Pukkelpop 2009. Dzień 1.

pukkelpop1

Postanowiliśmy w tym roku przyjechać wcześniej. Tak, żeby nic nam nie umknęło. Pamiętaliśmy upał i kolejkę do wejścia z roku ubiegłego, więc postaraliśmy się o nieco więcej dyscypliny. Zdążyliśmy do Hasselt na 10.00. Problem w tym, że inni pomyśleli o tym samym. Ludzi było więcej, byli wcześniej, a upał znacznie większy niż przed rokiem. Wylądowaliśmy jeszcze dalej na polu namiotowym. Koniec końców o otwierających festiwal brytyjskich grupach The Invisible (nominacja do Mercury w tym roku) i The Maccabees ciągle wiem tyle, ile można wyciągnąć z MySpace.

Przy ponadtrzydziestostopniowym upale najgorszym, co mogło się nam przydarzyć, było odwiedzenie namiotu Chateau. Problem w tym, że większą część tego dnia mieliśmy spędzić właśnie tam. Najpierw Vetiver z bardzo dobrze zagranym setem własnych utworów i coverów. Kapitalne „Hey Doll Baby” The Everly Brothers na koniec. I przerwa regeneracyjna dłuższa niż sam koncert. Potem James Yuill – człowiek-orkiestra z UK po całkiem niezłym debiucie, coś pomiędzy Nickiem Drakiem i Aphex Twinem, czyli rozstrzał przeolbrzymi. Tzw. folktronica, czyli z gitarą i laptopem. Laptop (ten z jabłuszkiem BTW) niestety nie odpalił. James zagrał więc na poczciwej i solidnej gitarze. Gdy laptop nie odpalił po raz drugi, James znów zagrał na niezawodnej gitarze. Ale gdy nie odpalił po raz trzeci wyszliśmy, tłumacząc to upałem.

Zawędrowaliśmy do Marquee (drugi co do wielkości i ważności namiot, w zeszłym roku miejsce tych najlepszych koncertów), by skonsumować frytki z piwem przy dźwiękach Shantel & Bucovina Club Orkestar, mariażu niemieckiej elektroniki z orkiestrą bałkańską, w którym niemiecka elektronika przegrywa – jak cokolwiek w starciu z bałkańską orkiestrą. Nie kupujcie ich płyty „Planet Paprika”, bo już to dobrze znacie z koncertów Bregovicia, ale uwaga, bo na żywo zagrają na Waszych najbardziej prymitywnych instynktach.🙂 Uciekliśmy do intelektualnego Jona Hopkinsa, który rozstawił w Chateau swoje zabawki, znacznie bardziej niezawodne niż te Yuilla, chociaż było jeszcze goręcej (a jabłuszko to samo). Właściwie miałem o tym napisać jeszcze przed Nową Muzyką – wtedy ta informacja bardziej by się komuś przydała. To był bardzo solidny koncertowy set. I uczciwy – co prawda nigdy nie wiadomo, czy JH nie wysyłał maili, ale przynajmniej sprawiał wrażenie, że sporo w swojej muzyce zmienia na bieżąco i zagrał utwory znane z „Insides” w zupełnie innych wersjach, jako 3-4 długie, stopniowo rozwijane motywy. Konkludując w sprawie, o której pisałem jakiś czas temu: Moderat przed Radiohead okazał się wprawdzie bezwzględnie ciekawszym występem, ale dalej trzymam się tezy o tym, że JH lepiej by się wpisał w nastrój wieczoru.

Bon Iver w Marquee to był pierwszy szok. Godzina 15.50, a z namiotu się wylewa, w środku ścisk taki, że podchodzić pod scenę musiałem (wcześniej odeskortowałem na zewnątrz żonę, której od upału zrobiło się gorzej – szkoda, że właśnie na BI) z boku, żeby Justina Vernona podejrzeć z bliska. Wziął sobie (zakładam, że to dla niego stały wariant koncertowy) trzech młodziutkich sidemanów i gra nieco mocniej, nieco dynamiczniej materiał z jedynego longplaya. Gra, a ludzie – nie do wiary – śpiewają razem z nim. Zadowolony, wysłałem do kolegi SMS-a, że są w Belgii więksi od papieża. Gdy wróciłem do kraju, redaktor Mocny w Gębie zapytał mnie, czy widziałem The Big Pink, a mnie kompletnie odebrało mowę. Teraz już wiem dlaczego – ja tej nazwy nawet nie zapamiętałem, w ogóle nie wiedziałem, że grali na Pukkelpopie – bo kolidowali z Bon Iver. A z Bon Iver tego dnia nie można było kolidować.

Port O’Brien w Chateau okazał się nieco bardziej amatorski niż się wydawało z przedfestiwalowych opinii, choć miał przesympatyczną perkusistkę. Nie wierzcie porównaniom z Fleet Foxes w każdym razie. Część ich występu (ciągle piekielny upał!) potraktowaliśmy jako przerwę rekreacyjną. Tak się odprężyliśmy, że nie chciało nam się nurkować w zbity tłum na Dizzeem Rascalu, więc jego wyrzeźbiony tors obejrzeliśmy na telebimie przed Marquee. Raperzy są, niestety, nudni (z małymi wyjątkami, o których będzie w kolejnych odcinkach). Soap & Skin – ładna. I muzycznie, i fizycznie. Tylko kto ją teraz, do cholery, wypromuje u nas na nową Tori Amos na nowe czasy? Koncertowo ma jeden zasadniczy mankament – siedzi przywiązana do fortepianu, na którym stoi komputer (wiadomej marki), z którego wystrzeliwuje podkłady do swoich fortepianowych pasaży – prawdopodobnie z pomocą nożnych sterowników (stałem za daleko, żeby mieć pewność), a zatem jest kompletnie uwiązana. Za bardzo, żeby się odwrócić w stronę widowni. Ale młoda jest bezczelnie i ma hektary czasu. Przed końcem koncertu uciekliśmy, żeby nie spotkało nas to, co na Bon Iver, czyli żeby mieć dobre miejsca na Wilco. Przeczuwaliśmy, że zespół, który wśród 45-minutówek festiwalowych zarezerwował sobie pełne półtorej godziny (!) musi mieć czym je wypełnić. No dobrze, wiedzieliśmy, że tak jest, choćby z nagrań. Okazało się jednak, że nagrania kłamią – jak to zwykle – w sferze emocji. Wilco było DUŻO lepsze niż z płyty koncertowej. Tweedy okazał się wyjątkowo sympatycznym kurduplem, atmosfera w zespole – zaskakująco demokratyczna (Glenn Kotche często prowadził konferansjerkę z drugiego szeregu). A Nels Cline – siwiejący elegancik ze słabością do fenderów jaguarów (ulubiona gitara Cobaina) jazzmasterów (dopiero na zdjęciach się zorientowałem co i jak – przepraszam – to z kolei ulubiona gitara J Mascisa i Kevina Shieldsa, a zatem jeszcze bardziej w temacie tegorocznego Pukkelpopu) – okazał się moim nowym bogiem gitary. Podchodziłem do Wilco z sympatią, ale bez fanowskich emocji, a ten występ po prostu mnie rozwalił. Przy poziomie dystansu do muzyki, jakiego nabawiłem się ostatnio, nic tak nie cieszy, jak dowiedzieć się, że jeszcze tak można. Podejrzewam, że podobnie czuje się staruszek, dowiedziawszy się, że jeszcze może😉

Zmorą festiwali jest to, że ogląda się koncerty non-stop i podświadomie je ze sobą zestawia. A ceną entuzjazmu jest zmęczenie. Spróbujcie się pozbierać w ciągu kwadransa i dać się ponieść na kolejnym koncercie. Na dość przewidywalnym (a może tylko mi się tak wydawało?) występie Andrew Birda ta sztuka mi się nie udała. A ponieważ priorytetem był Grizzly Bear, przeniosłem się w połowie koncertu z Chateau do innego małego namiotu – Club. Ten jest gorzej nagłośniony i usytuowany nieco mniej korzystnie, blisko głównej sceny, więc ściąga sporo przypadkowej publiczności. I tu przeżyłem pierwsze rozczarowanie tego festiwalu – zobaczyłem czwórkę chłopaków (młodszych niż się wydawało – tak to bywa z wykonawcami dojrzałych płyt, że podświadomie mam ich za starszych), którzy nie potrafią sobie poradzić z przełożeniem całego producenckiego kunsztu „Veckatimest” na warunki sceniczne. Zniknęły szczegóły, szlag trafił piękne harmonie. Może w większości była to wina warunków, ale atmosferę szlag trafił, choć do Clubu nabiły się tabuny ludzi, na zewnątrz błyskało i lunął deszcz. A może właśnie dlatego? W każdym razie schłodzeni wyszliśmy po swetry, mijając po drodze niespodziankę, od której zachciało nam się śmiać. Otóż zobaczyliśmy Surprise Act tegorocznego Pukkelpopu, po którym nie spodziewaliśmy się wiele. „Popatrz, czy to nie jest…”. „No tak!”. ” A ten obok, to nie jest czasem…?”. „Tak mi się wydaje”. „Co oni właściwie robią razem??”. „Cholera wie…”. Tak oto – kompletnie bez przygotowania – staliśmy się świadkami koncertu Them Crooked Vultures – jednego z pierwszych w ogóle, a bodaj pierwszego w Europie. Gdyby ktoś pytał: Dave Grohl, Josh Homme i John Paul Jones. Dobre, co? No więc właśnie dlatego wybuchnęliśmy śmiechem. A potem poszliśmy po te swetry.

Opeth i DeVotchka padli ofiarą wyprawy po swetry, a Beirut, na którego koncert zdążyliśmy, okazał się słabszy niż Shantel i zdecydowanie poniżej wyśrubowanego tego dnia poziomu. Za to Faith No More obejrzałem z fascynacją – od zbiorowo odśpiewanego „Reunion” po scysję Pattona z VIP-ami, podczas której zeskoczył do fosy i kazał kolejnymi VIP-om dośpiewywać kawałki tekstu piosenki FNM, odpychając ich, gdy nie potrafili. Fakt, zdążyłem w międzyczasie wyskoczyć na The Black Angels – zespół, który wróżył dużo, choć na żywo grał trochę za bardzo jak The Doors, a za mało jak The Jesus And Mary Chain. Za to niespecjalnie mnie zdziwiło, gdy zobaczyłem jego członków w komplecie na kolejnym koncercie wieczoru: My Bloody Valentine. Muszę przyznać, że dla mnie był to jeden z powodów przyjazdu na Pukkelpop. Niewiele w nim było z muzyki, a bardzo dużo z filozofii muzyki. W postawie Kevina Shieldsa, gdy wychodzi na scenę w mroku, na tle ściany wzmacniaczy, jest coś z zachowania Johna Cage’a. Shields wymyślił sobie hałas absolutny, idealny. Publiczność nie może jednak go usłyszeć. I niczym w romantycznej legendzie – kto usłyszy, ten niczego już więcej nie usłyszy, bo ten ostateczny hałas skutecznie zniszczy mu słuch. Większości utworów nie rozpoznacie, niezależnie od tego, czy poczęstujecie się rozdawanymi przed koncertem zatyczkami, czy też nie. Nie nagracie żadnego, bo rzecz przesteruje każdy sprzęt. A ponieważ reżyser dźwięku (!) też ma zatyczki w uszach, możecie być pewni, że zespół gra pod kątem takich jak wy. I że będzie was próbował ogłuszyć mimo zatyczek, wypędzić z terenu Pukkelpopu wszystkich gapiów, całą publiczność, wyzwalając takie sprzężenia, od których nie uciekniecie nawet sto metrów dalej w plastikowych toaletach. Sprawić, by hałas był odczuwalny. Z drugiej strony – nie ma lepszego zwieńczenia festiwalowego dnia niż taki koncert. A zatyczki przydały się jeszcze w namiocie. I następnego dnia, żeby leczyć zmęczone uszy po długim dniu i krótkiej nocy. Ale o tym niebawem.

Sporo zdjęć z tego dnia tutaj. A ponieważ tu się nie zabierało, drodzy polscy organizatorzy, aparatów powyżej 3,2 MPix, można co nieco zobaczyć w społecznościowej części serwisu Pukkelpopu tutaj.

11 responses to “Pukkelpop 2009. Dzień 1.

  1. Czyli Shields nic się nie zmienił od czasów trasy „Loveless”😛 Dalej zagłusza i topi ludzi w swojej orkiestrze gitarowych orgazmów. Grizzly Bear – tutaj można było przypuszczać, że jest to wyłącznie zespół studyjny. Szkoda, bo najnowsza to naprawdę świetna płyta. Żałuję, że nie byłem, chociażby dla samych walentynek, ale nie stać mnie na takie wyprawy jeszcze. Jak będę w przyszłości tym kim chce być (czyli dziennikarzem muzycznym) to mam nadzieję również jeździć i widzieć i słyszeć co pan😛 Będzie ciężko, ale studiowanie dziennikarstwa muzycznego może pomoże :p A tak z ciekawości, fajnie by było gdyby pan pokusił się o swoją 10-tkę ulubionych płyt tutaj któregoś dnia. Ciekawi mnie to bardzo.

  2. mam nadzieję, że organizatorzy polskich festiwali przeczytali ostatni akapit i wyciągną z niego naukę.

    żeby przemycać cyfrówkę jak jakąś kontrabandę, to naprawdę przykre (odwołuję się do własnych doświadczeń)🙂

  3. Upał tego dnia był wręcz katastrofalny, po raz pierwszy na festiwalu piliśmy więcej wody niż piwa🙂 Wieczorny po-słoneczny ból głowy był mocno uciążliwy, aczkolwiek deszcz przyniósł odczuwalną ulgę, tak że na FNM nic już nam nie przeszkadzało w szaleństwie. Według mnie, był to koncert festiwalu. I to mówię ja – ogromna fanka dEUS i Wilco🙂

  4. Zazdroszczę MBV, mam nadzieję, że zdążę ich zobaczyć, jeszcze zanim się ostatecznie rozwiążą. Przypuszczam, że Sunn w październiku chwilowo zaspokoi potrzebę audialnego trzęsienia ziemi (nie tylko moją oczywiście)

  5. Jestem w grupie tych, co żałują, że o Jonie Hopkinsie nie napisałem przed Nową Muzyką. Bo odpuściłem sobie niestety…
    Po przeczytaniu powyższego tekstu MBV stało się teraz moim wyzwaniem nagraniowym😉

  6. no ale jak THEM CROOKED VULTURES??? mam nadzieję, że też miażdżą jajca hehehe. i jak to do cholery „zaskoczenie”? toć głośno o nich od kilku miesięcy dobrych.

  7. Szczerze zazdroszczę całości. Mike Patton również Open’erową publiczność próbował zmusić do śpiewania, ale też się nie udało. VIPami z definicji nie byli, chociaż kto wie… Może w tym konkretnym momencie tak się właśnie czuli. Słyszałam dużo dobrego o występach grupy Wilco na żywo. Ostatni album studyjny raczej średni, więc warto wiedzieć, żeby nie skreślać zespołu jeśli chodzi o koncerty. Co do Grizzly Bear to przykro czytać, bo od kilku miesięcy są naprawdę moimi faworytami. Czekam(y) na opis reszty.

  8. Przeczytałem relacje z mieszaniną bólu, zazdrości, wściekłości i pustki🙂 Nie było mnie w tym roku na Pukklu pierwszy raz od 4 lat i choć niewiele innych europejskich festiwali zwiedziłem to ciągle ciągnie mnie do belgijskiej wioski na muzyczną orgię na 8 scenach. W przyszłym roku 25 edycja – do dzis pamietam nieprawdopodobny lineup na 20 edycji, więc myślę, że Belgowie nie odpuszczą i odpowiednio przygotują się na jubileuszu. To w końcu tylko rok – minie szybciutko.

  9. Pingback: Najgłośniejszy wpis roku | Polifonia

  10. Pingback: Jak poznałem Makkę Pakkę | Polifonia

  11. Pingback: Off is off | Polifonia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s