O co ja mogę mieć pretensje do Willa Oldhama?

Najciężej pracujący człowiek w folkowym biznesie wydał jeszcze jeden album na swoim dobrym poziomie. Więc czego tu się czepiać?

bonnie_prince_billy_beware>>>4<<
BONNIE „PRINCE” BILLY „Beware”, Drag City

premiera: 16.03.09, źródło: Boomkat.com

Świetna okładka kryje kolejną z serii płytę Willa Oldhama. Po trzech zeszłorocznych (dwie koncertowe plus jedna studyjna, nie liczę singli i gościnnych występów) i ogólnie dobrej jakości ostatnich produkcji właściwie nie ma się czego obawiać, zatem tytuł niepotrzebnie cokolwiek takiego sugeruje. W dodatku na każdej z ostatnich płyt Oldhama jako BPB mamy nieco inny skład muzyków i trochę inne pomysły. Najpierw wycieczka w stronę słodkiego i melodyjnego brytyjskiego folku, potem powrót do korzeni na albumie „Lie Down In The Night Light”. A teraz trochę jednego i trochę drugiego, w proporcjach takich, by mogło się podobać wszystkim, a przynajmniej by nikogo nie odrzuciło. I wyjątkowo bogate instrumentacje, przynajmniej jak na średnią Oldhama. Więc o co ja tu mogę mieć pretensje?  O to, że melodyjne „You Don’t Love Me” z ładną partią kornetu Roba Mazurka może się okazać idealnym, najłatwiejszym wstępem do twórczości BPB dla niezaawansowanych? Że mnóstwo gości, nowych twarzy, ciekawych muzyków sesyjnych, z perkusistą jazzowym Michaelem Zerangiem (współpracujący ostatnio z Mikołajem Trzaską), flecistką (też z kręgów jazzowych) Nicole Mitchell i pianistą Azitą Youssefim z eksperymentalnej sceny chicagowskiej? Że ładny „Afraid Ain’t Me” z partią fletu z powodzeniem mógłby się znaleźć na „The Letting Go” i nikt by nie zauważył różnicy? Że w ogóle nowości tu brakuje? Trudno mieć pretensje, bo w końcu nie o to tutaj chodzi . Nie w tym gatunku w każdym razie.

Jeśli gdzieś szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego „Beware” nie robi takiego wrażenia jak poprzedniczki, to tylko w jednym punkcie. Ostatnie dwie muzyczne kreacje Bonniego w studiu przygotowali wybitni producenci. „The Letting Go” – Valgeir Sigurðsson. Oszczędną, swojską, amerykańską, korzenną „Lie Down In The Night Light” – Mark Nevers. A kto zadbał o brzmienie nowej płyty? Pewnie zdolny, ale jednak żółtodziób, niejaki Neil Strauch, którego mogą znać – ale jako drogoplanowego inżyniera dźwięku – fani albumu „The Shepherd’s Dog” Iron & Wine. Strauch moim zdaniem nie zapanował nad całością i jedyne, co wniósł do muzyki BPB, to właśnie ów szlif komercyjny, który może się przysłużyć polubieniu tej płyty przez tych wszystkich, którzy nie mieścili się dotąd w ciasnych klubikach, gdzie Oldham zwykł grywać. Konsekwencje tego będą bardzo ciekawe.

Jeśli trafiłeś na tę stronę przypadkiem, to pewnie wina mojego tiku nerwowego, który każe mi co jakiś czas wpisywać tu teksty w rodzaju rapidshare torrent mp3. Ewentualnie divx premiery hd. Ale to również do Ciebie skierowana jest ta recenzja. Ten Pan na ponurym rysunku powyżej zostanie kiedyś zapamiętany jako całkiem dobry uczeń Boba Dylana, a może po prostu jako Dylan XXI wieku. Mam co do tego – jak mawiają nasi politycy – przekonanie graniczące z pewnością.

3 responses to “O co ja mogę mieć pretensje do Willa Oldhama?

  1. oceniam to podobnie (choc mam inną skalę), ale w kompozycjach bym widział problem, produkcja mnie tu akurat rusza o wiele bardziej niz na poprzedniczkach

  2. Czy zeszłoroczna płyta to nie „Lie Down In The Light”? Myślałem, że literówka, ale po drugim „night” nie jestem już pewien.

    Dla mnie z ostatnich albumów nieznacznie lepsze „The Letting Go”. Zobaczymy jak będzie po „Beware”.

  3. @Krzysiek –> Oczywiście, jakoś nie mam szczęścia do tego tytułu, po raz kolejny z pamięci i znowu z błędem. Dzięki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s