczęliśmy od obiecującej nazwy – The Gay Blades. Kryło się pod nią kolejne duo nieco w stylu The White Stripes (perkusja + gitara z wokalem), a w składzie kolejni brodacze. Broda wraca do łask, jakby co. Poprawni. Ale brody więcej niż poprawne. Więcej niż poprawni byli również muzycy Alberta Cross, którzy grali przed 14.00 w Marquee. Angielscy uciekinierzy na Brooklynie, nie dziwota, że wybrali Stany, skoro grają muzykę z okolic My Morning Jacket. A grają – dodajmy – swobodnie i bardzo zajmująco. Debiut „Broken Side Of Time” już w drodze, zdam relację, gdy już do mnie trafi. W A Place To Bury Strangers zawsze podobała mi się nazwa, więc zajrzałem do namiotu The Shelter, żeby zostać przy swoim wyjściowym stanowisku. Za to świetnie się bawiłem na Puppetmastaz. Poznana wcześniej para z Berlina mówiła, żeby koniecznie, a jakoś wcześniej nie mieliśmy do nich szczęścia na festiwalach. To przedni kabaret, ale zarazem kapitalny warsztatowo rap – pięciu kolesi ukrywa się za kotarą i odgrywają koncert na kilkanaście różnych marionetek zwierząt, wymyśliwszy im wcześniej głosy, sposób rapowania, historyjki itd. Wolę to niż pozostałe gwiazdy hiphopowe tegorocznego Pukkelpopu – z całym szacunkiem dla samego gatunku. Poza tym zabawnie było popatrzeć na konsternację młodocianych fanów hip-hopu, którym najwyraźniej się podobało, ale głupio okazywać skrajny entuzjazm, gdy się ma mało dystansu do hh, a scenicznymi bohaterami są kurczak i nosorożec. Dopiero gdy panowie wyszli zza kotarki było wachlowanie rękami i skoki pod sufit. To trzeba zobaczyć.

Nogi nas bolały już w połowie pierwszego dnia, więc omijaliśmy namiot Dance Hall usytuowany na drugim końcu terenu Pukkelpopu. Dlatego zamiast na Buraka Som Sistema udaliśmy się dać sobie po wątrobie (frytki+piwo) i udaliśmy się na Eagles Of Death Metal. Po Puppetmastaz to niezbyt dobry cel, bo ci też wyglądają jak marionetki, tylko wszystko tak jakby za bardzo na poważnie. No ale przed rokiem pisałem, że przy festiwalu pracuje cały przekrój społeczny, więc dobrze, że ma to odzwierciedlenie na scenie. W każdym razie przebierałem już nóżkami przed kolejnym koncertem, faceta, którego klasą można by obdzielić wszystkich członków Eagles Of Death Metal. Proszę Państwa, nie dziwię się, że Bill Callahan wyrwał Joannę Newsom – piękny nie jest, ale ma w sobie coś magnetycznego. I wprawdzie nie zaśpiewał, że „it’s time to put God away”, to więcej zarzutów nie mam. Zagrał prawie całą nową płytę i jeszcze raz udowodnił, że to jeden z najmocniejszych zestawów piosenek w tym roku. Jako że (już było o tym) trudno utrzymać uwagę po dobrym koncercie, The Ting Tings (całkiem spektakularne na koncercie, trzeba przyznać) potraktowaliśmy jako przystawki do piwa i frytek. Zdążyliśmy na kawałek legendarnych The Jesus Lizard, żeby się przekonać, że to nie nasza bajka i wpadliśmy w niepotrzebny dryf, biegnąc – znów na chwilę – na Squarepushera. Nie złapaliśmy nawet klimatu. Skądinąd myślałem, że może Jenkinson po albumie nagranym na gitarze basowej pokazuje coś innego niż na dawnych koncertach. Ale przecież na żywo on zawsze grał głównie z wykorzystaniem basu.

Największym pozytywnym zaskoczeniem imprezy okazał się dla mnie Patrick Wolf. Ten sam nieszczęsny Club, w którym bez efektu miotali się poprzedniego dnia muzycy Grizzly Bear, ten człowiek wykorzystał w stu procentach. Kapitalne wejście, image jak z kosmosu – krzyżówka Bowiego, The Human League i Skid Row. Świetny wokal (bardzo, bardzo w stylu lat 80.), mocny wybór utworów z nastawieniem na eksponowanie riffów gitarowych i podrywającego tłum rytmu. Nie było nic z agresji, o której wspomina w przeglądzie prasy Mariusz Herma. Ale nie było też momentu, w którym Wolf straciłby raz ściągniętą uwagę publiki. Jakże inne to było od późniejszego Snow Patrol na dużej scenie, których utwory przerywane były regularnie przez „You’re fucking gorgeous” frontmana. „I love you”. „You’re great”. Skoro to już padło, to teraz znów: „You’re fucking gorgeous”. Ja rozumiem, że staż u boku Bono uczy jak w Szkocji kwestować na afrykańskie dzieci i najbardziej zdystansowanych zdobywać choćby per rectum (mój kolega ostatnio użył tego jako przenośni i ludzie się strasznie wzburzyli, chciałem tak tylko zamanifestować swoje poparcie). Ale żeby aż tak?? Ja się tego dnia czułem wystarczająco dobrze.

Dla odmiany Fever Ray próbowali nas nastraszyć. Zamiast świateł – lampki nocne na całej scenie. Ciemności, wymalowane na trupio blady kolor twarze, dziwne stroje – wygladali bardziej jeszcze gotycko niż brzmią. Muzycznie dalej mnie to nie przekonuje, ale show był – ciekaw jestem, czy podobnie to wyglądało w Katowicach. Zajrzeliśmy na Hanka III & Assjack, żeby zobaczyć jak wnuk Hanka Williamsa (!) w towarzystwie brodatych radykałów machających instrumentami podbija punkową publiczność dźwiękami hillbilly. Bezcenne. Ale i tak wybraliśmy powtórkę z Off Festivalu i obejrzeliśmy raz jeszcze koncert Crystal Antlers. Równie dobry wykonawczo, co w Mysłowicach, w małym namiocie Chateau brzmiał nawet trochę lepiej. No ale publikę mieli lepszą w Polsce. Na koniec dEUS, z krótkim featuringiem w postaci Karin Dreijer Andersson z Fever Ray. Ogólnie chyba bardzo dobry koncert, obudziły się w nas wspomnienia sprzed dekady z okresu ich trasy „The Ideal Crash”, tylko muzycy jacyś starsi. Ale to były takie wspomnienia, jakie się ma na chwilę przed zaśnięciem. Pobiegliśmy do namiotu i przy dźwiękach Kraftwerku dobiegających z dużej sceny już usypiałem. Proszę mnie tylko za to nie piętnować – w końcu Florian Schneider juz odszedł, więc Kraftwerk – bezwzględnie genialny zespół – to dziś w zasadzie one-man-band, jeśli tutaj w ogóle można jeszcze mówić o czynniku ludzkim. O rety, muszę kończyć, literówki poprawię chyba już jutro. Jutro też – mam nadzieję – część ostatnia wrażeń i wzruszeń.

9 responses to “Pukkelpop 2009. Dzień 2.

  1. Chciałoby się krzyknąć „pierwszy!” jak na pudelku;) (swoją drogą ta moda na odliczanie jakoś zanikła):
    1. Choć w gettach dalej nas zamykają, to chociaż w tym roku na offie można było kupić puszkę, co chyba wyklucza chrzczenie piwa wodą.Mam nadzieję…
    2. Z dokładnie tego samego powodu przesłuchałem kiedyś całą płytę A Place To Bury Strangers, a w zeszłym roku próbowalem wczuć się mocniej w Marthe Wainwright, bo po prostu podobał mi się tytuł jej albumu.
    3. Callahan na żywo – restecpa. Eid Ma Clack Shaw zażarło?

  2. Myślałem że to ja zapunktóję jako pierwszy komentator. Nic to. Chciałem tylko napisać że żadnych literówek nie zauważyłem w trakcie czytania, więc redaktor może spać spokojnie. No ale ja nie wiem nawet że „zapunktóję” pisze sie przez „u” otwarte. Czekam w napięciu na następną część. Byłbym zapomniał: spóźnione najlepsze życzenia dla redaktora i czytelników z okazji oficjalnego rozpadu Oasis.

  3. Oasis to neverending story. Jeszcze zapuka Liam do Noela bełkocząc coś pomiędzy przeprosinami i prośbą o pożyczkę. I za pare lat zagrają gig na Stadionie Narodowym.

  4. a takie mam pytanko – czy scena Club nie była przypadkiem większa w tym roku? Na filmikach YT wyglądało to prawie jak Marquee

    ps. starzy nie starzy dEUSa zazdroszcze🙂

  5. Jeśli chodzi o Fever Ray w Katowicach, to miałem wrażenie, że zaraz wyjmie wielką łychę i zacznie mieszać ludźmi. Pogańskie show.

  6. Czs poświęcony na słuchanie Snow Patrol trzeba było wykorzystać na te frytki z majonezem. Może nie powiedzą „kocham Was’, ale smakują lepiej i dają więcej energii.

  7. Ja wykazałam się niezwykłym „fanostwem” i byłam na koncercie Fever Ray po to, aby zaraz po nim zająć dobre miejsce w oczekiwaniu na mój ulubiony dEUS. Jakąż męką to dla mnie było. Nie wiem, czy jest coś bardziej dalekie mojemu poczuciu estetyki niż Fever Ray. Tortura. A dEUS znakomity, Barman jakby starszy ale nadal smakowity🙂 Miał też innych gości na scenie: wokalistę Snow Patrol i The Hickey Underworld.

  8. Pingback: Ting Tings : Biografia, aktualności, zdjęcia, filmy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s