Cztery polskie płyty na eksport

Jeśli was nie interesuje nowa polska muzyka, to ten wpis będzie stanowczo za długi*. Zaczyna się w Warszawie przy stacji metra Centrum…

– Dzień dobry, przepraszam pana, jestem kandydatem do Parlamentu Europejskiego, czy nie chciałby pan porozmawiać?
– Ale o czym my mamy rozmawiać? Spieszę się…

– Tu jest lista tematów:
1. bezpieczeństwo energetyczne Polski,
2. dofinansowanie polskiego rolnictwa,
3. wsparcie kulturalne dla rodzimych twórców…

– No, to trzecie to nawet nawet.

– To proszę jeszcze wybrać szczegółowe zagadnienie:
3a. sytuacja na rynku nowej polskiej sztuki,
3b. uwarunkowania rozwoju kinematografii na terenie naszego kraju,
3c. możliwości promocji polskiej muzyki alternatywnej za granicą…

– Znów wezmę trójkę.

– Chciałbym w takim razie nakreślić i przedyskutować perspektywy eksportowe najmłodszego pokolenia polskich wykonawców w kontekście naszej obecności w Unii Europejskiej. Zacznijmy od naszego najlepszego towaru eksportowego, którym jest…
– Będę strzelał: Orchid?

– Skoro pan strzela, to proszę rozwinąć.
– Proszę uprzejmie:

orchid>>>4<<
ORCHID „Driving With a Hand Brake On”
, Locco/Gusstaff
premiera: 6.04.09, źródło: Gusstaff promo-CD

Do jazdy z zaciągniętym ręcznym (próbowałem, po tamtym frustrującym wydarzeniu chciałem zresztą raz na zawsze zrezygnować z jazdy samochodem) podobne jest szukanie informacji o tym zespole. Nigdzie poza paroma dobrze zorientowanymi serwisami i magazynem „Pulp” (no i „DF”, ale o tym za chwilę) nie znalazłem słowa, a przecież powinni brylować. Album przynosi tę bezpretensjonalną mieszaninę emocjonalności, rocka i dobrego songwritingu, mieszaninę brzmień gitarowych i klawiszowych (kapitalne motywy klawiszowe prowadzące kilka piosenek niczym u Tegan & Sara), jakiej zwykle oczekuję po (mieszanych) damsko-męskich składach, aczkolwiek z porównaniami ze Stereolab bym nie przesadzał. Nieco cienkawe momentami brzmienie gitary to prawdopodobnie kwestia klasy instrumentu, studia, mikrofonów, a i nagranie chórków można by zrobić lepiej, chociaż i tak efekt końcowy – także pod względem brzmienia! – kasuje z łatwością 90 procent krajowej konkurencji.
Podobno Natalia Fiedorczuk to już w tej chwili ważna postać krajowego undergroundu. Rety, jak my potrzebujemy takich postaci. Śpiewa dobrze, pewnie i dość rozpoznawalnie. Jeśli tylko cały zespół będzie się zajmował wciąż bardziej konstrukcją niż dekonstrukcją muzyki pop, to jesteśmy w domu.

– Zaraz, zaraz, Sankowski prawie wszystko to już napisał o tej płycie w „Dużym Formacie”.
– No dobra. Jak zwykle się spóźniłem. Ale od dwóch miesięcy słucham Orchid, bo ciągle wierzyłem, że mi się nie spodoba…

– Pan jakiś malkontent w stosunku do polskich kapel.Tymczasem nasza największa nadzieja…
– Tak, wiem. The Car Is On Fire. Nie należałoby ich zdyskwalifikować za nagrywanie w Ameryce?

– Z mojego punktu widzenia to już prędzej za podżeganie do podpalania samochodów. Pan w ogóle wie, z kim oni to nagrywali?
– Tak. Wielokrotnie z sympatią się o nich wypowiadałem. To wielka nadzieja…

– Bez bicia piany. Nas proszą o konkrety, to i ja pana poproszę o konkrecik.
– No to będą same konkrety:

tciof_ombarrops>>>4<<
THE CAR IS ON FIRE „Ombarrops!”
, EMI
premiera: 22.05.09, źrodło: promo-CD EMI

– Zespół The Car Is On Fire miał już na koncie lepsze kompozycje.
– John McEntire miał już na koncie lepsze produkcje.
+ Niewiele polskich młodych zespołów ma na koncie lepsze kompozycje niż TCIOF.
+ Żaden inny polski zespół nie nagrywał u McEntire’a.
– W pomysłach aranżacyjnych TCIOF się momentami gubią.
+ Ale mają jakieś pomysły (poza tym są pierwszym znanym mi polskim zespołem, który sprawia wrażenie, jakby przez dyskografię Beatlesów przebił się do końca).
– Wokale to wciąż pięta achillesowa TCIOF.
+ Aleks Tomaszewska spisała się świetnie.
+ Członkowie tej zacnej grupy zanotowali znaczny progres w kwestii wokali.
+ „Progres” i „art” to słowa, które mało kto w tej branży lubi, a oni w tej chwili grają nie pop, tylko specyficzną odmianę art rocka, no, może art popu, w dodatku własną.
– Ja rozumiem, że po angielsku, szczególnie gdy się ten język zna, ale po jaką cholerę im włoski?
+ Okładka rządzi. Promocyjna sesja zdjęciowa również.
+ Tego albumu, mimo kilku gorszych momentów, zaskakująco dobrze się słucha w całości.
+ Jakoś nie potrafię ich oceniać jak zespołów polskich, nie ma dodatkowych punktów za pochodzenie. Ups, no i się zrobił tym samym, ale to nie za pochodzenie, tylko za fakt niepolskości, więc się nie liczy.
(Razem wychodzi 4 na plusie jak nic.)

– Da mi pan powiedzieć wreszcie, o którego wykonawcę mi chodzi?
– Niech pan nie mówi. Już wszystko wiem. Tides From Nebula. Instrumentalna kapela w pół drogi między Mogwaiem a współczesnym metalem. Znam na pamięć każdą minutę tej płyty. Nawet miałem okazję wręczać im nagrodę na przeglądzie we Wrocławiu…

tides_from_nebula>>>4<<
TIDES FROM NEBULA „Aura”,
Tides Fom Nebula/Rockers
premiera: 30.03.09, źródło: promo-CD Rockers

Gdybym ich usłyszał 5-6 lat temu, wpadłbym w bezkrytyczne uwielbienie. Dziś mam trochę więcej dystansu do post-rocka budowanego na zasadzie niekończącego się crescendo, ale dalej mam szacunek do zespołów, które – tak jak Mogwai – na scenie wypadają regularnie lepiej niż na płytach. Tak jest z Tides From Nebula. Ten zespół to więcej niż suma muzyków, a utwory to coś więcej niż suma pomysłów – w oderwaniu od siebie czasem prostych i banalnych. Często ujawniających silniejsze niż u innych tego typu zespołów wpływy metalu (jak w „Sleepmonster”), ale za to równie często odrywających od ziemi w sposób trudny do wytłumaczenia (jak w „Purr”). Dziś mogę mieć zatem przede wszystkim podziw dla tego, jak rzetelnie i profesjonalnie ci ludzie podchodzą do sprawy, jak bardzo światowo grają – brak wokali to w tym momencie prosta droga do tego, by zaczęli za chwilę podbijać jakąś Japonię lub Włochy. I jeżeli TCIOF się udało w Chicago, to dlaczegóż Tides From Nebula nie mieliby nagrać swojej kolejnej płyty w Montrealu? Trzymam za to kciuki. I za nich trzymam.

– Niestety, nie chodzi mi o nich, chociaż znam, słuchamy dużo tego u nas w sztabie.
– To co, za mało alternatywne? Za bardzo odtwórcze? Że nie promuje polszczyzny językiem?

– Nie o to chodzi. Po prostu konkurencja w tym roku jest rewelacyjna. A najlepszym towarem eksportowym sezonu jest swego rodzaju supergrupa, która wydała właśnie płytę nakładem Lado ABC.
– Domyślam się, że nie chodzi o Horny Trees – skądinąd bardzo ciekawe – tylko o to:

paristetris>>>>5<
PARISTETRIS „Paristetris”, Lado ABC

premiera: jakoś w maju, źródło: promo-CD Lado ABC

Candelaria Saenz Valiente przyszła z filmu do muzyki, co brzmi trochę jak historia Juany Moliny. Tyle że Valiente przychodzi ze stron awangardowo-kulturalnych. Trudno zresztą o trafienie do masowego gustu, jeśli zaczyna się od tego, że „I saw you fucking a tree, you were real…”, a kończy gdzieś w okolicach „My uncle Michael he’s real nice / (…) / He’s got two big balls and he likes to hit them hard / Against the table…”. Na Liście Przebojów Trójki to kariery nie zrobi. A szkoda – bo melodie są zaraźliwe, a całość ma w sobie olbrzymie pokłady humoru i luzu połączone z totalnym planem i dyscypliną muzyczną. Czyli eksportujemy to, co było najlepszą cechą yassu, ale opakowujemy to w mistrzowski poziom muzyczny. Swoboda Zappy, szaleństwo Pattona (przyprawione szczyptą Napalm Death), do tego umiejętność przełączania się między gatunkami właściwa dla obu. Trzy instrumenty prowadzą ten zespół na płaszczyźnie brzmieniowej i koncepcyjnej, w każdym utworze pokazując się od nieco innej strony: głos, perkusja i pianino, często zamieniane na natarczywie brzmiące, sympatycznie odkształcone piano Wurlitzera. I trójka muzyków: obok znakomitej Valiente także Marcin Masecki i Macio Moretti, a w rolach epizodycznych muzycy z okolic Pink Freud i innych postyassowych polskich projektów. Kapitalne jest to, że muzyka, która robi przy pierwszym słuchaniu wrażenie spontanicznie wyimprowizowanej, żywiołowej, hałaśliwej, uwolnionej, jest w gruncie rzeczy przemyślana do ostatniej nuty. I cały projekt jest wymyślony w najdrobniejszych elementach, co tylko pogłębia efekt wow.

– To już pan widzi, że nasze działania są precyzyjnie mierzone. To numer otwierający składankę z polską muzyką dołączoną do „The Wire”.
– Będziemy promować Brazylijkę?

– To Argentynka jest, w komentarzach tak piszą.
– To będziemy Argentynkę promować?

– Tak. Ale to polska Brazylijka Argentynka.
– Zgadzam się z tym wyborem, ale nie można by tak podpromować całą czwórkę?

– Musimy myśleć realistycznie. Szanse na taki masowy eksport nie istnieją.
– Ma pan rację. Tak jak szanse na to, że będę na pana głosował. I jak cała nasza rozmowa.

– Jak to, co pan?
– Pan nie istnieje.

* Jeśli interesuje, to niestety i tak może być za długi. Dlatego gwiazdkę umieściłem na końcu tekstu.

PS Opieliłem trochę grządki w zestawieniu płyt 2009.

8 responses to “Cztery polskie płyty na eksport

  1. Orchid też blisko do plusa za „niepolskość”. Pewnie trudno to oceniać po fakcie, ale ja jakoś najpierw posłuchałem, a dopiero potem poczytałem – i rozpoczynające notkę reklamową „Polska młodzież śpiewa angielskie piosenki” bardzo mnie zdziwiło. Może wina „skandynawskiej” okładki? Byle tylko gitary były w tyle.

    Alex wymiata, mój ulubiony fragment Ombarrops!

  2. Zaskakująca ocena Paris Tetris. Kilka tygodni temu miałem okazję widzieć ich na żywo i jak generalnie każdej muzie na żywo mówię bardziej tak, niż dźwiękom z płyty, to gdybym układał ranking najgorszych i najnudniejszych koncertów na jakich w życiu byłem, to są w naprawdę ścisłej czołówce. Zerowe porozumienie między muzykami, rozsypane impro, które nigdzie się nie wiązało i w nic ciekawego nie przechodziło i jeszcze ta dziewczyna wisząca na mikrofonie, która dopełniała koszmaru. Jedyny kawałek, który miał podczas tego występu ręce i nogi, był coverem (chyba Lydii Lunch, ale 100% pewny nie jestem), zagrali go na koniec, czym zasłużyli sobie na astmatyczne brawko 15 osób, które zostały (z początkowej puli 50 ludzi).

    Najlepszym podsumowaniem całego występu, było zachowanie przypadkowego kundla, który zaplątał się do klubu i jak ogólnie grzecznie siedział pod sceną, to jak tylko pojawiała się wokalistka i otwierała usta do wydawania dźwięków, zmykał z podkulonym ogonem pod najbliższą sofę.

  3. ale ona jest z Argentyny a nie z Brazylii…

  4. @sz –> No tak, cóż mam powiedzieć…

    @Marceli –> To ciekawe. Właśnie wróciłem z koncertu i zespół jest bardzo dobry w odgrywaniu wszystkiego tego, co sobie zaprogramował na płycie. Właściwie bez słabych punktów – poza może coverem „Blue Velvet”. Swoją drogą w całym programie improwizacja – poza jakimiś detalami – praktycznie nie występuje. Zresztą tak jest napisana płyta. Cóż, może wcześniej grywali to inaczej, albo po prostu nie wyćwiczyli materiału.
    Ten kawałek z bisu to „Kiss Kiss Kiss” Yoko Ono (oryginalnie na „Double Fantasy”), skądinąd świetny numer, który aż się prosi o takie nowocześniejsze potraktowanie.

  5. no to wychodzi na to, że miałem pecha, albo zespół miał słabszy dzień, choć nie wierzę za bardzo, że można być słabszym aż tak. Dzięki za doprecyzowanie autora coveru, bo mnie to trochę męczyło )

  6. Zrobiłem małe śledztwo i wychodzi na to, że jeszcze parę miesięcy temu rzeczywiście grali nieco inaczej – a na pewno bardziej hałaśliwie.🙂

  7. No ale na tym wczorajszym koncercie po raz pierwszy publika zachowała się w porządku (kto był ten wie o co chodzi)🙂
    Cover faktycznie świetny

  8. Pingback: 35 najlepszych płyt roku 2009 « CHACIŃSKI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s