Uwagi i zażalenia – podsumowania roku 2008 część ostatnia

W roku 2008 denerwowało mnie dość dużo różnych rzeczy, z których większość na szczęście od razu zapominałem (skleroza bywa błogosławiona), ale kilka niestety nie dawało mi spokoju nawet na początku Nowego Roku. Oto kilka z nich.

Czas. A raczej jego brak. W każdym aspekcie, w każdym momencie, od stycznia do grudnia – za każdym razem coś nowego przeszkadzało mi nie tylko utrzymywać kontakt z tym blogiem, ale czasem z rynkiem płytowym w ogóle. Z drugiej strony liczba wychodzących tytułów (to raczej pozytyw) powodowała, że nie sposób było posłuchać nawet wszystkich najważniejszych albumów. Na to wszystko – jak to się ładnie mówi – nałożyła się moja sytuacja osobista.

Sklepy z płytami. Głównie te polskie. Choć nie tylko. Usłyszałem od znajomego, że w empikopodobnych priorytetem są artykuł papiernicze, bo płyt się nie opłaca sprzedawać. Zaraz, to oni sprzedawali tam płyty? Moim zdaniem nawet nie zaczęli na dobre próbować… Nigdy tyle nie kupowałem przez internet. Przez większą część roku nawet w mp3, żeby było szybciej i taniej. Może teraz sprzedam (Mariusz Herma odkrył ostatnio niezłą rzecz – sklep z używanymi mp3 – szczegóły tutaj).

Reedycje lepsze niż nowe płyty. To trend obecny od kilku lat. Bardzo doskwierał w zeszłym roku, kiedy Neil Young i Charles Mingus zdominowali moją listę ulubionych płyt. W tym roku było jeszcze gorzej. Gas, Basic Channel, Steinski, Suicide, Dylan, Riley z Cale’em, serie afrykańskich składanek – to wszystko wygrywało z wieloma nowymi wydawnictwami. Suma sumarum jest dobrze, bo wychodzą kapitalne odkurzone (lub zupełnie dotąd nieznane!) płyty, ale czuję się przez to starszy niż jestem.

Najgorsze roczne zestawienie w „The Wire” odkąd czytam tę gazetę. A czytam ją regularnie już ponad 10 lat. Pierwszy egzemplarz znalazłem porzucony w szafie w redakcji „Machiny”. Na okładce był płonący globus i zapowiedź zestawienia „100 Records That Set The World On Fire”. Zdumiało mnie wtedy to, że z całej listy znam jakieś 2-3 płyty. Dziś znam jakoś między 30 a 40. Ciągle się czegoś dowiaduję z tego pisma, ciągle czegoś się uczę, ale w tym roku moja sympatia została wystawiona na ciężką próbę:
– na czele rocznego zestawienia The Bug, album w moim przekonaniu niezły, ale nie rewolucyjny pod żadnym względem;
– na drugim miejscu Philip Jeck, jedna z gorszych ostatnio płyt jednego z moich ulubionych artystów;
– na trzecim miejscu The Hospitals, zupełnie przypadkowy typ, średniej klasy noise-punkowa grupa, której jedyną zaletą jest to, że wydana została nakładem zespołu, w związku z czym zna ją niewiele osób;
– Tricky wyżej od Portishead (to zakrawa na jakiś żart!);
– Hercules & Love Affair wyżej od Arthura Russella (jeśli to miał być żart, to jest mało śmieszny);
– Vampire Weekend w 50-tce, w której brak Fleet Foxes, Grouper, Spring Heel Jack i którejkolwiek płyty Coxa.

Simon Reynolds (w tym samym zestawieniu) typuje Vampire Weekend na płytę roku. Ostatnie autorytety padają, jeśli ktoś chce być w zgodzie z samym sobą, może liczyć tylko na siebie.

Antony za 450 zł? Wolne żarty. Cieszę się, że jest w końcu koncert, ale kiedy w grudniu dowiedziałem się, ile będą kosztować bilety do Teatru Wielkiego, zadałem sobie trud sprawdzenia, ile płacą nasi unijni koledzy z Niemiec, Włoch czy Hiszpanii. Najdroższe bilety, jakie znalazłem za granicą, kosztowały 70 euro (280 zł). Owszem, jesteśmy biednym krajem, ale chyba mamy gest. Kiedy piszę te słowa, schodzą ostatnie bilety w Admiralspalast w Berlinie (po 35 euro), a więc… no dobra, wiem, że w końcu większość z Was jakoś znajdzie się w Teatrze Wielkim (i życzę Wam tego), ale trochę mi głupio. Nie żebym jakoś szczególnie pastwił się nad koncertem Antony’ego. Inne bywały stanowczo za drogie – przez cały rok. Święta zasada, że za bilet na koncert płaci się mniej więcej tyle co za płytę artysty nie obowiązuje już od dawna. Ale dziś nie płaci się nawet tyle co za dwie płyty, ba, niekiedy więcej niż za całą dyskografię wykonawcy, który do nas przyjeżdża. A przy tym mamy kilka miejsc w Warszawie (w innych miastach pewnie jest podobnie), gdzie w ogóle daje się słuchać muzyki. Większość sal, w których oczekują od Was 300 zł za koncert, jest do występów na żywo zwyczajnie nieprzygotowana. Akurat Teatru Wielkiego to nie dotyczy.

To już ostatnia część mojego podsumowania (daruję sobie najlepsze utwory, bo na tylu blogach znalazłem swoje typy, że nie ma już sensu wyważać otwartych drzwi, poza tym mam oldskulowe podejście i słucham płyt, a nie nagrań). Poza tym Nowy Rok już się zaczął wraz z dojechaniem pod moje drzwi poczty z nowym albumem Animal Collective. Słowo się rzekło…

7 responses to “Uwagi i zażalenia – podsumowania roku 2008 część ostatnia

  1. zgadzam się co do podsumowania w The Wire. myślę, że po ostatnim zestawieniu, kiedy zarzucano im, że ich „50” w zasadzie niczym nie różni się od pitchforka, pragneli teraz pokazać, że nadal są bezkompromisowi i oryginalni, ale … mocno przedobrzyli.
    Jeśli chodzi o reynoldsa, to zawsze miał słabość do brytyjskiego indie popu (vide: arctic monkeys).

  2. the hospitals to nie jest przypadkowy typ. nie czytam the wire, ale „hairdryer” to naprawdę dobra płyta. jeśli brać pod uwagę umiejętność dekonstrukcji standardów rockowych. tak jak kiedyś „twin infinitives”, tylko tutaj z mniej artystowskim zacięciem. a w momentach kiedy nie dekonstruują, robią po prostu gitne kawałki – „animals act natural”, na przykład.

    zarzut, co do tego, że jest to zespół mało znany jest raczej nieprawdziwy. tę płytę wydali własnym sumptem, ale poprzednia wyszła na Load, a to jest szerzej kojarzona wytwórnia, więc teraz zespół istnieje w szerszej świadomości krytyków zajmujących się takim graniem. nie wiem jak jest z noisem w the wire, ale na dusted „hairdryer” widniało na listach wielu redaktorów.

  3. patataj –> coś w tym jest, przejrzeli inne listy i wykreślili powtarzające się typy

    porfirion –> nie zrozumieliśmy się – to, że Hospitals nie są popularni to nie mój zarzut. Zarzutem jest to, że The Wire z rozmysłem w takie płyty celowało (oprócz tego, że po kilku przesłuchaniach dalej uważam, że to średniej klasy zespół). A co do „obiektywnej” popularności tej płyty, przed chwilą jeszcze zguglowałem „The Hospitals” i „Hairdryer” na okoliczność pojawiania się w tekstach w języku polskim. Wiesz, co mi wypluło? Twoją listę na RYM, listę „The Wire” na audiostereo.pl i mojego bloga. Za chwilę dojdzie jeszcze ten komentarz. Dobre, co?😉

  4. co do sklepów z muzyka. tych w Polsce nie ma. a sieci na miare reckless records nie dorobimy sie chyba nigdy:/
    co do cen biletow to mam tylko jedno slowo komentarza – zlodziejstwo!

  5. ok, rozumiem. wire się polansowało.

    natomiast w polsce tak, wiadomo. tego się nie raczej nie słucha, niestety. (albo google niegitnie indeksuje) ale na zachodzie jest dość popularna. „dość” w znaczeniu – recenzenci zajmujący się noisem o tym pisali, kawałki pojawiały się często na wfmu, puszczał to też często gość z art for spastics.

    no i mówię: polaryzujący to zespół.

  6. http://tnij.org/co9m
    jeszcze u siehana było. dziwne, że tego google nie podał.

  7. Rzeczywiście, jest.🙂 Sprawdzałem „The Hospitals” – dlatego nie wyszło w Google’u

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s