Nagrali tak złą płytę, że mogą być z tego dumni

To nie jest recenzja nowej płyty grupy Yo La Tengo, zresztą to w ogóle nie jest recenzja, a zresztą – co to w ogóle jest?

condo_fucks_fuckbook>>>4<<
CONDO FUCKS „Fuckbook”, Matador
premiera: 10.03, źródło: Amazon.com

Pamiętacie grupę Püdelsi, która pod skrzydłami SP Records wydała „Psychopop”, płytę reklamowaną jak „słabą”? Podobnie jak wiele rzeczy, także i tamta ówczesnemu zespołowi Maleńczuka kompletnie się nie udała. Paradoksalnie, w swojej słabości się nie udała (choć generalnie to słaby zespół). Za to po latach – jest wreszcie prawdziwie słaba płyta. Rozdzierająco wprost amatorskie solówki, nierówne wejścia sekcji rytmicznej, paskudna okładka. I jeśli teksty nie są tu gorsze od liryki grupy Coma, to pewnie tylko dlatego, że muzycy Condo Fucks nie pisali ich sami. Cały ten album to zestaw coverów grup, które najwięcej oddanych fanów mają głównie wśród twórców rockowych encyklopedii, a więc w gronie stosunkwo ograniczonym: The Kinks, Small Faces, Flaming Groovies itd. Z tych bardziej trendy jest The Beach Boys. Do tego naklejka na pudełku informująca, że „to nie jest nowa płyta Yo La Tengo” – nie umknęła mojej uwadze, bo w końcu lubię bardzo YLT, czemu zresztą parokrotnie dawałem wyraz. Informacja o nowym przestrzennym systemie dźwięku firmy Matador trochę się przytarła, przynajmniej na moim egzemplarzu. Sam system brzmi zaś tak, że Phil Spector na wieść o jego brzmieniu sam by poszedł do więzienia na dożywocie bez procesu o morderstwo. W najlepszych produkcyjnie momentach („Shut Down”) brzmią jak zespół Pustki na pierwszej płycie (z całym szacunkiem dla Pustek – bardzo lubię ich debiut). W najgorszych – jak koszmar sąsiada osiedlowego ośrodka kultury, gdzie odbywają się próby młodych grup. Słowem: kartonowa ściana dźwięku z Hoboken.

No właśnie, Hoboken. Stamtąd pochodzą przecież także YLT! W dodatku to z okładki płyty grupy Iry i Georgii Kaplanów świat mógł się po raz pierwszy dowiedzieć o Condo Fucks*. Doszło do tego, że Kaplanom przypisuje się uczestnictwo w Condo Fucks! Nawet nieoceniony Rate Your Music podaje z błędem skład zespołu. Jaki Ira Kaplan! Jaka Georgia! Tu grają Kid i Georgia Condo plus James McNew. I jakże wiele dzieli te dwa zespoły! Condo Fucks to nie jest nawet ten rodzaj słabości, na który można by się snobować. Nie ma w niej nic z pastiszu, nabijania się z tradycji czy ośmieszania garażowych zespołów. To słabość najsłabsza ze słabych, bo wynikająca ze słabości ducha, ze słabości do słabych piosenek, słabej konstrukcji psychicznej, słabych hamulców i słabiutkiej cierpliwości. Słowem: na chybcika, byle jak i byle gdzie.

Wszystko potwierdza informacja o czasie nagrania, które zarejestrowano między 3:00 a 3:35 (zakładam, że nad ranem, bo to najsłabsza pora na nagrywanie czegokolwiek). Dumny jestem z nich – i z tego, że mam tę płytę. Taka dawka słabości, ledwie, a może aż półgodzinna to słabość w dawce idealnie słabej. Beznadzieja, ale w ilościach nie dających nadziei na więcej, a zatem pozostawiających nadzieję w ogóle. Mierna w swoim nihilizmie. Praktycznie żadna. I może dzięki temu – w świecie wykonawców nadętych i ambitnych – jakaś. W końcu w tych czasach bycie nikim to jakaś wartość.

* To był album „I Can Hear the Heart Beating As One” z 1997 roku.

7 responses to “Nagrali tak złą płytę, że mogą być z tego dumni

  1. Celnie powiedziane, w pierwszej chwili nie zrozumialem, ale odsluchalem condo i.. moge tylko powiedziec, co na poczatku : )
    Podobal mi sie kawalek z brzmieniem pustek, hihi. Opowiem anegdotke. Mam znajomego ktory slucha wczesnego punk rocka, lubi to robic publicznie, wiec powiekszylem swoja wiedze. Pierwsze co uderzylo mnie, to ze rewolucja „poskiego indie” w latach osiemdziesiatych ma swoich brytyjskich ojcow. Moje wlasne peregrynacje muzyczne dowadza ze najwiekszym brytyjskim sekretem muzycznym jest fakt, ze muzyka indie ma ojcow zalozycieli w stanach (tu chyle glowe nisko, nad geniuszem brytyjskich indie artystow). Jakiz wiec cel przyswiecal plycie condo? Glos Boga? Wiem, nie bede czesto wracal do tej plyty, ale chyba odtworze ja mojemu mlodemu przyjacielowi sluchajacego punk rocka.
    Pozdrawiam

  2. Czyli Yo La Tengo to bomb, która wybuchła przy okazji albumu I Am Not Afraid…? (:])

  3. @Łukasz –> Poza „I Can Hear…” to ich najlepsza płyta moim zdaniem. Może zamiast szukać dziury w całym zaproponujesz jakieś refleksje z własnej historii kontaktów z YLT?🙂

  4. Pingback: Nagrali tak złą płytę, że mogą być z tego dumni « CHACIŃSKI « Anegdoty

  5. Pingback: Nagrali tak złą płytę, że mogą być z tego dumni « CHACIŃSKI « Anegdoty

  6. Pingback: Nagrali tak złą płytę, że mogą być z tego dumni | CHACIŃSKI « Anegdoty

  7. Pingback: Nagrali tak złą płytę, że mogą być z tego dumni | CHACIŃSKI « Anegdoty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s