Wojna norwesko-norweska z wątkiem polskim

royksopp-junior>>3<<<
RÖYKSOPP „Junior”, Wall of Sound

premiera: 23.03.09, źródło: promo EMI

Każdy trochę wtajemniczony w arkana muzyki elektronicznej wie, co to sekwencer. To taka maszynka, w której programuje się sekwencje (stąd nazwa) dźwięków, które można później odtwarzać w nieskończoność. W studiu sekwencer, ze swoim idealnym strojem i tempem, robi za wymarzonego partnera. A na żywo potrafi zastąpić brak dodatkowych partnerów. Tak bywało i z norweskim Röyksopp, którego muzycy na koncertach zamieniali się w zestaw sekwencerów plus muzyków grających niczym – z całym szacunkiem – jak Safri Duo, czyli bębniących w co się tylko dało pałeczkami, bardziej dla ognia i efektu wizualnego niż dla rzeczywistego przełożenia na muzykę. Pamiętam, że promowali wtedy bardzo udaną płytę „Melody A.M.”. To było jednak prawie dekadę temu. Od tamtej pory zespół zdyskontował swój sukces – czyli zebrał odsetki, stopniowo coraz mniejsze.  Nie wyłączając po drodze sekwencera – pewnie przez nieuwagę – dzięki czemu nowy album zaczyna się zaskakująco podobnie do debiutu.  Zresztą, jak głosi pierwsza złota zasada didżejów: „Nigdy nie zmieniaj płyty, przy której ludzie tańczą”*.
Problem polegał na tym, że na pierwszym albumie mieli świetnego gościa, Erlenda Øye. OK, jego głos  pojawił się ledwie w dwóch utworach, ale znakomicie  ocieplił syntezatorowe partie i dał tej muzyce ludzkie oblicze. Na kolejnych albumach były głosy żeńskich gwiazd pop na dorobku (Robyn, Lykke Li i Karin Dreijer Andersson z The Knife  – poza znaną już z „Melody” Anneli Drecker) i ogólnie zrobiło się panikarsko. W końcu, jak głosi druga złota zasada didżejów: „Jeśli przestają tańczyć, graj przeboje”. I wystarczy włączyć  „Juniora”, żeby tę panikę pogoni za hitem poczuć.
Jest ciągle zbyt słodko, zbyt popowo, zbyt elektro-łatwo-gładko-modnie, żeby chciało mi się poświęcić temu albumowi więcej czasu. No ale trzecia i najważniejsza ze świętych zasad wytrawnych didżejów mówi przecież: „Jeśli czujesz, że tracisz kontakt ze swoją dotychczasową publicznością, graj tak, żeby w krytycznym momencie mogli cię puścić w radiu Eska”. I boję się, że jeśli tak dalej pójdzie… No ale poza tym to nawet przyjemna płyta jest – szczególnie w dwóch instrumentalnych fragmentach: „Röyksopp Forever” i „Silver Cruiser”. Podobno ma jej towarzyszyć druga, znacznie bardziej stonowana, która ukaże się po wakacjach. Jeśli tak, to ja proponuję od razu przejść do tej drugiej.

whitestboyalive_rules

>>>4<<
THE WHITEST BOY ALIVE „Rules”, Bubbles
premiera: 2.03.09, źródło: promo-CD (Isound)

Bas, perkusja i fender rhodes piano, syntezator i/lub gitara. To jeszcze nie robi z nikogo zucha. Ale głos Erlenda Øye (jak już pisałem powyżej) potrafi takie cuda zdziałać. Ta zasada wciąż obowiązuje, choć w teorii nic tutaj działać nie powinno. The Whitest Boy Alive  to  z wierzchu półamatorska kapelka lubiąca sobie pofunkować. Po pierwszej płycie niewiele zwojowali, chociaż pół Polski trzymało kciuki za basistę Marcina Oza.  Mnie zostały fajne wspomnienia i przeświadczenie, że nic już z tego nie będzie. A tu proszę, znowu ten sam, miły dla ucha (przynajmniej mojego) garażowy szlif – słychać go w sposobie, w jaki nagrane zostały bębny i funkująca gitara. Solidnie, a zarazem kompletnie surowo, bez nadmiaru efektów. Tak, by oddać charakter luźnego jam-session, którym ta płyta w istocie jest, bo piosenki potraktowane tu zostały jako szkicowe przystawki do stopniowo coraz dłuższych części instrumentalnych. I to właśnie niedopracowanie i szkicowość kompozycji jest elementem, który sprawi, że niektórzy będą sobie przy słuchaniu tej płyty rwać włosy z głowy. Dlatego napisałem, że to półamatorzy „z wierzchu”. W istocie jestem przekonany, że po prostu chłopaki (skład uzupełnia dwóch Niemców) tak sobie tę kapelę wymyślili.
W dalszym ciągu sporo przyjemności ze słuchania przyniosła mi tu odczuwalna przyjemność z grania muzyków, którzy album nagrywali ewidentnie bez puszenia się i z minimalnymi ambicjami, jakby mieli się cofnąć do garażowych czasów. I dalej utrzymuję, że nic z tego nie będzie, ale już wiem, że o to właśnie chodzi. Choć oczywiście obecność Øye’a przypomina o dawnych płytach duetu Kings Of Convenience, a pod względem dopracowania piosenkowych form te oba projekty dzieli jednak różnica klas. Chciałbym jakoś pocieszyć The Whitest Boy Alive, dlatego zestawiłem ich w parę z Röyksopp, od których tym razem są ewidentnie lepsi.

* Złote zasady didżejów oczywiście zostały wymyślone na poczekaniu dla potrzeb tego tekstu.

PS Wszystkich, którzy myśleli, że w tym wpisie zajmę się wojną norweskiego zespołu Fountainheads z jego norweskimi producentami, którzy przebyli morze, by ich utwór (jak twierdzi grupa) sprzedać wokalistce o wdzięcznej arytmetycznej ksywce Doda, muszę rozczarować. Tym razem bez partyzantki. No nie, nie mogę się powstrzymać: Doda rapidshare plagiat nago Majdan.😉

14 responses to “Wojna norwesko-norweska z wątkiem polskim

  1. co do TWBA pełna zgoda (a dałbym nawet plusika do czwórki), co do Royksoppa niestety też (tu bym do trójki „dodał” minusik). z tym, że na szczęście nie miałem żadnych oczekiwań związanych z „Juniorem”, więc seans z płytą minął mi niemalże zgodnie z oczekiwaniami. jak na zespół mający kiedyś jakieś tam aspiracje, Norwedzy mocno dołują tym gonieniem tego, co modne teraz w zmieszaniu z tym, co sami robili kiedyś.

    reasumując – „Junior” do odstawki i poprawki, bo ZASADY w tej grze wyznaczają TWBA.

    kończąc charakternie – POKÓJ😉

  2. Mnie jednym tylko Junior zaskoczył: zaproszone przez Norwegów dziewczyny to niemal same Szwedki!

  3. @Calak –> Cieszę się, że mamy podobną opinię o TWBA – choć w sumie jeszcze bardziej powinni się cieszyć TWBA🙂

    @Mariusz –> O, rzeczywiście. Widzisz, nawet nie zwróciłem uwagi. Poza Anneli Drecker. Łza się kręci w oku za Bel Canto…

  4. A ja to muszę napisać, że Röyksopp ostro pikuje. Debiut zaintrygował, The Understanding rozczarował, a Junior zwyczajnie znudził. Z utworów z wokalem jedynie Tricky Tricky słucham bez bólu. Nie czekam na Seniora – boję się.

  5. Junior jest fatalny – autoinspiracje na granicy z autoplagiatem, w rozkroku pomiędzy parkietami a popołudniami z kawą… Do tego, poza singlem (to dopiero autoparodia!) obecności ewidentnych przebojów nie stwierdzam, więc z notką zgodzić się nie mogę.

    a z TWBA mam problem, bo całkowicie poddałem się ich debiutowi, a „Rules” jakoś niekoniecznie. Choć próbuję🙂 A Kings of Convenience ponoć mają pojawić się jeszcze w tym roku z nową płytą (trudno w to jednak uwierzyć, bo takie wiadomości pojawiają się mniej więcej od dwóch lat).

    A niech oba ensemble pogodzi to, że najlepszą piosenką Kings of Convenience jest „I Don’t Know What I Can Save You From”, ale w wersji przygotowanej przez Röyksopp (choć oczywiście oryginał tez jest hajlajtem).

  6. Junior jest fatalny – autoinspiracje na granicy z autoplagiatem, w rozkroku pomiędzy parkietami a popołudniami z kawą… Do tego, poza singlem (to dopiero autoparodia!) obecności ewidentnych przebojów nie stwierdzam, więc z notką – w tym zakresie – zgodzić się nie mogę🙂

    a z TWBA mam problem, bo całkowicie poddałem się ich debiutowi, a „Rules” jakoś niekoniecznie. Choć próbuję🙂 A Kings of Convenience ponoć mają pojawić się jeszcze w tym roku z nową płytą (trudno w to jednak uwierzyć, bo takie wiadomości pojawiają się mniej więcej od dwóch lat).

    A niech oba ensemble pogodzi to, że najlepszą piosenką Kings of Convenience jest „I Don’t Know What I Can Save You From”, ale w wersji przygotowanej przez Röyksopp (choć oczywiście oryginał tez jest hajlajtem).

  7. Będę tu jedyną osobą, której podoba się nowy Royksopp?😉 Może to dlatego, że The Understending stawiam na równi z ich debiutem. A tej nowej płyty słucha się całkiem fajnie. Jest kilka hajlajtów jak np. this must be it. Z kolei royksopp forever przypomina mi poprzednie płyty co też jest na plus. Tylko zastanawia mnie dlaczego na singla dali taki w sumie przeciętny kawałek.

  8. Tegoroczne The Whitest Boy Alive bardzo fajne faktycznie (wreszcie znalazłem czas posłuchać całości, ech). Niezobowiązująco, pogodnie i na dobrym poziomie artystycznym. Coś jak nasze Kings of Caramel.

  9. fatalny, słaby czy przeciętny – nazwijcie to jak chcecie, i tak nic nie zmieni faktu, że nawet przy obniżeniu poziomu nowy Royksopp z pewnością nie jest płytą gorszą od trzeciego Junior Boys.🙂 Aczkolwiek oba albumy to srogie rozczarowania.

  10. @night – Trudno porównywać, bo nowej płyty Junior Boys jeszcze nie ma, a i muzyka obu formacji z deka inna. Ale chyba śniło mi się, że słucham Begone Dull Care i był bardziej niż przyzwoity.

  11. Też miałem ten sen. Byłem w nim przekonany, że z BDC zaprzyjaźnię się nawet na dłużej niż z poprzednimi płytami JB.

  12. Łukasz Warna-Wiesławski

    Mi się właśnie śni, że Begone Dull Care jest lepsze od So This Is Goodbye. Och, jaki piękny to sen.

    Whitest Boy Alive w lipcu w Szczecinie tak BTW.

  13. Royksopp popowo, że hej! Wielki plus za Robyn, mimo, że piosenka z Robyn zrobiona na miarę Kylie i Madonny, co już komplementem nie jest, bo podkładzik dość wtórny, ale melodia i głos Robyn (do której przekonałem się na ubiegłorocznym Melt Festival, bo dziewczyna jest fantastyczna i na żywo) ujmują, ujmują.

  14. Pingback: Polifonia » Archiwum bloga » Nowa Kultura Komercyjna

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s