Trzy kolejne dowody na to, że mamy dobry rok

Aaaaby nadrobić zaległości… czyli powrót do formuły krótkich piłek. Tym razem Sweet Billy Pilgrim, Dan Deacon i John Zorn. Część 9., że tak dodam dla precyzji

Sweet Billy Pilgrim "Twice Born Men"

>>>>5<
SWEET BILLY PILGRIM „Twice Born Men”
, Samadhisound
premiera: 23.03.09, źródło: Amazon.com

„Bloodless Coup” to jest hit. Bezwzględnie chwytająca za gardło piosenka, jedna z lepszych, jakie ostatnio słyszałem, taka gładki popowy sygnał odrobienia także lekcji z bardziej poszukującej muzyki z ostatnich lat, tej z okolic laptopów. Cała druga płyta brytyjskiego tria nagrana dla oficyny Davida Sylviana nie trzyma tego wybitnego poziomu, ale pozostaje niewiele niżej w „Truth Only Smiles” (tutaj ten utwór do ściągnięcia, a cała reszta do przesłuchania – i wpiszcie się poniżej, jeśli nie było warto) i „Future Perfect Tense”. Kończy się z wyciszeniem w „Joy Maker Machinery” i chóralnym finałem w „There Will It End”, wciąż ze specyficzną tendencją do produkowania powolnie rozwijających się tematów opartych na długich dźwiękach, za to bez nieudanego nagrania. Kojarzyć z solowymi albumami Sylviana, Talk Talk i The Blue Nile. Stawiać na półce tuż obok. To aż TAK dobra płyta. Oczywiście dla fanów TAKIEJ muzyki.

dan_deacon>>>>5<
DAN DEACON „Bromst”
, Carpark
premiera: 23.03.09, źródło: Amazon.com

Co się stanie, jeśli zmiksować album krautrockowy, płytę Steve’a Reicha, muzykę do gier na ZX Spectrum oraz wokale w stylu lat 60.? Animal Collective? No dobra, a jeśli by tak nie miksować, tylko po prostu puścić wszystko na raz? I jeszcze podkręcić tempo, żeby nogi same skakały? Do maksimum? Do granicy kuriozalności? Do poziomu nurtu happy hardcore? Teraz to będzie właśnie Dan Deacon, potencjalnie album dla wszystkich, nietrudny do zrozumienia, a do wykorzystania na parkiecie jeszcze prostszy – no i przy tym wszystkim zupełne przeciwieństwo piosenkowej płyty Sweet Billy Pilgrim. Z grubsza te same założenia, które przyświecają Animal Collective (na swoje nieszczęście płyta ukazuje się w tym samym roku co „Merriweather…”), ale trochę inaczej zrealizowane. Muzyka Deacona jest gęsta jak zupa i chwilami może się okazać męcząca, ale ma niezwykłej klasy momenty w partiach perkusyjnych i superszybkich arpeggiach syntezatorów. Kto nie skacze, ten Edyta Herbuś.

zorn_alhambra>>>>5<
JOHN ZORN „Alhambra Love Songs”
, Tzadik
premiera: 18.05.09, źródło: Amazon.com

Zorn w najlżejszej możliwej postaci. Może bez banalnych motywów rodem z „The Dreamers” – i chwała Bogu, choć w tym wypadku chyba bardziej Jehowie – ale wciąż bardzo przystępnie. Blisko do serii „The Book Of Angels” (nie tylko z uwagi na projekt okładki) i do dwóch przynajmniej odcinków „Filmworks”: „Invitation To Suicide” i „The Rain Horse”. Oba łączy zresztą osoba Roba Burgera, którego i tu Zorn obsadził w roli pianisty. Burger grywa lekko, czego dowodem współpraca z Norą Jones (to ten brakujący element łączący na mapie nowojorskiego jazzu ją i Zorna). Jest też elastyczny, bierze zarazem udział w sesjach Calexico, a obok fortepianu świetnie radzi sobie na organach. Elastyczny jest również Greg Cohen, który prócz okołomasadowych składów Zorna dorabia sobie jako współpracownik big bandu Woody’ego Allena (!). I nie po raz pierwszy zostaje bohaterem płyty Zorna (sam maestro nic tu nie robi poza napisaniem wszystkich utworów i czuwaniem nad wykonawcami). Tym razem jednak to nie jego gra na kontrabasie  (na tym instrumencie grywa w Masadzie) decyduje o świeżości „Alhambry”, tylko ekspresyjne, i lekkie zarazem utrzymane w szybkim tempie partie gitary basowej. Liryczny Burger i grający na perkusji doświadczony Ben Perowsky po prostu świetnie z nim współpracują. Przynajmniej tyle mogę wychwycić i pochwalić, płodność kompozytorska Zorna jest dla mnie czynnikiem wymykającym się jakiejkolwiek ocenie. Jeśli ktoś myślał, że po serii świetnych kompozycji Zorn obniży loty, powinien teraz wykrzyczeć to głośno, słuchając „Alhambry”.

Że oceny zwariowały? Hm, to rok zwariował późną wiosną. Po pierwsze, zaległości znakomitych płyt zrobiły się przerażające. Po drugie, na pastwienie się nad tymi gorszymi zwyczajnie szkoda czasu.

13 responses to “Trzy kolejne dowody na to, że mamy dobry rok

  1. @ (na swoje nieszczęście płyta ukazuje się w tym samym roku co “Merriweather…”),

    To raczej nieszczęście dla Animal Collective🙂 Pavilon pobryluje trochę w podsumowaniach i zniknie, a na Dana ludzie się jeszcze przez długi, długi czas będą natykać przypadkiem i doskonale się przy nim bawić.

    (wróżba taka, nie że od razu pewnik:)

  2. Kto wie, kto wie. Ależ to byłby chichot dziejów. Najważniejsze, że zabawny…🙂

  3. @ Dan – widziałem, ale pochwalam (-:

  4. elementem łączącym Norę Jones z Zornem był Bill Frisell, grający z Zornem i gościnnie występujący na płytach Nory. Pozdr.

  5. Dan Deacon Ensemble ma być na Festiwalu Nowa Muzyka w Katowicach.

  6. „Wszystko to wydaje się strasznie „obowiązkowe”, by na dzień dzisiejszy zdobyć poklask środowiska skupionego wokół PFM. Kontrolowany hałas, wykalkulowany trans, zinstytucjonalizowane szaleństwo… Wychodzi z tej mieszanki taki trochę instrumentalny Max Tundra dla (melodycznie) ubogich. Sorry Dan, ale Ben robił takie rzeczy (i to lepiej) kiedy ty jeszcze studiowałeś tę swoją kompozycję…”😉

  7. Jasne, że Max Tundra przekopywał tundrę pod tę stylistykę. Sam się zachłystywałem jego debiutem jeszcze w starej „Machinie”. I w sumie co do pionierskiej mocy: racja. Ale co do produkcji i panowania nad całością górą jest Dan. Ben często zaniedbywał kwestie brzmieniowe. Co do PFM już i tak zbyt często tu przywoływanego, właśnie sprawdziłem – dla Maxa Tundry byli znacznie bardziej (i dużo za bardzo) entuzjastyczni:
    http://pitchfork.com/reviews/albums/5160-mastered-by-guy-at-the-exchange/
    Ale fajny nick😉

  8. ja nie mogę doczekać koncertu Dana na Nowej Muzyce i skakania. Co by nie być jak Edyta H.

  9. a tak się nagrywało dana deacona:
    http://pitchfork.com/tv/#/episode/116-dan-deacon/1

  10. „Bromst” to jest płyta roku. Jak dla mnie i jak do tej pory. Porównywanie z Animalami samo ciśnie się pod palce, ale pozorne podobieństwo Pawulona i nowego albumu Deacona to chyba przypadek. Dan dodał do swojego świrniętego chip-core’u więcej melodii. I porozjeżdżał je jak w kanonie. Jak tego teraz słucham to mam wrażenie, że finalne kompozycje są efektem wielogodzinnego przestawiania każdej ścieżki głosu czy instrumentu o mikrosekundy. Aż do zadowalającego efektu finalnego. Animale to la la la sampler i gitara, zdecydowanie bardziej piosenkowa forma, przez to nudniejsza, nie robiąca takiego wrażenia. Dan jest przytłaczający, ale potwornie wkręca się w mózg. Ja jestem pewien, że do tej płyty będzie się po latach wracać, prędko się nie zestarzeje.

    Dan z ansamblem lux rewelka. Ale ja bym chciał Deacona zaaranżowanego na akustyczne gitary, marimby i inne pierdoły, i pijanych harczerzy robiących te chórki. Ale żeby wyrobić taki bpm jak tam czasem jest potrzeba chyba bandy zhipisiałych japończyków z wytatuowanym HITACHI na karku.

  11. Pingback: 35 najlepszych płyt roku 2009 « CHACIŃSKI

  12. Nie rozumiem zachwytów nad Bromst.
    Krzywa wznosi się i opada i do tego śpiewające
    smurfy na halucynogenach, oczekujące na wschód słońca…a Gargamel przy kominku
    słucha Reicha…

  13. Pingback: fundacja-kaprowicz.org | Siedem piątek z Bartkiem Chacińskim (7)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s